W połowie świadomego, nie… w ogóle nieobecnego myślami Genga, z lotniska odebrali stęsknieni rodzice. Dobrze, że stewardesy przeszły się po całym samolocie sprawdzając, czy wszyscy pasażerowie wysiedli, bo inaczej zagłębiony w swoich przemyśleniach, a raczej w pełni zapatrzony w ukazujący się przed jego oczami obraz Chińczyk , zapewne dalej siedziałby, wręcz wbity w fotel przez ciążące mu emocje.

Hankyung wyszedł z maszyny w ogóle nie zwracając uwagi na cokolwiek i kogokolwiek. Jeżeli ktoś spojrzałby na jego wzrok, wydałby mu się pusty , przeraźliwie opustoszały z uczuć, lecz osoba spostrzegawcza dostrzegłaby w nim tak naprawdę pustoszący ból, cierpienie wypełniające każdą komórkę ciała mężczyzny, co gorsza oblewające jego duszę. Instynkty samozachowawcze wyprowadziły Hana do poczekalni, podczas gdy on bez przerwy uczył się na pamięć, kodował w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu, wszędzie, gdzie się tylko dało tę ostatnią scenę jaką widział… tam, jeszcze w Korei. Mężczyzna szedł gdzieś przed siebie, jak niosły go nogi i szedłby dalej, gdyby nie budzący z odrętwienia troskliwy oraz bezpieczny uścisk. To był swego rodzaju mały plasterek na wymagającą szwów ranę w sercu, ale właśnie dzięki niemu Chińczyk nie zaniósł się rozpaczliwym , wywołującym dreszcze szlochem. Uśmiechnięte, przewesołe i promieniujące czułością twarze staruszków dodały otuchy zagubionemu Han Gengowi. Niestety szybko zaczął dołować sam siebie obwiniając się za wszelkie zło świata zauważywszy, jak miny rodziców stają się coraz bardziej ponure. Nie trzeba było mówić mu, co ich tak zasmuciło – doskonale wiedział, jak wyglądał w tym stanie. Obiecał sobie, że wynagrodzi im to niezbyt miłe przywitanie, ale później. Na razie chciał tylko ukryć się pod kołdrą, jak nierozumiana przez nikogo nastolatka i najlepiej spędzić w takiej formie kilka dni.

Godzina za godziną, liczone następnie w dobach, płynęły bezcelowo niosąc z sobą monotonność. Hankyung spędzał całe dnie na pomaganiu rodzicom w restauracji. Pracował bez opamiętania pragnąc uciec przed jakąkolwiek wolną chwilą, która mogłaby zrodzić refleksje. Mimo wielkich starań i tak nie był w stanie zapomnieć. W dodatku ciągle wydzwaniały do niego przeróżne wytwórnie. Jednym mówił, że oddzwoni (czego oczywiście nie robił), a inne spławiał już na samym wstępie. Sam sobie wmawiał, iż nie jest gotów na rozpoczęcie pracy solowej, by występować bez przyjaciół. Musiał przecież pogodzić się z utratą marzenia, bo jemu nie zależało na sławie, lecz tworzeniu, a to wręcz nieoderwalnie wiązało się z SuJu. Han próbował również stłumić swoje uczucia do jednego z przyjaciół, ale stawał się bezsilny, gdy wieczorami przeglądał się w lustrze o porze podsumowującej dzień. Nawet skutecznie tłumaczył sobie wtedy, że to jedynie głupie zauroczenie, które samo przejdzie, lecz po tym nachodziły go sny pełne wspomnień. Potrafił całą noc śnić o tej jedynej osobie. Żeby chociaż były to jakieś wydarzenia, ale nie, on po prostu widział jej twarz wyrażającą za każdym razem inne uczucia. Innymi słowy: nasz Han Geng popadał w depresję. Jego rodzice nie mogli patrzeć na męki syna. Wraz z nim spadali na emocjonalne dno, aż w końcu powiedzieli: „Dość!".

Drażniące jasnością promienie dobijały się do powiek. Do uszu dochodziły tłumione jeszcze mgłą snu kroki i dźwięk odsłanianych zasłon. Coraz mocniej zaciskane oczy poddały się jako pierwsze żegnając krainę odpoczynku, lecz nadal nie śmiały wyjrzeć spod cieplutkiej i miękkiej pościeli. Niestety to również miało swój kres., bo ktoś bezczelnie (poza tym, że wtargnął do pokoju bez zaproszenia) ściągnął z zaspanego mężczyzny kołdrę. Chłodne powietrze musnęło jego ciało przyprawiając od palców stóp kończąc na czubku głowy o gęsią skórkę. Poza szarymi, obcisłymi bokserkami w kratkę nie miał na sobie nic. Niedbale oraz z rosnącą niechęcią rzucił okiem na zegarek, a od tego co ujrzał, aż zabolała go głowa, wtedy pełna smoliście czarnych włosów „ułożonych" w kompletnym chaosie. Z zamiarem ucięcia sobie jeszcze przynajmniej dwugodzinnej drzemki, mężczyzna skulił się w kłębek podsuwając nogi pod siebie i wbijając twarz w poduszkę, którą jednak długo się nie nacieszył. Zapewne ta sama wredna osoba, co go obudziła, błyskawicznie wyrwała mu ją spod głowy, jakby znała zamiary Chińczyka. Rozgniewany odwrócił się do niej w żółwim tempie próbując cokolwiek dojrzeć przez sklejone powieki. Nawet przetarcie dłońmi zamglonych oczu nie pomogło. Mężczyzna był w stanie dostrzec tylko marny zarys sylwetki kontrastującej na oślepiającej, rozbielonej żółci.

- Wstawaj! Spójrz, która godzina! – opiekuńczy w swej donośności głos dudnił leżącemu na łóżku w uszach – Hankyung! – jeśliby usunąć ten pisk, chyba mający imitować gniew, to mogłaby to być jego matka… hmm…

- Co? –zaschnięte gardło nie pozwoliło wydobyć mu z siebie więcej. Gdyby łaskawie otworzył szerzej ślepia na pewno wiedziałby z kim rozmawia, ale lenistwo, jak widać, wzięło nad nim górę.

- Nie „Co?", tylko „Słucham?". Powiedziałam, żebyś się ruszył, bo za półtora godziny masz spotkanie.

- He? –„Co?" się nie podobało, a „Słucham?" było zdecydowanie za długie. Po upewnieniu się, iż to kochana mamusia stara się zrzucić go z łóżka, podniósł najpierw jedną powiekę, później drugą. Na twarzy stojącej nad nim kobiety rysowała się determinacja i upartość. Geng wciąż lekko zmrużonymi oczami i pomarszczoną buzią spojrzał na nią pytająco, a ona, jak to matka, domyśliwszy się, że jej synek w obecnym stanie w ogóle niczego nie czai, zaczęła potokiem słów:

- Nic nie robiłeś, więc kiedy dzwoniła pewna wytwórnia na twój telefon, pozwoliłam sobie odebrać i umówiłam cię dziś z jej szefem, dlatego masz już wstać i doprowadzić się jakoś do ładu. Tak przy okazji, jak ty chcesz znaleźć dziewczynę? Przejrzyj się w lustrze. – nie spuszczając z niego wzroku podparła się rękoma pod boki.

- Nieładnie odbierać cudze telefony. – „Nie chcę dziewczyny! Chcę…" – Mamo, prosiłem byście z tatą się nie wtrącali. Nie jestem jeszcze gotów na…

- Przestań w końcu opowiadać takie farmazony! – rzadko się zdarzało, by ta kobieta podnosiła ton, a jeżeli już to robiła, oznaczało, że lepiej z nią w takim momencie nie zadzierać.

-Oczywiście –rzucił na odchodne zsuwając się z łóżka – ale strasznie wcześnie jest – wskazał machnięciem dłoni na zegarek stojąc po przeciwnej stronie niż matka.

- Nie denerwuj mnie – tym razem spokojnie, ale przerażająco stanowczo – jest 11.

Han Geng pragnąc, jako ostatnią rzecz, kłótni z mamą, udał się potulnie do łazienki szurając jak inwalida nogami oraz drapiąc się jednocześnie po głowie i…

Spotkanie z nową wytwórnią odbyło się nadzwyczaj dobrze wręcz idealnie. Dyrektor był tak niesamowicie miły i zaoferował Hanowi tak korzystne warunki, że grzechem byłoby odmówić. Współpraca malowała się wyśmienicie, lecz jak zawsze musiało pojawić się pewne „ale".

- Bardzo się cieszę, iż zdecydował się pan przyjść. Proszę mi wierzyć, nie pożałuje pan. – wydawca z wielkim uśmiechem na twarzy rozluźnił się w krześle pewny schwytania ptaszka. Szeroki wyszczerz sukcesu podkreślił zmarszczki ujawniające ilość wiosen mężczyzny i jego wymęczenie – Acha, zapomniałbym. Jest jeszcze jedna sprawa – pochylił się nad stołem i szeptem, jakby ta nazwa kryła w sobie zło, powiedział (w innych okolicznościach może nawet by splunął, przynajmniej tak się wydawało) – Entertaimnet… musimy dostać od niego wszystkie papiery. To formalności, ale wymagane. – patrzył na Genga z obawą przed usłyszeniem odmowy, dlatego z tym większą ulgą odetchnął, kiedy Chińczyk, owszem nie bez oporów i dłuższej chwili zastanowienia, zgodził się.- Ale wie pan, trzeba je odebrać osobiście. To straszna głupota – mówił coraz wolniej i ostrożniej. Dostrzegłszy, że Han w miarę spokojnie przyjmuje te niezbyt miłe informacje, ciągnął dalej – Z chęcią załatwiłbym to za pana, lecz to „niemożliwe" –znowu jakby obrzydzenie.

- Nie szkodzi. Oddzwonię, gdy będę je już miał.

Mężczyźni pożegnali się w ciszy, ściskając sobie dłonie. Dyrektor odprowadził zmartwionym spojrzeniem Chińczyka ledwo sunącego przed siebie, widać ponownie działającego automatycznie.

„Nie! Nie, mogę! Za co spotyka mnie coś takiego? Przecież to… Muszę pojechać do Korei. A co, jeśli to szansa na… Nie!" – uderzył się otwartą dłonią w czoło z nadzieją przywrócenia swych myśli do porządku – „Jadę do Seulu.".

Od czasu wyjazdu Han Genga, Siwon zdawał się… nie, on był własnym cieniem. Przyjaciele z ledwością docierali do niego. Bezustannie nieobecny działał na autopilocie wstając, ubierając się i odwalając swoje w studiu. Zawsze marzył, by zostać artystą, ale teraz nie miało to dla niego znaczenia. Bo po co komu sukces, jeśli nie ma się serca, ponieważ ktoś bezkarnie je ukradł? A bez tego organu niemożliwe jest cieszenie się z czegokolwiek. Nic, pustka albo znowuż morze bólu i smutku. Inaczej: lał na wszystko, bo nie umiał zapomnieć, uwolnić się od ciągłego uczucia braku… tej najważniejszej części siebie.

Kroczył beznamiętnie, nie zawracając w ogóle uwagi na popychających go ludzi, którym zachodził drogę. Nie obchodziło go nic. Nisko opuszczona głowa zapełniała się coraz to nowszymi, alternatywnymi zakończeniami ostatniego dnia Hankyunga w domu. Oczywiście wszystkie miały happy end (czyli byli razem). Czasami zdarzało się, iż lądowali w jednym łóżku… Szczurek z każdym kolejnym dniem tracił poczucie różnicy między rzeczywistością, a ułudą, lecz nie przeszkadzało mu to, wręcz radowało, bo wtedy aż tak nie cierpiał.

Wszedł do głównej hali galerii. Promienie słońca wesoło tańczyły odbijając się od licznych szkieł na ścianach. Koreańczyk usiadł na ławce przy fontannie. Przesunął dłonią po tafli wody, w której odbijał się piękny, witrażowy sufit… co z tego, że piękny? Co go to w ogóle interesuje? Wytarł rękę o spodnie i opierając łokcie o kolana, pochyliwszy się wlepił wzrok w błyszczącą od polerowania podłogę.

Hankyung postanowił usmażyć dwie pieczenie na jednym ogniu: załatwi dokumenty oraz… zobaczy się z przyjacielem .Tęsknił za całym zespołem, ale to on miał jakby „pierwszeństwo" w obecnej sytuacji.

Szedł z boku mijając ludzi ze strachem w oczach. W jego spojrzeniu marnie krył się paranoiczny lęk. W końcu zaczął iść z taką niepewnością, że inni myśleli, iż skrada się, a raczej wyraźnie chowa przed czymś… kimś. Głupawo wychylał się zza każdego rogu i dopiero po dokładnym obejrzeniu każdej twarzy decydował się zrobić krok. Nagle oślepiło go jasne światło spadające z góry. Znajdował się w swoim ulubionym miejscu. Zawsze chętnie zatrzymywał się i przysiadał przy kojącej muzyce opadających w różnych formacjach strumieni wody, patrzył na kolorowe szkła zadzierając głowę w stronę sufitu, i okręcając się dookoła. Niestety nie miał na to czasu tym razem. Duża, otwarta przestrzeń pomieszczenia przywoływała dreszcze na jego ciało. Walcząc ze strachem, grymasząc pod nosem, kręcąc się z miejsca na miejsce, nareszcie ruszył w kierunku ruchomych schodów. Błyskawicznie, prawie biegnąc, nie odrywając spojrzenia od nich, znalazł się już na pierwszym podeście.

Bezcelowe patrzenie się w podłogę zaczęło go nudzić, więc podniósł głowę i rozglądnął się wokoło. Kiedy zatrzymał wzrok na pierwszym piętrze, po czym zleciał po schodach w dół, aż wstał z wrażenia. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, było to niepojęte. Wbiło go w kafelki, a spojrzenie ugrzęzło w jadącej na piętro sylwetce mężczyzny.

- Han Geng… - głos mu się załamał, a gardło całkiem wyschło, język przykleił się do podniebienia. Wyciągając w nadziei rękę w stronę Chińczyka podążył za nim. Najchętniej podbiegłby do kochanka, ale tłum ludzi blokował mu drogę, a i tak już niekulturalnie przepychał się między nimi. Wszedł niecierpliwie przestając z nogi na nogę na schody i nie odrywając oczy od hyunga powtarzał sobie cichutko jego imię jak mantrę. To musiał być on, nie było innej opcji. Wszędzie poznałby te… no wszystko! Zgrabne nogi, kruczoczarne włosy stojące z tyłu… w sumie niewiele, ale Shi Yuan po prostu czuł, że to nikt inny jak Hankyung. Czuł to całym sobą, umysłem ,ciałem, sercem. Nie istniała pomyłka.

Schody tradycyjnie poruszały się zdecydowanie za wolno wtedy wręcz złośliwie. Koreańczyk próbował lepiej przyjrzeć się mężczyźnie wychylając się, ale nic z tego. Dlaczego zawsze, kiedy nie trzeba jest tak dużo ludzi? Skąd oni nagle się wylęgają? Magnae omal serce nie stanęło, gdy Han zniknął mu z zasięgu wzroku. Bardzo niecierpliwie, jak ADHD-chowiec wiercił się na swoim stopniu wyczekując dotarcia w końcu na piętro. Strach przed zgubieniem hyunga wypełnił jego wnętrze wraz z bólem, czysto fizycznym bólem pochodzącym jednak ze strefy emocjonalnej. Ziarnko zawodu zaczęło już kiełkować, myśl o ponownej stracie ukochanego wyłaziła powoli z jaskiń jego mózgu. Wybiegł z prędkością światła na środek korytarza skacząc wzrokiem po każdej osobie… nic. Z rozpaczy wplótł palce we włosy stojąc bezradnie jak zagubiona owieczka wśród niczym niezainteresowanej chmarze ludzi. Łzy napływały mu do piekących oczu. By nie rozryczeć się, mrugał szybko powiekami, od czasu do czasu mocno je zaciskając. Przed sobą nadal widział postać przyjaciela. Przechodził istne męki Tantala. Nigdy jeszcze niczego nie był tak pewien jak tego, że widział Genga. Widział? Widzi! Znowu ciepło szczęścia napłynęło, a rozczarowanie odeszło równie prędko, jak przyszło. Niekontrolowany wyszczerz zagościł na twarzy Siwona, oczy zabłysły blaskiem euforii. Otoczony promieniami bezgranicznej radości, natychmiast ruszył na Chińczyka. Kiedy tylko był wystarczająco blisko, wyciągnął rękę i położył na barku mężczyzny. Cały drżał, czuł się jak w najpiękniejszym śnie.

Han Geng wciąż niespokojnie i nieswojo jechał ruchomymi schodami rozglądając się jedynie przewracając gałkami ocznymi. Jakoś w połowie drogi dziwne emocje zawładnęły jego osobą. Jakby był uważnie obserwowany. Chociaż, iż chciał pozbyć się jak najszybciej tego niekomfortowego wrażenia nie rozejrzał się w obawie przed zobaczeniem czegoś niepowołanego. Zniósłszy jakoś napięcie rosnące między nim a obserwującym oraz gęstniejące powietrze dotarł nareszcie na pierwsze piętro i uciekł nie obejrzawszy się ani razu. Omal nie dostał zawału, gdy z zaskoczenia ktoś położył mu na barku dużą, silną dłoń i stanowczo pociągnął.

Szczurek był tak blisko, trzymał własną rękę na jego ramieniu. W wyniku wszechogarniającego go szczęścia i niecierpliwości, nie mogąc zwyczajnie wytrwać ni sekundy dłużej, pociągnął Chińczyka, aż ten się zachwiał.

- Han… - okrzyk radości oraz spełnienia zamilkł dostrzegłszy najgorszą z możliwych rzeczy – Proszę mi wybaczyć, pomyliłem pana z kimś. – Siwon w lekkim ukłonie, ze zmieszaniem oddalił się od bardzo podobnego do Hana mężczyzny, lecz jednak nie będącego nim. To go zabiło, ostatni promyk nadziei, wiary. Zasłaniając twarz dłonią niby drapiąc się po czole popędził do toalety.

- Co masz takie oczyska, jakbyś ducha zobaczył? – przyjacielski i jak zawsze opiekuńczy głos lidera zadziałał na przerażonego Hankyunga jak melisa. Chińczyk odzyskał swobodę oraz pewność siebie. Serce biło już w normalnym rytmie. Z ulgą otarł wierzchem dłoni spływający po skroni pot. Park zamknął magnae w wyjątkowo silnym jak na siebie uścisku, po czym zarzuciwszy mu rękę na szyję poszli razem głośno się śmiejąc do restauracji.

- Bardzo ci dziękuję… za wszystko. Nie wiem, czy dałbym radę sam tam pójść i załatwić te papiery – w głosie Chińczyka dało się słyszeć wyraźną nostalgię. Tęsknotę za tym, co już niestety nie wróci, a kiedyś było całym jego życiem. Nie zabrakło również nutki goryczy. Życie jest dziwne, a rządzący nim los to niezrównoważony egoista.

Przyjaciele siedzieli na skórzanej sofie przy okrągłym małym stoliku w przytulnej restauracji. Przyciemniane szyby i blade światło tworzyły atmosferę idealną do romansów lub refleksji. Dotychczas dobrze bawiący się mężczyźni, nie mogący ani na sekundę zamilknąć, zagapili się beznamiętnie w drewniany, ciemny blat, a cisza między nimi zaczęła ciążyć. Jungsu spoglądał kątem oka na Genga wyczekując odpowiedniego momentu. Gdy magnae chcąc uciec od myśli rozpoczął swoje jakże absorbujące zabawy rurką i pustą już szklanką, doszedł do wniosku, iż czas.

- Dlaczego… ja? – pytanie brzmiało dziwnie obojętnie, kiedy w rzeczywistości wypowiadający je chodził cały w środku od emocji, a zwłaszcza zdenerwowania. Oczy Koreańczyka ugrzęzły w udającej niezrozumienie, unikającej jego wzroku twarzy Hankyunga.

- Nie…

-Przestań! Doskonale wiesz, o co mi chodzi. – lider przewiercał przyjaciela samym spojrzeniem. Magnae w cale nie zamierzał odpowiedzieć, lecz to uczucie… ta złość i stanowczość bijące od Parka działały jak bicz.

- Zdecydowałem spotkać się z tobą, byś przyniósł mi dokumenty. – ostrożnie odwrócił o milimetry głowę, by zobaczyć reakcję hyunga i od razu tego pożałował. Jungsu z jedną wysoko uniesioną brwią oraz przymrużonym okiem, przy czym z napięcia mięśni drżał mu kącik ust wraz ze zmarszczkami na nosie, wyglądał przerażająco. Gdyby dłużej na niego popatrzeć można by zejść na zawał. - Nie, nie! To nie tak! Wiem, że jesteś kochany i bez problemów wszystko zrobiłbyś za mnie, ale nie żebym miał zamiar cię wykorzystywać…

-Pogarszasz tylko sprawę. – Geng zrobił minę skarconego psa i wolał już więcej się nie odzywać. – Długo mam jeszcze czekać? – tego mylnie spokojnego tonu, kryjącego w sobie zdecydowaną groźbę nie można było zignorować.

- Nie chcę się na razie z nim widywać.

- A niby kiedy? On jest wrakiem człowieka! Jak tak dalej pójdzie to… Wolę nie myśleć, co się z nim stanie, a to wszystko twoja wina! –rozłoszczony Teuki pochylał się nad stołem waląc w niego pięścią, natomiast wystraszony magnae z trwogą w oczach powoli zaczął się odsuwać w trosce o własne zdrowie.

- Wiem, że to moja wina, ale nie jestem po prostu gotów na spotkanie! Załatwię to tylko, że później! – Chińczyk wyrzucił z siebie te słowa trochę zbyt gwałtownie i głośno, jednak jedno spojrzenie hyunga pomogło mu złagodnieć i… przycichnąć. – To nie takie proste.

- Oczywiście, że nie, ale pamiętaj. Albo sam w końcu zajmiesz się tą sprawą, albo będę musiał wysłać cię na lekcję do najlepszych od takich problemów nauczycieli. – Hankyung odważył się jedynie ledwo dosłyszalnie, potwierdzająco mruknąć.

Po tej niemiłej wymianie zdań przyjaciele zamówili jeszcze po jednym drinku i już przy weselszych tematach pożegnali się roniąc tradycyjnie morze łez oraz życząc sobie lepszych dni. Rozdzielili się pod galerią wsiadając w dwie różne taksówki.

- Czyżby ciężki dzień? – kierowca ok. 30-stki z życzliwością zwrócił się do siedzącego za nim Parka. Po spojrzeniu w tylne lusterko i rozpoznaniu lidera SuJu jego wcześniej gruby, męski głos zamienił się w niekontrolowany pisk – Przepraszam, nie rozpoznałem pana – na twarzy taksówkarza zagościł szeroki uśmiech, a w oczach zaświeciły się trybiki.

- Nie szkodzi, a dzień, owszem, ciężki. – westchnął nadymając poliki. Samochód stał w strasznie długim korku – jak na złość. W sumie w ogóle nie ruszył się spod galerii. Nagle tylnie drzwi otworzyły się na oścież, a jakiś mężczyzna dużej postury wpadł do środka.

- Ej, już mam jednego klien… - mina kierowcy zrzedła, gdy zobaczył kto właśnie wszedł do jego auta.

- Co ty tutaj robisz? – Jungsu próbował udawać głupca obawiając się, że Siwon coś wie o jego tajnym spotkaniu. Rozciągnął sztucznie kąciki ust, co miało udawać uśmiech.

- Zauważyłem cię i pomyślałem, że wrócimy razem do domu, bo tam jedziesz, prawda? – Szczurek kompletnie niczego nieświadom rozweselił się trochę widząc przyjaciela, lecz dziwiło go to, że on w ogóle tu jest.

- Taaaak, do domu – wycedził przez zaciśnięte zęby. Odwrócił się do okna chcą uniknąć wzroku magnae, który mógłby zniszczyć jego zaporę, przez co lider pewnie powiedziałby zbyt wiele. Czuł na sobie spojrzenie mężczyzny, pełne zaskoczenia i ciekawości. Wbijało go to fotel, całe ciało zesztywniało. Modlił się, aby tylko nie padły te trudne do przełknięcia słowa.

- Byłeś z kimś w galerii? – Shi Yuan nie domyślał się jeszcze, ale był tego bliski. Nie odklejał oczu od Leeteuka siedzącego jak na szpilkach.

- Yyyy… nie no, sam byłem, bo z kim miałbym być? – hyung poddający się tej niewidzialnej presji potrząsnął w niezrozumieniu głową. Nadal gapił się przez okno, a serce omal nie wyskakiwało mu z klatki piersiowej.

-To co tu robiłeś? – „on coś kręci" –Wiesz, nieważne. Nie zgadniesz, jaką miałem dziś nienormalną sytuację. Siedzę sobie przy fontannie, patrzę na schody ruchome i kogo widzę? Han Genga!

- Słuchaj, nie chciałem cię martwić, nie mogłem… - Park wylewał z siebie cos bez sensu. Siwon patrzył na Koreańczyka niczego nie pojmując. Dotarły do niego tylko ostatnie słowa – żebym nic ci nie mówił –lider załamany swoją głupotą i słabością, spoglądał na wytrwale coś jakby rozkładającego na części Szczurka – Znaczy się… - miał jeszcze nadzieję, na cofnięcie słów.

- Czyli to jednak był on?

-Nie wiem – udawanie idioty nic nie pomogło. Shi Yuan dosłownie promieniował hyunga wzrokiem. Gdyby mógł, pewnie by go rozszarpał.

- Przyjechał i nic mi nie powiedział? TY mi nic nie powiedziałeś? – magnae nie był w stanie uwierzyć, jak bardzo zawiódł się na przyjacielu. Nie potrafił tego pojąć. Czuł się, jakby wbito mu sztylet w serce. Osoba, na której zawsze wcześniej mógł polegać, zdradziła go – Po co wrócił?

- Nie wrócił, musiał odebrać papiery – lider starał się opanowanym tonem uspokoić nabuzowanego Siwona.

- Dlaczego?

-Nie jest gotów.

-Żeby co? Powiedzieć mi, że mnie nie…

-Przepraszam panowie, ale… - taksówkarz na marne próbował się wtrącić.

-Nie! – jaka zgodność.

-Jak mogłeś? Sądziłem, że mam w tobie oparcie – Szczurek niedaleki od płaczu wytrwale z sobą walczył, jednak nie udało mu się zapanować nad łamiącym się głosem.

-Masz! Znalazłem się między młotem a kowadłem. Porozmawiamy w domu, ok.? – Jungsu wyciągnął rękę do przyjaciel próbując rozluźnić powstałe napięcie.

- Gdzie on teraz jest?

- Na lotnisku.

Shi Yuan otworzył błyskawicznie drzwi zmuszając kierowcę do gwałtownego zahamowania. Auto zatrzymało się z głośnym piskiem opon, a Koreańczyk wyskoczył z niego nie zwracając w ogóle uwagi na wołającego lidera. Pobiegł przed siebie nie dając wiary w to, jak los się nim bawi.

Na dworze zaczęło już zmierzchać. Widnokrąg na zachodzie zachwycał różnorodnością odcieni żółci, pomarańcza oraz czerwieni. Oślepiająca w dzień kula ognia wisząca na niebie, teraz chowała się powoli za linią horyzontu przygasając, przez co doskonale było widać jej idealny kształt. Z przeciwnej strony goniła ją ciemna, sprawiająca wrażenie nieskończonej, plama precyzyjnie wymieszanej czerni i chaberu, jakby wyszła spod rąk najlepszego malarza. Po każdym mrugnięciu okiem ten wspaniały obraz rozświetlała kolejna maleńka lampeczka. Chłodne powietrze przynosiło ulgę muskając rozgrzane ciało. Wiatr delikatnie poruszał zielonymi liśćmi drzew tworząc jedyną w swoim rodzaju muzykę złożoną z, kojących ból uszu, szumów.

Siwon szedł smętnie przed siebie po wysypanej kamykami ścieżce. Od czasu do czasu niedbale kopał niektóre z nich. Był wdzięczny za samotność i pustkę jakie zastał w parku. Nie musiał niczym ani nikim się przejmować. Nikim poza… Jest w stanie wybaczyć Hankyungowi to, że nie powiadomił go o swoim przyjeździe, ale, oczywiście i tak strasznie się na niego zezłościł ,lecz zatajenie tej jakże ważnej dla niego wiadomości przez lidera było czymś przekraczającym granice. Co się z nim stało, iż zdołał okłamać jedną z najbliższych mu osób? „Bo Han Geng mnie prosił"… ble ble. Jakoś w innych przypadkach, jeśli raniło to kogokolwiek z SuJu, nigdy nie dotrzymywał takich durnych obietnic, czując, że to nie fair, a teraz? Wszystko, aby tylko Shi Yuan się nie dowiedział, tak? Do tej pory Szczurek uważał, iż Jungsu jest kimś, komu może bezgranicznie zaufać, kto nigdy, przenigdy nie zdradzi. Nie żeby pozostali członkowie zespołu byli niegodni, czy jacyś zdeprawowani, ale Teuki to po prostu Teuki. Do niego wszyscy lgną ze swoimi perturbacjami. Od tego dnia… prawie wszyscy. Magnae naprawdę poczuł się oszukany i opuszczony. Dobrze, że chociaż nie tylko on padł ofiarą tej przykrej tajemnicy. Przynajmniej miał taką nadzieje. Nie no, jeżeli Park jemu nic nie powiedział, to co dopiero reszcie… a raczej jeżeli im nie, to co dopiero jemu… Ach!

Gotujący się od nerwów Koreańczyk zaczął coraz mocniej dłubać czubkami butów w ziemi. Oby nie wyobrażał sobie, że pewien lider w pomniejszeniu bezbronnie siedzi w jednej z dziur. Złość jednak szybko ulatywała z Siwona nie umiejącego się obrazić na kochaną osobę. Opuściwszy ramiona na znak bezradności przeszedł kilka kroków ze wzrokiem wbitym w drogę. Dookoła otaczały go piękne, kwitnące drzewa dla niego mimo to nie mające żadnego znaczenia. W obecnej sytuacji potrafił tylko wyobrażać sobie, co by się wydarzyło, gdyby udało mu się spotkać z Hanem. Jakie słowa padłyby. Krople wody spłynęły po policzkach Szczurka zatrzymując się w kącikach ust. Prawie ugrzęźnięty w buzi język zebrał je. Czyżby padał deszcz?

Siwon zszedłszy ze schodów przeskakując przez krzaki znalazł się pod mostkiem przy strumyku. Przykucnąwszy musnął opuszkami palców taflę wody. Była zimna i przejrzyście czysta. Znowu myśli kotłowały się w jego głowie, aż dostawał migreny. Wspomnienia przelatywały przed jego zamkniętymi oczami. Pod palcami czuł gładką skórę drżącą z emocji. Zapach pomarańczy i migdałów uderzał o jego nos, a ciepły, miętowy oddech pieścił wyschnięte, spuchnięte wargi.

-Ratunku! –odległe, lecz dobrze słyszalne wołanie o pomoc wyrwało Koreańczyka z zamyślenia. Nie zastanawiając się ani sekundy popędził za damskim krzykiem - Błagam! - jeszcze nigdy wcześniej Shi Yuan nie biegł tak szybko, nie wiedział, że w ogóle ma w sobie tyle siły. Błyskawicznie przewracał nogami, nie patrząc kompletnie dokąd zmierza. Ważne, by dotrzeć. Nagle kilka metrów przed sobą dostrzegł wysuwające się zza drzewa ciemne sylwetki. Ruszył jak torpeda ponaglony kolejną prośbą o ratunek. Zadziałał automatycznie odciągając od młodej dziewczyny oblepiającego ją mężczyznę. Wyraźnie zaskoczony młodzik upadł pod mocną ręką Siwona. Kobieta stała osłupiała z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. Miała krótko przystrzyżone, czarne włosy i równie ciemne, duże tęczówki oraz pełne usta, z których sączyła się cieniutka stróżka krwi. Rozpięta do połowy bluzka z rozdartym rękawem oraz wyraz przerażenia na tej prześlicznej twarzyczce były ostatnimi rzeczami, jakie widział Szczurek. Dobiegający z prawego boku, nie do zniesienia, ból powalił go na kolana. Chłodny metal wydostał się z jego ciała, a raczej miazgi jaka po nim została, dając początek rzece ciepłe czerwonej cieczy. Drżące dłonie próbowały zatamować jej źródło nadaremnie. Napięcie oraz biegnący z tego miejsca impuls odbierały wszelkie siły widzącemu już tylko samą ciemność i pustkę Shi Yuanowi. Z zewnątrz docierały do niego jakieś dziwne, nierozpoznawalne, stłumione dźwięki. Był okropnie zmęczony. Powieki same opadły przynosząc ukojenie nieświadomością.

- Geng! Odbierz!

Hankyung podbiegł na zawołanie matki do telefonu.

-Słucham?

-Za godzinę masz samolot. Bierz co najpotrzebniejsze i na lotnisko! Po bilet zgłoś się do kasy jako Cho Kyuhyun –znajomy głos. Gdyby nie to przejęcie… płynące z głębi serca, można by uznać go za Kyu -Jesteś tam? – zero złości tylko czysta troska.

- Kyuhyun?

- Tak, ślepy imbecylu z Downem! – o, to by było na tyle tej dobroci.

- Co się stało? Po co mam wracać?

- Bo twój facet leży w szpitalu! Geng, jesteś tam? – bezowocne krzyki rozchodziły się po całym korytarzu z porzuconego, wiszącego na kablu telefonu.