Zapracowany, bardzo zapracowany, zdecydowanie przepracowany (stopniowanie przymiotników, część druga)
Lorlen i Osen
Słońce, mając dość tego, że jego dzisiejszy ekshibicjonizm spotkał się z otwartą ignorancją, urażone i dotknięte do żywego ustępowało miejsca chłodnej nocy. W urządzonym w sposób wybitnie pedantyczny gabinecie Administratora Gildii Magów Lorlen, zajmujący wyżej wymienione stanowisko, spojrzał z powątpiewaniem na piętrzące się przed nim listy dokumentów.
Nie, żeby nie lubił swojej pracy. Problem polegał na tym, że ktoś, kto wymyślał zakres kompetencji i obowiązków Administratora musiał być albo pracoholikiem na speedzie albo bezdusznym psychopatą. Jakkolwiek by nie było, nie zagłębiając się zbytnio w zawiłych meandrach przeszłości i powracając do ich skutków, na stanowisku Administratora Gildii nie było czasu na życie prywatne. Lorlen ubolewał nad tym faktem już wcześniej. W celu odciążenia własnej osoby od administracyjnych obowiązków i spędzenia odrobiny czasu na błogim nicnierobieniu, przed kilkoma laty stworzył stanowisko Asystenta Administratora. Pech chciał, że zatrudnił nań przystojnego młodzieńca, niejakiego Mistrza Osena. Tym sposobem momenty błogiego nicnierobienia nigdy nie doszły do skutku, zastąpione przez nie mniej przyjemne momenty zapomnienia w pracy. Obaj zostawali w biurze do późna, lecz większość magów Gildii żyła w błogiej nieświadomości iż to obowiązkowość, wrodzony pracoholizm a także ogrom spraw, jakimi musieli zająć się każdego dnia sprawiał, że niemal zapomnieli, czym jest czas wolny. Prawda jak zwykle leżała pośrodku. Owszem, bezmiar ich obowiązków był nie do ogarnięcia dla przeciętnego śmiertelnika, lecz co potrafiła kiedyś zrobić jedna osoba, teraz robiły dwie- dzieląc czas pracy na pół. W chwilach, gdy sterty dokumentów były już podpisane, sprawy dnia bieżącego pozałatwiane, a także we wszystkich przerwach na lunch, między posiedzeniami Rady Gildii i w drodze w miejsca, gdzie znów gnały ich sprawy administracyjne, panowie zajmowali się sobą. A robili to, jak wszystko, niezwykle efektywnie i z zaangażowaniem, wiedząc, że mają mało czasu, lecz chcąc wykorzystać te chwile w stu procentach. Teraz znowu dopadła ich codzienność.
Drzwi gabinetu uchyliły się, a w powstałej w ten sposób szparze ukazała się blond głowa Osena, po raz kolejny tego dnia sprawiając, że Lorlen oderwał się od swoich obowiązków. Po prawdzie przez chwilę zapomniał również o oddychaniu, ale czuł się usprawiedliwiony, widząc strój, w jakim pojawił się jego asystent.
-Osenie, jesteś pewien że… to coś, co w tej chwili masz na sobie, emmm, jest, no wiesz… w twoim rozmiarze? –z powątpiewaniem popatrzył na obcisłe, wycięte wdzianko w kolorze jasnego błękitu. Nie, żeby miał coś przeciwko obcisłym, wyciętym, błękitnym wdziankom. Albo Osenowi. Albo połączeniu jednego i drugiego. To była zagrywka taktyczna, mająca na celu zmylenie przeciwnika i wykorzystanie przewagi, jaką dawała mu chwila wahania i spuszczony wzrok partnera, aby w pełni mógł podziwiać jego ciało bez chytrych spojrzeń z serii „a nie mówiłem?". Tamten popatrzył po sobie jedynie krótką chwilę, po czym odpowiedział nieśmiało:
-Ale T… -przerwał szybko, nie chcąc prowokować kolejnych wybuchów zazdrości młodego Administratora na wzmiankę o uczonym z Elyne -…znaczy… niektórzy mówią, że wyglądam w tym bardzo dobrze. Podobno… podkreśla moje pośladki…- skończył bardzo cicho, czerwieniejąc na twarzy.
-Dostałeś to od Tayenda, tak?- Osen obserwował nerwowo cień przemykający przez twarz kochanka. Nie chciał kolejnych scen. Postanowił więc odwrócić uwagę Lorlena od tematu rozmowy. Odwrócił się, robiąc wszystko, by ten ruch wyglądał jak najbardziej naturalnie (co oczywiście sprawiło, że wyglądało to zupełnie odwrotnie) i zademonstrował tył błękitnego stroju. Administrator ze świstem wciągnął powietrze, pozorując natychmiast atak duszącego kaszlu, by nie pokazać Osenowi, że ten wygrał. Prawda była taka, że niezależnie od tego, czy Osen dostał/pożyczył/ukradł/czyteżcokolwiekinnego i jaki dokładnie związek miał z tym wdziankiem Tayend z Tremmelin, przestało teraz mieć znaczenie. Dosłownie, literalnie i w pełnej rozciągłości. A jeśli chodzi o rozciągłości, mag miał nadzieję, że wyżej wspomniana błękitna rzecz jest wygodna i wytrzymała. Co więcej, w ciągu najbliższych dziesięciu minut miał zamiar przetestować to osobiście, dogłębnie i z administratorską dokładnością. Na razie jednak postanowił zapracować sobie na uległość asystenta i możliwość pozwolenia sobie na więcej w najłatwiejszy, a zarazem najbardziej przebiegły sposób- zamierzał wpędzić Osena w poczucie winy i dopilnować, by ten wynagrodził mu to z nawiązką. Udawał więc, że sztuczka z pośladkami nie zadziała.
-Nie uda ci się odwrócić mojej uwagi tak łatwo, Osenie. Mówiłeś coś o Tayendzie z Tremmelin, prawda?- mruknął, starając się wyglądać tak poważnie i srogo jak to tylko możliwe, zważając na lekkie pulsowanie w dolnych rejonach jego szaty. –Błogosławione biurka. Gdyby nie ono, Osen od razu zorientowałby się, że już przegrałem- pomyślał. Tymczasem Asystent Administratora zaczął martwić się nie na żarty.
-Mówiłem coś o Tayendzie? Jesteś pewien…?- tymczasem w jego głowie trwała istna gonitwa, pogoń, paniczny wyścig myśli, które mogłyby jakkolwiek zamaskować jego zakłopotanie i wytłumaczyć czerwień, którą nagle zapłonęły jego policzki. Nie żeby kiedykolwiek robili z Tayendem coś niewłaściwego- niestety wiara Lorlena w wierność asystenta była, no cóż, mocno ograniczona, mówiąc eufemistycznie. Gwoli ścisłości, Osen odczuwał, jakby nie było jej wcale. –Znowu rozmawiał z Dannylem. Jak ja się wytłumaczę? Co mam powiedzieć? Nie chcę go okłamywać, ale za każdym razem, gdy on widzi mnie z innym mężczyzną, zachowuje się tak, jakbym co najmniej przetestował z nim wszystkie elementy kamasutry, a w niektórych wypadkach także całą jego rodziną, na Arenie. To miłe z jego strony, że jest taki opiekuńczy, ale miło by było gdyby zauważył, że jestem… dość zapracowany. Spędzam z nim niemal cały dzień. Nie mam czasu na poboczne romanse.- Lorlen tymczasem tylko pokiwał głową z lekkim pobłażaniem i miną pod tytułem „nie wiem co wy dwaj tam robiliście, ale wiem, że ty masz przejebane".
-Osenie, Asystencie Administratora Kyraliańskiej Gildii Magów, nie pierdol do mnie, za przeproszeniem, jak do ciebie mówię.- to zwiastowało kłopoty. Za każdym razem, gdy Lorlen zaczynał być wulgarny, szykowała się jakaś grubsza sprawa. Osen postanowił więc wyrzucić z siebie wszystko naraz, licząc na litość, humanitarną pokutę i odpuszczenie grzechów.
-…-i wyszło, co wyszło. Klops. A konkretnie dosyć spora zbitka wielowyrazowa, z daleka brzmiąca jak przeciętny psychobełkot. Lorlen postanowił zachować powagę i zapytać jeszcze raz.
-Co robiliście z Tayendem?- po krótkiej, acz znaczącej chwili milczenia młodzian w błękicie otworzył usta. Owa chwila milczenia była ważnym momentem fabuły, może i nawet momentem kulminacyjnym, więc Osen postanowił, by wybrzmiała swym bezgłosem, wziął głęboki wdech i powiedział coś, co zastąpiłoby mu wszelkie szkolenia asertywności w dużej firmie PR.
-Lorlenie, Administratorze Kyraliańskiej Gildii Magów. Jest kilka spraw, które chciałbym, żebyś wiedział, dlatego bardzo ważne jest, byś od tej chwili słuchał mnie bardzo uważnie. –Lorlen tylko nieznacznie uniósł brwi, co po prawdzie było odległym skutkiem ubocznym wstrzymywania szaleńczego śmiechu, którym z całej siły usiłował się nie wybuchnąć. Milczał jednak. –Po pierwsze: TAK, masz rację, byłem dzisiaj z Tayendem. Tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. Po drugie: NIE, nie uprawialiśmy razem seksu. Nie zrobiłem mu dobrze jakąkolwiek częścią mojego ciała. Nie całowaliśmy się. Nie próbowałem z nim elyńskich masaży. Nie zgwałciłem nawet jego małego, pluszowego króliczka, chociaż patrzył na mnie znaczącym wzrokiem. Po trzecie: NIE spałem z Dannylem. Ani z Tayendem i Dannylem. Ani z żadnym z nich w jakiejkolwiek innej konfiguracji. Po czwarte: NIE kochałem się z Akkarinem. On jest hetero, a ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej. Myślę, że to bardziej JA powinienem przyjrzeć się historii waszej znajomości. Po piąte: NIE współżyłem z Soneą. W jakikolwiek sposób. Ona jest z Akkarinem- podpunkt pierwszy, ona jest hetero- podpunkt drugi, ona jest KOBIETĄ- podpunkt trzeci. Po szóste: NIE oddałem się także z przyjacielowi Sonei, Cery'emu, ani on mnie. Nie spałem z żadnym innym mieszkańcem slumsów. Po siódme: NIE podejrzewaj mnie o romans z każdym innym na kogo popatrzę, OBOJĘTNE, czy jest to kobieta, mężczyzna, dziecko, czy kulawy gorin!…- zrobił przerwę na oddech. –Po ósme: mam już dość, absolutnie i nieodwołalnie, twojej wiecznej zazdrości! Nie myśl, że tylko ty masz tyle pracy, że tylko ty nie masz czasu dla siebie! Kiedy siedzisz godzinami w tym biurze nie zauważyłeś, że ktoś siedzi z tobą? Przez te wszystkie lata byłeś, jesteś i będziesz jedynym mężczyzną mojego życia! Ale NIENAWIDZĘ tej twojej paranoi! Nie mogę wytrzymać…- w tej chwili Lorlen zamknął mu usta pocałunkiem. Lekko pchnął go na biurko, sprawiając, że góra papierów runęła, a kartki rozsypały się po pokoju. Żaden z nich nie dbał jednak o to. W tej chwili mieli ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład rozwiązywanie splecionych w ciasny węzeł włosów, ściąganie szaty, sprawdzanie, czy błękitne wdzianko rzeczywiście jest tak rozciągliwe i elastyczne, na jakie wygląda…
-Mój ty głupolku… -szepnął leniwie Administrator. –Naprawdę myślałeś, że nie wierzyłem w twoją wierność? Chciałem po prostu żebyś wreszcie zaczął się bronić. –zanurzył twarz we włosach młodszego maga. –Jako przyszły Administrator musisz umieć wyrażać swoje zdanie… -i już Osen miał coś odpowiedzieć, ale Lorlen nie pozwolił mu na to, wykorzystując jego usta w o wiele przyjemniejszym celu. –Ale może nie teraz… -wymruczał mu do ucha.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Obaj zamarli. Ktoś nerwowo poruszał klamką. Na szczęście Osen zaryglował drzwi od wewnątrz.
-Administratorze!- zduszony głos Malena, pomocnika Osena, dobiegał zza masywnych drzwi. –Można? Przybył posłaniec.
-Jestem za… -sapnął. -…zapracowany! –odkrzyknął zduszonym głosem, jednocześnie szczypiąc swojego asystenta, który w momencie wahania robił rzeczy, których nie przystoi robić pod biurkiem.
-Jak bardzo jest pan zapracowany, Administratorze? –dobiegł przytłumiony głos.
-Bardzo zapracowany, wierz mi, Malenie. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. –w ostatniej chwili zdążył dokończyć zdanie, bo jęknął, maskując ten odgłos zrzuceniem na podłogę jeszcze większej ilości książek.
-Bo Ambasador Gildii w Elyne, Mistrz Dannyl, będzie tu za pięć minut. –wykrzyknął Malen. –Szukałem wcześniej Mistrza Osena, ale nie mogłem nigdzie go znaleźć.
-Pięć? –Lorlen aż się zakrztusił, tym razem nie z winy Osena (no, może tylko po części). –Dobrze Malenie, dziękuję ci. I nie szukaj już Mistrza Osena. Załatwia dla mnie pewne sprawy. A teraz zostaw mnie proszę, jestem bardzo zapracowany. –Obaj mężczyźni, leżący teraz na podłodze gabinetu Administratora na dosyć niewygodnym posłaniu z rozsypanych książek, dokumentów oraz innych artykułów papierniczych, wsłuchiwali się w odgłos oddalających się kroków. Lorlen obrócił się i napotkał spojrzenie swojego asystenta. Mówiło ono wyraźnie „pewne sprawy, powiadasz?". Spojrzeli po sobie i zachichotali cicho. Osen przeturlał się tak, że teraz to on górował nad swoim szefem. Lorlenowi nie było zbyt przyjemnie z rogiem teczki w okolicach kręgosłupa, co więcej, był pewien, że jakimś sposobem pewien bardzo ostry ołówek zawędrował mu w niebezpieczne regiony. Teraz jednak liczył się tylko górujący nad nim mężczyzna. W jego oczach widać było figlarne iskierki.
-Zapracowany, Lorlenie? Mówisz że jesteś bardzo zapracowany? –na jego wargach igrał filuterny uśmieszek. –Chyba lekko mijasz się z prawdą. –Administrator odwzajemnił uśmiech. –Ja uważam że jesteś zdecydowanie przepracowany. Ale nie martw się, możemy coś na to poradzić.
I obaj roześmiali się, bez reszty oddając się czynnościom rekreacyjnym.
