Idioci, zarządzający Operą Upiora, ostatnimi czasy zamienioną w Upiorę Opery, mieli jednak chwilowo poważniejsze zmartwienia niż zabłąkany chórzysta. Nawet tak obiecujący jak młody Harold Pottier.
– Ja jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. Niezmierzenie cierpliwym – wysyczał z bulgocącą w gardle wściekłością Maestro Lucius. – Ale nawet moja cierpliwość ma swoje granice.
– Aaaależ, mistrziu! – Monsieur Le Cnot czołgał się kolanołomnie u pięknie sklepionych stóp tenora.
– Pani nasz, ni dąsai si na swoi...
ŁUP.
Vesleisowi do czołgania brakło zaledwie kilka centymetrów zgięcia w stawach, można się jednak domyślać, że nie ten brak czołobitności zarobił mu bardzo wielkopańskiego kopniaka.
– Nigdy. Więcej. Mnie. Tak. Nie. Nazywaj. – Divus Lucius odwrócił się, aż platynowosrebrne włosy powiały za nim jak dziewiczy welon. – Bluźnierstwo. Nie, żebym się wyniższał, ale, na Mendelssohna, SĄ PEWNE GRANICE!
Wyczerpani nerwowo Dyrektororwie przycupnęli w kąciku, całkowicie rezygnując z uchwycenia wątku aktualnych pretensji swojej gwiazdy, a koncentrując się za to na dalszych próbach uchwycenia jej samej.
– Maestro Lucius... Chiba wibaczisz nam ten jeden błąd?
– Grzech...
– Zbrodnię...
– Krziwdę...
– Mi niechcąci!
– Posziedłeś sobi, ktoś musiał zaśpiewać...
– Wicehrabi Malefoy biłobi przikro...
Po raz kolejny na wzmiankę o wicehrabim Malefoy Divus Lucius zacisnął zęby, pięści i laskę, wykazując, nie wiedzieć czemu, wzmożoną ochotę „pójścia sobie" i schowania się za najbliższą kurtyną. Ponieważ jednak nigdzie w pobliżu nie majaczyły platynowe włosy, stalowe oczy i gibkie, męskie kształty, rzecz jasna prócz jego własnych, o których wiele można by powiedzieć, prócz tego, że majaczą, śpiewak uspokoił się nieco i powrócił do dyskusji na temat swego występu w wieczornej gali.
– Więc teraz, jak ten mały latawiec uciekł z tym szlachetką na Madagaskar, albo z tym waszym duchem w jakieś lochy, teraz łaskawie mogę zaśpiewać? No to przyjmijcie łaskawie do wiadomości, że życie nie jest takie łatwe i przyjemne. A raczej: Życie w Operze Paryskiej nie jest tak łatwe i przyjemne. Być może tam, gdzie je prowadziliście poprzednio, było. Ty, Vesleis, sądząc po pozorach, chyba żyłeś w jakiejś norze.
– Ależ, Maestro... Moi rodzina i moi... – jęknął bezradnie dygnitarz, rozdarty między nieodzowną walką o honor a walką o obsadę operowego przedstawienia. Gwiazdor zaś bynajmniej jeszcze nie skończył.
– Możecie sobie wsadzić w miechy organów wasze skamlenia i wydmuchać! Przysyłacie mi te pogróżki i jeszcze teraz chcecie, żebym dla was nadwerężał struny głosowe? – Z upodobaniem pogładził się po flamindziej szyi. Wykłócał się z Dyrektorami już od dłuższego czasu i jak dotąd był ostatnią osobą w pomieszczeniu, nadwerężoną w jakikolwiek sposób, najwyraźniej jednak wyznawał zasadę, że strzeżonego strzeże duch Mendelssohna. Liścik w jego dłoni, spisany zielonym atramentem na kosztownym pergaminie, zakiwał się oskarżycielsko nad nosami obu rozmówców.
– Pogróżki? – zdumiał się LeCnot.
– Gdzieżbiśmi śmieli? – wyparł się Vesleis, który może by śmiał, ale by się nie odważył.
– Sami nieustanni dostajemi listi z pogróżkami, to jakiś szaleniec si tu panoszi, nie warto traktować tego poważni!
– Wiobraża pan sobie, Maestro, żie ktoś nam chce rozkazywać w naszej własnej Operzie?
Sądząc po wyrazie twarzy, rozkazywanie obu panom w tej właśnie Operze Divus Lucius wyobrażał sobie jak najdokładniej, jak również sporne kwestie jej własności, chwilowo jednak bardziej obchodziło gowykorzystanie owego listu jako znaczącego argumentu w dyskusji.
– Wam, to może grozić i rozkazywać cały personel włącznie z Magonagalie', inspicjentem, główną dublerką i tym całym duchem! Nie zdziwię się zresztą, jeśli to robią! Ale nikt w tej Operze nie będzie rozkazywać MNIE!
Zaciekawieni Vesleis z LeCnotem podnieśli się nieco i sięgnęli po pergamin.
– Ale o co właściwi...
Tenor cofnął sie jak oparzony i przygarnął list do piersi.
– Ani się ważcie!
LeCnot znieruchomiał z opadniętą tępawo szczęką.
– Ależ, Monsieur... Przeciż sam pan mówił, że to podobno mi przisłaliśmi? A teraz nie możemi zobaczić?
– Nie – uciął Divus Lucius. – To... Prywatne. – Odwrócił się, łypiąc na nich przez ramię złym spojrzeniem. Obaj dyrektorowie popatrzyli zaś po sobie z zaintrygowaniem. Po wpadce wczorajszej gali, ogólnym bałaganie i upiornych plotkach trudno się było dziwić pieczętowanych czaszką i wężem listom [i]do nich[/i]. Jednakowoż spore zaskoczenie budziła takowa korespondencja do Maestro Luciusa, który sam był pomawiany o konszachty z siłami nieczystymi częściej niż rzekomy duch. O co tu chodzi?
– O CO TU CHODZI?
Jakby wtórując tym wszystkim pytaniom, w drzwiach zamajaczyła gibka sylwetka wicehrabiego Malefoy. Na tle dorodnego, choć wysmukłego Divusa Luciusa istotnie zdawałby się tylko majaczyć, jak cień lub pokorna kopia, gdyby nie to, że śpiewak zdążył już przepaść w zakamarkach Opery, tuląc do męskiego łona wielce irytujący list.
I długo się jeszcze będziesz dąsać? Dąsaj się, dąsaj, byle nie na scenie. Na dąsy jest miejsce w alkowie. Młody pan Pottier zastąpi cię przez jakiś czas.
Nieskazitelny zgryz zgryzł się ze zgrzytem.
Na scenie czy w alkowie?
Pergamin zaszeleścił, zmięty w kulkę czystej furii.
Wykorzystaj ten czas na polerowanie laski. Z dala od sceny. Zawsze Twój – Upiór Opery.
Smukłe palce wyprostowały pergamin.
I zmięły.
I wyprostowały.
I zmięły.
– Już ja ci coś wypoleruję... Jak sobie zasłużysz. Młody pan Pottier, phi. – Zerknął zza kulis na wicehrabiego. – Diabli nadali...
– Żiądam natichmiastowego widzenia z Haroldem Pottierem! Kto śmiał przisłać mi ten list? Kto śmiał? – Wicehrabia wymachiwał pogniecionym w złości pergaminem niczym jakąś miotającą pioruny bronią. – Kto si ośmiela MNI mówić, że mam si trzimać z dala od niego? Kto śmi mi grozić?
– To nie mi! – zaprzeczali mu unisono obydwaj Dyrektorowie. Młodzieniec nadal miotał się jednak po pomieszczeniu w zupełnie nieprzystającej mu furii, z niezdrowymi rumieńcami emocji na policzkach.
– Tonieci, o tak, po uszi tonieci! Dam ja wam „precz z łapami, plugawicielu obmierzłi, obmierzłi!" Precz, to będzi z dopłiwem pieniędzi, jeśli natichmiast nie zobaczię Harolda Pottiera!
– Ale Harold Pottier zniknął!
– Rozpłinął si w powietrziu!
– Zapadł si pod Operię!
– Cooooo? Gdzi on jest? – Malefoy zatrzymał się jak wryty, jednak obydwaj panowie rozłożyli bezradnie ręce.
– Każdi miślał, żie z panem...
– Żie wybraliści si na weekend na ribi...
– Miśleliśmi, żie urziądza dla pana kameralny popis arii miłosnich z „Uprowadzenia z Seraju"...
– W ogóle go ni widziałem! – Wicehrabia tupnął nogą ze zdenerwowania. – Rozmawiał z kimś, w ogóli ni prziszedł na naszią kolacji...
– I nikt go później ni widział, a dziś rano wszisci dostają jakieś obłąkane listi! – Vesleis pomachał swoim. – Pan narzieka na groźbi? Od nas on che pieniędzi!
–Wieci, gdzie ja mam wasze pieniądze? – Rozeźlony arystokrata maszerował w te i w tamte po Sali. Obydwaj panowie na ogół trzymali swoje pieniądze jak najbliżej ciała, ale doskonale wiedzieli, że ich pieniądze na zarządzanie Operą szacowny sponsor trzyma w banku i chętnie by zawarli z nimi bliższą znajomość. Nie o to jednak chodziło, przynajmniej nie tym razem, choć zazwyczaj nawet za najbardziej upirną i upiorocentryczną awanturą wykwitały jakoweś finansowe machlojki.
– Nie mieliśmy takich tarapatów w handlu niespełnionymi wynalazkami multilateralistów... – napomknął półgębkiem Vesleis.
– Ćśśś, Artois! – skarcił go LeCnot. – Jeszczie wijdziemi na swoi... Przinajmnij JA mam taki plan.
– Gdzie on si podziewa? – Drago Malefoy nie zamierzał zwekslować tematu na nic nieznaczące kwestie finansowe. – To niepodobni do Harolda!
– Tak dobrzie go pan zna? – zaciekawił się Vesleis.
– Chodziliśmy razem do szkółki muzicznei D'omble D'ora.
– I, sądząc po jego szkolnej karierze, to niepodobne do niego? – zdziwił się nieco Vesleis, który z opowiadań swoich dzieci znał Harolda Pottera nieco od innej strony.
– Nooo... – Malefoy zaczerwienił się nieco. – Możie. Ale to i tak podejrzani! Listy! Zniknięci! Porwani! Gwałti!
– Eee? – zgubił się LeCnot.
– Czi można? – odezwała się sucho Madame Magonagalie, stojąca skromnie z boku.
– Ni można! – ofuknął ją wicehrabia.
– Ni to ni. – Wzruszyła ramionami. – On i tak z nikim się teraz nie zobaczy.
– On? – rzucił się do niej Malefoy. Posłała mu chłodne spojrzenie, które usadziło go w miejscu jak krnąbrnego uczniaka.
– Harold. Z nikim się ni będzi widział. Wipoczął przez te kilka dni i jest gotów do praci. Tilko nieco źle si czui.
– Wipoczął? Gdzi on bił?
Madame Magonagalie spuściła oczy.
– Trenował arie do „Uprowadzenia z Seraju"...
Rozzłoszczony arystokrata próbował jeszcze kilka razy przekonać surową opiekunkę chóru, żeby dopuściła go do młodego Pottiera, nic jednak nie wskórał i w końcu poszedł sobie „na razie, póki Harold ni widobrzei", zostawiając Dyrektorów z niebagatelnym kłopotem.
– Eeem... Maestro...
– Nie maestrujcie mi tu teraz – ofuknął ich zimno Divus Lucius, ostentacyjnie wrzucający do kuferka fragmenty bielizny. – Zabieram się stąd. Radźcie sobie sami z waszym Haroldem. I z waszym Upiorem. I z waszym Wicehrabią.
– Ależ, Maestro!
– Wcale nie chcemi sobi sami radzić!
– Ale będziecie musieli? – odgryzł się śpiewak, demonstracyjnie zatrzaskując wieko kufra na rękawie czarnej, jedwabnej koszuli.
– Nie dami sobi radi bez pana!
– Co z dzisiejszą galą? Maestro! Bez pana „Piękna Helena" w ogóle si ni odbędzi!
– Zróbcie sobie Piękną Helenę z Pottiera – prychnął Divus Lucius. – Ja się stąd zabieram.
– Błagami, Mistrziu! Bez ciebi naszej Operi jakbi w ogóle ni biło!
– Jedyne, co wybiło, to godzina rozstania. Odchodzę! – Lucius zacisnął wargi i teatralnym gestem cisnął w Dyrektorów ostatnią parą kalesonów.
– Maestro.. Nasz wspaniałi, nasz jedini, nie możesz nam tego zrobić! Nie dąsaj si, na pewno si porozumiemi... – Vesleis z nabytą latami doświadczeń na siódemce kapryśnych Vesleisiąt zaczął uspokajać obrażonego śpiewaka, podczas gdy LeCnot ukradkiem chował kalesony za pazuchę.
– Nasza gwiazdo Operi... Ni porzucaj nas!
Mistrz tylko parsknął, zagarnął z aksamitnej poduszki swoją laskę i rozepchnąwszy nią Dyrektorów, ruszył wielkimi krokami do holu wyjściowego, popędzając służbę niosącą za nim kufer.
– Opuszczam to gniazdo upiorów! Nie będzie mi Upiór pluł w twarz! – grzmiał pełną piersią. – Zróbcie sobie „Piękną Helenę" beze mnie.
– Co to za „Piękna Helena" bez ciebi? – zawodzili za nim Dyrektorowie.
– Nędzna – oświadczył z satysfakcją Lucius i szarpnął za klamkę. Wypadł przed operę, gdzie natychmiast zderzył się z zaaferowanym Drago Malefoyem.
– Panowi! – młodzieniec rzucił się do Dyrektorów, nie zwracając uwagi na śpiewaka. – Czi on już wstał? Czi można si z nim zobaczić?
– Śpi – mruknęła z boku Madame Magonagalie. – Jeśli pan kupi bilet, możie go pan zobaczić wieczorem na prziedstawieni.
– Ale teraz! – domagał się Malefoy.
– Ni.
– Teraz, to mi mami poważnieiszi kłopoti – jęknął LeCnot. – Divus Lucius, może pan... Divus Lucius? Hę?
Wystarczyła chwila nieuwagi, aby srebrna gwiazda Opery znikła gdzieś jak kamfora.
– Och, ni... Uciekł! – zapłakał Vesleis. Madame Magonagalie prychnęła i wskazała palcem w głąb gmachu.
– Wprost przeciwni... Zdaje si, że zmienił zdani.
– Ach! – ucieszył się Vesleis. – Biegnijmi do niego!
– Ależ, panowi! Co z Haroldem? Co ze mną? – oburzał się wicehrabia.
– Pan przyidzi na przedstawieni – wyszczerzył się do niego LeCnot. – Mamy jedną wolną lożię... Numer piąti chiba... W sam raz dla pana. Zaprasziami.
Magonagalie pokręciłą ostrzegawczo głową.
– Nie należi zadzierać z Upiorem Operi... – mruknęła potępiająco. Dyrektorowie nie zwrócili jednak na nią uwagi.
– Młodemu Haroldowi znaidziemi jakąś rolę, ocziwiści... W każdej operetce znaidzi się jakaś niema rola. I Divus Lucius będzi szczęśliwi, o.
– Do widzeni, do zobaczeni wieczorem! – Vesleis poklepał wicehrabiego po ramieniu i zatrzasnął za nim drzwi. Obydwaj z LeCnotem rzucili się szukać Luciusa. Czołowy artysta Opery Paryskiej wyglądał jednym okiem zza swoich drzwi, z dziwnie skrzywioną miną popatrując za Drago Malefoyem.
– Posziedł, posziedł – pocieszyła go Madame Magonagalie. Rzucił jej złe spojrzenie szarych oczu i obronnym gestem zastawił się laską.
– Zaśpiewa pan? Wystąpi pan? – rzucili się na niego Dyrektorowie.
– Hę? Aaa... Dobrze, dobrze, zaśpiewam... – Lucius wydawał się dziwnie odległy duchem. W końcu potrząsnął głową i spojrzał na nich nieco przytomniej.
– Nie będzie Upiór pluł mi w twarz, o! – oznajmił i z zaciśniętymi ustami zaczął się przebierać w kostium do „Pięknej Heleny"
– Ach! – ucieszył się Vesleis.
– Achhhhhhhhhh! – ucieszył się LeCnot jeszcze bardziej, uczynnie przymierzając się do luciusowych tasiemek od gorsetu. Walnięcie laską między oczy skutecznie go do tego zniechęciło.
– Precz! Zobaczymy się na scenie.
Głęboko pod Operą, a może tuż za ścianą, gibka sylwetka Upiora Opery pochylała się nad dymiącym sennie kociołkiem. Tajemniczy wywar kipiał, wspinając się leniwie po ściankach kociołka ku smukłym palcom mężczyzny.
– Niegrzeczni... Oj niegrzeczni... Będziemy się gniewać... Mój Anioł zasłużył na coś lepszego niż niema rola. A nasz srebrny Maestro Lucius nie chce żadnej wymiany płynów z Upiorem? Jeszcze zobaczymy...
Widownia Opery Paryskiej była wypełniona aż po ściany, ze szparami pod podłogą włącznie. Sam Wielki Merlin nie znalazłby miejsca, żeby wcisnąć czubek swej czarodziejskiej różdżki, gdyby kiedykolwiek miał cokolwiek wspólnego z Operą Paryską. A tego przecież nikt by nie śmiał imputować... W każdym bądź razie, lud Paryża, a konkretniej jego bardziej zasobne i intensywniej przyozdobione drogą biżuterią warstwy, czekał z niecierpliwością na nowe przedstawienie „Pięknej Heleny" Offenbacha.
W garderobie artystów Dyrektorzy Opery usiłowali tymczasem ogarnąć ogrom komplikacji, związanych z wystawianiem przedstawienia z Boskim Luciusem w centrum.
– Kiedy mówię, że śpiewam, to śpiewam – oznajmił władczo Lucius. Zgromadzeni tłumnie operialiści wymienili zakłopotane spojrzenia liczne.
– Aaale... Nasz Boski...
– Przieboski!
– Nasz srebrni!
– Taaak? – Na wyrobionych strunach głosowych śpiewaka zabrzmiał głuchy pomruk drzemiącego smoka, którego połaskotano pod niewłaściwą łuską.
– Maestro, pan zrozumi... Mami Helenę... I mami Parisa...
– I ja ich zaśpiewam.
W ustach Luciusa zabrzmiało to jak najzupełniej oczywisty i realny fakt. W obliczu kostiumów owej pary bohaterów przedstawienia, rozwieszonych już na manekinach, z różową peruką Heleny i pasterskimi artystycznie zszywanymi łachmanami Parysa włącznie, zamysł wydawał się dość trudny w wykonaniu. W obliczu scenopisu, z którego wynikało niezbicie, jak często obydwie postacie są potrzebne na scenie naraz, zamiar czołowej gwiazdy Opery stawał się raczej niewykonalny.
– Osziwiści, osziwiści... – Madame Magonagalie' stanowczo odsunęła stropionych Dyrektorów do kątów i z pobłażliwym uśmiechem podsunęła Luciusowi kosz lilii (upominek od wielbicielki), bombonierkę kokosowych pralinek (upominek od innej wielbicielki) i gustowną, srebrną obrączkę na laskę (upominek od wielbiciela). – Pan sobie będzie śpiewał, a mała pobiega po scenie.
Śpiewak nie raczył odpowiedzieć, zajęty zabawą w „wyjdź za mnie" przy użyciu laski i nowej obrączki. Za to Dyrektorowie ożywili się wyraźnie.
– Mała? Ę?
– Ale o so chozi?
Madame Magonagalie' posłała im jedno z cięższych spojrzeń, przeznaczone dla wyjątkowo nieodpowiednich ludzi na wyjątkowo nieodpowiednich miejscach.
– Naszia operowa dublerka, osziwiści. Doskonale sobie poradzi. A nasz maestro będzi mógł śpiewać na zmiani.
LeCnot i Vesleis wymienili niepewne łypnięcia.
– Osziwiści. – LeCnot wyraźnie nadrabiał miną. – Iii... Nikt si ni zorientui?
Madame zdobyła się na jeszcze cięższe spojrzenie.
– Jakoś nikt si nigdi ni zorientował... To bardzo utalentowana panna, monsieur.
– Aaa... Czemu jej nie spotkaliśmi jeszcze?
–Spotkaliści. – Madame posłała Dyrektorom dla odmiany zimny uśmieszek. – Tilko pewni ni poznaliści... Ona jest naprawdę świetną dublerką, ta nasza mademoiselle. Za każdim razem jakbi prziechodziła całkowitą metamorfozę.
– Oooj – zadziwił się Vesleis. – To musi bić jakaś sławna aktorka?
Boski Lucius prychnął pogardliwie, nadymając wąskie wargi.
– Sławna aktorka, też mi...
– To tylko kuzynka inspicjenta... – wyjaśniła Magonagalie'.
– Aaa, właśni, właśni! Pani pośle inspicjenta na górę, zanim prziedstawieni si zaczni. Niech pilnuje, żebiśmi znów nie mieli jakichś upiornich wizit – przypomniał LeCnot. Na tę wzmiankę maestro Lucius wepchnął laskę w obrączkę z taką furią, że aż coś podejrzanie chrupnęło. Zaś uśmieszek Madame nieco się poszerzył.
– Sirius Noir to akuriat odpowiedni osoba to tego zadani...
Jak to mówią – przedstawienie musi trwać... Listy Upiora Opery swoją drogą, nadąsany patron, siedzący w loży numer pięć swoją drogą, a „Piękna Helena" swoją. Wbrew ścisłym wskazówkom Upiora i postulatom wicehrabiego Malefoy, osoba młodego pana Pottiera została zlekceważona niemal zupełnie – młodzieniec dreptał gdzieś w tle, przyobleczony w krótki chitonik trojańskiej branki, eksponując kolana w baleciku i popatrując niespokojnie po otoczeniu, czy skądś nie wyłania się karząca dłoń w czarnej, jedwabnej rękawiczce. On już dobrze wiedział, że z jego Aniołem nie ma żartów... Ronald Vesleis podrygiwał wiernie u jego boku, wbrew niemej roli pomstując cichutko pod nosem na swój kostium, kasztanowego koloru i nawet na jego wysoki wzrost za długi.
– Zaraz si wywrócę...
– Ćśśś... – upomniał go 'Arry, przemykając pod ramionami Frederica i Georgesa w zawiłym piruecie, wyćwiczonym pod okiem surowej trenerki gimnastyki, Madame Houche'. – Ti si lepiej módl, żiebi nic ni poszło źle...
Ronald łypnął złym spojrzeniem na środek sceny, gdzie Helena i Parys kręcili się wokół siebie przy akompaniamencie romantycznej muzyki.
– Ja si dopiero zdziwi, jak wszistko póidzi dobrzie...
Helena, za różową peruką i jeszcze bardziej różowym makijażem skrywając buzię operowej dublerki, słuchała grzecznie i skromnie, jak Parys, o wyniosłych ramionach i platynowych włosach boskiego Luciusa, wyśpiewuje jej swą dozgonną miłość. Tymczasem wysoko ponad ich głowami inspicjent, przy okazji kuzyn dublerki, pilnie sprawdzał zamocowanie wszystkich lin nad sceną, przeskakując po rusztowaniach i węsząc za wrogiem.
Głęboko pod nimi, w podziemiach Opery Paryskiej, mężczyzna zwany Upiorem niespiesznie kończył swoje własne przygotowania do celebracji przedstawienia. Pochylał swą wysoką sylwetkę nad dymiącym kotłem, szepcząc coś pod nosem i dosypując różnych proszków.
– Nie oczekiwałem, że wypełnicie posłusznie wszystkie moje zalecenia... Posunęliście się jednak za daleko. Nie oczekuję, że docenicie piękno mej kipiącej mrokiem muzyki i unoszącej się znad śpiewu roziskrzonej melodii, delikatną moc trelów, które pełzną wręcz przez żyły człowieka, aby oczarować umysł i usidlić zmysły... Docenicie jednak mój gniew!
Smukłe dłonie z niemal czułą troskliwością przelały sporą porcję płynu do kryształowej karafki, zaopatrzonej w rozpryskiwacz do odświeżania gardła.
– Zaczekaj, mój Aniele... Poznają gniew Upiora!
Sobie tylko znanymi korytarzami i przejściami przeszedł jak duch w górę i wynurzył się z mroku za kulisami głównej sceny. Mrok, czepiając się miłośnie jego ciężkiej peleryny, wypełzł z kątów, przyciemniając pomieszczenie za plecami zapatrzonych w scenę ludzi. Upiór Opery przeszedł bezszelestnie do stolika pod ścianą. Wśród podręcznych przyborów do charakteryzacji pyszniła się luciusowa buteleczka z odświeżaczem do ust. Zręczne dłonie w czarnych rękawiczkach podmieniły ją na przyniesioną karafkę, jeszcze lekko ciepławą.
– Miłego występu...
Na scenie akcja operetki zaczynała nabierać rumieńców. Boski Lucius śpiewał za dwoje, dublerka rumieniła się za dwoje, balet zaś dwoił się i troił, by zakamuflować ich wzajemne wymienianie się peruką i wierzchnimi szatami. Drago Malefoy, spoglądając z wysokości swojej (zawłaszczonej temu bezczelnemu upiorowi) loży, przy pierwszych scenach nieco się nudził, obecna jednak, najbardziej ze wszystkiego przypominająca grupową orgię z rozdzieraniem szat, niemalże zagotowała krew w jego żyłach. Bądź co bądź, w owej zbiorowej orgii brał udział 'Arry – sądząc po żwawości ruchów, nader ochoczy udział. W dodatku podszeptywał o czymś z tym rudym plebejuszem Vesleisa. Arystokrata zmarszczył chmurnie jasne brwi.
– Oj, 'Arry, 'Arry... Jeszcze sobie o tim poważnie porozmawiami.
Sirius Noir zdążył sprawdzić wszystkie liny po trzy razy i teraz przeskakiwał sobie z belki na belkę, warcząc pod nosem jakieś inwektywy jak podrażniony pies. Popatrywał leniwie to w górę, to w dół, gdy nagle...
– CZY NIE OSTRZEGAŁEM, ŻE LOŻA NUMER PIĘĆ MA BYĆ ZAREZERWOWANA DLA MNIE?
Upiorny głos dobył się znienacka jakby z bezpośredniego sąsiedztwa Siriusa, a jednocześnie zewsząd – szept o sile gromu, niczym hipnotyzujący syk węża, zawładnął wszystkimi obecnymi w Operze ludźmi – znieruchomieli na dłuższą chwilę, drżąc w echu groźnych słów. Dopiero, gdy wybrzmiały, Drago Malefoy zerwał się z furią ze swego siedzenia w loży, inspicjent rzucił się wściekle na poszukiwanie intruza, Lucius zaś zacisnął usta w złowrogi grymas.
– Ani się waż...
Za plecami chóru, korzystając z rozproszonej uwagi widzów, śpiewak przemknął się za kulisy, pozostawiając Helenę w różowej peruce, potykającą się o nogi statystów. Ze stolika pod ścianą chwycił z poduszeczki swą wierną laskę i dobitnie pogroził sufitowi, oraz, po namyśle, podłodze.
– Ani się waż.
Odłożył laskę, chwycił odświeżacz do ust i spryskał sobie obficie gardło.
– Doremifasolasido...
Pod sklepieniem Opery Sirius Noir pognał za znikającym za jakimiś drzwiczkami, powiewającym cieniem peleryny.
– Już ja cię dopadnę!
Lucius powrócił na scenę, stanowczym gestem odesłał balet za kulisy, chwycił potykającą się dublerkę za kark i ustawił prosto, szykując się do kulminacyjnej arii.
– Moja !
Cała Opera zamarła, gdy z gardła gwiazdy dobył się ochrypły syk.
– SssssSSSSSsss! – Lucius spróbował raz jeszcze, zaciskając dłonie w pięści. Głośne, chrapliwe syczenie wywołało jednak tylko gromki śmiech widzów.
– SSSSSSsssssSSSSS!
– O mamusiu... Co si stało? – przeraził się Ron Vesleis, wyglądając zza kurtyny.
– Ni wim, ale on mówi, że kogoś zabije... I wepchni mu do gardła tę białą maskę, aż sam zasiczi... – odparł pewnie 'Arry.
– Że Lucius nibi to mówi? Ja tilko siczeni słiszę! – zdumiał się Ronald.
– Eee, przecież całkim wiraźni mówi? – zdziwił się jeszcze bardziej 'Arry.
– Wyraźni? Możie dla innich wężiów. Dla mni to tilko seplenieni – skrzywił się jego przyjaciel. Młody pan Pottier, nie wiedzieć czemu, przy wzmiance o wężach zarumienił się aż po pięknie wysklepione czoło...
Divus Lucius nie czekając na jeszcze większą kompromitację, zarzucił tren greckiej szaty na ramię, zacisnął wargi w zupełną już wąską krawędź katowskiego topora i znikł za kulisami, po czym na dobre zatrzasnął za sobą (i laską) drzwi osobistej garderoby. Dyrektorowie Opery jak oparzeni wyskoczyli ze swojej loży i pognali na scenę, nieszczerymi uśmiechami uspokajając poruszoną publiczność. Vesleis odchrząknął nerwowo.
– Pani i panowi, wibaczci, mami drobne... ęęęę... usterki techniczni.
– O tak, właśni – podchwycił LeCnot. – Za momencik, za małi momencik wznowimi przedstawieni, ze specjalną niespodzianką dla państwa.
– Ę? – zdziwił się Vesleis. Współdyrektor, wciąż rozpaczliwie uśmiechnięty, wyrżnął go łokciem w bok.
– A, tak, niespodzianka, niespodzianka... – nadrabiał miną Vesleis.
– Otóż, w roli głównei zobaczą pani i panowi młodego pana Pottier, naszą wschodzącą gwiazdę! – LeCnot wykonał kilka kroczków w stronę kulis, wyciągnął młodego pana Pottier za kark i zademonstrował hałasującym widzom. – W międzyczasi, eee, zobaczą państwo balet nasziego zespołu, ten z aktu szóstego.
– Piątego – bąknął Vesleis.
– Trzeciego... – zaszemrał 'Arry.
Kurtyna opadła na krótką chwilę, w trakcie której balet (względnie chór, w zależności od potrzeby) w gorączkowym pośpiechu wdziewał na siebie stroje greckich pasterzy (względnie pastereczek). Na scenę wpędzono stadko udekorowanych wieńcami owieczek i kóz, wypożyczanych na specjalne okazje z firmy „D'omble D'or i Brat". 'Arry tymczasem, zapędzony do garderoby przez niewzruszoną Madame Magonagalie, dopinał gorset, przyczesywał różową perukę i nasłuchiwał, jak za ścianą Divus Lucius syczy zupełnie, jak dla niego, wyraźne i czytelne inwektywy.
– Takiś ty? Takiś ty? Dla tego niedorostka z kościstym tyłkiem tak mnie potraktować? Jeszcze zobaczymy, kto będzie górą... Jeszcze zobaczymy, do kogo przypełzniesz na kolanach... Jeszcze zobaczymy!
'Arry nerwowo pomacał się po siedzeniu, zastanawiając się, skąd Lucius wie o jego kościstości i wobec tego kto z jego bliższych znajomych ma tak fatalnie długi język...
Kurtynę odsłonięto, pasterze (i przygodne pastereczki) przystąpili do tańca z kozami, tymczasem wysoko pod sklepieniem Sirius Noir nie ustawał w tropieni przyczajonego Upiora, ukrytego ducha. Co i rusz migał mu pomiędzy linami jakiś fragment upiorowej odzieży, biegł więc w tamtą stronę po to tylko, żeby się przekonać, że gonił za cieniem. Upiór Opery z diabelską zwinnością przemykał się po rusztowaniach, przerzucał swe szczupłe ciało z pomostu na pomost i powiewał inspicjentowi na urągowisko peleryną, a spod skraja białej maski nie ukazała się nawet pojedyncza kropla potu. Za to nieszczęsny Sirius zasapał się zupełnie i dyszał jak zmordowany ogar. Pomału, wbrew swej zadziornej naturze, zaczynał mieć dosyć tego całego pościgu. Nic więc dziwnego, że postać zamaskowanego mężczyzny, która wychynęła znienacka z mroku tuż przed jego nosem, zaskoczyła go zupełnie. Odruchowo rzucił się do tyłu...
Na scenie tancerze wywijali zawiłe piruety, przeskakując przez kwietne girlandy i gorączkowo usiłując nie nabić się na kozie rogi. Owce z filozoficznym spokojem podskubywały liście z wieńców. Ronald Vesleis przechylił się mocno do tyłu, w skomplikowanej figurze baletowej eksponując publiczności wątłą pierś w pasterskim półnegliżu. Jego wzrok przykuło jakieś poruszenie wysoko nad sceną...
– Aaaaaaaa!
Sirius Noir potknął się o linę, z trudem złapał równowagę i potrząsnął głową. Jeszcze czego! Uciekać przed tym pseudoduchem, tym zasmarkanym safandułą! Chwycił leżącą na podorędziu ciemną deskę i ruszył do kontrataku. Upiór, Opery, idący za nim niespiesznie, uśmiechnął się leniwie. Uśmiech spłynął gdzieś za krawędź maski i zbladł, gdy smukłe dłonie błyskawicznie podchwyciły z rusztowania pomalowaną na czerwono żerdź.
ŁUP.
Łup.
– A masz, upiorze niedorobiony! Tylko na to cię stać? No dalej, postaraj się, podobno potrafisz!
– AAAAAA!
Teraz krzyczeli już wszyscy tancerze, patrząc w przerażeniu na scenę, rozgrywającą się ponad ich głowami. Zaniepokojeni widzowie wyciągali szyję, usiłując coś wypatrzyć. Pod stopami walczących chwiały się deski, a nad ich głowami falowały płachty dekoracji.
Sirius Noir uchylił się przed końcem czerwonego drąga i roześmiał szyderczo.
Drugi koniec trafił go prosto w piersi.
Ludziom na scenie zdawało się, że Sirius upada jakby w tempie [i]largo[/i]. Jego ciało wygięło się w łuk i osunęło do tyłu przez postrzępioną zasłonę zwisającą z rusztowania...
I lud Opery zobaczył, jak na zniszczonej, niegdyś przystojnej twarzy inspicjenta pojawia się mieszanina strachu i zaskoczenia, gdy przeleciał pod belkowaniem i zniknął za zasłoną, która falowała jeszcze przez chwilę, jakby uderzył w nią silny wiatr, po czym znieruchomiała.
Usłyszeli triumfalny śmiech Upiora. Nie przejęli się nim – przecież Sirius tylko wpadł za zasłonę, zaraz się pojawi od drugiej strony...
Ale Sirius Noir się nie pojawił.
W Operze Paryskiej panował chaos. Dostojni widzowie wrzeszczeli jak opętani, zrywali się z siedzeń, mdleli, próbowali się tratować w panicznej ucieczce do wyjścia i rezygnowali, opadając z powrotem na najbliższe fotele i omdlałe ciała zażywnych dam.
Na scenie zbite w drżącą gromadkę pastereczki piszczały przeraźliwie, zbici w mężny, choć dygoczący mur wokół nich pasterze kwiczeli nieco tylko niższymi tenorkami, owce meczały i beczały, kozy meczały.
Zasłonka na łuku podtrzymującym fragment dekoracji falowała leciutko. A Siriusa Noir jak nie było, tak nie było.
Z loży numer pięć wybiegła, zbiegła i pobiegła ile sił niewysoka postać, gnając niczym srebrzysta błyskawica. W stalowoszarych oczach płonął ogień. Wicehrabia Drago Malefoy zamierzał wyrwać [i]swojego[/i] Anioła z tego upiornego gniazda moru, zbrodni i orgiastycznych pokazów. I niech tylko ktoś się ośmieli stanąć mu na drodze...
'Arry wpatrywał się w falującą zasłonkę, aż zaczęły mu łzawić oczy, odpadać sztuczne rzęsy, a różowy podkład ściekł po czole wężowatym zygzakiem. Żadne jednak, nawet najbardziej hipnotyzujące spojrzenie oczu nie zdołało wyciągnąć Siriusa z powrotem.
– Cóżieś ti uczinił, Aniele?
Jakże nisko upada anielskość... Jakże opada euforia uczuć... W tej chwili 'Arry czuł tylko gorzką rozpacz z nagła zgaszonej na zawsze zażyłości z tak przecież bliskim, kochanym, serdecznie przyjaznym, poufale konfidencjalnym, intymnym wręcz i osobistym operowym inspicjentem. A przecież, a przecież łączyło ich niejedno wspólne wspomnienie, choć Haroldowi Pottier ciężko było przywołać na myśl jakiekolwiek wspomnienie z czasów, zanim w jego łożu, u gorsu koszuli nocnej zdobnej falbankami, zagościły czerwone róże z czarnymi wstążkami. A teraz – koniec z tym wszystkim na dobre, na zawsze... Koniec z Siriusem Noir. 'Arry zadrżał, aż różowa peruka zsunęła się bezradnie z czarnej grzywki. Jakiejż bestii potrzeba, by tak okrutnie przeciąć życie wciąż jeszcze przecież młodego, dziarskiego, jurnego Siriusa? Czy taki los może spotkać każdego, kto nieostrożnie postawi swoją stopę na ścieżce Upiora Opery? Każdego z przyjaciół Harolda?
A jednak... A jednak...
'Arry zapłakał różem.
Tak oto Aniołom opadają pióra, odsłaniając pod spodem maski Upiorów.
I on z tym potworem, z tym karmiącym się śmiercią i mrokiem Upiorem, on z nim, tam w tych lochach...? I tyle razy z nim tam?
Z takim nieludzkim nie człowiekiem on śpiewał strofę po strofie, refren po refrenie?
Z tym wężem kanałowym, z tym zatrutym oddechem, zaklętym w przeklęte ciało, ludzkie, męskie i anielskie, on z nim ręka w rękę, palec w palec, żebro w żebro?
Z tym mordercą, przeniewiercą on...
I z tym chórem serafów on już nigdy nie zaśpiewa...
Łykając różowe łzy, 'Arry pognał niczym różowa błyskawica, byle dalej od Anioła – Upiora – Jego...
– 'Arry! – Drago schwytał szczęście swoich oczu, zapłakane, drżące i różowe, gdy biegło, potykając się, wprost w najbliższą ścianę, jakby chciało wzorem inspicjenta zniknąć w jakowychś zaświatach. Arystokratyczne serce wicehrabiego zamarło na tak straszną wizję – czymże byłby świat bez tych zwilgotniałych teraz, zielonych oczu, w oprawie ciemnych rzęs, oblepionych teraz klejem, bez tych wymykających się spod peruki czarnych kędziorów, bez bladych policzków, błagających wręcz o prowokowanie na nich rozkosznych rumieńców, bez smukłych linii bioder, pośladków, bez ramion, tak wzruszająco osuwających się w uścisk Dragona?
Czymże świat byłby bez Harolda Pottier?
Nuuuuuda...
– Och, Drago! – 'Arry wytarł nieco różu z twarzy w kołnierzyk przyjaciela, dyskretnie upuścił perukę w jego podołek i natychmiast poczuł się lepiej. – Och, chodźmy stąd!
– Och, 'Arry! – Drago Malefoy przycisnął płaską pierś umiłowanego do swej płaskiej piersi, dzielnie zniósł wrzynające się wszędzie fiszbiny jego gorsetu i własne guziki, po czym ruszył do najbliższego wyjścia, grackimi przeskokami i okazjonalnym taranowaniem za pomocą nóg Harolda omijając innych gości Opery, rozkrzyczanych i rozbieganych.
– Och, Drago! – 'Arry przestraszył się i wydarł z namiętnego uścisku wicehrabiego, rozdzierając przy okazji gorset, który pozostał w dłoniach Malefoya niczym dwa zerwane z anielskich ramion, obwisłe żałośnie, różowe skrzydła. – Ni tędi, ni! Musimi tam iść! Musimi uciekać!
– Malefoyowie przied nikim ni uciekai – oznajmił dumnie Drago, tuląc śpiewaka do piersi. – Ni obawiaj si niczego, 'Arry, ja ci obroni.
Zielone oczy spojrzały na niego z trwogą, jeszcze zamglone łzami.
– Nikt si ni ukryi przide Upiorem Operi – szepnął złowieszczo. – Och, Drago... Uciekaimi!
Z częstymi przystankami na wzajemne wyrzuty i ciągnięcie się w przeciwnych kierunkach, młodzieńcy przez boczne korytarzyki i pokątne drabinki wydostali się na dach Opery. 'Arry upadł tam na kolana, wybuchając płaczem, rozdzierającym serce Wicehrabiego.
– 'Arry! Ni rozpaczaj tak! Chodź, zabiorę ci stąd, daleko, daleko, gdzie będziesz bezpieczni, i będzimi razem, i nareszcie sami.. – Drago na próżno usiłował podnieść przyjaciela na duchu. Zielone oczy spojrzały na niego przez zasłonę łez.
– Ti ni rozumiesz... On nas wszędzi znaidzi, wszędzi dopadni. On jest... On jest Upiorem! On jest wszędzi!
– Tu go nie ma – zauważył rozsądnie Malefoy. – Nie opowiadaj bajek, 'Arry. Nie ma żadnego Upiora Operi.
– Oj, jest... – W rozgoryczonym głosie śpiewaka rozbrzmiało echo anielskich chórów, współtworzonych z jakże przecież realnym i żywym Upiorem. – On istniei... Chodzi w tej strasznej masce po Operzie i mordui ludzi...
– Raptem jednego inspicjenta. – Drago machnął ręką w pogardliwym geście. – Żiaden wiczin. Ni ma si cziego bać.
– Ale, Drago! – zakrzyknął zszokowany 'Arry. – On go zabił przieze mni... To moja wina...
– Ę? A coś ty miał do czinieni z tim inspicjentem, ę? – dopytywał się podejrzliwie wicehrabia.
– Nic! – zapewnił szybciutko młodzieniec, aż się z tego pośpiechu rumieniąc po samo czoło. – Znaliśmi si... Wpadaliśmi na siebi... Raz po raz... Znaczi, czasem na siebi wpadaliśmi... Ale, to moja wina żie Upiór go zabił.
– Eeee. – Drago kolejnym machnięciem przeszedł do porządku dziennego nad pottierowymi wyrzutami sumienia. – Chodź. Ni będziemi tu marznąć, śnig zaczina padać.
'Arry zerwał się na nogi – śnieżne płatki opadały na jego rozczochraną czuprynę, osiadając tam niczym srebrzysty diadem.
– On nas znaidzi! To bestia! Ti go ni znasz!
– Ę? A cóż w nim takiego strasznego? Zwikłi piwniczni szczur, jakiś podejrzani bandita – prychnął Malefoy. – Nic nam nie zrobi. A ti też si ni przejmuj, mon amour. Taka podejrzana znajomość to nic dobrego, ale wijątkowo ni mam ci za złe. Zwiódł ci jakiś podlec, a ti taki niwinni...
Niewinny 'Arry czuł się w tym momencie bardzo zwiedziony przez podłego Upiora, mieniącego się Aniołem, jednak wspomnienie owej znajomości wywołało w jego rozśpiewanej duszy tęskny rezonans.
– Drago... Ti ni wisz... Ti ni rozumisz... Upiór... Anioł... On jest... – Ramiona opadły mu bezradnie, a zachwyt wyrwał spod serca się i napełnił szept słodyczą. – To jest jak magia... Biłem tam, w Królestwie Upiora, w jego mrokach i ciemności... Poznałem jego talenta...
– O – mruknął ponuro Drago, niezainteresowany talentami Upiora. Niezrażony 'Arry ciągnął dalej:
– Stworziliśmi duet, jakiego już ni będzi! Nawet sobi ni wiobrażasz takiej harmonii, takiego absolutnego zespoleni...
– O – mruknął ponuro Drago, niezainteresowany zespoleniem z Upiorem.
– On jest... On jest Aniołem Muziki. Aniołem wszistkiego. Mrocznim czarodziejem z dna podziemi. A jego głos dociera... O, na chóri niebiański, jak on dociera...
– O – mruknął ponuro Drago, niezainteresowany, jak głęboko Upiór dociera.
– W tej jego białej masce...
– Biała maska jest akceptowalna – przyznał łaskawie Drago. – Jak uciekniemi razem i zamieszkami razem w bezludnim pałacu, mogę nosić taką maskę specjalni dla ciebi.
– O – rzekł ostrożnie 'Arry, któremu Drago nie docierał aktualnie tak głęboko, jak zwykł docierać Upiór.
– I czarny płaszcz...
– O.
– Z kapturem! – kusił Drago.
Chwila ciszy.
– Ooo...
Z głębin operowego gmachu wynurzał się Upiór Opery. Wiedziony instynktem i płonącym w trzewiach płomieniem, podążał na poszukiwanie swojego Anioła. Swojego 'Arry'ego. Swojego...
– Założę si, żie w takiej białej masce wiglądałbim z dziesięć razi lepiej niż ten twój wipłosz z piwnicznij izbi... – Drago gestem posiadacza objął młodego Pottiera, od niechcenia zdmuchując mu z włosów śnieg. – I zrobi sobi taką porziądną maskę, na całą twarz. I też będi wiglądać jak śmierć.
– Ti... Ti śmiercio! – zachichotał słabo 'Arry, wpatrując się zachłannie w szare oczy przyjaciela – takie bliskie, rzeczywiste i nie skażone mrokiem...
No, może trochę, w kącikach...
Upiór Opery mógł tylko patrzeć z głębokiego cienia, jak w niepojętym porozumieniu dwóch młodzieńczych dusz pryska jego magiczna więź z 'Arrym – Aniołem. Wbijając sobie paznokcie w rękawiczki niemalże do krwi i do bólu zagryzając wąskie wargi, nawet w furii ułożone do zaśpiewu, zdolnego oczarować umysł i usidlić zmysły, Upiór Opery patrzył, kalecząc serce trucizną owego widoku. W zielonych oczach 'Arry'ego powoli zagasało namiętne wspomnienie podziemnych śpiewów, rozsypanych płatków róż, mroku i aksamitnej ciemności, a banalna plama światła w osobie Drago Malefoya rozpełzała się po jego duszy niczym rak prostaty.
– Och, Drago...
– Och, 'Arry...
Mrok gęstniał wokół wysokiej sylwetki Upiora Opery. Cienie drapowały się na jego ciele miłosną kotarą, pocieszająco muskając zapadły policzek. Ciemność jednoczyła się z nim na nowo, aż w końcu jedynie skraj białej maski straszył z nieprzeniknionej czerni niczym naga czaszka uosobionej śmierci. Pod aksamitem i jedwabiem tężało serce, obudzone z letargu anielskim głosem, a teraz martwiejące w ostatnich tchnieniach deptanego uczucia. I tylko palce, zaciśnięte na łodydze czerwonej róży, wciąż drżały...
– Zajmę si tobą. Zaopiekui.
– Zajmij si mną. Zaopiekuj.
– Powiedz, że chcesz dzielić ze mną żici!
– Chcę dzielić z tobą żici.
– I miłość!
– ... I miłość?
– Powiedz, że pozwolisz mi osłodzić twoją samotność!
– Osłódź moją samotność.
– Och, 'Arry!
– Och, Drago.
– Kocham ci.
Na zmroczniałych do dna duszy oczach Upiora Opery splotły się młodzieńcze dłonie, schyliły ku sobie młodzieńcze głowy, zderzyły młodzieńcze nosy...
– Och, Drago – oznajmił z przekonaniem 'Arry – jesteś najlepszim przijacielem na świeci.
Odeszli. Trzymając się za ręce, ruszyli w stronę zachodzącej za rogiem plamy światła – daleko poza krawędź ciemności.
Daleko od niego.
Dłoń w czarnej, jedwabnej rękawiczce zaciskała się na róży coraz mocniej i mocniej, aż zgniecione płatki opadły w śnieg.
– I jak mogłeś mi to zrobić, Aniele? Chroniłem cię... Nauczałem cię... Dałem ci moją muzykę, ukazałem piękno nocy... A ty mi się tak odpłacasz!
Upiór Opery wyrwał się nagle z objęć ciemności i wybiegł na samą krawędź dachu, gdzie niczym gargulec – stróż czuwał nad gmachem uskrzydlony, kamienny dzik. Mężczyzna powiewając peleryną wbiegł na posąg i stanął tam, wykrzykując w niebo swoją krzywdę, gorycz i furię. Jego twarz stała się nagle twarzą szaleńca, jakby targał nim ból tak nieludzki, jak wyjącym, skomlącym psem, uwięzionym w płonącym domu.
– BĘDZIECIE PRZEKLINAĆ DZIEŃ, W KTÓRYM ODMÓWILIŚCIE SPEŁNIENIA PRAGNIEŃ UPIORA!
