Dziękuję za przetrzymanie wszystkich fałszywych nut w rytmie tego tanga.
I
…mężczyzna, około dwudziestu pięciu lat…
…nie reaguje na…
…żadnych dokumentów…
…złamane żebra i kilka przemieszczeń…
…podejrzewam…
…uszkodzony rdzeń kręgowy…
…konieczna natychmiastowa transfuzja…
…cholera, gdzie jest Mike…
…wciąż nieprzytomny…
…tego bierzcie od razu na stół, sala czeka…
…dawaj, mały…
***
Rachel Berry miała wyjątkowo dobry dzień.
Właśnie dostała telefon od dyrektorki niewielkiego teatru (niepołożonego wprawdzie na Broadwayu, lecz gdzieś na obrzeżach Nowego Jorku), potwierdzający, że dostała rolę. Była na przesłuchaniu w zeszły poniedziałek i choć była w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewna, że wszystko poszło po jej myśli, dobrze było uzyskać potwierdzenie. Miranda Walles, była starszą, przysadzistą kobietą o siwych, niemal białych włosach i matczynym wyglądzie, jednakże zupełnie wbrew temu wszystkiemu, miała twardą rękę do interesów i wprawne oko, jeżeli chodziło o wyszukiwanie młodych talentów. Takich jak Rachel. Jak jej wyjaśniła, poszukiwała pełnych pasji i wigoru osób, gdyż dopiero zaczynała swoją działalność i chciała nadać swojemu teatrowi odpowiedniego, młodzieńczego ducha, skoro włożyła już w niego całe swoje stare serce. Poprosiła również Rachel o wyrozumiałość, jeżeli chodzi o wysokość pensji, bo interes dopiero zaczynał kwitnąć, choć i tak podejrzewała, że teatr ten będzie miejscem dla osób „odrzuconych", które nie odnalazły się w broadwayowym światku, więc nigdy nie uzyskają wystarczającej sławy. „Wyrzutków", sprostowała ją Rachel w myślach, ale podobał jej się ten pomysł. W końcu sama była jednym z nich, już od najwcześniejszych lat swojego życia.
Zawsze coś, prawda?
Polubiła też samą Mirandę, która wydawała się być osobą ciepłą, lecz w razie potrzeby surową i szczerą do bólu, przede wszystkim jednak pełną pasji i oddania do wykonywanego zawodu. Rachel lubiła takich ludzi. I choć nigdy nie podejrzewała, że przynależność do Glee pomoże jej w czymkolwiek w dorosłym życiu, najprawdopodobniej dlatego dostała pracę. Miranda sama należała do szkolnego chóru, więc obie panie szybko nawiązały nić porozumienia. Dyrektorka była dużo starsza od Rachel, wykazała jej jednak, że nastolatki nie zmieniły się tak bardzo przez te wszystkie lata.
Według jej słów, pierwsze przedstawienie miało być musicalem. Rachel właśnie miała pojechać by odebrać pełny scenariusz i już chwytała kluczyki z drewnianej komody, kiedy jej telefon ponownie zadzwonił. Przez chwilę miała nie odbierać, wiedząc, że może się przez to spóźnić na spotkanie, ale widząc nieznany numer, zmarszczyła brwi i przyjęła połączenie. Nie wiedziała, że telefon ten miał być podobny do tego, na który odpowiedziała parę miesięcy wcześniej. Że zostanie wypowiedziana ta sama formułka, choć zostaną przekazane jej inne informacje.
Że zmieni się życie ich wszystkich.
- Słucham?
- Panna Rachel Berry?
Głos należał do kobiety, ale tylko tyle Rachel potrafiła określić. Nie był to z pewnością nikt znajomy.
- Tak, to ja.
- Kurt Hummel wpisał panią jako osobę, którą należy powiadomić w razie, gdyby…
Rachel zdębiała.
- Kurt jest w szpitalu? Znowu? Co z nim? Czy on…?
- Niech się pani uspokoi…
Rachel z trudem zmusiła się do wysłuchania kobiety. Kiedy się rozłączyła, wciąż patrzyła w ścianę siedząc na zimnej podłodze, nie pamiętając nawet kiedy się na nią usunęła. Przytknęła drżącą dłoń do ust, jej klatką piersiową szarpnęło kilka spazmów, choć z oczu nie popłynęła nawet jedna łza.
- Nie… - wyszeptała kręcąc głową.
***
Claire rzuciła kredką przez pokój i oparła głowę na swojej malutkiej rączce. Krytycznym okiem raz jeszcze spojrzała na rysunek. Nie. Nic z tego. Tatusiowi na pewno się nie spodoba. Ale warto było zasięgnąć dodatkowej opinii.
- Babciu! – krzyknęła i zaczęła niecierpliwie machać nóżkami, co jakiś czas uderzając stopą w malutki stolik, kupiony specjalnie dla niej. Po chwili dało się słyszeć „Idę, skarbie!", odgłos kroków i do pokoju wkroczyła pani Anderson z szerokim uśmiechem na twarzy. Ignorując ból w krzyżu, dość zaskakujący, wziąwszy pod uwagę jej dość młody jeszcze wiek i pochyliła się ku wnuczce.
- Co się stało, skarbie?
Claire wygięła usta w podkuwkę.
- Brzydko narysowałam – powiedziała i wskazała oskarżycielsko palcem kartkę papieru, jakby to była jej wina, a następnie ukryła twarz w ramionkach i westchnęła teatralnie. – Odkąd tatuś wyjechał, nic mi nie wychodzi.
Jej babcia wzięła ostrożnie kartkę w swoje ręce i uśmiechnęła się delikatnie. Oczywiście z rysunkiem było wszystko w porządku. Niepokoił ją jednak fakt, że Claire, zwykle rezolutna i wygadana, ostatnio robiła się coraz bardziej zamknięta w sobie. Ponadto miewała humory, a najczęściej po prostu zamykała się w pokoju i rysowała z taką wściekłością, jakby każda kredka i kartka papieru uraziły jej uczucia. Często płakała z byle powodu, trzeba było uważać na to, co się mówiło, bo byle co potrafiło ją obrazić. Oczywiście, to było normalne dla dzieci w jej wieku, ale Claire zawsze była inna, dojrzalsza. Jakby więcej rozumiała. Co się zmieniło?
Pani Anderson westchnęła w duchu.
Gdyby Blaine tu był. On zawsze lepiej sobie radził z małą. Jakby czytał jej w myślach. Pomyślała z nostalgią o śmiechu swojego syna łączącym się z drugim, dziecinnym (choć obydwa były w jakiś sposób podobne), odbijającym się od ścian w ich starym domu. Lubiła, kiedy przyjeżdżali tu oboje. Bez nich było dziwnie pusto i cicho. Za cicho, jak na jej gust.
Martwiła się ostatnio. O nich oboje. Blaine pojawiał się, to znikał, raz będąc takim szczęśliwym, jakim nie widziała go od wyjazdu na studia, a czasem tak załamanym, jakim nie widziała go nigdy. Co najgorsze, wszystko odbijało się na Claire. Czuła się porzucona i zdezorientowana, czego pani Anderson nie omieszkała wytknąć synowi przez telefon. Nie wiedziała jak może pomóc, więc postanowiła skierować uwagę Blaine'a na to, co robił źle, a czego widocznie nie zauważał. Gdyby chociaż wiedziała, co siedziało w jego głowie… Jej syn nie miał jednak w zwyczaju mówić, kiedy działo się coś złego, choć zawsze naiwnie liczyła, że uda jej się coś z niego wydobyć.
Pani Anderson odgoniła od siebie ponure myśli i pogłaskała Claire po ciemnych włosach, które podobnie jak śmiech, odziedziczyła po swoim ojcu.
- Skarbie, to naprawdę piękny domek – zapewniła wnuczkę odkładając rysunek na stolik. – Nie wiem, czemu w ogóle się tym martwiłaś.
Claire spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Myślisz, że tacie się spodoba?
Pani Anderson rozpromieniła się.
- Oczywiście. Przecież wiesz, jak bardzo kocha twoje rysunki.
Claire posmutniała nagle. Pani Anderson usiadła przy niej.
- Coś się stało?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową, ale po chwili jakby zmieniła zdanie i przytaknęła. Kobieta wiedziała, że to jedyna szansa, żeby wydobyć coś ze swojej wnuczki, więc ostrożnie dobierała pytania.
- Pokłóciłaś się z kimś?
Nie.
- Może w przedszkolu ci dokuczają?
Kolejny przeczący ruch głową.
- Coś nie tak w domu? – spróbowała kolejny raz kobieta.
Tym razem wahanie. Pani Anderson przygryzła wargę zastanawiając się, jak sformułować kolejne pytanie, ale Claire jej przerwała.
- Tatuś chyba już mnie nie kocha – powiedziała tonem osoby, która stwierdza oczywisty fakt i spuściła głowę.
- Ależ skąd ci to przyszło do głowy! – zareagowała natychmiast pani Anderson i chwyciła wnuczkę w objęcia. – Wiesz, że jesteś dla niego sensem życia!
- To gdzie on teraz jest? – w głosie dziewczynki zabrzmiała płaczliwa nuta.
„Chciałabym to wiedzieć", pomyślała jej babcia, ale nie powiedziała tego na głos.
- Musiał wyjechać w interesach, przecież ci mówił – powiedziała powtarzając to, co usłyszała od swojego syna, a co jak podejrzewała, było kłamstwem. – Tatuś musi zarabiać pieniążki, żeby was utrzymać.
Jej wnuczka nie wyglądała na przekonaną.
- Kiedyś tak nie było – zauważyła smutno.
Na chwilę zapadła cisza.
- Tatuś stara się dostać awans – wyjaśniła spokojnie pani Anderson. – Musi po prostu spędzać więcej czasu w pracy, żeby potem przynosić do domu więcej pieniążków. Wierz mi, na pewno myśli tylko o tym, żeby do ciebie wrócić. Po prostu troszkę mu się wszystko przeciągnęło.
Claire wyglądała na nieco bardziej pocieszoną.
- Nie oszukujesz mnie?
- Nigdy bym tego nie zrobiła.
Dziewczyna westchnęła.
- Wiem, wiem… - nagle się ożywiła. - Czekaj! Może po prostu jego kolega znowu zachorował! Wtedy też długo go nie było!
Pani Anderson spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem.
- Kolega?
Dziewczynka pokiwała głową.
- Tańczyłam z nim na weselu – powiedziała pogodnie. – A wcześniej to byłam z tatusiem w szpitalu, żeby go odwiedzić, bo był bardzo chory…
- O, to nie najlepiej…
- Nooo… Tata strasznie się wtedy martwił. Tak strasznie, że czasami płakał.
Blaine płakał?
Pani Anderson zmarszczyła brwi.
- Jak on wygląda? – zapytała bez zastanowienia, wiedząc, że dziewczynka nie przypomni sobie imienia. – Ten kolega.
Claire rozpromieniła się. Po jej złym nastroju nie było ani śladu.
- Mam rysunek! Pokazać ci?
Jej babcia pokiwała nieprzytomnie głową. Kim mógł być ten kolega? I dlaczego Blaine o niczym jej nie wspomniał? Otrząsnęła się z zamyślenia, kiedy wnuczka potknęła jej pod nos rysunek.
Cóż. Niewiele to dało. Stwierdzić dało się jedynie, że obrazek przedstawia człowieka. Choć… Nie, było coś jeszcze. Brązowe włosy. Zawsze coś. Kobieta przygryzła wargę. Była rozdarta między chęcią poznania prawdy, a strachem, że Claire poczuje się przesłuchiwana. Ciekawość jednak zwyciężyła.
- Skarbie… Nie pamiętasz może jak się nazywał ten pan?
Dziewczynka zmarszczyła czoło i oparła się na dłoni, w geście przypominającym Kubusia Puchatka.
- Karl… Nie… Klaus… Mm… Nie wiem… Tak jakoś dziwnie… A może to było na „M"…
Pani Anderson nie potrzebowała jednak więcej. Nagle zrozumiała.
- Kurt – powiedziała cicho, bardziej stwierdzając niż pytając.
- O! – ucieszyła się dziewczynka. – Kurt! Skąd wiedziałaś?
Jej babcia uśmiechnęła się w nieco wymuszony sposób.
- Tata mi go kiedyś przedstawił – jej głos przycichł jakby. – Bardzo dawno temu…
- Nie był wtedy chory? – zainteresowała się dziewczynka.
Kobieta roześmiała się cicho.
- Nie, skąd. Dlaczego pytasz?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Teraz chyba jest. I to mocno. Jest strasznie blady i ma takie cienie pod oczami, o takie! – wykonała odpowiedni gest, nakreślając sobie koła pół twarzy. – Tata się chyba tym martwi… Bardzo go lubi.
- Na pewno – zgodziła się pani Anderson pogrążona we własnych myślach. – Och, poczekaj chwilę! Chyba dziadek mnie woła!
Opuściła pokój z rosnącym mętlikiem w głowie. Po namyśle, skierowała swoje kroki do kuchni – tam zawsze czuła się bezpiecznie. Musiała przemyśleć parę spraw.
Od kiedy Blaine znowu zaczął spotykać się z Kurtem? Jednakże, co ważniejsze, dlaczego to ukrywał? Bał się czegoś? Czy znowu są razem? I dlaczego robił z tego taką wielką tajemnicę? Oczywistym było, że póki co nie chciał o tym mówić dziecku, ale dlaczego nie powiedział własnej matce? Przecież zawsze lubiła Kurta. Sama ciężko przeżyła ich rozstanie. Czy to przez ojca? Po tylu latach wciąż miał żal? Tak, to było prawdopodobne. Wciąż jednak nie wyjaśniało, dlaczego ją okłamał. Kiedy to się zaczęło? Oczywiście, podejrzewała, że Kurt pojawi się na weselu swojego brata, na którym Blaine był ostatnio. Czy to tam się spotkali? „Nie", pomyślała. „Claire wspomniała, że odwiedzili go wcześniej w szpitalu." Co z kolei, nasunęło jej co innego. Co jeżeli Claire miała rację? Może Kurt był ciężko chory? I Blaine pojechał go odwiedzić?
Tylko dlaczego miałby to ukrywać?
Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Kobieta zerknęła na zegarek. Kto to mógł być o tak wczesnej porze? Pospieszyła w stronę drzwi i otworzyła je szybkim ruchem.
Na ganku stał nie kto inny, jak jej syn.
Na widok Blaine'a początkowo poczuła ulgę, kiedy jednak przyjrzała mu się uważniej, poczuła jak strach chwyta ją za gardło. Blaine miał podkrążone oczy („Musiał jechać nocą", wydedukowała) i trząsł się dziwnie, w taki sposób, że dziwiła się, jakim cudem udawało mu się utrzymać na nogach.
- Blaine, na litość boską, co się stało?
Chłopak nie odpowiedział. Po prostu padł jej w ramiona i rozpłakał się, szlochając głośno jak małe dziecko. Kobieta bezradnie zaczęła go głaskać po głowie, co jakiś czas szepcząc „Cii, będzie dobrze", choć nawet nie wiedziała, co się stało.
Dotychczas Blaine płakał w jej ramionach tylko raz w życiu – kiedy dowiedział się, że Kate jest w ciąży. Jednakże wtedy było inaczej. Wtedy w tym płaczu więcej było strachu niż rozpaczy. Teraz nie wiedziała nawet, co to oznacza. Blaine rzadko okazywał otwarcie ból, czy strach. Nawet kiedy był dzieckiem, ze wszystkim radził sobie sam, nigdy nie widziała go ze łzami w oczach, nigdy się nie skarżył. Nawet kiedy pobili go po szkolnym balu, to ona zaproponowała mu przeniesienie do Dalton. On tylko przystał na tę propozycję. Być może przez surowego ojca, być może przez twardą szkołą życia, jej syn nauczył się po pewnym czasie zamykania pewnych rzeczy głęboko w sobie. Potem doszedł dodatkowo żal do samego siebie, że uciekł z dawnej szkoły bez walki. Od tamtej pory Blaine nie pozwalał sobie na okazywanie cierpienia.
Aż do tej pory.
Kiedy pani Anderson udało się jakimś cudem zaprowadzić swojego syna na kanapę w salonie, dochodziła ósma rano.
Nie wiedziała, że dwadzieścia cztery godziny wcześniej jej syn otworzył oczy w stanie największego szczęścia, jakiego można doświadczyć w życiu.
Szczęścia, które zostało mu tak szybko zabrane.
***
Rachel chodziła tam i z powrotem tak szybko, że ściany korytarza stanowiły zaledwie dziwną smugę. Jej obcasy stukały po twardej posadzce, choć dźwięk ten zdawał się ją w jakiś sposób uspokajać, a tego właśnie potrzebowała.
Czekała już ponad dwie godziny na jakieś wieści od lekarza. Dwie. Godziny. Choć z tego co wiedziała, operacja zaczęła się o wiele wcześniej. A przecież nie chciała wykładu, ani szczegółowych opisów. Dlaczego nikt nie mógł udzielić jej jednej, podstawowej informacji?
Czy Kurt wciąż żyje?
- Dobra, koniec z tym – warknął zniecierpliwiony Puck i podniósł się z krzesła w poczekalni. – Pójdę tam i zapytam tego doktorka czy nie chce dołączyć do Kurta na tej sali operacyjnej…
- Noah! – Rachel uspokoiła go gestem i usiadła obok niego, choć sama była coraz bardziej zdenerwowana. – To w niczym nie pomoże… Musimy być dobrej myśli.
Puck przejechał ręką po głowie i zamknął oczy.
- Ja wiem, tylko… Jak sobie myślę, że my tu sobie spokojnie siedzimy, a oni walczą o jego życie… – ukrył twarz w dłoniach. – Nie możemy go stracić.
Rachel zadrżała mimowolnie, słysząc to ostatnie zdanie. Nie mogła sobie jednak pozwolić na atak paniki. Nie teraz. Zacisnęła powieki, wzięła głęboki oddech i policzyła wolno od jednego do dziesięciu.
Nie. Stracą. Kurta.
Powtórzyła sobie to kilka razy w myślach.
Nagle otworzyły się drzwi i w ich stronę ruszył wysoki, raczej starszy mężczyzna, naciągając po drodze biały fartuch. Operacja musiała się dopiero skończyć. Na jego widok Rachel i Puck zerwali się z miejsca. Dziewczyna próbowała przeniknąć wyraz twarzy mężczyzny, jednakże nie potrafiła z niego nic odczytać. Mogła za to zauważyć, że jest bardzo zmęczony. Kiedy ruszyli mu na spotkanie, przetarł sobie czoło chusteczką i zamknął na moment oczy.
- Co z nim? – zapytała natychmiast Rachel. – Czy on…?
Lekarz spojrzał na nią ciężko, ale mimo zmęczenia, uśmiechnął się lekko.
- Najgorsze mamy za sobą.
Ulga niemal zwaliła ich nóg. Rachel wtuliła się lekko w Pucka i ukryła twarz w dłoniach, jakby wciąż nie mogła uwierzyć.
- Co dokładnie się stało? – odezwał się Puck.
Mężczyzna zawahał się.
- Nie jestem pewien czy jestem upoważniony, by przekazać państwu tego typu informacje. Nie należą państwo do rodziny…
Rachel posłała mu błagalne spojrzenie.
- Proszę… Kurt umieścił mnie, jako osobę, którą należy powiadamiać o wypadkach. Rodzina nic nie wie. On nie ma teraz nikogo poza nami.
Lekarz obrzucił ją jeszcze badawczym spojrzeniem, ale widząc upór bijący z postawy dziewczyny, westchnął tylko.
- W takim razie w porządku. Pan Hummel miał sporo szczęścia, samochód uderzył w taki sposób, że zmiażdżył się cały tył, choć naprawdę niewiele brakowało… Stracił dużo krwi, musieliśmy poddać go transfuzji. Niestety nie miał przy sobie żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość, więc nie mieliśmy dostępu do jego karty, co znacznie opóźniło pewne działania.
Rachel zmarszczyła brwi.
- Nie rozumiem… To jak się do mnie dodzwoniliście?
- Mężczyzna, który również uczestniczył w wypadku… kierowca, był przez moment na tyle świadomy, że udało nam się go przepytać i dowiedzieliśmy się, kim jest drugi pasażer.
Puck i Rachel wymienili spojrzenia.
„Drugi mężczyzna"?
Blaine?
- Nic mu się nie stało?
- Pani wybaczy…
Rachel przygryzła wargę.
- No tak, przepraszam... Niech pan mówi dalej.
- Pan Hummel ma również parę złamań otwartych, które udało już nam się nastawić i kilka popękanych żeber. Z pewnością też zostanie mu kilka blizn. Nie będę przed panią ukrywać, że przez moment myśleliśmy, że go stracimy, jego stan był krytyczny, musieliśmy go reanimować niemal godzinę…
Rachel zamknęła oczy.
- O mój Boże…
- …jednakże w tej chwili, jego stan jest stabilny. Musi pani jednak zrozumieć, że nie oznacza to końca naszych zmartwień. Pan Hummel otarł się o śmierć, jego życiu wciąż może zagrażać niebezpieczeństwo.
- Czy… Będziemy mogli go zobaczyć? – zapytał Puck.
- Obawiam się, że póki co jest to niemożliwe. I nie miałoby większego sensu, utrzymujemy pana Hummela w stanie śpiączki farmakologicznej. Obrażenia jakich doznał są bardzo dotkliwe, nie chcemy narażać go na niepotrzebne cierpienie.
- Rozumiem…
Lekarz zwrócił się do Rachel.
- Panno…
- Berry.
- Panno Berry, chciałbym panią prosić do mojego gabinetu. Potrzebujemy zebrać dokładniejszy wywiad o pacjencie, miałem nadzieję, że mogłaby pani nam pomóc, jako osoba z bliskiego otoczenia pana Hummela. Nawet najbardziej błaha informacja może okazać się niezbędna.
Rachel pokiwała sennie głową. Nagle poczuła się bardzo zmęczona. Widząc to lekarz uśmiechnął się nieco szerzej.
- Może jednak najpierw zejdzie pani do bufetu i napije się kawy. Zapewne ledwie trzyma się pani na nogach, to zresztą zrozumiałe. Kiedy poczuje się pani trochę lepiej, proszę przyjść do mojego gabinetu. Drogę wyjaśnią pani w recepcji, niech pani spyta o doktora O'Briana.
Posłał im jeszcze jeden zmęczony uśmiech, po czym zostawił ich samych. Rachel niemal natychmiast wtuliła się mocniej w Pucka i zaniosła się pełnym ulgi płaczem.
***
Kurt był szczęśliwy.
Unosił się w czymś w rodzaju białej mgiełki czując się lekkim jak piórko. Jego ciało zdawało się być tak przyjemnie daleko, a miał przeczucie, że to dobra rzecz. Bo gdyby się w nim teraz znalazł… Nie. Nie pamiętał, co by się stało. Wiedział tylko, że nie byłoby to już takie przyjemne.
Spał nie śniąc, przez jego głowę od czasu do czasu zdawał się zaledwie przepływać leniwie jakiś obraz. Czasami udawało mu się uchwycić kilka z nich. Niebieskie oczy, jego oczy… To pewnie jego mama. Publiczność i dziewczyna krzycząca „Przed państwem New Directions!". Znał ją. Ale jak jej było na imię? Och, jego mózg zdawał się tak odległy jak jego ciało… Niewielki żółty ptaszek. „Kanarek", wydobył z umysłu odpowiednią nazwę. Granatowo-czerwony mundurek. Para brązowych oczu.
Kurt poruszył się niespokojnie w swojej mgiełce.
Blaine.
To imię otarło się nieprzyjemnie o jego korę mózgową. Cichy głos podpowiedział mu, żeby nie zaczepiał tego wspomnienia. Posłusznie otrząsnął się z tej myśli, bojąc się tego, co by było, gdyby tego nie zrobił. Czy znowu złapałyby go kłęby czarnego dymu? I te krzyki w jego głowie… Tak, to nie było przyjemne. Ale z drugiej strony, ten dym popychał go w stronę czegoś jaśniejszego. Lepszego. Czuł to przez kości. I przez krzyki przebijał się cichy szept „Nigdy więcej bólu, strachu... Chodź z nami." I Kurt chciał pójść, tak bardzo. Ale kiedy podjął już tę decyzję, coś gwałtownie ściągnęło go na dół. To bolało. Bardzo. Jakby łamano mu każdą kość w ciele. Ale potem ból odszedł i znów otoczyła go biała mgiełka.
Czuł się bezpiecznie.
Gdyby Kurt wciąż miał swoje ciało, przeciągnąłby się rozkosznie.
***
Finn chodził w tę i z powrotem po korytarzu, bezwiednie pokonujące tę samą trasę, którą jeszcze parę dni wcześniej pokonywała Rachel z tym samym zdenerwowaniem, choć dużo większym strachem. Jego oczy od czasu posyłały Rachel i Puckowi wściekłe spojrzenia.
- Dlaczego zawsze dowiaduję się ostatni? – warknął po raz kolejny.
Rachel zamknęła oczy i spokojnie odpowiedziała, jakby tłumaczyła coś małemu dziecku:
- Kurt wpisał mnie, jako osobę, którą należy powiadamiać w razie nagłego wypadku. Czekaliśmy z Puckiem na jakieś wieści, bo nie mielibyśmy nawet, co wam przekazać. Przez długi czas nie chcieli nam nawet powiedzieć czy Kurt jeszcze… - przełknęła ślinę. – Zadzwoniłam do ciebie tak szybko, jak uzyskaliśmy konkretniejsze informacje.
Finn zatrzymał się gwałtownie.
- Dzwoniłaś też do Carole?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Uznałam, że póki co lepiej jej nie martwić.
Westchnienie. Chłopak oparł się o ścianę. Osunął się po niej i usiadł na podłodze, jakby ignorując krzesła.
- Dzięki. I przepraszam.
Rachel uśmiechnęła się słabo.
- Nie ma za co.
Finn westchnął.
- Wiadomo, co było przyczyną wypadku?
- Wina kierowcy. Tyle wiemy.
- A kto był kierowcą?
Rachel i Puck wymienili spojrzenia.
- Na początku myśleliśmy, że Blaine…
Finn zamrugał.
- To oni znowu się spotykają?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową, choć przez moment miała zamiar wzruszyć ramionami.
- Więc kto to był? Znasz go? – zapytał Finn.
Rachel przygryzła wargę.
- Pamiętasz chłopaka, z którym Kurt był na twoim ślubie?
- Ten blondyn?
- Mhm. Jest już przytomny. Puck przeszedł się po oddziale. Rozmawialiśmy z nim chwilę…
Finn westchnął.
- Czyli wyszedł z tego bez szwanku?
Długa cisza.
- Ma złamany kręgosłup.
- Och.
Rachel pokiwała głową i również westchnęła smutno.
- Z tego, co nam powiedział, po prostu stracił panowanie nad kierownicą.
- Ale ja czuję, że jest coś jeszcze – przerwał jej Puck. – Czegoś nam nie powiedział. Myślę, że on doskonale wie, jak do tego wszystkiego doszło.
- Przecież nie zrobił tego specjalnie.
- Co nie zmienia faktu, że coś ukrywa.
Rachel wzruszyła ramionami.
- Ma prawo. Nie zna nas. I tak okazał dużo zaufania. Przecież gdyby nam nie pozwolił, nie wpuściliby nas nawet na sale. Widziałeś jak lekarze go obskakują.
- To on jest sławny czy coś? – wtrącił Finn.
- Jest fotografem. Bardzo bogatym fotografem, ściślej rzecz ujmując.
Finn gwizdnął.
- Ciekawe jak Kurt go poznał.
Rachel i Puck po raz kolejny wymienili spojrzenia.
- Nie mam pojęcia – powiedziała cicho dziewczyna. Postanowiła zmienić temat. – Gdzie Jane?
- Została w domu. Chciała jechać ze mną, ale jej nie pozwoliłem. I tak ostatnio dużo ze mną przeszła, wolałem…
Nagle wszyscy zamilkli. W ich stronę spieszył doktor O'Brian, uśmiechając się delikatnie.
- Pan Hummel właśnie odzyskał przytomność. Proponowałbym, żeby dali mu jednak państwo chwilę czasu na… - widząc ich miny przerwał na moment. – Choć z drugiej strony, nie widzę żadnych przeszkód. Jednakże prosiłbym, żebyście… przepraszam za wyrażenie… „nie zwalali się" państwo na raz. Dopiero przeniesiono go z OIOMu, sala nie jest duża. Poza tym, pacjent wciąż może być nieco zdezorientowany. Dopiero skończyłem z nim rozmawiać, wydawał się wciąż mocno zmęczony.
Cała trójka popatrzyła na siebie.
- Idź, Finn – powiedziała ze zdecydowaniem Rachel. – Jesteś jego bratem.
Chłopak zawahał się.
- No idź – powtórzyła.
Finn pokręcił głową. Obrócił się w stronę Rachel i położył jej dłoń na ramieniu.
- Założę się, że ciebie ma teraz ochotę zobaczyć. Jesteś dla niego rodziną w większym stopniu, niż ja kiedykolwiek będę.
- Ale…
- No idź – powtórzył jej słowa i uśmiechnął się lekko. Rachel zawahała się jeszcze przez moment, po czym przytuliła go i wyszeptała:
- Dzięki.
Ruszyła za lekarzem, posyłając mu jeszcze ostatnie spojrzenie zza ramienia.
***
Pokój był niezwykle jasny.
Promienie słońca wlewały się przez jedyne okno w pomieszczeniu padając na większość łóżek. Oprócz Kurta, na sali znajdował się jeszcze jeden mężczyzna, który przez cały czas leżał na boku wpatrując się w ścianę i młoda kobieta, jak Rachel wydedukowała z jej licznych blizn, najprawdopodobniej również po wypadku.
Łóżko Kurta znajdowało się tuż przy oknie, co wydało się Rachel dziwne, wziąwszy pod uwagę fakt, że chłopak zazwyczaj unikał słońca. Sam Kurt wyglądał dużo gorzej niż ostatnim razem, kiedy znalazł się w szpitalu, ale mimo wszystko, wydawał się znosić wszystko o wiele lepiej niż wtedy. Mimo, że ledwie było go widać spod bandaży i każdy gest czy grymas, najwyraźniej sprawiał mu ból, na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech. Kark miał usztywniony kołnierzem ortopedycznym, więc patrzył bez większego zainteresowania w sufit. Kiedy usłyszał kroki jego oczy poruszyły się nieznacznie, aż jego wzrok padł na Rachel. Uśmiech się poszerzył.
- Hej – powiedział głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Hej.
Usiadła na jego łóżku. Chwyciła go delikatnie za lewą rękę, która szczęśliwie wyszła z wypadku bez szwanku i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Kurt przerwał jej delikatnie.
- Tylko nie pytaj jak się czuję – uśmiechnął się krzywo. – Widać na załączonym obrazku.
Rachel uśmiechnęła się delikatnie.
- Wydajesz się szczęśliwy – zauważyła. – Jak na ciebie, rzecz jasna.
Kurt zamyślił się jakby i zamknął oczy.
- Byłem w szczęśliwym miejscu – powiedział i po chwili zatrzepotał powiekami. – Choć teraz czuję się tak, jakbym odwiedził Niebo i spadł na tyłek z samej góry. W piekle pewnie mają windę.
Rachel roześmiała się mimowolnie.
- W szczęśliwym miejscu?
Kurt uśmiechnął się tylko zagadkowo. Nagle jednak uśmiech ten zgasł jak płomień świecy.
- Co z Oliverem? – zapytał z niepokojem. – Nikt nie chce mi nic powiedzieć…
Dziewczyna zawahała się. Ile mu powiedzieć? Powinna go martwić? Jak dużo prawdy będzie mógł znieść?
„Nie", zdecydowała w myślach. „Na to przyjdzie jeszcze czas."
- Żyje – ścisnęła mocniej jego dłoń. – Jak poczujesz się lepiej, na pewno będziesz mógł go odwiedzić.
Kurt jakby się uspokoił. Widocznie nie zauważył niczego dziwnego w jej wahaniu.
- To dobrze… - wyszeptał. - Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś mu się stało. To ja go wezwałem, więc wszystko byłoby moją winą… Zresztą, nieważne.
Rachel przygryzła wargę. Postanowiła jednak nie zgłębiać tematu.
- Gdzie byłeś tak w ogóle? – zapytała zamiast tego. - Przez tamten tydzień?
Ku jej zaskoczeniu, przez twarz Kurta przebiegł spazm bólu. Zapytała czy potrzebuje zwiększenia dawki środków przeciwbólowych, ale ten wymamrotał tylko:
- Nie… To nic nie da.
Rachel posłała mu pełne poczucia winy spojrzenie.
- Przepraszam. Nie powinnam była pytać.
Kurt ścisnął delikatnie palce jej dłoni i zamknął oczy.
- Nieważne, gdzie byłem. Nigdy już tam nie wrócę.
Nagle roześmiał się cicho.
- Ał. Chciałem westchnąć, ale to za bardzo boli. Więc się roześmiałem z bezsilności, a to boli jeszcze bardziej. Jak tu funkcjonować?
Dziewczyna wyczuła, że Kurt stara się uniknąć jakiegoś tematu. Nie naciskała więc szczególnie, wiedząc, że chłopak jest wyczerpany. Zamiast tego rozejrzała się raz jeszcze po sali.
- Co z nim? – zapytała bezgłośnie i wskazała ruchem głowy na cichego mężczyznę, który wciąż wpatrywał się w ścianę.
- Chyba nie lubi słońca – Kurt uśmiechnął się słabo. Sam zapatrzył się na wzory, które promienie utworzyły na odległej ścianie. Po chwili znów spojrzał na Rachel. – Jesteś sama?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową. Zauważyła ze zdziwieniem coś na kształt paniki i strachu w oczach Kurta, ale był to zaledwie ułamek sekundy.
- Finn i Puck są ze mną – powiedziała ostrożnie. Albo jej się wydawało, albo Kurt odetchnął z ulgą. Spodziewał się kogoś innego? – Ale lekarz pozwolił wejść tylko jednej osobie, żeby cię nie męczyć.
Chłopak zacisnął usta.
- Fakt, podoba mi się ten spokój – uśmiechnął się blado i zamilkł na moment. - Chcę cię też o coś prosić. Następnym razem, kiedy znajdę się w szpitalu…
-…nie będzie następnego razu...
Kurt puścił to wtrącenie mimo uszu.
-…proszę cię, żebyś nie powiadamiała mojej rodziny. Chyba, że umrę. Wtedy będzie mi dość obojętnie.
Rachel uniosła brwi.
- Nie mówić im? Dlaczego?
Kurt uśmiechnął się krzywo.
- Bo pewnie będzie to miało coś wspólnego z Roxanne. A mnie kończą się kłamstwa. Zresztą… Nie chcę przysparzać im zmartwień. Jak dotąd ze wszystkiego udaje mi się wyjść cało, szkoda ich nerwów.
- „Szkoda nerwów"? Kurt, to twoja rodzina, myślę, że…
- …powinno się im zawracać głowy bzdurami?
- Zdajesz sobie sprawę, że otarłeś się o śmierć? Uważasz, że to…
- Nic mi nie jest – przerwał jej ostro. – I tak, zdaję sobie sprawę. Żałuję jedynie, że było to tylko otarcie.
- Kurt!
Chłopak zamknął oczy.
- Nie rozumiesz? Byłem szczęśliwy. Wszystko było tam takie ciepłe, takie proste… A tutaj… Cierpienie, z którym nie chcę sobie dawać rady…
- Kurt, życie nie ma być łatwe! I przypomnę ci, że dotychczas ledwo, bo ledwo, ale sobie z nim radziłeś.
- Radziłem sobie? Ćpanie i prostytucję nazywasz radzeniem sobie?
Powiedział to zdecydowanie głośniej niż powinien. Mężczyzna przy ścianie poruszył się nieznacznie, a młoda kobieta wytrzeszczyła oczy. Kurta jednak zdawało się to nie obchodzić. Jego klatka piersiowa unosiła się ciężko, a powieki miał zaciśnięte. Rachel pogłaskała go po ręce.
- Przepraszam… Nie unoś się tylko. Nie możesz się stresować.
Chwila ciszy.
- Chcesz zostać sam?
Kurt pokręcił głową i wolno uniósł powieki.
- Wolałbym nie.
Rachel uśmiechnęła się nieznacznie.
- Jestem do dupy w czuwaniu przy łóżku chorego, wybacz.
Chłopak odwzajemnił uśmiech.
- Nie. Jesteś idealna.
Spuściła głowę i zaczęła bawić się rąbkiem spódnicy.
- Cóż… Jest ktoś lepszy ode mnie.
Kurt posłał jej pytające spojrzenie. Dziewczyna uśmiechnęła się nieco szerzej.
- Mam zawiadomić Blaine'a?
- NIE! – krzyknął Kurt ku jej zaskoczeniu i poruszył się tak gwałtownie, że zaskomlał z bólu. Rachel spojrzała na niego z przerażeniem. Widząc to, uspokoił się nieco, choć oddech wciąż miał przyspieszony.
- Proszę… Nie mów Blaine'owi. Nie możesz mi tego zrobić.
- Myślałam, że… że między wami już wszystko dobrze – wyjąkała, ale widząc ból w oczach Kurta, przerwała natychmiast. – Okej! Zmiana tematu, żeby udać, że Rachel wciąż ma trochę wyczucia. Porozmawiajmy o…
Kurt ścisnął jej palce.
- Dzięki – przerwał jej delikatnie. - Za wyrozumiałość.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Nie ma za co.
Zaczęła delikatnie gładzić go po dłoni.
- Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Może opowiesz mi o tym szczęśliwym miejscu, co?
Kurt wywrócił oczami. Ucieszył się w duchu, że przynajmniej to nie bolało.
- Mówisz do mnie jak do małego...
Nagle Rachel przytuliła się do niego mocno. Stłumił jednak okrzyk bólu, kiedy ku jego zaskoczeniu, dziewczyna wybuchła płaczem.
- Powiedziałem coś nie tak…? – zapytał zdziwiony.
Rachel roześmiała się przez łzy.
- Nie, tylko… Po prostu było tak blisko, Kurt… Tak mało brakowało, a nigdy więcej nie zobaczyłabym jak wywracasz oczami, nie usłyszałabym kwaśnej uwagi, nie uratowałabym twojego tyłka… - roześmiała się głośniej na widok jego miny. – Wybacz tę szaloną wstawkę płaczącej histeryczki. Tak bardzo cię kocham, popaprańcu…
Kurt nieśmiało pogłaskał ją po głowie i również się roześmiał.
- A więc się doczekałem. Doczekałem się momentu, kiedy postradałaś rozum. Przewidywałem to od pierwszego roku w Glee. Choć wyznań miłosnych nie było w planie.
Rachel przestała się śmiać.
- Tyle się zmieniło od tamtej pory, prawda? – zapytała cicho.
Kurt zacisnął powieki.
- Wszystko się zmieniło.
Leżeli tak przez chwilę w ciszy. W końcu Rachel otarła łzy z twarzy i podniosła się, uśmiechając niezręcznie.
- Przepraszam, że się tak rozkleiłam... To jak? Opowiesz mi coś o tym szczęśliwym miejscu?
Kurt zamyślił się na moment, chętnie podejmując zmianę tematu.
- Nie pamiętam zbyt wiele… Tylko… Biel. Dużo bieli. I takie… Miłe przeczucie, że wszystko będzie dobrze. Wszystko, co złe zostało tu, w moim ciele, ono było tak daleko… I pamiętam też lekkość. Jakbym… Sam nie wiem…
- „Oparł się grawitacji"? – podsunęła Rachel uśmiechając się.
Kurt roześmiał się cicho, momentalnie krzywiąc się z bólu. Dziewczyna zerwała się z miejsca, żeby pobiec po pielęgniarkę, ale Kurt zatrzymał ją ruchem dłoni.
- Tak… - sapnął, starając się brzmieć, jak gdyby nigdy nic. – Można tak powiedzieć.
Rachel popatrzyła na niego z wahaniem, ale usiadła i pogładziła go ponownie po dłoni.
- I jakie to było uczucie?
Zobaczyła w jego oczach pewne rozmarzenie i blask, który przygasł nagle, kiedy zwrócił twarz w jej stronę, krzywiąc się z bólu.
- Nic mnie nie bolało – stwierdził kwaśno, choć Rachel mogłaby przysiąc, że chciał powiedzieć coś innego.
***
Nim pozwolono mu odwiedzić Olivera, minęły prawie dwa tygodnie.
Dni te upłynęły mu na rozmowach z Finnem, Puckiem i Rachel, którzy przesiadywali tak długo, jak pozwalały im na to pielęgniarki. Kurt podejrzewał, że bali się go zostawiać samego. Nie wiedział czego dokładnie się po nim spodziewali - uduszenia się własną poduszką? Rzucenia się przez otwarte okno?
W zasadzie nie był nawet zdziwiony. Wiedział, że Rachel nabrała podejrzeń, kiedy tylko zobaczyła jego uśmiech podczas tej pierwszej wizyty. Ale musiał udawać dalej. Więc grał szczęśliwego Kurta, pamiętając jednak, żeby wciąż być ironiczny i od czasu do czasu kwaśny. Wszystko, żeby ukryć fakt, że nigdy nie był tak wewnętrznie wrażliwy i kruchy.
Nocami praktycznie nie sypiał. Wsłuchiwał się w miarowe chrapanie pozostałych pacjentów, a sam wpatrywał się w ścianę marząc o tym, żeby wydostać się z gipsu i kołnierza, żeby móc chociaż teatralnie poprzewracać się z boku na bok. Bał się tego, co zobaczy po zamknięciu powiek. A raczej, kogo zobaczy.
Po tygodniu ściągnięto mu wreszcie kołnierz (Którego do końca nigdy nie potrzebował, a przynajmniej tak uważał) i pozwolono mu wstać z łóżka. Oczywiście musiał zrobić to o kulach, gdyż lewa noga była złamana, choć według doktora O'Briana, cudem uniknęła kompletnego zmiażdżenia. Lekarze byli jednak pod wrażeniem tego, jak Kurt szybko doszedł do siebie po wypadku. Z nadzieją zaczęto mówić, że za pewien czas będzie można puścić go do domu, choć oczywiście wciąż będzie musiał uczęszczać na rehabilitacje.
Do sali Olivera Rachel zawiozła Kurta na wózku inwalidzkim. Chłopak opierał się jak mógł, mówiąc, że nie jest przecież kaleką, ale kiedy Rachel zapytała czy ma ochotę wspinać się po schodach do oddziału znajdującego się dwa piętra wyżej, przestał narzekać i niechętnie pozwolił się zawieźć. Na nogach położył sobie jednak kule, na wszelki wypadek.
Oddział ten był dużo cichszy niż ten, na którym on sam się znajdował. Tego nie wypełniały częste jęki i krzyki pełne bólu, tutaj wszystko było dużo cichsze. Rachel zapukała w drzwi sali, a kiedy cichy głos pozwolił im wejść, otworzyła je i szepnęła Kurtowi na ucho „Zostawię was samych."
Kurt ostrożnie wjechał do pomieszczenia. Było dużo większe od jego sali, przy czym stało tu tylko jedno łóżko, na którym spoczywał Oliver. Leżał dziwnie bezwładnie, co Kurtowi początkowo nie wydało się dziwne. Podjechał bliżej i uśmiechnął się szeroko, kiedy Oliver zwrócił wzrok w jego stronę.
- Milioner może więcej, co? – powiedział Kurt rozglądając się ponownie po salce. – Choć i tak jestem zdziwiony, spodziewałem się, że już cię przenieśli do jakiejś prywatnej klinki.
Oliver odwzajemnił uśmiech, który jednak nie sięgnął jego oczu.
- Gdybym przeniósł się do kliniki, nie mógłbyś mnie odwiedzić.
Kurt delikatnie wziął go za rękę.
- Dlaczego wciąż tu tkwisz? Z tego, co wiem, ocknąłeś się o wiele wcześniej niż ja, Rachel mówiła, że nic ci nie jest…
Mężczyzna na moment zacisnął usta, jakby chciał stłumić śmiech.
- Tak powiedziała?
Kurt zmarszczył brwi.
- Coś nie tak?
Oliver zamknął oczy i pokręcił głową uśmiechając się blado.
- Nie. Wszystko w porządku.
Ale Kurta nie dało się zbyć tak łatwo.
- Co jest? Czemu wszyscy coś przede mną ukrywacie?
- Kurt, to naprawdę…
- Powiedz mi.
- Kurt…
- POWIEDZ MI!
Oliver otworzył oczy i westchnął.
- W porządku. Ściągnij mi kołdrę z nóg.
- Dlaczego?
- Po prostu to zrób.
Chłopak zawahał się, ale posłusznie spełnił jego polecenie.
- Co teraz?
- Uszczypnij mnie w łydkę. Mocno. Do krwi.
- Ale…
- Proszę, rób, co mówię.
Kurt wciąż nie do końca rozumiejąc, jaki to wszystko ma cel, wziął głęboki oddech i mocno uszczypnął Olivera. Ku jego zaskoczeniu jednak, mężczyzna nawet nie mrugnął. Kurt spojrzał na niego nie rozumiejąc.
- Co to wszystko ma…
Nagle zrozumiał. Nie wiedział dlaczego dopiero teraz sobie to uświadomił, powinien zdać sobie sprawę, że coś jest nie w porządku, kiedy tylko zobaczył Olivera. Tym bardziej, że czuł, że Rachel coś przed nim ukrywa. Ale myśl, że mężczyzna mógł być w o wiele gorszym stanie od niego, po prostu nie trzymała się kupy.
Czuł się poniekąd oszukany.
Zdał sobie sprawę, że odsunął się od łóżka Olivera i kręcił głową mamrocząc niezrozumiałe nawet dla siebie rzeczy.
- Kurt… - szepnął mężczyzna.
Chłopak zamknął oczy. Spod jego zaciśniętych powiek popłynęły łzy.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział…?
- Nie chcieli…
-…martwić mnie? I co, teraz niby jest lepiej?
Podjechał bliżej i ponownie złapał Olivera za rękę.
- To wszystko moja wina…
- Kurt, przecież wiesz, że…
- Zadzwoniłem po ciebie! W środku nocy! Powinienem palnąć się w głowę i pójść na piechotę, albo…
- Kurt…
- To ja powinienem być sparaliżowany! Nie ty! To nie sprawiedliwe, to wszystko jest takie…
Oliver uniósł rękę i zatkał mu dłonią usta. Kurt wciąż szlochał bezgłośnie i po chwili wtulił w tę dłoń swoją mokrą od łez twarz.
- Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam…
- Kurt, to nie ty kierowałeś… To wszystko moja wina. Nie czułem się najlepiej, powinienem posłać kogoś po ciebie…
- Więc dlaczego tego nie zrobiłeś? Och, Oliver, trzeba było…
- Czy ty się słyszałeś? – przerwał mu mężczyzna. - Wtedy kiedy po mnie zadzwoniłeś, mam na myśli.
Kurt wydobył z pamięci mgliste wspomnienie, jednakże nie mógł dopatrzeć się w nim niczego niezwykłego.
- Chyba nie… - wymamrotał.
Oliver westchnął.
- Byłeś taki… Zrozpaczony. Przerażony. Myślałem, że coś ci się stało. Dobrze, że byłem wtedy poza Nowym Jorkiem i jak się okazało, nie tak daleko od tej miejscowości, gdzie… - widząc wyraz twarzy Kurta przerwał moment. – W każdym razie, musiałem upewnić się, że nic ci nie jest.
- Przecież gdyby coś mi się stało, nie mógłbym zadzwonić, prawda?
Na moment obydwaj zamilkli. Oliver ponownie westchnął.
- Nie żałuję tego. Żałuję jedynie, że naraziłem cię na niebezpieczeństwo, zachowałem się nieodpowiedzialnie i…
Kurt zacisnął powieki.
- Tylko tego żałujesz? Wydajesz się taki…
-… pogodzony z losem? – Oliver uśmiechnął się słabo. – Wierz mi, nie jestem. Ale teraz czuję się dobrze. Bo jesteś tu ze mną.
Na moment zapadła cisza.
- Wspominałeś, że czułeś się źle – wyszeptał Kurt, żeby choć częściowo zmienić temat. – Jesteś chory?
Oliver zawahał się. Widząc to, Kurt ścisnął mocniej jego rękę:
- Proszę, nie ukrywaj już niczego przede mną.
Mężczyzna posłał mu jakieś dziwne spojrzenie, które sprawiło, że coś w żołądku Kurta jakby się poruszyło.
- Jesteś pewien?
Kurt ponownie wtulił się w jego dłoń.
- Tak.
Oliver milczał przez dłuższą chwilę. Zaczął kciukiem gładzić Kurta po policzku, skupiając na moment wzrok na jego niebieskich oczach, które przyglądały mu się uważnie spod wachlarza rzęs. Na jego twarzy widać było kilka wyraźnych blizn powypadkowych, ale mimo wszystko, nigdy nie wyglądał tak pięknie.
- Jestem chory od pewnego czasu – powiedział Oliver powoli. – Ale zdiagnozowano mnie dopiero kilka miesięcy temu, po tym jak spadłem ze schodów na jednym z przyjęć. Nic mi się nie stało, ale zawieziono mnie do szpitala, na wszelki wypadek. Przeprowadzono dokładne badania. Widzisz, już wcześniej miałem pewne objawy. Czasami bez powodu drętwiały mi ręce, tak, że nie mogłem nimi ruszyć, a czasem wręcz przeciwnie, zaczynały dygotać. Niezbyt pomocne dla fotografa… Zresztą, nie będę ci o tym wszystkim opowiadał. Chodziłem po lekarzach, ale żaden z nich nie wiedział, co mi jest. Jak już jednak mówiłem, tamtym razem przeprowadzono mi dokładne badania. Zapytano mnie czy czasem zdarza się, że tracę wzrok, czy mam niedowład kończyn. Powiedziałem, że tak.
Na moment zamknął oczy.
- Zdiagnozowano mnie ze stwardnieniem rozsianym. To, na które choruję jest dość… łagodne. Zabija mnie powoli, może tak. Bo są też tacy, którzy szybko lądują na wózku inwalidzkim i potem... Sam wiesz. Cóż… Mnie spotkało to szybciej niż planowałem, ale… W końcu i tak by się na tym skończyło.
Kurt patrzył na niego z rozszerzonymi szokiem oczami. Jak mógł mówić o tym wszystkim tak spokojnie? Jakim cudem był tak pogodzony z losem?
- Tamtej nocy… - wyszeptał.
Oliver pokiwał głową.
- Lekarze nazywają to rzutem choroby. Powiedzieli, że w moim wypadku będzie się to zdarzać, co kilka miesięcy… Ale sam wciąż mam problemy z rozpoznawaniem objawów. Powinienem był się jednak domyślić, że… - zacisnął powieki. – I naraziłem cię na niebezpieczeństwo. Przepraszam, Kurt…
Kurt uniósł jego dłoń i pocałował ją wolno. Palec po palcu. Oliver otworzył oczy i przekonał się, że chłopak wciąż ma łzy w oczach.
- Wszystko będzie dobrze, Oliver… - szeptał. – Wszystko będzie dobrze… Zajmę się tobą.
Mężczyzna posłał mu spojrzenie pełne bólu i zdziwienia.
- Dlaczego miałbyś to robić?
Kurt nie odpowiedział. Oliver wziął go pod brodę i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.
- Pomoc mnie, nie sprawi, że zapomnisz o nim.
Chłopak zacisnął usta.
- Nie wiem, o kim mówisz.
Oliver roześmiał się cicho.
- Możesz oszukiwać siebie. Możesz oszukiwać swoich przyjaciół i brata. Ale mnie nie oszukasz.
Kurt starał się odwrócić, ale uścisk Olivera był silny. Zamknął więc oczy.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego ci tak zależy?
Cisza, która zapadła była tak długa, że uniósł powieki. Ręka Olivera opadła, a wzrok miał utkwiony w oknie.
- Bo Blaine nie jest jedynym, który cię kocha.
Zanim mózg Kurta zdołał w pełni przetworzyć tę informację, mężczyzna znów się odezwał:
- I wiem, że ty tego nie odwzajemniasz. Że jestem dla ciebie nikim.
- Oliver…
- I nigdy nie wierzyłem w karmę, ani… - zamilkł na moment. – Ale zasłużyłem na to. Na to wszystko.
Chłopak wytrzeszczył oczy.
- Co ty wygadujesz?
Oliver w końcu na niego spojrzał.
- Chyba wiesz.
Nie. Nie wiedział.
Kurtowi chwilę zajęło poskładanie wszystkich elementów układanki. Wielu zresztą wciąż brakowało. Ale po chwili zaczął rozumieć:
- Nie planowałeś tego, prawda? Zakochania się we mnie. Cokolwiek sprawiło, że zależało ci na mojej wdzięczności… Początkowo nie była to miłość.
Cisza.
- Więc dlaczego to robiłeś, Oliver? Dlaczego robiłeś to wszystko?
Oliver odwrócił wzrok, ale nie odpowiedział.
- Chciałeś mnie wykorzystać – ciągnął dalej Kurt. – Prawda? Tylko w jaki sposób?
- Kurt, ja…
Chłopak nie pozwolił mu dojść do słowa.
- Nieważne. Nie obchodzi mnie to.
- Musisz wiedzieć…
Kurt zacisnął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Nie mógł być zły na Olivera. Nie po tym, co przeszedł.
- Mów.
Mężczyzna spojrzał na niego z wahaniem.
- Ale…
- Zanim zmienię zdanie.
Oliver ścisnął mocniej jego rękę.
- Dwa lata temu wpadłem w pewne tarapaty. Delikatnie rzecz ujmując. Zadarłem z ludźmi, z którymi zadrzeć nie powinienem i nim się obejrzałem, musiałem wynająć ochronę i prywatnych detektywów – zamknął oczy. – I wtedy poznałem Dereka Morrisona.
- Szefa mojej agencji – powiedział cicho Kurt.
Dereka poznał tylko raz, przy rozmowie o pracę. Nie wykonywał on bowiem bezpośrednio żadnych telefonów, miał pod sobą wielu pracowników, którzy robili to za niego. Z tego, co wiedział, zazwyczaj nie uczestniczył on nawet w rozmowach o pracę. Zrobił wyjątek dla Kurta.
A raczej Olivera, jak teraz wydedukował. Potrząsnął głową.
- Co się działo dalej?
- Okazało się, że nie tylko ja mam problem z tymi ludźmi. Derek od pewnego czasu zmagał się z podobnymi zmartwieniami. Zaproponował mi układ. Współpracę. Pomoże mi się z nimi uporać … Jeśli ja dam mu coś w zamian.
Kurt uniósł brwi.
- Duszę? Pierwszego potomka?
Oliver roześmiał się cicho.
- Pracowników.
Chłopak spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Nie rozumiem…
- Kiedy się poznaliśmy, powiedziałem ci, że wyszukuję osoby takie jak ty. Interesujące. Okłamałem cię tylko, co do jednej rzeczy.
-…nie robiłeś tego dla siebie – Kurt zaczynał rozumieć. – Chodziło ci o coś więcej niż jakieś zdjęcia. Wywiązywałeś się z umowy. Dlatego zaproponowałeś mi pracę.
Oliver skinął głową.
- Zgadza się.
Kurt nie wiedział, co o tym myśleć. Od początku zdawał sobie sprawę, że za zachowaniem Olivera kryje się coś więcej. Że nie robi tego wszystkiego tylko i wyłącznie z dobroci serca.
Czuł się wykorzystany.
Z drugiej strony, mogło być o wiele gorzej.
Jakby na to nie patrzeć, Kurtowi nie wyszło to na złe. Potrzebował pomocy, potrzebował zmiany pracy. Wszystko to zostało mu zaoferowane. Nie stracił duszy, nie podpisał cyrografu. Teraz wszystko było jasne.
Pozostawała tylko jedna kwestia.
- Dlaczego po prostu mi nie powiedziałeś? – zapytał Kurt i uniósł wzrok, który od dłuższego czasu miał utkwiony w ich złączonych dłoniach. – Zgodziłbym się nawet wtedy, gdybym wiedział, że masz w tym jakiś interes. Szczególnie wtedy, bo wiedziałbym, że jest mniejsze prawdopodobieństwo, że mnie oszukasz. Więc dlaczego?
- Nie mogłem tego wiedzieć na pewno, Kurt – powiedział cicho Oliver. – A byłeś… Jesteś zbyt wyjątkowy, żebym mógł pozwolić sobie na taką stratę.
Kurt przygryzł wargę. Nagle rozległo się pukanie i do sali weszła pielęgniarka.
- Panie Waters, musimy zrobić panu kolejne badania…
- Niech pani da nam pięć minut – Oliver posłał jej ciepły uśmiech. – To bardzo ważne.
Pielęgniarka zawahała się. Jej wzrok spoczął na Kurcie.
- W porządku – powiedziała tylko i zniknęła za drzwiami. Kurt uniósł brwi.
- Tańczą jak im zagrasz – zauważył.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.
- Tylko dlatego, że wiedzą, kim jestem.
Na moment zapadła cisza.
- Mogę cię jeszcze o coś zapytać? – odezwał się po chwili Kurt.
Oliver skinął głową.
- Kiedy zdałeś sobie sprawę, że jesteś we mnie zakochany?
Mężczyzna pogładził go czule po policzku.
- Kurt, jesteś tym typem osoby, w której ludzie zakochują się od pierwszego wejrzenia, albo wcale. Gdybyś tylko wiedział jak niezwykły jesteś… - zamknął oczy. – Odpowiadając na twoje pytanie… Nie mogę być pewien. Zaczęło się od małych rzeczy. Nagle wpadałem na pomysły takie jak, wysłanie ci kwiatów, tylko dlatego, że mogłoby ci to zrobić przyjemność, albo zabranie cię na kawę, bo wiem, że nie możesz bez niej żyć. Kiedy byliśmy razem na weselu… Wiedziałem już, co czuję. I wiedziałem, że nie mogę cię mieć. Bo należysz do kogoś innego.
Przez moment Kurt chciał powiedzieć, że nie należy do nikogo, ale wiedział, że byłoby to kłamstwo. Rozległo się kolejne pukanie i pielęgniarka przypomniała im, że pięć minut się kończy.
- Przyjdę jutro – szepnął Kurt.
- Jutro będę już prawdopodobnie gdzie indziej – powiedział smutno Oliver. Widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka, wyjaśnił:
- Przenoszę się do klinki na drugim końcu kraju. A potem lecę do Szwajcarii. Chciałem się jednak najpierw z tobą pożegnać…
- Panie Waters! – krzyknęła pielęgniarka.
- Muszę iść – powiedział Kurt.
Zanim jednak to zrobił, chwycił kule i ostrożnie wstał z wózka. Niewiele brakowało, a skończyłby na podłodze, jednakże ostatecznie utrzymał się w pionowej pozycji. Oparł się o łóżko Olivera trzymając się ramy łóżka i uwalniając ręce od kul. Pochylił się nad mężczyzną i złożył na jego wargach lekki pocałunek. Pożegnalny. Przez chwilę ich wargi poruszały się w zgodnym rytmie, aż w końcu Kurt odsunął się, czując, że w każdej chwili może rozpaść się na kawałki. Ostrożnie wrócił na wózek i opuścił pomieszczenie nie oglądając się za siebie. W środku czuł dziwne zdezorientowanie.
Bo choć sam tego nie wiedział, prawda była taka, że Oliver nigdy nie był dla niego nikim.
Jednakże nie był Blainem.
***
Od momentu kiedy Kurt opuścił szpital, minął już miesiąc.
Wciąż żył w mieszkaniu Olivera i choć przynosiło mu ono wiele złych wspomnień, wiedział, że póki nie mógł wrócić do pracy, nie stać go na wyjęcie czegoś własnego. Wprowadziła się do niego Rachel, nieco wbrew jego woli, żeby pomagać mu przy takich czynnościach jak ubieranie się i mycie, a także przypilnować, aby Kurt regularnie jadł, zażywał swoje leki i (kiedy ściągnięto mu gips) uczęszczał na rehabilitacje. Wiedziała, że chłopak nie jest w stanie, zresztą nawet nie chce, zadbać o siebie na tyle, żeby sam się sobą zająć. Od czasu do czasu odwiedzał go również Puck, twierdząc, że od przebywania sam na sam z Rachel można dostać bzika. Kurt cenił sobie ich towarzystwo, choć czasem wiele by oddał, żeby zostać sam.
Nie mógł jednak narzekać. Rachel była osobą, z którą żyło się dobrze, o ile tylko było się przyzwyczajonym do jej drobnych dziwactw. Przede wszystkim doceniał jednak fakt, że nie poruszała tematów, o których on nie chciał rozmawiać.
Aż do pewnego piątkowego wieczoru.
Rachel rozmawiała z kimś przez telefon, podczas gdy Kurt czytał bez szczególnego zainteresowania jedną z książek, które przyniosła ze sobą przy przeprowadzce. Nie słyszał, o czym rozmawiała, choć głos miała dość uniesiony. W końcu skończyła rozmowę i nieśmiało zapukała w drzwi sypialni Kurta.
- Mogę?
Kurt wywrócił oczami.
- Nie, przerywasz mi ważną i produktywną czynność… - westchnął. - Wchodź.
Rachel wspięła się obok niego na łóżko i wtuliła się w jego ramię.
- Chcesz o czymś ze mną porozmawiać – bardziej stwierdził niż zapytał Kurt. Rachel zawahała się.
- Dzwonił Blaine – powiedziała po chwili. – Znowu.
Książka wypadła Kurtowi z rąk. Szybko jednak ją podniósł i wrócił do czytania, jakby ta informacja nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
- Który raz dzisiaj?
- Piąty. Ale nie odebrałam poprzednich.
Kurt zacmokał z udawanym zadowoleniem.
- Dobrze. Zeszyliśmy już poniżej dziesięciu.
Rachel walnęła go w ramię.
- To nie jest śmieszne. Dlaczego po prostu z nim nie porozmawiasz?
- Dlaczego po prostu nie zostawi mnie w spokoju?
- Znasz odpowiedź, Kurt! Gdybyś tylko mi powiedział, co między wami zaszło…
Kurt posłał jej takie spojrzenie, że natychmiast zamilkła.
- Nie ma czegoś takiego jak „my". Jestem ja i jest Blaine. Nie ma nic między nami, bo zwyczajnie nie ma „nas."
Rachel nie miała siły się z nim kłócić. Kurt nagle opuścił książkę. Coś mu przyszło do głowy.
- Blaine wie, gdzie mieszkam – uświadomił sobie.
- Co w związku z tym?
- To, że… - Kurt zamyślił się na moment. – Ani razu tutaj nie przyszedł. Wydzwania jak szalony na twój numer, bo odkąd zmieniłem swój, nie ma ze mną kontaktu… Ale nie sprawdził czy wciąż tu mieszkam.
Kurt wzrok miał utkwiony w Rachel.
- Co mu powiedziałaś?
Rachel przygryzła wargę. Milczała przez dłuższą chwilę.
- Że wyjechałeś.
Kurt przez moment trawił tę informację.
- Dobrze.
- Ale Kurt… Nie uważam, że to mądre. Zrobiłam to tylko dla ciebie, bo widocznie chcesz wyrzucić go ze swojego życia, nie wiem dlaczego… Jesteśmy jednak przyjaciółmi i… ufam twoim wyborom.
Kurt spojrzał na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Nie mam pojęcia, czym sobie na ciebie zasłużyłem.
***
W końcu Rachel musiała się wyprowadzić. Kurt skończył swoje rehabilitacje, choć miał jeszcze delikatne problemy przy chodzeniu. Dziewczyna i tak coraz częściej zostawiała go samego, kiedy w teatrze rozpoczęły się próby do przedstawienia, na które Kurt miał z góry zapewnione najlepsze miejsca.
Bez Rachel w domu było dziwnie pusto. Wciąż spotykali się na kawie, jednakże nie było to samo. Tęsknił za nią.
Tęsknił za Blainem.
Kilkakrotnie już chwytał telefon, aby wpisać ten numer, który znał przecież na pamięć i zadzwonić do niego, chociaż po to, żeby usłyszeć jego ciepły głos.
Ale nie mógł.
W końcu robił to wszystko dla jego dobra.
Po pewnym czasie znowu przestał śnić. Jakby to Blaine miał to coś, co mu na to pozwalało. Z odejściem Rachel, znowu przestał o siebie dbać. Wkrótce musiał kupić nowe ubrania, bo stare wisiało na nim jak na wieszaku.
Postanowił wrócić do pracy.
Jednakże kiedy obudził się pewnego poniedziałkowego poranka, tego samego dnia, kiedy miał mieć pierwszego klienta, wszystko przebiegło zupełnie inaczej, choć początkowo nie mógł mieć o tym pojęcia. Wziął prysznic i przekonawszy się, że nie ma niczego w lodówce, wyjątkowo postanowił pójść do sklepu, w którym oprócz jedzenia kupił również codzienną gazetę, nie patrząc nawet, o czym pisali.
Ze sklepu wracał powoli, delektując się piękną pogodą. W końcu jednak wszedł do domu i rozpakował zakupy. Usiadł przy stole z kubkiem kawy i croissantem, bezmyślnie rozkładając gazetę. Przesunął wzrokiem po artykułach. Jego wzrok padł na niewielki nagłówek, znajdujący się na pierwszej stronie.
„Znany fotograf i milioner popełnia samobójstwo."
Pod spodem znajdowało się niewielkie zdjęcie Olivera.
Cały świat się zatrzymał.
Kurt jak stał, tak wybiegł z mieszkania.
Nigdy do niego nie wrócił.
II
Rachel siedziała w garderobie i poprawiała swój makijaż.
- Już czas – rzucił Roger, jednym z techników zatrudnionych do obsługi świateł.
Dziewczyna zamknęła oczy.
Od momentu, kiedy znalazła w swojej skrzynce wiadomość od Kurta, że wyjeżdża na stałe z Nowego Jorku, minęło kilka miesięcy.
Płakać w poduszkę przestała dopiero parę tygodni wcześniej.
Nie umiała pozbierać swojego życia.
Owszem, po sukcesie pierwszego przedstawienia stała się rozpoznawalna. Owszem, po drugim, kiedy tym razem dostała główną rolę, zaczęto ją zaczepiać na ulicy. Owszem, zaproponowano jej kilka ról na Broadwayu. Owszem, kilka z nich przyjęła. Owszem, wszystkie jej licealne marzenia zaczęły się spełniać.
Ale zawsze sądziła, że Kurt będzie wtedy u jej boku.
Kogoś mógłby zdziwić fakt, że dziewczyna, która na rzecz kariery zrezygnowała ze związków i założenia rodziny, tak bardzo przywiązała się do jednej osoby. Ale Kurt był dla niej jak brat. Tyle razem przeszli. Była przy nim w tych najgorszych chwilach. Była w tych nielicznych, dobrych.
A teraz jego nie było przy niej.
Pamiętała tę nadzieję, że Kurt pojawi się na jej pierwszym przedstawieniu. Nie wiedziała dlaczego, zwyczajnie przeczuwała, że nie zostawiłby jej w takim momencie.
„Kurt przyjdzie. Obiecał, że przyjdzie", powtarzała sobie.
Nie przyszedł.
Dziewczyna westchnęła i rzuciła ostatnie spojrzenie w lustro.
Kiedy po kolejnym przedstawieniu wróciła do garderoby, nie była ona pusta. Mnóstwo kwiatów stało już w wazonach.
Ponadto miała gościa.
Na fotelu siedział Blaine, uśmiechając się ciepło, jednak uśmiech ten nie sięgał jego oczu. Był taki od momentu, kiedy Kurt wyjechał. W zasadzie, Blaine uśmiechał się szczerze tylko, kiedy przebywał z Claire. Czasami Rachel myślała, że kiedy ktoś mówił, że jest ona sensem jego życia, nie było w tym przesady. Była kręgosłupem, który trzymał ciało Blaine'a przed kompletnym rozpadem. Gdyby nie ona, nie widziałby już światła.
Blaine wstał z fotela i pocałował Rachel w policzek wręczając jej skromny bukiecik. Był na jej przedstawieniach tak często, jak pozwalała mu na to praca i dziecko, jednakże za każdym razem, przynosił jej fiołki.
- Byłaś świetna – powiedział cicho. Kiedy odsunął się od niej, zobaczyła w jego oczach większy niż zwykle smutek. Gdy zapytała o przyczynę, ten tylko zamknął oczy.
- Rok temu po raz pierwszy, po latach spotkałem się z Kurtem.
Był to pierwszy raz, kiedy wspomniał go przy niej od czasu, gdy ponownie stali się przyjaciółmi.
Obydwoje milczeli przez chwilę.
- Tęsknię za nim – szepnęła Rachel.
Przez twarz Blaine'a przebiegł dziwny spazm.
- Ja za nim też.
***
Puck zerknął dziesiąty raz na wyświetlacz telefonu i wydał z siebie pełne frustracji westchnienie.
Spóźniała się.
Pewnie znowu wpadła na fanów i nie mogła się od nich opędzić. Jak tydzień temu, kiedy byli umówieni na kolację.
Ten raz miał być jednak wyjątkowy, a Puck zazwyczaj dobry był tylko w rzeczach przeciętnych. Poza jedną, oczywiście. Muzyką. To właśnie ona podsunęła mu pomysł na to, jak uczynić ten wieczór niezapomnianym. Rzecz jasna nie dla niego, choć i co do tego miał dobre przeczucia.
Kolację przygotował samodzielnie. Zrobił ulubione żydowskie danie ich obojga, którego przyrządzania nauczyła go jeszcze babcia ze strony mamy. Westchnął. Biedna Adelaine Brauner nie żyła już od przeszło dziesięciu lat.
Spojrzał na opartą o stół gitarę i czułym gestem pogładził gryf. Była nastrojona, tylko czekała, żeby na niej zagrać.
Nagle Puck usłyszał stukot obcasów na schodach. Jego serce przyspieszyło, a uszu doszedł brzęk kluczy i otwieranego zamka.
Nerwowo wyciągnął z kieszeni niewielkie, czarne pudełeczko i otworzył je szybkim ruchem.
Srebrny pierścionek w kształcie gwiazdki błysnął w świetle świec, jakby życzył mu powodzenia.
***
Blaine westchnął przeczesując sobie palcami włosy.
- Więc jest pani pewna, że nigdy go nie widziała?
Prostytutka wypuściła kolejny kłębek dymu z papierosa i pokręciła głową.
- Zapamiętałabym, skarbie.
Chłopak pokiwał głową, powstrzymując się od ukrycia twarzy w dłoniach.
- Dziękuję za pani czas.
Wsunął zdjęcie Kurta do kieszeni i zerknął na zegarek, choć po ciemniejącym niebie poznał, że robiło się późno. Musiał się pospieszyć, miał odebrać Claire od koleżanki. I tak za dużo czasu poświęcał na te poszukiwania.
Widzicie, Blaine nigdy nie uwierzył w wyjazd Kurta. Wciąż miał nadzieję, choć czasem w myślach nazywał to nawet przeczuciem, że chłopak jest o wiele bliżej, niżby się to wydawało. Tak więc przeczesywał Nowy Jork już od kilku miesięcy. Jak dotąd bezowocnie.
Nie mógł zgłosić zaginięcia na policji. Kurt był dorosłym mężczyzną, miał prawo wyjechać. A nikt nie uwierzyłby jego głupim przeczuciom.
Jakaś kobieta złapała go nagle za rękę, przesunęła dłońmi po jego klatce piersiowej i wyszeptała:
- Chcesz wiedzieć, ile biorę?
Blaine delikatnie ściągnął z siebie jej ręce. Przyzwyczaił się już do tego. Poprawił kurtkę i ruszył dalej, rozcierając sobie ręce. Robiło się coraz zimniej. Czy Kurtowi też było chłodno?
Westchnął.
„Kurt, gdzie jesteś?"
***
Kurt pociągnął mężczyznę za krawat, wciągając go w ciemną uliczkę. Ten przyparł go mocno do najbliższej ściany. Dźwięk rozsuwanego rozporka zginął w hałasie i nocnych odgłosach Nowego Jorku, podobnie jak krzyk Kurta, kiedy mężczyzna nawet nie kłopotał się z przygotowaniem go i po prostu wdarł się do środka jak zwierzę. Ale Kurt już się przyzwyczaił. Łzy bólu płynęły mu po policzkach, co w połączeniu z brudnym murem, do którego był przyciśnięty, sprawiło, że na jego skórze powstały ciemne smugi, jaśniejsze niewiele od siniaków, które miały pojawić się jeszcze tej samej nocy. Kurt dużo dałby, żeby przestać krzyczeć, wydawało mu się w końcu, że będzie potrafił znieść to cierpienie. Umysł zawiódł już dawno, ale liczył chociaż na ciało. Miał jednak jeszcze zatęsknić za tym bólem.
Ten bowiem był niczym w porównaniu z następnym. I następnym. I następnym. I ósmym w kolejności. Ten siódmy był jeszcze znośny.
Oczywiście Kurt nigdy nie opuścił Nowego Jorku. Przecież nie miał dokąd pójść.
Co się z nim działo?
Powiedzenie, że zamieszkał na ulicy, byłoby sporą przesadą. Miał dach nad głową. Zamieszkiwał jednak jedną z tych dzielnic Nowego Jorku, w które lepiej się nie zapuszczać bez umiejętności posługiwania się bronią.
Prostytucja była tam tak normalnym sposobem zarobku, jak praca w kiosku.
Zbliżała się zima. Kurt nieco się tego obawiał, bo wiedział, że nie stać go będzie na zapłacenie wszystkich rachunków. Prawdopodobnie będzie musiał rozpalać ogień, aby ogrzać mieszkanie.
Żeby funkcjonować, Kurt prawie całe swoje oszczędności wydawał na narkotyki. Utrzymywały go w takim stanie, że jedyną rzeczą, którą pamiętał było jego własne imię. W ten sposób wciąż oddychał. Nie on jeden zresztą. Prawie każda prostytutka w okolicy, brała narkotyki, żeby w ogóle mieć siłę na wstanie z łóżka.
Poza tym, pomagało to znieść ból.
Ból często towarzyszył Kurtowi.
Chciałby powiedzieć, że tylko fizyczny. Choć ten też odgrywał duże znaczenie.
Czasem zdarzało się, że po udach wciąż spływała mu sperma po poprzednim kliencie, a już szukał następnego. Bo tutaj nikogo nie obchodziły prezerwatywy, ani choroby weneryczne. Linia między gwałtem, a prostytucją była naprawdę cienka. Każdy chciał po prostu przetrwać.
Każdy z wyjątkiem Kurta.
Mógł popełnić samobójstwo. Mógł. Ale nie dbał o siebie na tyle, żeby to zrobić. Było mu po prostu obojętne. Każdy kolejny dzień przynosił nadzieję, że może w końcu jakiś mężczyzna skrzywdzi go tak bardzo, że tego nie przetrwa. Albo, że ktoś go zamorduje w tym starym domu, w którym nocował .
Więc żył dalej. Jakby nie miał wyboru.
Albo po prostu… coś wciąż było w nim silne.
***
- Taa. Widziałem go.
Serce Blaine'a przyspieszyło. Czyżby w końcu po tylu miesiącach udało mu się trafić na jakiś trop?
- Gdziejakkiedy? – pytania wypadały z niego jak z karabinu maszynowego.
Mężczyzna przyjrzał się znów zdjęciu i zamyślił się, opierając podbródek na dłoni.
- Jeden z moich chłopców sprzedawał mu towar, jak przyjechałem na kontrolę.
„Moich chłopców"? „Towar?" Blaine poczuł, że robi mu się niedobrze. Ale przynajmniej wiedział, że Kurt jest w Nowym Jorku.
Mężczyzna nagle się roześmiał, wyrywając go z zamyślenia.
- Wiesz dlaczego go zapamiętałem? – Blaine pokręcił głową. - Tak śmiesznie na niego wołali…
Chłopak poczuł w sobie przypływ tylu emocji jednocześnie, że pomyślał, że zaraz zemdleje.
- Jak? – wydusił.
Mężczyzna odda zdjęcie i spojrzał mu w oczy.
- Roxanne.
***
Kiedy Kurt znowu nie miał pieniędzy na zapłatę czynszu, właścicielka mieszkania wyrzuciła go z domu.
Zostawił martwienie się tym na moment, kiedy nie będzie tak naćpany i w pełni dotrze do niego ta informacja.
Położył się na ziemi i zamknął oczy.
Z nieba spadły pierwsze płatki śniegu.
***
- Mówiłem wam! Od początku wam mówiłem, ale nie chcieliście mi wierzyć!
Blaine, Rachel i Puck siedzieli przy kawie w niewielkim mieszkanku Blaine'a w zachodniej części Nowego Jorku. Claire widząc swojego tatę tak podekscytowanego, uniosła oczy znad rysunku i spojrzała na niego z ciekawością. Rachel i Puck wymienili spojrzenia. Oni również dawno nie widzieli Blaine'a w stanie takiej euforii. Rachel jednak była realistką.
- Blaine… To mogło być wiele miesięcy temu. Kurt brał już przecież wcześniej.
- Nie, tamten facet zarzekał się, że to było kilka tygodni temu – widząc, że Rachel i Puck wciąż mają powątpiewające miny, stłumił atak wściekłości. - Kurt jest w Nowym Jorku! Rozumiecie? Znajdziemy go!
Puck spojrzał na niego z powątpiewaniem.
- Nawet jeżeli… Przeczesujesz Nowy Jork praktycznie od czasu, kiedy zniknął. Po miesiącach odnalazłeś gościa, który tylko przelotnie go widział. Myślisz, że znajdziesz Kurta tak łatwo? On może być wszędzie.
Blaine zacisnął usta i wstał. Ruszył w stronę kuchni udając, że idzie dolać sobie herbaty.
Kiedy oparł się dłońmi o blat, a z jego oczu pociekło kilka bezsilnych łez, poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Obrócił się. Rachel przytuliła go delikatnie. Jej pierścionek z gwiazdką zaczepił o jego sweter, więc roześmiali się cicho, próbując się od siebie odczepić. W końcu im się to udało.
- No – mruknął Blaine. – Jeszcze tego brakowało, żebyś zniszczyła swój piękny pierścionek zaręczynowy.
Rachel roześmiała się smutno.
- Kurtowi by się nie spodobał. Uznałby go za tandetny.
Zapadła cisza.
- Wiesz – odezwała się ponownie. – Zawsze myślałam, że będzie jednym ze świadków. Że nie ma innej opcji. Że pomoże ze wszystkimi przygotowaniami przy ślubie, weselu… Bez niego to wszystko jest takie trudne. Chciałabym, żeby tu był.
Blaine spojrzał na nią ze ściągniętą bólem twarzą.
- Mówisz o nim, jakby nie żył – powiedział głosem niewiele głośniejszym od szeptu. Rachel westchnęła i pogładziła go po ramieniu.
- Nie bądź na nas zły, to nie tak, że nie wierzymy, że znajdziesz Kurta. Tylko… To może być o wiele trudniejsze niż przypuszczasz.
Blaine pokiwał głową i ukrył twarz w dłoniach. Wziął kilka głębokich oddechów.
- Więc nie pomożecie mi? – powiedział po chwili.
- Oczywiście, że pomożemy – zapewniła go dziewczyna. – Ale… Nie wiem czy chcesz to usłyszeć.
Chłopak gestem poprosił ją, żeby kontynuowała. Rachel zacisnęła powieki, a kiedy je uniosła, miała w oczach dużo bólu.
- Nie było cię przy nim, kiedy był w naprawdę złym stanie. Nie wiesz, jaki wtedy jest. Kompletnie o siebie nie dba, nie dba o nikogo… A jeżeli zaczął znowu brać to…
Blaine domyślał się, dokąd zmierzała, ale mimo to wydusił z siebie:
- To…?
Rachel wzięła głęboki oddech.
- …to nie liczy się dla niego już nic. Nie zdziwiłabym się, gdyby już teraz nie miał się, gdzie podziać.
Słowa, które wypowiedziała potem zmroziły Blaine'a i zawisły w powietrzu niczym trujący gaz, który odbierał mu oddech:
- Zbliża się zima, Blaine. On może jej nie przetrwać.
***
Kurt słyszał nad sobą jakieś krzyki. Poczuł, że ktoś go przenosi i kładzie na czymś twardym, choć zdecydowanie miększym od ziemi, na której ostatnio zasnął.
- Szybko, bo go nie odratujemy – usłyszał.
Kogo? Jego? Ale przecież on czuł się dobrze. Znakomicie.
Otworzył usta, żeby to powiedzieć, ale jakby nie mógł ich znaleźć. Spróbował poruszyć ręką. Również bezowocnie.
W porządku, może jednak chodziło o niego.
- Kurt… Kurt! Słyszysz mnie? Kurt!
Ten ktoś znał jego imię.
Cóż. Była to z pewnością ciekawa informacja.
W otumanionym bólem mózgu Kurta, zaczęło tworzyć się coś na kształt podejrzenia.
Ile osób w Nowym Jorku mogło znać jego imię?
To znaczy, jego prawdziwe imię. Roxanne znało wiele osób.
Jeżeli tak, to czy to może być…
Poczuł czyjąś dłoń na nadgarstku, badającą jego puls.
- Kurt, zaraz poczujesz się lepiej, obiecuję… - doszło jego uszu.
Blaine?
Nagle miał wielką ochotę, żeby się roześmiać. I chyba udało mu się wydobyć z siebie ten dźwięk, bo usłyszał:
- Śmieje się… Ma halucynacje?
A więc Blaine nie był sam.
- Znalazłeś mnie, Blaine… Znalazłeś – wyszeptał Kurt.
Tak, to z pewnością była jego dłoń, jego głos.
- Tak, majaczy… - tym razem ręka wylądowała na jego czole.
- Mój Boże, jak on w ogóle się tu znalazł…
- Nie mam pojęcia.
Dziewczyna, która zdecydowanie nie była Blainem Andersonem, zabrała mu rękę z czoła i przyłożyła ją sobie do ust, kręcąc bezsilnie głową:
- Ma straszną gorączkę… Przynieście wodę i jakieś koce.
W końcu Kurt oprzytomniał na tyle, że udało mu się otworzyć oczy. Halucynacje minęły, przynajmniej chwilowo. Rozpoznał znajome rysy, pochylającej się nad nim twarzy.
- Santana – wyszeptał.
Dziewczyna posłała mu słaby uśmiech, który nieco rozmył mu się przed oczami.
- Hej, Kobiece Usta.
Pogrążył się w ciemności.
***
Jeszcze zanim Kurt otworzył oczy, zorientował się, że został gdzieś przeniesiony. Podłoże, na którym leżał było miękkie, zresztą było mu dziwnie ciepło. Uniósł powieki.
Znajdował się w niewielkim pokoju, oświetlonym przez jedną tylko lampkę. Leżał na wyjątkowo starej, ale dość gustownej kanapie, a ciało przykryte miał ciepłym kocem.
„Gdzie ja do cholery jestem?", przeszło mu przez głowę.
Jęknął.
Wszystko go bolało. Pulsujący ból w skroni wywoływał w nim niemal odruch wymiotny, a każda kończyna zdawała się ważyć tonę. Poza tym miał dreszcze, które niewiele miały wspólnego z panującą w pokoju temperaturą.
Nagle usłyszał za sobą kroki i zza jego pleców wysunęło się ramię trzymające szklankę z czymś, co wyglądało na rozpuszczoną aspirynę.
- Trzymaj. Poczujesz się lepiej – usłyszał znajomy głos.
Kiedy wziął szklankę, Santana chwyciła najbliżej stojące krzesło, postawiła je przy kanapie i usiadła na nim. Kurt cały czas patrzył się na nią z wytrzeszczonymi oczami, nie wierząc, w to co widzi.
- No pij – powiedziała. – To nie trucizna, obiecuję.
Spełnij jej polecenie, opróżniając szklankę jednym haustem i krzywiąc się tylko lekko. Santana obserwowała go w milczeniu. Gdy oddał jej szklankę, odezwał się ostrożnie, wiedząc, że jego głos może nie być w najlepszej formie:
- Wszyscy cię szukali.
Santana wzruszyła ramionami.
- Gdyby tak było, dość łatwo by mnie znaleźli.
Kurt posłał jej pytające spojrzenie. Dziewczyna machnęła ręką.
- Potem ci wyjaśnię. Najpierw musisz wydobrzeć.
Na moment zapadła cisza.
- Jak mnie znalazłaś? – odezwał się Kurt.
Santana potarła oczy. Widać było po niej zmęczenie.
- To nie byłam ja – powiedziała tłumiąc ziewnięcie. – Jared cię znalazł.
- Jared?
- Jeden z moich podopiecznych.
- Podopiecznych?
Santana wywróciła tylko oczami.
- Zadajesz dużo pytań. Powinieneś wypoczywać.
Faktycznie. Mimo, że dopiero się ocknął, poczuł, że znowu robi mu się sennie. Kanapa była taka miękka, a koc tak ciepły…
Opadły mu powieki.
Usłyszał jeszcze jak Santana gasi światło i wychodzi z pokoju.
***
Obudził się następnego ranka, nie wiedząc nawet, ile przespał. Sądząc jednak po zdrętwiałych kończynach, musiało to być sporo czasu. Wciąż czuł lekkie pulsowanie w głowie, ale czuł się o niebo lepiej. Ostrożnie wstał z kanapy zauważając, że ma na sobie prostą piżamę. Ktoś musiał go przebrać. Na moment zakręciło mu się w głowie, ale przytrzymał się stolika i po chwili wszystko ustało.
Postanowił wyjść na zewnątrz.
Kiedy otworzył drzwi, znalazł się w niewielkim przedpokoju. Po jego prawej stronie znajdowały się dwie pary drzwi, z lewej zaś dalej ciągnął się korytarz. Dochodziły do niego stamtąd poranne odgłosy i zapach czegoś smażonego.
Naleśniki.
Jego żołądek zaburczał głośno.
Ruszył w tamtą stronę, wciąż czując się nieco otumaniony i senny.
Santana krzątała się po kuchni, nucąc coś pod nosem. Gdy usłyszała jego kroki, obróciła się w jego stronę i posłała mu uśmiech:
- Najwyższy czas. Siadaj, śniadanie podano.
Faktycznie, na stole czekał już na niego talerz z ciepłymi naleśnikami i kawa. Usiadł ostrożnie i już miał brać się za jedzenie, kiedy jego wzrok padł na napis pokrywający stojący przed nim kubek.
- „Reinkarnacja", ośrodek drugiej szansy – przeczytał na głos. – Co to takiego?
Santana obróciła się w jego stronę i usiadła z talerzem.
- Jak zjemy, to ci wyjaśnię.
Kurt przystał na to ochoczo. Był naprawdę głodny. Nawet nie chciał wiedzieć, ile czasu upłynęło od kiedy ostatnio miał coś w ustach.
Santana skończyła pierwsza i przypatrywała mu się z czymś dziwnym w oku. „Zmieniła się", pomyślał.
Kiedy i on odniósł talerz do zlewu, spojrzał na nią wyczekująco.
- Więc jak? Opowiesz mi teraz wszystko?
Dziewczyna skinęła głową i zabrała się do zmywania naczyń. Kurt zaoferował jej pomoc, ale ona tylko posłała mu ciężkie spojrzenie zdające się mówić „Nie wygłupiaj się."
- Po skończeniu liceum – zaczęła wycierając pierwszy talerz. – Wszystko posypało mi się spod nóg. Nie miałam szans na dostanie się do dobrego collegu, z pracą też było ciężko… Wiedziałam tylko jedno. Muszę wydostać się z Limy.
Przerwała moment.
- Więc przyjechałam do Nowego Jorku. Szybko wylądowałam na ulicy, tak, wiem, kto by się spodziewał… Przez moment myślałam, że już tam umrę.
- A potem spotkałam tego faceta – podjęła po chwili. – Miał na imię Alex. Zabrał mnie na kawę, kupił mi śniadanie. Wyjaśnił, że jest z organizacji, która pomaga ludziom takim jak ja. Młodym, którzy zamieszkali na ulicy, myśląc, że nic więcej już ich w życiu nie czeka. Że jeżeli chcę, zaprowadzi mnie do głównej siedziby. Dadzą mi ciepły kąt, jedzenie, dach nad głową. Pod jednym warunkiem – muszę zgodzić się na sesję z terapeutą i poddać się odwykowi. Widzisz, od razu poznał, że ćpam. Tak jak ja teraz poznaję po tobie.
Kurt spuścił wzrok, ale nie odezwał się ani słowem.
- Oczywiście, najpierw kazałam mu iść do diabła – kontynuowała tymczasem Santana. – Nie chciałam żadnej terapii. Poza tym, bałam się, że to jakaś sekta… W sumie, nawet sekta byłaby lepsza od tego, co działo się na ulicy. Ale wiesz, jak to jest. Byłam głupia, uparta. Nawet gdyby z Nieba zstąpił Jezus Chrystus i zaoferował mi willę z basenem, to kazałabym mu się leczyć. W każdym razie, Alex łatwo nie dał się zbyć. Dał mi swoją wizytówkę, w razie gdybym zmieniła zdanie. Nie wyrzuciłam jej jednak, choć początkowo chciałam.
- W końcu przyjęłaś ofertę – domyślił się Kurt. – Dlaczego?
Dziewczyna zamknęła na moment oczy.
- Mniej więcej tydzień później, zamordowano moją przyjaciółkę.
Nie musiała więcej mówić. Kurt wiedział, co śmierć bliskiej osoby zmienia w życiu człowieka.
- Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. I… Cholera, wszystko, co teraz powiem, faktycznie będzie brzmiało, jakbym zachwalała jakąś sektę. A oni tak nie działają. Naprawdę mi pomogli.
- A teraz tam pracujesz – Kurt przypomniał sobie ich rozmowę poprzedniego dnia. – Zajmujesz się niektórymi dzieciakami.
- Nie tylko dzieciakami. Pomagamy wielu osobom znaleźć nowy cel w życiu. Zresztą, to nie jest praca. To wolontariat. Nie muszę tego robić. Oprócz tego mam posadę, jak każdy inny.
Na moment zapadła cisza.
- Domyślasz się już do czego zmierzam?
Kurt wolno uniósł wzrok.
- Chcesz być moim Alexem – powiedział cicho.
Dziewczyna uśmiechnęła się tylko.
- Ubieraj się. Zawiozę cię do szpitala, trzeba cię gruntownie przebadać.
***
Minęły dwa tygodnie.
Santana wróciła do domu i odwiesiła kurtkę na wieszak, zamykając oczy. Miała ciężki dzień. Bardzo ciężki.
Tak ciężki, że początkowo nie wydało jej się dziwne, że dom jest cichszy niż zwykle. Zmarszczyła brwi. Wydawało jej się jednak, że z kuchni dochodzą ją jakieś odgłosy. Zajrzała tam, żeby przywitać się z Kurtem.
Nie było go tam.
- Kurt! – krzyknęła.
Zero odpowiedzi.
Po przeszukaniu praktycznie wszystkich pomieszczeń, zaczęła się coraz bardziej denerwować. W końcu zostało jej tylko jedno – łazienka.
Tam też znalazła Kurta.
Szlochał na podłodze, z włosami w nieładzie. Twarz ukrytą miał w ramionach. Santana spojrzała na niego z przerażeniem i już miała zapytać, co się stało, kiedy zobaczyła u jego stóp kartkę papieru. Rozpoznała w nich wyniki badań ze szpitala. W oczy rzuciła jej się tylko jedna linijka. Przyłożyła rękę do ust.
Wirus HIV – wynik pozytywny
***
Zima przeminęła wraz z mrozami i śniegiem.
Nadeszła wiosna. Wszystko rozkwitło.
Mowa nie tylko o porach roku.
Blaine obudził się gwałtownie. Chwilę czasu zajęło mu zorientowanie się, co tak naprawdę zakłóciło jego sen. Wkrótce jednak ponownie to usłyszał – szaleńcze pukanie do drzwi.
Kto to mógł być w środku nocy?
Wyszedł na korytarz. Claire wyglądała ze swojego pokoju przecierając sennie oczka.
- Tatusiu, kto to? – wymamrotała.
Blaine pocałował ją w czubek głowy.
- Wracaj do łóżka, skarbie. Sprawdzę i zaraz do ciebie przyjdę.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Dziewczynka posłała mu ostatnie pełne zaufania spojrzenie i wróciła do pokoju. Tymczasem łomotanie do drzwi narastało.
Blaine otworzył zamek.
Uchwycił parę niebieskich oczu.
- Pomóż mi – wyszeptał Kurt. – Nie dam rady bez ciebie.
***
Kurt ostrożnie wysiadł z samochodu, poprawiając krawat. Spóźnił się. Niech to szlag. Czy na żaden ślub nie mógł pojawić się w porę? Dobrze, że wiedział, gdzie miało odbyć się wesele.
Kurt był stremowany. Nie widział Rachel i Pucka od wielu miesięcy.
Co zrobią, kiedy go zobaczą?
***
Rachel miała zamknięte oczy. Kołysała się wolno w rytm muzyki, czując się tak szczęśliwą, jaką nie była nigdy.
Miała powiedzieć Noah coś bardzo ważnego, kiedy nagle usłyszała znajomy głos. Głos, którego spodziewała się już nigdy nie usłyszeć.
Kurt musiał powtórzyć, co przed chwilą powiedział, myśląc, że nie dosłyszała.
- Mogę panią prosić?
***
Dwaj mężczyźni szli w milczeniu przez wysoką do kolan trawę. Niedawno padało, więc nogawki lepiły im się do nóg, utrudniając chodzenie. Zdawali się jednak tego nie zauważać. Trawa ustąpiła nagle ściółce leśnej. Opuścili polanę i znaleźli się między wysokimi drzewami.
Promienie słońca przedzierające się przez liście, budziły zielone refleksy w oczach Kurta, który od czasu do czasu przesuwał palcami po korze mijanych drzew. Ciszę zakłócał jedynie szum wiatru, śpiew nielicznych ptaków, trzaskanie gałązek i dźwięk kroków na leśnym podłożu. Kurt i Blaine nie odzywali się do siebie ani słowem.
Zza drzew wyłonił się nagle tak znajomy im murek. Jednak żaden z nich nawet się nie uśmiechnął na ten widok.
Usiedli na nim wciąż milcząc. Kurt przypatrywał się Blaine'owi z rozchylonymi nieco ustami czekając, aż ten się odezwie. Zamiast tego jednak, chłopak wstał, ściągnął marynarkę i położył ją na ziemi. Następnie wyciągnął się na niej wygodnie.
- Chodź do mnie – powiedział do Kurta.
Kurt posłusznie wstał, położył swoją marynarkę i spoczął obok Blaine'a, nieśmiało wtulając się w jego ciało. Poczuł ciepły pocałunek we włosach.
- Skąd mam wiedzieć, że to nie sen? – zapytał szeptem.
Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
- Bo powiedziałeś, że zacząłeś śnić, kiedy znowu pojawiłem się w twoim życiu. Więc nawet jeśli to sen, muszę być gdzieś tam przy tobie w tym realnym świecie. Pocieszające, prawda?
Kurt wciąż był niepewny.
- Więc pewnie mam halucynacje.
Blaine roześmiał się cicho w jego włosy.
- Nawet jeśli, obchodzi cię to?
Cisza.
- Nie bardzo – przyznał po namyśle Kurt. – Przynajmniej jesteś przy mnie.
Przez chwilę leżeli w milczeniu.
- Blaine? – odezwał się znowu.
- Tak?
- Czy ja nie żyję?
Blaine pocałował delikatnie jego rozchylone wargi i uśmiechnął się tylko, jakby Kurt powiedział coś bardzo zabawnego.
