Wicehrabia Drago Malefoy wężowym ruchem wśliznął się do garderoby dawnego szkolnego kolegi.
– 'Arry, 'Arry... Witaj, mój złoti... Jakżeśmi się dawno nie widzieli... Doprawdi, śpiewałeś dziś jak anioł...

Harold ze wzruszeniem wpatrywał się w stalowe oczy arystokraty.
– Ou... Eu... Przyszedłeś.

Drago przysiadł na blacie toaletki obok Harolda, opierając smukłe ciało o brzeg lustra.

– Jakżebim mógł się oprzeć...To „Miśl o mnie czule"... Jakbiś śpiewał specjalni dla mni... – musnął dłonią zarumieniony policzek młodego tenora. – Jakby się odezwało przieznaczeni... Znów razem... – Przysunął się odrobinę, dłoń śmielej przesunęła się po twarzy 'Arry'ego.

– Też mi! – zaprotestował śpiewak. – A kto mi tak dokuczał w szkole?

Drago przysunął się jeszcze bliżej. Platynowe, jedwabiste włosy dotknęły policzka 'Arry'ego. Stalowe oczy wicehrabiego jaśniały tuż przy twarzy rozmówcy. I szarość spotkała się z zielenią, hipnotyzując ją wężowym wejrzeniem...

– Ach, młodość... Byłeś słodkim lwiątkiem, 'Arry... A wirosłeś na anioła...Jakiż wspaniałi wistęp...

Harold zarumienił się po same uszy.
– To tilko zasługa Anioła – zastrzegł się szybko.

– Ocziwiści... Nikt w to nie wątpi... – wymruczał Drago w odsłonięte ucho towarzysza. – A teraz pójdziemy na kolację.

– Aaale, Drago... Ja... Próbi... I... On nie lubi...
– Musisz się przebrać – zadysponował arystokrata. – Każię przigotować powóz i wrócę po ciebie. Do zobaczienia.

– Drago!

– Tilko ubierz się ładni. Specjalni dla mni...

'Arry długo nie mógł się zdecydować, co właściwie powinien na siebie ubrać, więc chwilowo zrzucił tylko kostium i przyoblókł się dla odmiany w koszulę nocną – ot, żeby tymczasem mieć lepszą swobodę ruchów. Wyrzucał ubrania z szafy z takim zaaferowaniem, że zupełnie przestał zwracać uwagę na to, co się dookoła dzieje.

Wyłonił się z cieni tuż przy drzwiach do garderoby, jakby zmaterializował się znikąd. Niezauważony przez nikogo, przekręcił od zewnątrz klucz w zamku. Twarz, do połowy ukrytą pod białą maską, szpeciły skurcze gniewu. Klucz schował w kieszeni, poprawił czarne rękawiczki i podbitą szkarłatem pelerynę, wrócił w objęcia cieni.

'Arry poczuł najpierw powiew chłodnego powietrza na szyi. Już wiedział, już czuł – Jego Anioł nadchodził. Jego Anioł się odezwie. Chwila niepokojącej ciszy, jakby... jakby...?

Ściśnięte gniewem gardło przez chwilę nie mogło wydobyć z siebie głosu.

– Ach, Aniele... Teraz dostaniesz lanie.

Świece, do tej pory rozjaśniające pokój ciepłym, bezpiecznym poblaskiem, zgasły raptownie, jakby zmrożone samym oddechem niewidzialnego intruza. 'Arry rozejrzał się w nagłej panice, cofnął, obrócił w miejscu, nieświadomie poddając się rytmowi muzki, z wyrachowaniem pozbawionej dzisiaj pieśni Anioła. Falbany koszuli nocnej załopotały w ciemności, żywej i gorącokrwistej jak czyjeś kształtne dłonie w czarnych rękawiczkach.

– Ccco tttu... Kttto...

Czarne oczy wpatrywały się w chłopca z tajemnych zakamarków. Ciemne rzęsy musnęły skraj maski w gniewnym mrugnięciu, kolejny już raz więżąc prawe oko Upiora pod białym tworzywem.

– O, na Had... Haendla... Zachciało mi się...

W głębi pokoju 'Arry poruszył się z nadzieją.

– O?

Upiór zazgrzytał ze złością zębami. Nie zaśpiewa. Dziś jego Anioł nie zasłużył na pieśń. Aksamitny, wibrujący głos odezwał się niskim, złym szeptem, który oplótł drżące ciało chłopca jak sznur kaleczący młodzieńczą skórę.

– Więc tak mnie traktujesz, Aniele? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

'Arry zamarł. Głos jego Anioła wypełnił garderobę pulsującą w mroku furią, spod której pobrzmiewało cierpienie i skarga. Jego Anioł...

– Och, Aniele! To wcale nie tak, jak miślisz!

– Ach, nie?

Szept zamarł pod białą maską, kształtne dłonie zadrżały w żądzy mordu, wszechobecna muzyka nabrała po stokroć złowieszczych nut.

– Ja ciebie wyniosłem na szczyt! Dzięki mnie stałeś się gwiazdą! Dzięki mnie twój śpiew rozbrzmiał na całą Operę! I jak mi się za to odpłacasz? Zamykasz się po garderobach z tym nędznym, chuderlawym fircykiem?

'Arry wystąpił krok do przodu. Biel jego koszuli nocnej wyraźnie odcinała się w ciemności.

– Aniele! Ni odwracaj się ode mni! Proszę! To... Ja... Miśmi tilko rozmawiali! Do niczego nie doszło! Do niczego bi nie doszło! Jeśli bi do czegoś doszło, to tylko z tobą! Ale w tim celu musiałbiś się pokazać... Hmm?

Temperatura atmosfery jakby zauważalnie się podniosła.

– Hmmm... – zastanowił się Upiór. – Może przestaniesz twierdzić, że jestem bratem inspicjenta?

Młody tenor stropił się lekko.

– Ależ, Aniele... No wiesz? To tilko żarti! Przecież wiesz, że poza tobą nikt się nie liczi! Ti jeden jesteś moim aniołem! Jak długo jeszcze będzisz mni dręczył?

Chwila gęstej ciszy...

– Hmm... – zastanowił się aksamitny półszept jakby nieco łaskawiej.

– Anieeeeele! – jęknął 'Arry.

– No to chodź do mnie i przeproś.

– To znaczy gdzi mam iść? – zdziwił się młodzieniec.

– Tu, Aniele. Tutaj.

– Ekhemmm...

– Tak?

– 'Iba będzimi musieli ustalić, kto jest Aniołem w tim związku...

– Cóż, ja na pewno. A ponieważ nie jestem egoistą i zamierzam z ciebie zrobić co najmniej anioła, jeśli nie boga śpiewu, wkrótce będzie nas dwóch. A teraz rusz się wreszcie i podejdź do lustra.

– Czemu do lustra?

– Po pierwsze dlatego, że tak mówię, po drugie dlatego, że tam stoję. Nie widzisz mnie?

– Aaaaaa...

Cztery ściany rozpachnionej odurzającym zapachem kwiatów garderoby, walące gorączkowo młodzieńcze serce, roztętnione skronie, wszystko to wypełniała radosna, półdzika muzyka, rozlewająca się po ciele razem z krwią. Ukochany, jedwabisty głos wabił nieodpartym wdziękiem anielskich, muzycznych pień, przystających na równi do operowych scen, świec i żyrandoli, do mrocznych zakamarków pod Operą i jej zgiełkiem, do tajemniczej mgły i sekretów nieznanych zwykłym śmiertelnikom, do nut niewychwytywanych przez ucho profanów.

– Mój Aniele Muziki... Mój Aniele Stróżu... Ukaż się... Ujawnij... Przigarnij mni! Przi...

– Przytulić? – zaproponował z leciutkim przekąsem głos o gładkości niezmierzonych warstw aksamitu. 'Arry'emu przemknęło być może jeszcze przez myśl skojarzenie z czekoladą deserową, ale dla dobra utrzymania przytomności zepchnął je w podświadomość. Miał w końcu zaledwie osiemnaście lat... Był w końcu jeszcze...

Głos rozbrzmiewał z daleka, a jednocześnie jakby owiewał młodzieńca dookoła.

– A może pogłaskać?

Dreszcz. Cudownie rozkoszny dreszcz, jakby ów głos przesunął się aksamitem po rozpalonej skórze. Pożądanie zapiekło boleśnie – anielska pieśń, która dotąd uciszała przedsmak każdej grzesznej myśli, ani nie zamierzała napływać. I to także bolało – głębiej, dotkliwiej inaczej. Pozostawiony w ciemności... Zbyt wiele. To było zbyt wiele.

– Co tylko zechcesz. Tylko się w końcu ujawnij! Dotknij mnie! Śpiewaj dla mnie! – 'Arry szedł w stronę lustra, wypatrując majaczącej w półmroku sylwetki swojego Anioła. I oto On – za nim, przed nim, obok niego, gdzieś tam, wyciągał obleczoną w czarny jedwab dłoń, odzywał się – ni to z lustrzanego, przytłumionego odbicia chłopięcego pokoju, ni to z jakiegoś niejasnego, nieistniejącego półmroku. Nareszcie...

– Jestem tutaj, Aniele... Podejdź do mnie... Czyż nie tego pragniesz? Czyż nie mnie pragniesz? – szeptał tak boleśnie odległy. O całą lustrzaną taflę, oddzielającą 'Arrye'go od wyciągniętych kusząco koniuszków palców. Odległy o miękką, gęstą ciemność, napełnioną echem flirtu dwóch męskich oddechów. Odległy o bezgłos szeptu, w którym nie wybrzmiewało najlżejsze nawet echo wytęsknionej pieśni. Odległy o jedno słowo.

– O tak! Tak, tak, tak! – szeptał, wypowiadał, krzyczał Harold Pottier. – Tak, Aniele!

Jak przez mgłę, jak we mgle ruszył wprost na lustro. Dookoła niego w iście magiczny sposób rzeczywiście podnosiły się kłęby mgły. Przed sobą nie widział już własnego (rozczochranego) odbicia w falbaniastej koszuli nocnej (odziedziczonej po ojcu). W zwierciadle zasnutym mgłą odbijała się czyjaś wysoka sylwetka.

Smukła ręka wysunęła się zza lustra. Upiór Opery odsunął biodrem sekretne drzwi, ukryte za zwierciadlaną taflą, i wyciągnął do młodzieńca dłoń.

– Aniele...

– Aniele – szepnął jednocześnie 'Arry. Z przeciwka rozległo się przytłumione zgrzytnięcie zębów.

– Zaiste, musimy coś w tej kwestii postanowić... Ale tymczasem, dla odróżnienia, ja zaśpiewam, a ty pójdziesz za mną jak grzeczny... śliczny chłopiec w koszuli nocnej. Pójdziesz ze mną, 'Arry?

– O tak, mój Aniele! O tak! Zawsze! Wszędzi! Dokąd tilko zechcesz! – 'Arry wpatrywał się z uwielbieniem w czarne oczy swego mistrza i mentora. Ten zaś z najczulszym uśmiechem jeszcze raz wyciągnął do niego dłoń.

Tymczasem wicehrabia Drago Malefoy krokiem wężowym a zwycięskim powracał przez dziwnie omroczniały gmach Opery po swego dawnego przyjaciela (nie należy pamiętać niemądrych psot młodości, jedynie więzi przyjaźni), a przyszłego to ho, ho, kto wie. Nigdy nie wiadomo, gdzie można skończyć z przypadkowo napotkaną osobą. We wspólnej celi nawet, łoża zaś małżeńskiego przezorny arystokrata nie wymieniał chwilowo nawet w myślach. Tak czy siak, zamierzał zaprosić 'Arry'ego na bardzo prywatną kolację, choćby tylko na wszelki wypadek. I niech tylko matka spróbuje mu robić jakieś wyrzuty wobec tak postawionej sprawy!

Dzięki z góry przygotowanym argumentom odstawiwszy matkę na boczny tor, można się było zająć przyjemniejszymi stronami życia. Ach, oto garderoba 'Arry'ego. Akuratnie bardzo zachęcająco...

Śpiewała męskim głosem?

Wicehrabia Drago Malefoy doskoczył do drzwi i chwycił za klamkę.

– 'Arry? Odpowidz! Kto tam jest? Ni słisze ci!

Harold Pottier oddawał się Muzyce. Muzyka była wszędzie. Muzyka prowadziła do Niego. 'Arry oddawał się Muzyce. Wypełniała ich obu, zbliżała, jednoczyła.

Muzyka.

Pieśń.

Wyciągnięta dłoń w czarnej rękawiczce.

– Aniele.

– 'Arry!

'Arry połączył swoją dłoń z ręką Upiora Opery. Ktoś , gdzieś, w odległej oddali walił w jakieś drzwi... Młodzieniec nawet się nie odwrócił.

– Zaśpiewaj znowu ze mną nasz przedziwny duet... – poniosło się przez tajemniczy, podziemny korytarz. Zielone oczy 'Arry'ego już dawno przestały dostrzegać szczegóły. Jego towarzysz ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy pozostawił przejście przez lustro otwarte na przestrzał, dalej tylko zaciągnął kilka skomplikowanych zapadni, pułapek, zasłon i zwodniczych, ukrytych przejść. Tak 'Arry, jak ktokolwiek, kto szedłby za nimi, byłby w tym punkcie zupełnie Zmylony. Lecz 'Arry – o, 'Arry czuł tylko to ramię przy swoim ramieniu, biodro przy swoim biodrze, brzeg czarno–czerwonej peleryny przy swoich falbankach, lodowate kamienie przy swoich nagich stopach...

– Zaśpiewaj znowu ze mną nasz przedziwny duet... Mam Moc nad Tobą*... Ach, poczuj, jak rośnie w nas coraz większa...

Śpiew ogarnął cały labirynt lochów – ogarnął i młodzieńca, który poczuł, że lada chwila eksploduje z nadmiaru doznań, nie tylko dlatego, że Upiór porwał go w ramiona i zaśpiewał ostatnie pasaże wprost w jego ucho.

– Ach, Aniele... Ja rozumiem, że bez kalesonów. Ale skarpetki, to doprawdy mogłeś założyć.

Upiór Opery prowadził Harolda Pottiera przez labirynt lochów. Zagubieni we mgle, przesłaniającej zielone haroldowe oczy jak halucynogenny opar, przystawali co chwilę pod którąś ze ścian, aby Upiór mógł przycisnąć do siebie drżące ciało chłopca, przysunąć namiętne usta do jego twarzy i szeptać mu ledwo słyszalnym głosem swoje sekrety.

– Aniele... Rozejrzyj się... Co widzisz? – mruczał, wodząc skrajem maski po policzku Arry'ego.

– Nic – odparł szczerze 'Arry, wpatrzony błogo w zamglony sufit.

– Nic – powtórzył Upiór, dziwnie niezadowolony. – 'Arry, rozejrzyj się bardziej. Co widzisz?

'Arry zdobył się na większą koncentrację uwagi.

– Ciebie! – odkrył z jeszcze bardziej błogim uśmiechem.

– Aniele! – napomniał go surowo towarzysz. – Skup się!

'Arry skupił się, zaciskając dłonie na koszuli Upiora. I pod koszulą.

– Anieeeeele...

Kilka metrów dalej Upiór z wyraźnym wysiłkiem powrócił do tematu.

– Więc, rozglądasz się. I widzisz.

– Widzę cię, Aniele. Widzę – przytakiwał 'Arry z sielankowym uśmiechem.

– Nie mnie masz widzieć. Patrz, gdzie jesteś!

– Jestem z tobą!

– Jesteś, jesteś. Aniele, no skupże się. Patrz. To podziemia Opery!

– Masz piękni sziji...

Upiór oparł rozgrzane czoło o chłodny mur.

– 'Arry! Ja cię oprowadzam po moich lochach, a ty tylko o mojej pięknej szyi!

– Kocham twoi sziji. I twoi dłoni. I twoi kolana.

– 'Arry...

– I twoi lochi też, też. I twoi pleci...

– No dobrze, dobrze... Porozmawiać możemy później.

Od tego momentu 'Arry nie zwracał już uwagi na otoczenie – ani na mgłę, która podpełzała do ich stóp i cofała się, jakby parując od tej ich gorączki, ani na kamienne ściany i setki stopni, co chwilę zmieniających kierunek.

Liczyli się tylko oni dwaj, otuleni aksamitną ciemnością, peleryną Anioła, spadającą co chwilę z rozdygotanych ramion, a wreszcie śpiewem – tym najpiękniejszym, najurokliwszym śpiewem Upiora Opery, splatającym się z głosem jego uszczęśliwionego Anioła.

– We śnie on dla mnie śpiewał i przychodził do mnie, ten głos, który mnie wzywa i wymawia me imię... – zwierzał się 'Arry przygodnym pajęczynom.

– Aniele! – wzywał Upiór jego imienia. – Chodź na ręce, bo stopy ci skostnieją...

– Czy znowu śnię? Bo teraz odkrywam, że Upiór Opery jest tutaj – w moich myślach, we mnie... – śpiewał 'Arry wytrwale, dopóki kolejne westchnienie rozkoszy nie zmąciło melodii.

– Zaśpiewaj znowu ze mną nasz przedziwny duet... – zachęcał go w pieśni Upiór, podrzucając w ramionach swój słodki ciężar. – Mam Moc nad tobą – poczuj, jak rośnie w nas coraz większa! Nie, nie, nie, tu się patrz! – zakończył mało lirycznym zarzuceniem sobie górnej połowy 'Arry'ego na plecy. – Czego tam za sobą wypatrujesz? Nie potrzebujesz się oglądać. Jestem tutaj, z tobą. W tobie.

– Upiór Opery jest tutaj – w moich myślach, we mnie... – mruczał 'Arry.

– Jeśli już musisz, to patrz tam. Widzisz? Czy widzisz, Aniele?

'Arry posłusznie wytężył wzrok zza upiorowej szyi.

– Nie.

Zrozpaczony Upiór zatrzymał się tak gwałtownie, że o mało nie przerzucił swego Anioła przez plecy do rozlewającego się tuż przy swoich stopach podziemnego jeziora.

– Aniele. Moje podziemia. Moje jezioro. Moja rozśpiewana ciemność. Czy naprawdę nie widzisz?

– Ciemność widzę – przyznał 'Arry. – Ale reszti nie.

– Dlaczego ty nie widzisz?

– Bo nie zabraliśmi moi okularów.

Odkrycie owego poważnego mankamentu u swego Anioła wprawiło Upiora w leciutkie rozdrażnienie. W końcu jednak pogodził się z faktem obnaszania na darmo po urokliwych lochach na wpół ślepego młodzieńca i skupił się na tych częściach 'Arry'ego, które bynajmniej nie wymagały wspomożenia w rodzaju okularów.

Na przykład – struny głosowe.
– To ja będę wiosłował, a Ty, Aniele, śpiewaj – zadysponował Upiór.

– Wiosłował? – zaciekawił się 'Arry.

– Owszem. Tu jest jezioro. Będziemy płynąć.

– Wpław?

Mężczyzna w masce zacisnął wargi. Nie wiedzieć czemu, z podświadomości napłynęły mu na myśl słowa w rodzaju „bezczelny bachor". Szybko jednak stłumił te niskie popędy i uśmiechnął się łagodnie do ukochanego, który dla chwilowej ślepoty nie mógł należycie docenić tego rzadkiego widoku.

– Aniele... Wpław bym wiosłował?

– Słabo si znami– zauważył nie bez racji 'Arry. – Możi masz taki zwiczaj?

Upiór policzył w myślach do dziesięciu. Po łacinie.

– Może nie mam?

– Możi – zgodził się posłusznie młodzieniec. Upiór westchnął w duchu na imię Sly... Szymanowskiego i podziękował za drobne błogosławieństwa.

– Hop do łodzi! – Usadowił ukochanego w łódce, zdobionej ornamentem z czaszek i węży. – A teraz śpiewaj, mój Aniele Muzyki. Tylko głośno, żeby się od ścian odbijało!

'Arry rozejrzał się niewidzącym wzrokiem.

– Ścian? Na wodzi?

Upiór stłumił pod maską kolejny nachalny komentarz.

– Zaśpiewaj tak głośno, żeby do jakiejś doleciało!

– Zaśpiewam tak głośno, żebi si odbiło i wróciło – zapewnił z uczuciem młodzieniec. – Aż będziemi słiszeć echo. Jak nietoperzi.

Ta niewinna wzmianka nie wiedzieć dlaczego wzmogła tylko rozdrażnienie Upiora.

– Nie wspominaj przy mnie nietoperzy! Nie mieszkają tu żadne nietoperze!

'Arry nadaremnie wytężył wzrok.

– A co mieszka?

Jego towarzysz w poszukiwaniu natchnienia spojrzał w ciemne wody jeziora.

– Kałamarnica! ŚPIEWAJ!

Zaskoczony młodzian skulił się w panice na dnie łódki.

– Kto ujrzy twoją twarz, cofa się z lękiem... – zaczął posłusznie. Twarz okryta białą maską uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– To mnie się lękają... Śpiewaj, mój Aniele Muzyki... Śpiewaj!

Ciemna łódź sunęła z cichym pluskiem przez mroczne wody podziemnego jeziora. 'Arry, oparty policzkiem o biodro wiosłującego Upiora, śpiewał wytrwale – aż echo ślizgało się po falach i powracało do łódki.

– Twój duch i mój głos...

– Mój duch i twój głos – wtórował Upiór Opery.

– Spleceni w jedno...

– Spleceni w jedno...

– Upiór Opery jest tutaj, w moich myślach,

– W twoich myślach...

– We mnie!

Dłonie w czarnych rękawiczkach mocniej zacisnęły się na wiośle. Głos mężczyzny drgał od niestłumionej pasji, kiedy żądał:

– Śpiewaj, mój Aniele Muzyki!

– W moich myślaaaaaaa... AaaaAaaaaAaaa!

– Śpiewaj, mój Aniele Muzyki!

Krata, zasłaniająca wejście do podziemnej jaskini, uniosła się w iście magiczny sposób. Wciąż śpiewając, wpłynęli do siedziby Upiora.

– Śpiewai, mój Aniele Muzyki!

– AaaAaaaaaaAa... Auć!

Łódź uderzyła w kamienne nadbrzeże i podskoczyła, zaś 'Arry boleśnie ugryzł się w język. Upiór tymczasem wyskoczył gracko na brzeg i zaklaskał w dłonie.

Lum... Luminescencja bezbłędna – oznajmił z zadowoleniem, kiedy dookoła zaczęły się zapalać kandelabry i żyrandole ze świecami. 'Arry, zamiast wielkiej ciemnej plamy widząc chwilowo wielką jasną plamę, na wszelki wypadek milczał z podziwem. Jego towarzysz tymczasem zrzucił z ramion pelerynę, rozścielając ją przed ukochanym, i pomógł młodzieńcowi wysiąść z łódki.
– Witaj w moim królestwie...

Królestwo Upiora Opery było wielce mrocznym i tajemniczym labiryntem podziemnych korytarzy i jaskiń. Wszędzie migotały chwiejne płomyki świec, oświetlając upiorowe łoże, upiorową fisharmonię, upiorowe biurko i inne upiorowe utensylia. 'Arry'emu całe otoczenie zdało się nawet bardziej mroczne i tajemnicze, ale śpiew jego towarzysza, rozlegający się echem w jaskini, wnet odwrócił jego uwagę.

– Sprowadziłem cię oto do mego królestwa, abyś mi służył...

– O – rzekł ostrożnie 'Arry.

– Służył w tworzeniu muzyki! – wyśpiewał z naciskiem Upiór, z nieco zniecierpliwionym wyrazem maski. – Abyś śpiewał i służył mojej muzyce! Wyśpiewywał hymn nocy, tu, gdzie rządzi błogosławiona ciemność...

– Aha – zgodził się 'Arry zwłaszcza z ostatnim stwierdzeniem.

– Skup się! – zażądał Upiór. – Ja tu śpiewam, a ty nic!

– Jak nic? – zdziwił się młodzieniec. Jego towarzysz przewrócił oczyma.

– Więc reaguj!

'Arry zamrugał nieśmiało gęstymi rzęsami. Mężczyzna w białej masce zbliżył się do niego, patrząc mu prosto w twarz – jego czarne oczy jakby przewiercały chłopca na wylot.

– Noc, mój Aniele, jest królestwem zmysłów... – pieśń popłynęła przez podziemia Opery, ślizgała się po wodach jeziora, pieściła Harolda aksamitnym trelem.

– Ciemność wzmaga doznania... Gdy noc roztacza swój splendor... Uchwyć jej piękno! Pozwól się pochwycić!

'Arry zadrżał, kiedy jego Anioł wyciągnął rękę i dotknął jego dłoni. Miękki jedwab otarł się o gładką skórę.

– Ciemność uwodzi... Noc czaruje... – śpiewał mężczyzna, przyciągając do siebie drżącego Harolda. Biodro przy biodrze, dłonie ślizgające się po ciele młodzieńca, igrające złośliwie z falbanami koszuli nocnej.

– Odwróć się od rażącego blasku dnia i wsłuchaj w pieśń nocy... – śpiewał Upiór Opery. I 'Arry słuchał – śpiewu, ech półmrocznej jaskini, rytmu krwi pulsującej w całym ciele przedziwną emocją. Chłonął mroczną aurę swojego Anioła, przywierając do jego ciała i spijając śpiew – jak odurzony, nie rozumiejąc już słów, oczarowany do samej duszy.

– Zamknij oczy i poddaj się najmroczniejszym snom...

Powieki opadły na szmaragdowozielone oczy młodzieńca i 'Arry oddal się śnieniu na jawie, śnieniu o dłoniach pieszczących jego ramiona, o mocnym, męskim ciele tuż obok i o pieśni, wypełniającej całe jego jestestwo.

– Muzyka cię otacza... Miękko, ciepło... Ciemność odurza... Powoli, bezdennie... – Upiór coraz mocniej przyciskał młodzieńca do siebie, brzeg maski drażnił miękki policzek, śpiew razem z oddechem muskał twarz 'Arry'ego.

– Niech zacznie się sen... Oddaj się potędze mojej pieśni!

W odurzeniu i półprzytomnym zasłuchaniu 'Arry pozwolił się prowadzić przez siedzibę Upiora. Żar emocji i przejmujący śpiew pochłaniał go coraz bardziej. W rozśpiewanym spacerze–tańcu oplótł się wokół towarzysza, gładząc jego odsłonięty policzek, opierając głowę na jego ramieniu.

– Zamknij oczy... Oddaj się potędze pieśni nocy! – śpiewał Upiór, prowadząc młodzieńca między dymiącymi kociołkami. Intensywny zapach owiewał ich obu razem z pieśnią. 'Arry wtulił się mocniej w szyję mężczyzny... Znów zamknął oczy...

– Ty jeden możesz dodać skrzydeł mojej pieśni! – rozśpiewał się jego Anioł, pociągając go niecierpliwie pod ścianę jaskini, gdzie pod rozsuniętymi zasłonami baldachimu tkwiło olbrzymie łoże w kształcie kobry z rozłożonym kapturem, ocieniającym błogą wyspę czarnej i zielonej pościeli. Na poduszce niby korona spoczywał otwarty zbiór nut, poznaczony notatkami właściciela. Z wewnętrznej strony okładki wychylał się brzeg podpisu – „Ta książka jest własnością Upio..."

– Pomóż mi stworzyć pieśń nocy! – zakończył Upiór Opery, wypełniając jaskinię rozedrganym echem.

Echo odbiło się gdzieś w oddali, powróciło i umilkło.

– Ekhemmm... Aniele?

'Arry spał.

*

Głęboko pod Operą Paryską rozciąga się podziemne jezioro, którego ludzkie oko nie widziało, ludzkie ucho nie słyszało, ludzka noga nie bezcześciła. Daleko za podziemnym jeziorem ciągną się lochy – królestwo upiora Opery, tajemniczego mężczyzny w masce. W samym środku lochów mieści się wielka jaskinia – jego dom, a Upiór mieszka w samym środku jaskini. Właściwie, to w samym środku jaskini stało olbrzymie łoże w kształcie kobry z rozpostartym kapturem, a w samym środku łoża spał snem niewinnym Harold Pottier, ułożony wygodnie na pościeli pod czarnym, przejrzystym baldachimem. Upiór nucił nad nim czule kołysanki – mruczanki, gładził go jeszcze bardziej czule po delikatnej skórze, a następnie oddalił się w swoich sprawach – zapewne grać na fisharmonii.

Tymczasem kilka poziomów wyżej...

W garderobie 'Arry'ego otworzyły się pomalutku drzwi i wsunęła się przez nie nieśmiało czyjaś ruda głowa.

– Eee... 'Arry?

Ronald Vesleis był pod ogromnym wrażeniem dzisiejszego występu swego przyjaciela i współchórzysty. Oczywiście, zawsze wiedział, że A'rry jest kimś Wielkim, a już na pewno Większym od niego samego i że drzemią w nim niepospolite możliwości – po prostu czas był najwyższy, aby zaczęły się budzić. W całej tej sprawie było jednak coś dziwnego. Cała Opera szeptała o duchach... 'Arry mówił nawet całkiem głośno, za to o jednym szczególnym duchu... Ron wcale nie był pewny, czy to wszystko mu się podoba. Nie, żeby był zazdrosny o sukcesy przyjaciela, a już na pewno nie był zazdrosny o tego wyleniałego arystokratę, który się zaczął do Harolda mizdrzyć. Phi. Ronald Vesleis nigdy nie lubił Drago Malefoya. I miał szczerą nadzieję, że gdziekolwiek 'Arry znikł, nie znikł z nim. Bo im bardziej Ron zaglądał do garderoby, tym bardziej Harolda tam nie było.

– 'Arry... Gdzi jesteś... Odezwij si...

Kichając lekko, przedzierał się przez powodzie kwiatów – wciąż ani śladu gospodarza. Nagle jednak zobaczył coś, co go poważnie zaniepokoiło.

Lustro.

W lustrze odbijała się w bladym świetle świeczki zaniepokojona, piegowata twarz Rona i jego ruda czupryna.

A za odchylonym od ściany lustrem ziała czarna, podejrzana dziura, której nie było tu jeszcze kilka godzin temu. Ani chybi coś wyszło i porwało 'Arry'ego! Duch! Ronald usiłował skupić myśli na tyle, aby się zastanowić, czy duchy potrzebują tajemnych przejść do porywania ponętnych chórzystów, ale nie miał zbyt wiele doświadczenia w tej materii. Jak dla niego, mogły nawet nosić swoje głowy pod pachą albo powiewać nimi za plecami, a co dopiero otwierać sobie drzwi w cudzych garderobach.

– Skup si, Ronaldzi Vesleis. Co by zrobili na twoi miejscu Frederick i Georges? – zapytał głośno młodzieniec. Było to wielce krępujące pytanie, determinowało bowiem tylko jedną odpowiedź. Ron westchnął więc głęboko i ruszył badać przejście. Korytarz był mroczny, ponury i budził dziwnie nieprzyjemne skojarzenia – chłopak odruchowo węszył w powietrzu za jakimś niecnotliwym zapachem przypalonego dymu czy cuchnących ziół, jedyne jednak, co było czuć, to stęchłe pajęczyny i dymek świecy. Krok za krokiem, Ron szedł w głąb tajemniczego tunelu, wypinając dzielnie pierś, wytężając wzrok i wypatrując...

– AAAAAAAAAAA!

Za ramię chwyciła go czyjaś koścista, lodowata ręka.

– AAAAAAAAAAAA! – piszczał Ron.

– Ronaldzie Vesleis! – Mignerve Magonagalie jednym szarpnięciem odwróciła chłopca twarzą do siebie. – Jak śmiesz...! Jeszcze nigdy... Odkąd pracui w Operzi...

– Ale, Madame... 'Arry... Ja tilko... – próbował tłumaczyć się Ron, nie na wiele się to jednak zdało – surowa nauczycielka na siłę wyciągnęła go z korytarza i z garderoby Harolda, po czym szarpiąc za ramię zaprowadziła do jego własnego pokoju, gdzie jakby znikąd wyczarowała stertę nut jako karny dodatek do zadania domowego na następny poranek i zamknęła drzwi na klucz, „żebi nic go ni rozpraszało w ćwiczeniach". Znikła z szelestem długiej, zielonej sukni i zgrzytem klucza w zamku, pozostawiając Rona zaniepokojonego bardziej nawet niż przedtem. Gdzie podziewał się 'Arry? Czy uwiódł go ten ulizany wicehrabia? Albo, co gorsza, porwał jakiś upiór?

– To upiór straszliwszi niż wszystki upiori! – operowy inspicjent ze swadą zamachał rękami przed zafascynowanymi słuchaczkami. – Włosi ma tłusti i lepki, bo bieżąca woda jest dla niego trucizną! Skórę ma żółtą jak wyziewi z piekieł, zębi krziwi i parsziwi, nos krogulczi, oczi czarni i jarząci si w wiecznim mroku, z którego się wiłania!

– Iiiiiii! – zapiszczały chórzystki, a mężczyzna odrzucił splątane, czarne włosy na plecy i ciągnął swoją przerażającą opowieść.

– Snui si po podziemiach Operi jak jakiś ohidni, jadowiti wąż! Strzeżci si go, moi śliczni, bo te żółte zębiska potrafi zabić jedni draśnięci! Widziałiści już, jak sobie poczina!

– Iiiiiiiiiiii! – zapiszczały chórzystki jeszcze przeraźliwiej, zaś inspicjent przysunął się do siedzącej najbliżej Mademoiselle Cho Chagny i uspokajająco objął ją ramieniem.

– Bez obaw, moi śliczni, ze mną nic wam nie grozi! Pogonię temu całemu upiorowi kota. Zagonię go w róg i niech go wilki zjedzą. Powieszę go na środku Operi głową w dół. Już on mni popamięta!

– Aaaaaach... – westchnęły z podziwem chórzystki, popatrując z zazdrością na Cho.

– To poczwara! Pełzająca żmija! Ale ja mu pokażię, gdzie jego miejsce! – rozkręcał się inspicjent. – Musi zakriwać tą swoi paskudni mordi maską, bo podpisał pakt z diabłem i każdi bi to od razu poznał, taki jest ohidni. Ale ja...aaaaaaaaaaaaaiiiii!

Magonagalie' bezceremonialnie złapała go z tyłu za włosy, poderwała na nogi i wyciągnęła z pokoju chórzystek.

– Na twoim miejscu, Siriusie Noir, trzimałabym jęzik za zębami, bo szibko możiesz tego pożałować... Upiór Operi nie boi się twoich prziechwałek.

– A ja si nie boi jego! – odparł buńczucznie Sirius Noir. Mignerve Magonagalie obdarzyła go nieodgadnionym spojrzeniem.

– Brawo... Prawdziwi lew z ciebi... Cóż, o inspicjenta nietrudni... To Upiór jest tilko jeden.

Harold Pottier obudził się w ciemności.

Ciemności wypełnionej słodką, przecudowną muzyką.

– Aniele... – wyszeptał z błogim uśmiechem na ustach. Ktoś ułożył go na czymś miękkim, otulił jego zziębnięte stopy czymś ciepłym, ucałował na dobranoc – to ostatnie 'Arry mógł tylko zgadywać, ale ślad gorącego muśnięcia wciąż rozgrzewał policzek.

– Aniele...

Otworzył oczy. Ciemność nie znikła; stanowczo trzeba było zabrać okulary z garderoby. Nie czas jednak było rozpaczać nad sklerozą, gdy Anioł grał na fisharmonii. Czas było wstawać.

Na próbę podniósł się i usiadł w pościeli, wystawił głowę do przodu i znieruchomiał, z firanką baldachimu zasłaniającą twarz. Przez tkaninę prześwitywało odległe światło, muzykę Upiora słychać było wyraźniej, bardziej... nieodparcie? 'Arry po krótkiej zaledwie chwili wahania strząsnął ze stóp miękkie prześcieradło i wystawił nogi z łoża na lodowate podłoże jaskini.

– Iiiii! – zapiszczał i szybciutko dla niepoznaki zamienił to w nonszalanckie nucenie w takt upiorowej melodii.

– Tadadadam... Tadadadam... Gdzież to się byłem obudził? – podśpiewywał, podskakując na zimnych kamieniach, podkasując koszulę nocną i wytężając krótkowzroczne oczęta. Kapturzasty łeb kobry jawił mu się chwilami jako jakiści demon z piekła rodem, albo co najmniej z jego przedsionka, wyciągający doń w zdrożnych celach nadgniłą łapę. Innymi chwilami przypominał przyodzianego w czarne szaty człeka bez twarzy (albo z twarzą, ale dobrze ukrytą przed haroldowym wzrokiem) i dodatkowo wyposażonego w stożkowatą, wysoką czapeczkę, jakby wprost z inscenizacji baletu „Królewna Mary Susanna Araminta Lucinda Rose i Siedmiu Skrzacików". Młodzieniec zaniechał wpatrywania się w zamazane kształty, odchrząknął i wciąż śpiewając cicho, ruszył za muzyką swego Anioła.

– Gdzież to się byłem obudził? Jak byłem żem trafił tu? Któż mnie tu wiódł poprzez ciemność? Tyle w myślach luk... – nucił, zawstydzony lekko, gdyż wciąż potykał się o świeczniki, wystudzone na szczęście kociołki niepojętego przeznaczenia, stojaki z pergaminem zapełnionym nutami... Jeszcze bardziej zawstydzało go, że większość wczorajszego wieczoru (o ile słusznie zakładał, że teraz było dzisiejsze rano) była dla niego jeszcze ciemniejszą plamą, niż wnętrze jaskini dookoła. Majaczyło mu wprawdzie w pamięci to i owo, ale niewiele. Duch ojca...? Nie. Stanowczo nie. Harold Pottier przebudził się niepewny co do wielu spraw, ale był absolutnie przekonany, że tego ducha, Upiora, Anioła Muzyki, czy jak by go jeszcze nazwać, nie przysłał jego ojciec.

– Pamiętam... – zaśpiewał z nieco większym ożywieniem.

Pamiętał Jego usta – wargi tak wąskie, a takie gorące, wyśpiewujące najpiękniejszą muzykę, budzące echa w skalnych korytarzach, a gdy echa nawoływały do siebie wspomnieniem melodii, usta kreśliły nuty pieśni pożądania wprost na nagiej skórze młodzieńca.

Pamiętał dłonie, dyrygujące w powietrzu niewidzialną orkiestrą ech, asekurujące 'Arry'ego w wędrówce przez aksamitną ciemność do – innej ciemności, [i]Jego[/i] ciemności, wreszcie piszące na ciele chłopca słowa pieśni i pięciolinie bezbrzeżnej rozkoszy.

Pamiętał oczy, czarne i płomienne, obramowane zwodniczą bielą maski po jednej stronie i kontrastową czernią sczesanych z czoła włosów po drugiej stronie. Pamiętał ich żar na swojej twarzy, także w tym wrażliwym miejscu, gdzie rozchylały się przy szyi falbany koszuli, pamiętał także ich spojrzenie, błądzące po ciemnych zakamarkach jaskini z niepojętym dla chłopca upodobaniem.

Właściwie, nie pamiętał, żeby coś znaczącego się wydarzyło.

Cholera.

Cóż, może jeszcze nic straconego...?

Szedł dalej, tam, skąd dochodziły dźwięki muzyki. Im bliżej źródła dźwięków, tym więcej świec, 'Arry dostrzegł więc w końcu podwyższenie z fisharmonią, przy której siedział Upiór Opery, odziany w rozpiętą koszulę z elegancko wyprasowaną falbaną oraz jedwabny, czarny, wyjściowy szlafrok, i grał przepiękną, urokliwą melodię. Odwrócił się od klawiatur, słysząc kroki – i westchnął głęboko, a jego twarz zmieniła się lekko pod wpływem tajonej pasji. W delikatnym blasku świec, w aksamitnym obramowaniu mroku jaskini, jego Anioł wyglądał jak dar, łaska, nagroda od Pana za lata wyrzeczeń i cierpień, znoszonych w imię obietnic bez pokrycia. Zielone oczy koloru nagłej śmierci w wyniku ukąszenia pewnego rzadkiego gatunku azjatyckiego chrząszcza, mięśnie pięknie uformowane latami ćwiczeń na bo... baletowej scenie, podkreślone ponętnie przez biel i falbanki koszuli nocnej, mocne uda, wąskie biodra i płaski biust, unoszący się w gwałtownym oddechu – cała ta wdzięczna postać Harolda sprawiła, że Upiór Opery mocniej uderzył w klawisze, zaciskając oczy dla utrzymania niewzruszonej pozy.

– Kimże jesteś, mój Aniele? Skądże się wziąłeś? – śpiewał 'Arry do melodii. Ośmielony, podchodził coraz bliżej, zapominając o chłodzie kamieni i mroku dookoła. Przed sobą widział tylko swojego Anioła – jego twarz, wcielenie Muzyki, Miłości, Magii...

I maski.

Młodzieniec podszedł całkiem blisko, aż otarł się falbaną o falbanę Upiora. Aż oddech zmieszał się z oddechem. Policzek musnął brzeg maski. Upiór grał, a 'Arry z błogim uśmiechem śpiewał dalej.

– Czyjąż twarz kryjesz pod maską? Jakie sekrety ukrywasz? Aniele, ach, mój Aniele!

I uśmiechnąwszy się radośnie, jak to zwykł czynić na widok świątecznych paczek pod choinką, choćby nawet tej z kolejnym swetrem od Madame Vesleis, opatrzonym wyszytą przez nią własnodrutnie parą baletek, Harold Pottier zdjął swojemu Upiorowi maskę.

Muzyka grała...

Aż przestała

– Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa...? – wrzasnął 'Arry na wszelki wypadek, choć właściwie nie zdołał dojrzeć, co też takiego, prócz połowy twarzy i połowy nosa, Upiór Opery nosił pod maską. Pozostało mu tylko wrażenie czegoś bezmiernie przerażającego, okropnego, straszliwego i groźnego.

– DOBRZE SIĘ BAWISZ? – wrzasnął Upiór, ściskając ramię 'Arry'ego tak mocno, że zdrętwiała mu ręka. Zakrywał sobie przy tym rękawem drugiej ręki pół twarzy – jej widoczną część wykrzywiała wściekłość, skierowana najwyraźniej przeciwko chłopcu.

– N... Nie... – wyjąkał 'Arry. Upiór odrzucił go od siebie z całej siły. Chłopak upadł ciężko na kamienie. Patrzył z przerażeniem na ukochanego Anioła – jego twarz stała się nagle twarzą szaleńca, jakby targał nim ból tak nieludzki, jak jakąś wyjącą, skomlącą bestią, uwięzioną w płonącym domu. Upiór podbiegł do zasłoniętego kotarą lustra i gwałtownie odsunął materię – ukazało się zwierciadło w srebrnej ramie, opatrzonej jakimś dziwnym napisem. 'Arry skupił się na literach, byle tylko nie patrzeć na odbicie tej twarzy. A... I... N... Może to po łacinie?

– To pragnąłeś zobaczyć? – krzyknął Upiór, uderzając pięścią w lustro. – Masz, czego pragnąłeś, zdradziecki wężu! Ty synu Pandory! Ty bracie Dalili! Ty mężu Dejaniry!

– Eeee? – zdziwił się nieco 'Arry pomimo przestrachu. Tymczasem Upiór przed lustrem jakby nieco ochłonął.

– Dejanirę sobie darujmy – burknął. – Ale to, co zrobiłeś, było bardzo niemiłe!

– Ja prizeprasziam, Aniele! Naprawdę przieprasziam!

– I to ma wystarczyć?

– Ja tak baaaaaaaardzo przieprasziam... – zamiauczał 'Arry i pełzając pokornie, wyciągnął do swego Anioła jego białą maskę. – Tak przieokropni przieprasziam... Ale...

– Ale, ale! – parsknął Upiór. – Co ty sobie myślisz, że dla przyjemności noszę maskę? Że lubię się krzywo opalać?

– Myślałem, żie w ogóle ni lubisz – zaryzykował chłopiec. Czarne oko zerknęło na niego nieco łaskawiej.

– Zaiste... Ale, naprawdę, Aniele, rozczarowałeś mnie. Żeby tak od razu dobierać mi się do maski? Czy nie sądzisz, że powinniśmy się lepiej poznać? Porozumieć? Przywyknąć do siebie? A ty, jak jakiś raptus, od razu chciałeś wtargnąć na mój teren zastrzeżony. Doprawdy, czegoś takiego mógłbym się spodziewać po twoim ojcu. Ale ty...

Arry z jakiegoś powodu poczuł się zdecydowanie źle.

– Moi ojciec dobierał ci si do maski?

Upiór czym prędzej założył maskę i wychynął z cienia, wymachując przecząco rękami.

– A skądże! Też mi, twój ojciec? Nie pozwoliłbym! Nigdy w życiu!

'Arry uspokoił się nieco.

– Nie pozwoliłbiś? – upewniał się. – Nigdi? Nikomu?

Upiór stropił się lekko.

– Och, Aniele... Wiesz przecież... Ty zawsze...

– Ale inni! – naciskał młodzieniec. – Na pewno? Nikomu? Na przikład... W tej Operzie? Nigdi i nikomu opriócz mni? Daj słowo!

Upiór Opery zamrugał.

– Musimy już iść. Ci idioci, zarządzający moją Operą, będą się o ciebie martwić.