Ciri spodziewała się, że chłopak w którymś momencie złamie się i zacznie płakać. Zdradzały go pobielałe kostki na pięściach, które trzęsły się, mimo że tak sztywno je zaciskał, drżące leciutko kąciki ust i wytrzeszczone, nabiegłe krwią oczy, którymi gwałtownie mrugał, rozglądając się po miejscu masakry. Miał spojrzenie, które Ciri dobrze znała - puste, błędne spojrzenie człowieka, którego nagła rozpacz ogłuszyła jak cios obuchem. Chłopak szedł powoli, niepewnym, lunatycznym krokiem, lawirując pomiędzy ciałami. Przy niektórych zatrzymywał się na chwilę, patrząc bez słowa, inne mijał obojętnie, nie poświęcając im uwagi. W końcu przystanął nad ciałem jasnowłosej kobiety, która zginęła od pojedynczego ciosu mieczem, i nie poszedł już dalej. Ciri, która do tej pory trzymała się kilka kroków za nim, też się zatrzymała i obserwowała go w milczeniu.

Chłopak nie zaczął płakać, tak jak się spodziewała. Osunął się za to na kolana i spuściwszy głowę, kręcił nią lekko i mamrotał coś drżącym, łamiącym się głosem. Potem podniósł dłoń zmarłej kobiety i na długą chwilę przycisnął ją do ust. Ciri zauważyła mimowolnie, że kobiecie brakowało dwóch palców. Kiedy chłopak uniósł jej rękę, opadł rękaw sukienki, odsłaniając perłowo różowe blizny powyżej okaleczonej dłoni. "Łowczyni", pomyślała Ciri. Zastanowiła się przelotnie, czy coś by to zmieniło, gdyby wiedźmini, którzy napadli wioskę, zastali ją z bronią w ręku. Pewnie nie umknęłaby śmierci, ale może przynajmniej zginęłaby z godnością, nie jak ustrzelona na polanie sarna. Ciri przeniosła wzrok na chłopaka, który siedział nieruchomo, zesztywniały z rozpaczy. Ciri zastanawiała się, co działo się w tej chwili w jego głowie, czy wypełniające ją myśli były głośne i wściekłe, czy panowały w nich apatia i cisza. Śmierć siała w człowieku najdziwniejsze rzeczy, dlatego Ciri obserwowała. Wciąż spodziewała się, że chłopak może nagle zacząć krzyczeć, przeklinać albo po prostu zemdleć, ale on tylko siedział i milczał, ściskając w rękach wiotką, nieruchomą dłoń martwej kobiety.

Po chwili, która mogła równie dobrze być godziną, Ciri zrobiła krok naprzód i lekko, ostrożnie położyła mu rękę na ramieniu. Chłopak wzdrygnął się i obejrzał się na nią. Wzrok wciąż miał błędny. Podniósł się chwiejnie, rozejrzał powoli wokół siebie, a potem znów utkwił wzrok w martwej kobiecie u swoich stóp. Idąca od morza chłodna bryza zwiewała na jej bladą, spokojną twarz jasne kosmyki włosów. Chłopak przełknął głośno ślinę i wymamrotał:

- Muszę… Muszę ją pochować.

Ciri skinęła głową. Patrzyła, jak chłopak, którego imienia wciąż nie znała, ostrożnie podnosi ciało, kurczowo przyciska je do piersi, a potem odwraca się i odchodzi. Zanim ruszyła jego śladem, weszła do jednej ze splądrowanych chat i pomiędzy roztrzaskanymi skrzyniami znalazła dwa wygięte, pordzewiałe szpadle. Kiedy wyszła poza obręb wsi, chłopak znikał już między wysokimi, jasnymi klifami na skraju plaży. Znalazła go w wąskiej niecce skrytej w cieniu dwóch wysokich, piaskowych zrębów. Ułożył ciało obok samotnego bladego głazu i stał, patrząc na nie w milczeniu. Ciri podeszła bliżej. Rozglądając się wokół, pomyślała, że to dobre miejsce na grób - odosobnione, ciche i spokojne. Jak gdyby słysząc jej myśli, chłopak odwrócił się do niej i powiedział cicho:

- Lubiła tu przychodzić. Lubiła… Spokój. I ciszę.

Ciri skinęła głową.

- To dobre miejsce - potwierdziła cicho.

Chłopak popatrzył jej w oczy i Ciri znów przemknęło przez myśl, że zobaczy u niego łzy, ale i tym razem się pomyliła. Spojrzenie miał smutne i ciężkie, ale w zmarszczonych brwiach była determinacja. Wyciągnął rękę po szpadel. Podała mu go bez słowa.

Nie oznaczyli niczym mogiły. Tylko samotny głaz wskazywał miejsce, w którym złożyli ciało. Ciri stała obok chłopaka i patrzyła. Wiedziała, że kiedy znów przyjdzie wiatr od morza i poderwie biały piasek, zarysy świeżego grobu zatrą się i znikną. Zostanie tylko szum fal i szelest bladych, wysokich traw. To naprawdę było dobre miejsce na grób.

Ciri spojrzała ukradkiem na chłopaka, który stał obok niej ze szpadlem w opuszczonej bezwładnie ręce. Determinacja, którą podczas kopania mogiły miał na spoconej, zmarszczonej z wysiłku twarzy, zdążyła się już ulotnić, dając miejsce posępnej apatii. Ciri przeczuwała, że jeżeli teraz zostawi go samego, duchy zmarłych - nie tylko kobiety, którą pochował, ale też tych, których zostawił w wiosce - nie pozwolą mu odejść. Ciri wiedziała z doświadczenia, że czasem martwych trudniej było zostawić za sobą niż żywych. Zrobiło jej się żal chłopaka, dlatego postanowiła, że przynajmniej na razie dotrzyma mu towarzystwa.

Przekonała go, by zostawili grób w spokoju i odeszli w stronę klifów. W miejscu, z którego nie było widać ani zmasakrowanej wsi, ani świeżej mogiły, Ciri rozpaliła małe ognisko. Zostawiła chłopaka zapatrzonego apatycznie w płomienie, a sama wróciła po swojego konia i juki, które miała przy siodle. W jednej z nich wciąż powinno być kilka małych krążków sera i pół bochenka ciemnego chleba. Ciri zastanawiała się, czy w którejś torbie nie zostało jej jeszcze trochę wina, którym mogłaby poczęstować nieszczęsnego chłopaka.

W drodze powrotnej do ogniska znalazła pasącą się spokojnie na skraju lasu, nieco wyleniałą klacz, która na jej widok niemrawo zarżała i wróciła do skubania trawy. Boki klaczy były pokryte suchym, brudnym pyłem, a na grzbiecie miała siodło i kilka skórzanych sakiew. Wyglądała, jakby niedawno ktoś odbył na niej daleką podróż, a potem nagle porzucił. Ciri chwyciła klacz za uzdę i wróciła z oboma końmi do ogniska. Na ten widok chłopak, który siedział dokładnie w tym samym miejscu i pozycji, w jakiej go zostawiła, nieco się ożywił. Dźwignął się na nogi i podszedł w jej stronę. Uśmiechnął się blado do klaczy i pogładził ją po pysku. Ciri, która w tym czasie przeszukała swoje sakwy i w jednej z nich znalazła mały bukłak z winem, przysiadła na przewalonej kłodzie przy ognisku i przyjrzała się chłopakowi w zamyśleniu. Teraz, kiedy mogła spokojnie rozważyć całą sytuację, zaczęły się mnożyć pytania. Skąd chłopak wziął się na polanie za wsią i dlaczego wiedźmini go oszczędzili? Gdzie był, kiedy wioska była masakrowana? Kim była dla niego kobieta, którą Ciri pomogła mu pochować? Jak właściwie się nazywał? Ciri zmarszczyła brwi i upiła łyk wina z bukłaku. Uznała, że będzie jeszcze czas, by to wszystko wyjaśnić.

- Chodź coś zjeść - rzuciła do chłopaka. Zostawił konia i obejrzał się na nią, a potem na jedzenie, które rozłożyła przy ognisku. Potem znów podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy.

- Dziękuję - powiedział powoli, siadając z wahaniem naprzeciwko niej. Jedli w milczeniu, zerkając na siebie ponad ogniskiem. Spojrzenie chłopaka odzyskało w końcu nieco skupienia i jasności. Dopiero teraz patrzył na Ciri, jakby rzeczywiście ją dostrzegał. Widziała, że zatrzymał spojrzenie na jej mieczu, potem na szramie, która przecinała jej policzek, w końcu na medalionie wystającym z rozcięcia koszuli.

- Wilczyca - powiedział w końcu chłopak, przeżuwając kawałek chleba. Nie zabrzmiało to jak oskarżenie ani jak pytanie. Chłopak patrzył na nią spokojnie.

Ciri skinęła głową.

- Jestem Ciri - powiedziała. - A ciebie jak zwą?

- Miron - przedstawił się cicho. Wziął jeszcze jeden kęs chleba i przez chwilę przeżuwał w milczeniu, wpatrując się w morze, które rozciągało się za krawędzią klifu. Potem znów spojrzał na Ciri. - Dziękuję. Za jedzenie i za… za pomoc.

Ciri patrzyła na niego badawczo.

- Wiesz, co tam się stało? - zapytała cicho.

Zmarszczył brwi i długo patrzył na nią w zamyśleniu, jak gdyby nad czymś się zastanawiał. W końcu pokręcił lekko głową i wymamrotał:

- Nie wiem. Chciałbym… Nie mam pojęcia.

Ciri milczała. Zastanawiała się, czy powiedzieć mu to, co wiedziała - że wieś napadli i zrabowali wiedźmini. Nie miała pojęcia, co chłopak wiedział o wiedźminach, czy nienawidził ich tak jak większość ludzi, czy się ich bał. Właściwie nie miało to znaczenia. Jeżeli nawet do tej pory chłopak nie darzył wiedźminów nienawiścią, teraz to z pewnością miało się zmienić, ale ta nienawiść nic nie znaczyła. Zemsta nie była w jego zasięgu. Niewielu ludzi mogło dotrzymać wiedźminowi pola w walce, jeszcze mniej było takich, którzy mogliby wiedźmina zwyciężyć. Z pewnością jednak na całym szerokim świecie nie było nikogo, kto pokonałby trzech wiedźminów naraz.

- Ktoś się zbliża. - Ciri, wyrwana z zamyślenia słowami chłopaka, oderwała oczy od ogniska i potoczyła spojrzeniem po rzadkim, sosnowym lesie, który zaczynał się tuż za ich obozowiskiem. Spomiędzy drzew rzeczywiście coraz wyraźniej dochodziły stłumione, miękkie odgłosy kroków. Przybysz, a właściwie przybysze, zdała sobie sprawę Ciri, wsłuchując się uważnie w niosące się od lasu odgłosy, nie starali się zakraść do nich niezauważeni. Kroki były spokojne, niespieszne, według Ciri niemal ostentacyjnie głośne. Gdyby do ich obozowiska zbliżał się przypadkowy wędrowiec, szedłby ostrożniej, niepewny, kogo zastanie przy ogniu. Widok wymarłej, pogrążonej w ciszy wioski, którą mieli za sobą, mógł tylko wzmóc tę ostrożność. Tymczasem ci, którzy się do nich zbliżali, szli bez wahania czy niepewności. Tak jakby nie mieli czego się obawiać.

Ciri powoli sięgnęła ku pochwie miecza, która leżała oparta o przewaloną kłodę. Gestem nakazała chłopakowi czujność. Zmarszczył brwi, ale skinął głową. Położył rękę na rękojeści miecza, który miał zatknięty za pas. Ciri miała nadzieję, że chłopak wie, jak zrobić z niego użytek.

Pomiędzy drzewami zamajaczyły trzy postaci - dwie wysokie, rosłe, jedna niska i drobna. Ciri zacisnęła szczękę i zastygła w oczekiwaniu. Mocniej chwyciła rękojeść miecza. Siedzący obok chłopak zerknął przelotnie na jej oręż, potem na nią, ale się nie odezwał. W końcu, tak jak ona, wbił wzrok między drzewa.

Kiedy przybysze wyłonili się z szarozielonego cienia, który tworzyły kosmate korony sosen, i przystanęli na skraju klifu, naprzeciw ich obozowiska, w uszach Ciri gwałtownie zadudnił puls. "Kurwa", pomyślała. "Kurwa, niech to szlag".

Mężczyzna, który stał na przedzie, był najwyższy z całej trójki. Ciri pomyślała, że przewyższał wzrostem nie tylko na Geralta, ale również na Eskela, ale z pewnością był od nich obu mniej rosły, smuklejszy i nie tak szeroki w barach. Ciemne włosy, zaplecione w długi, cienki i schludny warkocz, zwieszały mu się z ramienia jak chwost przy odświętnym stroju. Mężczyzna miał proste, pociągłe rysy, błyszczące bystro oczy i dobrotliwy, niemal jowialny uśmiech. Życzliwą powierzchowność psuły nieco pionowe, kocie źrenice i wystające zza pleców rękojeści czegoś, co według Ciri nie wyglądało na miecze, ale na wielkie buzdygany lub topory wojenne.

Tuż obok mężczyzny z warkoczem przystanął drugi przybysz, niemal równie wysoki, ale różny od towarzysza pod każdym innym względem. Ten z warkoczem był rosły, śniady i brodaty, a w obejściu miał coś szorstkiego i twardego. Ten drugi był smukły, gładki i według Ciri miał w sobie za dużo finezji jak na wojownika. Cały był biały jak mleko - miał bladą skórę, jasne, przystrzyżone równo nad uszami włosy, a brwi tak białe, jakby wcale ich nie było. Szeroko rozstawione, bystre oczy błyszczały na tle jego bladej twarzy jak dwa małe, ciemne bursztyny. Ciri skojarzył się raczej ze szlachcicem albo bardem niż z łowcą potworów, kiedy stał tak, wsparty o drzewo, z jedną ręką zatkniętą nonszalancko za pas od miecza. Nie miał na sobie żadnego rynsztunku, jakiego można by się spodziewać u wiedźmina, tylko długą pikowaną kamizelę, a pod nią białą płócienną koszulę z bufiastymi rękawami. Wydawało się, że oprócz mieczy u pasa mężczyzna nie ma też przy sobie żadnej broni, a mimo to z jego postawy biła swoboda i pewność siebie.

Wzrok białowłosego wiedźmina przesuwał się bez zainteresowania po całej scenie. Kiedy spotkał się na chwilę ze spojrzeniem Ciri, mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, krzywym, pełnym lekceważenia uśmiechem. Jego długie, szczupłe, upierścienione palce, które wciąż trzymał zatknięte za pasek, rozprostowały się kolejno, a potem znów znieruchomiały. Ciri poczuła, że jest w tym uśmiechu i w tym powolnym, niedbałym ruchu jakaś groźba, sama więc zacisnęła palce mocniej na mieczu.

Cichy szelest skupił jej uwagę na ostatnim przybyszu. Była to mała, koścista dziewczyna o trójkątnej twarzy, którą częściowo przysłaniały włosy w nieokreślonym burym kolorze. Zza tych włosów wyglądały podkrążone ciemnymi obwódkami oczy, które przypominały dwie złote monety błyszczące z dna ponurego jeziora. Dziewczyna przycupnęła, przyczajona na lekko ugiętych nogach, z piersią wysuniętą w przód. W obu rękach miała długie, zakrzywione sztylety. Obserwowała Ciri z nieruchomym, obojętnym skupieniem gotującego się do ataku drapieżnika.

Ciri raz jeszcze ogarnęła spojrzeniem wszystkich troje wiedźminów i ponownie zaklęła w myślach. Mężczyzna z warkoczem miał medalion z wyszczerzoną paszczą niedźwiedzia. Na piersi białego wiedźmina połyskiwał srebrzysty dziób gryfa. Wokół szyi bladej dziewczyny kołysała się miarowo zwinięta do ataku żmija.

Ciri podniosła się niespiesznie, wciąż ściskając w ręce miecz. Mężczyzna z warkoczem wciąż uśmiechał się do niej dobrotliwie. Wiedźminka ze sztyletami zaczęła powoli i bezszelestnie okrążać obozowisko, obserwując ją nieruchomym spojrzeniem. Smukła ręka trzeciego wiedźmina zaczęła niecierpliwie podrygiwać na rękojeści miecza. W powietrzu zawisło napięcie. Ciri wodziła czujnym spojrzeniem pomiędzy trojgiem wiedźminów, starając się ocenić, które z nich zaatakuje jako pierwsze. Kiedy ciszę przerwał nagle głos stojącego obok niej chłopaka, Ciri drgnęła gwałtownie. Na chwilę zapomniała zupełnie o jego istnieniu.

- Ten łuk - wymamrotał chłopak. Ciri podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła, że zza pleców bladego wiedźmina rzeczywiście wystaje rzeźbione ramię łuku, na które wcześniej nie zwróciła uwagi. Spojrzała z powrotem na chłopaka, który wyglądał, jakby poraził go piorun. Zrobił się blady, miał wytrzeszczone oczy i nieco obłąkane, pełne furii spojrzenie. Zaciśnięte kurczowo pięści drżały lekko. Ciri raz jeszcze zerknęła na łuk i nagle zrozumiała - kobieta, którą wspólnie pochowali. Kobieta o trzech palcach. Łowczyni. Jej broń.

Chłopak też najwyraźniej właśnie coś zrozumiał. Ciri nie potrzebowała już pytać, czy nienawidzi wiedźminów - wypisana na jego twarzy wściekłość powiedziała jej wszystko.

- Ten łuk - powtórzył chłopak niskim, groźnym głosem. Wiedźmin z warkoczem uśmiechnął się do niego jowialnie.

Czego tu szukacie? - Tym razem to Ciri się odezwała, właściwie tylko po to, by zyskać na czasie. Kątem oka nadal obserwowała chłopaka, próbując ocenić, jak długo jeszcze uda mu się utrzymać nad sobą panowanie. Wiedziała, że lada chwila sytuacja wymknie się spod kontroli. Wiedźmin z warkoczem przeniósł na nią spojrzenie, nie przestając się uśmiechać.

- Jest coś, czego od ciebie chcemy - zwrócił się do niej spokojnym, niemal życzliwym tonem. Ciri patrzyła mu w oczy, ale widziała jednocześnie, że wiedźminka ze sztyletami zbliża się do nich coraz bardziej. Czekała. - Krew - dokończył wiedźmin z lekkim uśmiechem, a Ciri podjęła decyzję.

W momencie, gdy wszystkich troje wiedźminów rzuciło się do ataku, Ciri chwyciła stojącego obok niej chłopaka za ramię i teleportowała się wraz z nim. Kiedy znaleźli się w domu Triss w Kovirze, Ciri puściła rękę chłopaka i westchnęła głęboko, zginając się wpół i opierając dłonie na kolanach. Wiedziała, że będą potrzebowali pomocy Geralta, ale ostatni raz widziała go jeszcze w Corvo Bianco. Powiedział jej wtedy, że przynajmniej na jakiś czas wróci na szlak, bo nuży go wiejskie życie. Nie wiedziała, gdzie może przebywać teraz. Nie mogła też zwrócić się do Yennefer, bo ona z kolei bawiła właśnie w Aedirn na zaproszenie młodego króla Stennisa. Ciri wiedziała zresztą, że pomiędzy nią a Geraltem znów toczy się wojna podjazdowa.

Ciri liczyła na to, że Triss pomoże jej odszukać Geralta, a on będzie wiedział, co zrobić z bandą wiedźminów. Westchnęła raz jeszcze i spojrzała na chłopaka, którego zabrała ze sobą. Nie mogła go tam zostawić na pewną śmierć, ale teraz, gdy już się tu znalazł, nie wiedziała, co dalej z nim zrobić. Chłopak rozglądał się wokół siebie, wyraźnie oszołomiony. Furia, która drżała w jego rysach jeszcze chwilę temu, ustąpiła miejsca dezorientacji. Nie wyglądał jednak na aż tak zaskoczonego, jak Ciri się spodziewała. Spojrzał na nią i otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w tej samej chwili drzwi do sąsiedniej komnaty się otworzyły. Oboje spojrzeli w tamtą stronę. Ciri zobaczyła Triss, która uśmiechnęła się szeroko na jej widok, a za jej plecami Eskela, który się nie uśmiechnął. Ciri uściskała serdecznie czarodziejkę, a gdy się odsunęły, zrobiła krok w stronę wiedźmina, by jego również objąć na powitanie. Nie widziała go od bardzo dawna. Nie była nawet pewna, czy wciąż żyje, cieszyła się więc, że widzi go całego i zdrowego i nie miało dla niej znaczenia, że spotyka go akurat w sypialni Triss. Najwyraźniej jednak był ktoś, dla kogo to miało znaczenie. Chłopak, który do tej pory stał bez słowa, przyglądając się tym powitaniom, nagle zrobił kilka szybkich kroków naprzód i z całej siły uderzył Eskela pięścią w twarz. Ciri zamrugała gwałtownie. Zszokowana, spojrzała na nie mniej zaskoczoną Triss, a potem na Eskela, który z kolei nie wydawał się ani trochę zdziwiony. Zrobił krok w tył, by odzyskać równowagę, a potem powoli podniósł rękę do pulsującego śladu po uderzeniu. Poruszył szczęką w obie strony, jak gdyby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu, a potem spojrzał spokojnie na chłopaka, który znów trząsł się od wyraźnej furii.

- Miron - powiedział cicho Eskel. - Dobrze cię widzieć.

- Pierdol się - odburknął z wściekłością chłopak.

Ciri za to zupełnie nie wiedziała, co ma powiedzieć.