Drago Malefoy wiedział, że tamtego szalonego dnia na cmentarzu dojść mogło do zajść wprawdzie jednak niedoszłych, lecz znamiennych. Wiedział, że mógł — tak przynajmniej sobie powtarzał — dokonać zbawiennego czynu i raz na zawsze uwolnić siebie oraz Harolda od tego zakapturzonego fatum, wyśpiewującego ich zgubę niczym pytyjski wąż. Wyrzucał sobie, że zawiódł swojego Anioła, darowując nędzny żywot zamaskowanemu gnębicielowi i ostatecznie oddalając się godnym i niespiesznym truchtem z cmentarza — oczywiście, z 'Arrym u boku, jak przystało na niewątpliwego zwycięzcę pojedynku. Poczucie niedopełnienia obowiązku ochrony ukochanej, zielonookiej istoty, tak uroczo drżącej pod rozwichrzoną strzechą czarnej czupryny, gnębiło wicehrabiego wprost straszliwie. Poprzysiągł sobie oraz wszystkim obcałowanym w drodze powrotnej skrajom skąpych szat Harolda, że przy pierwszej okazji ostatecznie zdusi wężową potworę, zabije zmorę i zdławi niegodny mit mrocznego anioła, zapalający wciąż jeszcze — o zgrozo! — namiętne blaski w kącikach oczu 'Arry'ego. Tak właśnie Drago postąpi, i to już wkrótce.
— Tak trzeba, Aniele.
— Boi si, Drago... Tak si boi... O nas wszistkich... O mojego... O niego.
— ANI SI WAŻ NAZIWAĆ TEGO DIABŁA ANIOŁEM! On... On... Ma rogi! I ogon! I widły! Jego miejsce jest w piekle! Nad kotłem!
'Arry drżał, rozdarty między lękiem o swego mrocznego Mistrza, a uległością wobec tak władczej, dominującej wręcz osoby Drago Malefoy'a. Oczyma duszy, równie zielonymi i ogromnymi jak oczy ciała, wyobrażał sobie swojego Anioła Muzyki nad kipiącym kotłem, spowitego aromatyczną mgłą magicznego wywaru i powiewającego peleryną nad królestwem podziemi piekielnych. Kwestie ogona zdecydował się w tej wizji pominąć, tym bardziej zaś — kwestie rogów, które Drago tak bardzo pragnął Upiorowi przyprawić. Cóż miał począć nieszczęsny młodzieniec z zamętem, jaki zupełnie bez jego udziału, woli i niemalże bez jego wiedzy wynikł dookoła jego kształtnej osoby? Gdzież miał ostatecznie ulokować swoje uczucia i nadzieje, a czyje emocje zranić i zdradzić? Czy dać się zwabić śpiewem w mrok, czy przyciągnąć połyskowi uwodzicielsko nawoskowanej platynowej fryzury? Cóż uczynić, aby jeleń był syty i wąż cały?
Hm.
Wizja węża boa, trawiącego łanię, rozproszyła Harolda na tyle, że przegapił większą część tyrady wicehrabiego, wygłaszanej nad jego głową i okraszanej pomstowaniem na „tę świńską zarazę niewydarzoną". Zamrugał nieprzytomnie i łagodnie kichnął.
— Aj... Cziżbim si przeziębił?
Upiór Opery gorzał.
Miotała nim furia, ból i gorączka, jakiej nie zaznał od czasów, kiedy po raz pierwszy spojrzał sobie w oczy w lustrze i odkrył, że rozdwajają mu się krawędzie maski.
Wojna.
Ten żałosny, wyblakły słabeusz ośmielił się podnieść swoją nędzną szabelkę na Księcia Nocy! Na Upiora Opery! Ośmielił się oddzielić go od jego Anioła! Ośmielił się swoimi plugawymi dłońmi skalać biel tej niewinnej koszuli, gładkość tych drobnych ramion, gęstwę tych czarnych włosów, które wszystkie również stanowiły własność jego, Upiora! Tylko Upiora!
Wojna.
Żadne żałosne hrabiątko nie wydrze mu upatrzonego łupu. Może się łudzić, że odniósł zwycięstwo tamtego zimnego dnia na cmentarzu. Może to sobie wmawiać. Jednak triumf należał i zawsze będzie należeć jedynie do Anioła Muzyki. Malefoy zdołał uratować swoje bezwartościowe życie tylko dlatego, że mu na to pozwolono. Tylko dlatego mógł umknąć w panice, uprowadzając ze sobą Harolda.
Ta zniewaga wymaga absyntu.
Zielonawe krople ślizgały się po szkle, nieświadome mroczniejącego spojrzenia czarnych oczu. Ten, który był Upiorem Opery, Aniołem Muzyki, Księciem Podziemi — cierpiał. Bolało odejście ukochanego, zwłaszcza w taki sposób, zwłaszcza z innym, zwłaszcza z tym właśnie. A jednak — musiał na to pozwolić tamtego dnia. Pozwolił im odejść, zamiast skończyć z nędznym uwodzicielem niewinnych tenorów od razu i bez wahania, zedrzeć jego skórę z kości i rozwłóczyć resztki po cmentarnej ziemi. Już wkrótce wynagrodzi to sobie z nawiązką, już niebawem zaprowadzi wypełniony operowym śpiewem porządek w swoim harmonijnym świecie, rozpiętym między bielą maski a czernią nut. Niebawem Harold Pottier będzie należał tylko do niego, a Drago Malefoy — do historii. Jednak w tamtej chwili, rozstrzygającej o życiu, śmierci i miłości, Upiór Opery musiał wypuścić swoją zdobycz. Choćby nie wiem jak łudził się wicehrabia, tylko ten kaprys przeciwnika pozwolił mu ujść z życiem.
Albowiem jedno było pewne — zemsta najlepiej smakuje na zimno.
A Harold Pottier na ciepło.
Pojedynkowe emocje nie sprzyjały pierwszemu, zaś zimna, cmentarna sceneria drugiemu. Na szczęście – cierpliwość Upiora Opery była wieczna jak symfonie mistrzów.
Zaczeka.
Drago Malefoy uwielbiał, kiedy wszystko szło zgodnie z planem. Zwłaszcza, kiedy był to jego plan, mroczny, podstępny i zły. O tak. Ten błazen bez twarzy, ten kogut kastrowany w białej masce mógł się łudzić, że tutaj rządzi, a cała Opera tańczy tak, jak zagra Upiór Opery. A otóż nie! Drago tańczył wprost niezmordowanie, ale bynajmniej nie w takt upiorowej muzyki. Biegał, truchtał, skradał się, krążył po całym gmachu Opery, nadzorując przygotowania do przedstawienia, które miało być ukoronowaniem wspaniałego planu wicehrabiego i milowym kamieniem z rosetty na nagrobek Upiora. Pośród dekoracji, kostiumów, nieogarnionego morza kart z nutami i tekstami libretta, pośród nóg, rąk, sznurów, kotar, parawanów i słoików z barwiczkami do twarzy, powoli formowała się pułapka, w którą samozwańczy Anioł najpierw z hukiem się złapie, a następnie z jeszcze większym hukiem opuści ten padół łez i ciało swe doczesne, aby gnić w najdalszym kręgu piekła.
Tak będzie.
Drago stanął na najwyższym poziomie rusztowań z dekoracjami i okiem architekta ogarnął cały obraz, wyłaniający się z chaosu prób do przedstawienia. Wszystko było jak trzeba. Może chórzystki trochę za bardzo szczękały zębami, może odsunięty od głównej roli Divus Lucius trochę złowieszczo śledził poczynania ekipy pochmurnym, ołowianym spojrzeniem, ale wszystko inne było wprost idealnie ustawione i zsynchronizowane. Jak we własnym Dragona zegarku, filigranowym, wykwintnym i szczerosrebrnym. W centrum sceny zaś królowała pierwsza gwiazda i przynęta na upiory, niestrudzenie wyśpiewując kolejne operowe partie i wodząc drobnym paluszkiem po nutach, nakreślonych pięknym, kształtnym pismem pióra Anioła Muzyki.
— Ten zaaaaaaamek staaaaaary oooooood stuuuuuuu laaaaaaat...
Ach. Drago Malefoy westchnął, a jego namiętnie rozkochane serce wykonało ukradkowy pląs w takt muzyki, wygrywanej przez orkiestrę. Oto jego gwiazda... Jego przynęta...
Za taką przynętą sam by poleciał — nawet z najgłębszej otchłani piekła.
Wielka chwila nadchodziła na skrzydłach basowej melodii opery — nareszcie uda się ostatecznie pogrześć uprzykrzonego rywala, owładnąć każdym smukłym przegubem ciała Harolda Pottier i ręka w rękę z ukochanym podążyć ku wschodzącemu nad dachami opery słońcu szczęśliwej przyszłości. Upiór złapie się w diabelskie sidła własnego przedstawienia — przypełznie tymi swoimi kanałami, korytarzami, lochami, czy nawet, o zgrozo, rurami, aby być świadkiem, jak Harold śpiewa stworzone przez mistrza arcydzieło.
Osobiście, Drago był zdania, że to chłam.
Ale, kiedy oglądał Harolda, jak jego pięknie wysklepiona pierś unosiła się i opadała w głębokich wdechach przy szczególnie wzdłużanych partiach arii, jak smukłe ręce drżą we wdzięcznej gestykulacji, kiedy młodzieniec własnym ciałem powtarzał rytm melodii orkiestry, nawet sceptyczny wicehrabia Malefoy czuł magię tych pieśni i muzyki, skoncentrowanych na osobie 'Arry'ego. Z wielką niechęcią musiał przyznać sam przed sobą, że odczuwa wbrew sobie, wbrew wszystkiemu, wbrew wszelkiej logice pewien nienawistny podziw dla geniuszu Upiora Opery. Wahanie 'Arry'ego, jego okresy zwątpienia i zatoru, jego irytujące skłanianie się ku swemu mrocznemu mistrzowi — mimo swojej niechęci i pogardy dla maszkaronicznej postaci Upiora, Drago musiał uznać, że jako wróg, ma on pewne atrakcyjne dla młodego śpiewaka walory. Och, jakże to bolało! Jakże to paliło duszę i serce! Jakże to było straszne i koszmarne! Lecz niestety — jak do tej pory, Harold Pottier tańczył dokładnie tak, jak mu Upiór na strunach duszy zagrał.
Czas z tym skończyć.
Niech tylko przyjdzie na przedstawienie. Niech tylko przypełznie tą swoją rurą, czy nawet całym rurociągiem rur niech przypełznie. Wtedy Drago Malefoy dopadnie go, zdepcze wężową głowę, wężowy kręgosłup zdepcze, wężowy ogon zdruzgocze, wężową skórę zedrze i powiesi nad kominkiem we wspólnym z Haroldem mieszkanku w śródmieściu Paryża. Jakiż to będzie tryumf! Jakiż Upiór będzie martwy i zepchnięty na margines zamkniętych kart historii! Jakiż 'Arry będzie wdzięczny, i spolegliwy, i wdzięczny, i uszczęśliwiony, i wdzięczny, i wylewny, i wdzięczny, i ukojony, i wdzięczny...
Bardzo mu będzie wdzięczny, nieprawdaż?
Harold Pottier śpiewał z całego serca, z całej duszy i wątłych płuc śpiewał. Błogie pieszczoty linii melodycznych ogarniały go całego, od stóp do głów, poprzez koronki z ojcowskiej koszuli nocnej, dla oszczędności przerobionej na trykot do występu. 'Arry cały się pławił w muzyce swojego mistrza, swojego Anioła, swojego ukochanego — i jak nigdy przedtem czuł niepewność i lęk, i rozdarcie wewnętrzne. Miałżeby to być już ostatni raz, gdy dane mu jest obcować z tym geniuszem, z tą wspaniałą muzyką, z tym arcydziełem pieśni? Miałożby to być pożegnanie? Miałożby się ono dokonać tak nieubłaganie, okrutnie i bezpowrotnie, jak tego pragnął Drago? Miałżeby 'Arry dopuścić do tego?
— Koooooooobieta zmienną jest... — śpiewał Harold, osowiały i nieszczęśliwy. Jego wewnętrzna kobieta chwiała się i uginała, wyginała w różnych kierunkach i dokonywała nieprawdopodobnych anatomicznie akrobacji, garnąc się na zmianę ku kojącym strumieniom muzyki i cienistej, wszechogarniającej obecności Upiora Opery — albo ku namacalnym, jędrnym kształtom Dragona Malefoya i jego bezpiecznym, serdecznym uściskom. I czemuż, ach, czemuż życie musiało być tak skomplikowane?
Wierne, szczere, brązowe oczy spoglądały ze smutkiem i współczuciem na katusze, jakie jego przyjaciel tak dzielnie i niezłomnie musiał znosić, rozdarty między władczym, złowrogim mężczyzną w białej masce a wymagającym, złowrogim mężczyzną z tytułem szlacheckim. Tłumy mężczyzn oblegające Harolda gęstniały z chwili na chwilę, niby węże z dziupli na rajskiej jabłoni wyłaniali się kolejni wielbiciele — kolejni wrogowie. 'Arry — rozśpiewany, mężny, znękany i strapiony — przedstawiał sobą obraz rozdzierający serce. Czas było coś z tym wszystkim zrobić.
Aktualnie odgrywany fragment nie wymagał wprawdzie obecności skąpo odzianych wróżków księżycowych z chóru, jednak taka właśnie osoba deusexmachinowała się na sam środek sceny i objęła młodego Pottiera braterskim, kojącym uściskiem.
— Och, 'Arry! — rzekł gorąco niespodziewany wybawca.
— O jejku, jej? — zdziwił się 'Arry i osunął wdzięcznie na podsunięte ramię.
— Jak chcesz — wyszeptał konspiracyjnie Ronald Vesleis — wistawimi ich wszistkich rufą do wiatri i uciekniemi daleko, daleko. Ha.
— Trzy dni pamiętała o wiernym chłopczynie... — śpiewał gdzieś w oddali Maestro Lucius.
Oczywiście, do niczego nie doszło.
Czasami Harold Pottier prawie—że tego żałował. Ale, będąc wrażliwym młodzieńcem u szczytu jurności, durności i czupurności, nieodmiennie bolał nad wszystkim, co go w życiu ominęło. Nad każdą niedoszłością, niedoszedłeństwem, nie — dojściem. Tak było i z tym zgaszonym przedwcześnie porywem, zdeptaną niby ogon węża chwilą, otwierającą drzwi do przygód i emocji. Ale cóż — przyszedł Drago i zrobił porządek.
— Już ja zrobi z tim wszistkim porziądek!
Mon dieu, ależ to była awantura... Drobny arystokrata szalał po scenie niby Otello — ze słusznym oburzeniem i urazą potrząsał wysokim, szczupłym Vesleisem i usiłował dosięgnąć mu do gardła — w poczuciu niemocy, ściskał go zastępczo w okolicy żeber i wyrzucał z siebie groźby karalne. W końcu monsieur LeCnot i monsieur Vesleis rozdzielili obu młodzieńców, jednego odesłali do ostatnich rzędów chóru, ażeby się wstydził i przemyślał swoje życie od nowa, a drugiego wysłali do najwyższej loży na najwyższej galerii, aby się naocznie przekonał, że wszystko świetnie idzie. 'Arry zaś przeczekiwał burzę w zacisznej komórce pod pulpitem dyrygenta, liczył do trzech trzonki od mioteł, pozostawionych tam po ostatnim przedstawieniu Czarownic z Salmonellaise i czuł się dziwnie niekochany, niezadbany i niedopieszczony.
Znowu nikt nie zwracał na niego uwagi.
Młody śpiewak nasłuchiwał, czy z pobliskich podziemi, kanałów, czy bodajże z rur nie rozlegnie się aksamitny szept Anioła Muzyki i nie wezwie go do powędrowania w mroczny labirynt. Przynajmniej Harold miałby coś do roboty w czasie, kiedy Drago i Ronald byli tak bardzo zajęci sobą, że nawet nie zauważyli nieobecności mademoisieur Pottiera. Wszyscy tak ogniście i namiętnie biegli, aby się o niego bić — a żeby posiedzieć z nim spokojnie w tej przyjemnej komórce, wystukiwać łagodne rytmy na trzonkach mioteł, ponucić coś — nie było nikogo. A tymczasem 'Arry tak dobrze, tak spokojnie i bezpiecznie czuł się w swoim przytulnym kąciku, oddzielony grubo opajęczynowanym stropem od burz i awantur Opery. Właściwie, mogłoby tak już zostać... Tak cicho, bez tej przemocy, brutalności, walki... Bez uniesień, starć i zajść, przygód i niewygód...
Aj?
Równie apatyczna co nieapetyczna wizja wygnała Harolda z komórki jeszcze prędzej, niż raniące uszy, niemelodyjne chrupanie korników w kijach od mioteł. 'Arry w nagłym przypływie desperacji wybiegł aż do najwyższej loży na najwyższej galerii i schwycił wicehrabiego w objęcia.
— Ach, Drago! Zróbmi to teraz!
— Zróbmi... Zróbmi! — wykrzyknął jak echo uradowany Malefoy. Objął ukochanego i wraz z nim ruszył w malownicze, choć nierytmiczne tany po całej loży.
— Przedstawieni musi trwiać!
Zaczęło się.
Loże, fotele i krzesła w Operze zajęła rozgorączkowana publiczność. Wszystkie wejścia i wyjścia, okna i okienka, szpary, furtki, mysie dziury i wężowe rury obstawione zostały przez uzbrojonych po zęby żandarmów. W przejściach, korytarzach i kątach czaili się wynajęci przez wicehrabiego wojacy w cywilnych ubraniach. Malefoy upierał się, aby członkowie jego osobistej armii byli obecni przez cały czas na scenie, jako część grupy baletowej, dekoracji czy orkiestry. LeCnot i Vesleis ubłagali go jednak, by zaniechał tych planów — bądź co bądź, prócz niewątpliwej satysfakcji moralnej ze schwytania Upiora potrzebowali również jakichś zysków z wystawienia tej szczególnej opery, a więc musieli zapewnić widzom odpowiednią satysfakcję estetyczną. Drago Malefoy ustawił wobec tego swoje siły w długim szeregu pod sceną i w napięciu oczekiwał rozwoju sytuacji.
— W teatrze, w Paryżu, kochaj mnie... W dorożce, w surducie, kochaj mnie... W lecie, w birecie, kochaj mnie... — wyśpiewywał na scenie Harold Pottier. A Upiór Opery...
Nie nadchodził?
'Arry śpiewał z całego serca, podwójnych płuc i z potrójnym wigorem. Ciało miał boleśnie napięte, wygięte i przejęte trwogą oraz nadzieją — kiedy nadejdzie jego Anioł? Kiedy się wynurzy z mrocznych czeluści operowych kazamatów? Kiedyż wreszcie Harold Pottier ujrzy znowu swojego... swojego...
Byłego niedoszłego?
Choć 'Arry bez reszty skupiał się na swoim występie i kolejnych partiach mrocznoepickiej arii, na skraju świadomości boleśnie pulsowała myśl, że dzisiejszy wieczór raz na zawsze rozstrzygnie o jego związku z Aniołem Muzyki. O tej niezadowalająco skonsumowanej, okrytej cieniem niepewności i mrokiem grozy, śpiewanej w zakazanych tonacjach więzi z przedziwną istotą, zwaną Upiorem Opery. Harold podjął swoją rolę w przedstawieniu, ugiął się ostatecznie pod żarliwym, zimnym błyskiem oczu Drago Malefoya, zgodził się wystąpić jako zwodniczy gwóźdź do trumny własnego mistrza. W istocie jednak pozostał rozdarty — nawet po tragicznych zajściach z Siriusem Noir nie potrafił znienawidzić Anioła. 'Arry śpiewał nieszczęśliwie i, mimo wigoru, bez wiary we własne talenta. Światła go raziły, niewidoczna twarz Drago w loży powyżej denerwowała, wszystko drażniło — nawet żabot na koszuli, odziedziczonej po ojcu, boleśnie drażnił dziś nagą skórę i jakby wgryzał się w serce. Czy Anioł przyjdzie? Czy Drago pokona go, zniszczy, zatriumfuje? Czy zwycięży Upiór Opery? Czy też nie przyjdzie w ogóle, umknie wrogim zakusom — i porzuci 'Arry'ego?
Harold Pottier miał huśtawkę nastrojów.
Śpiewający na tyłach chóru Ronald Vesleis z trwogą obserwował zachowanie przyjaciela. Nawet w bezpiecznym zaciszu ich wspólnej, starej sypialenki w skrzydle chórzystów haroldowe huśtawki emocjonalne i jego uczuciowe burze nie raz sprowadziły na nich kłopoty — a tymczasem teraz 'Arry przeżywał swój kolejny trudny okres na oczach widowni, na samym środku sceny! Jedyna nadzieja w tym, że widzowie uznają zachowanie głównej gwiazdy za celowy element całej scenerii. Bądź co bądź, autor wykonywanego właśnie muzycznego dzieła — niesławny Upiór Opery — był przecież wystarczająco niezrównoważony psychicznie, aby można było na niego zwalić pewne emocjonalne napięcia w występie primadominika. Harold, uroczy jak zawsze i urzekający serca niewinnością, całego siebie wkładał w ten występ. Jego zielone oczy o żarliwym, płochym wejrzeniu w jakiś sposób docierały spojrzeniem do każdego jednego z widzów, wypalając na jego duszy niezacieralne wspomnienie na kształt błyskawicy. Nie na darmo Madame Magonagalie już u początków śpiewaczej kariery kategorycznie zakazała młodzieńcowi nosić okulary na scenie, nawet za cenę nieustannego obijania się o elementy dekoracji. Te oczy, ta zieleń w mgiełce bezradnej krótkowzroczności — nawet wicehrabia Malefoy w swojej loży, spięty i skupiony na wypatrywaniu wroga, ocknął się w pewnym momencie zwisając w nader skomplikowanej anatomicznie pozycji ze swego balkonu, byle tylko móc spojrzeć w twarz swojego Anioła. Zaś 'Arry — prócz spojrzeń — śpiewał. Śpiewał jak, być może, nigdy dotąd, na dnie serca czuł bowiem, że to pożegnanie — ostatni występ na pewnym etapie życia, może ostatni śpiew dla Anioła Muzyki, może w ogóle coś jeszcze innego — pozostawało jednak wrażenie, że tego wieczora dokona się coś nieodwracalnego, co na zawsze zamknie te dni, przesiąknięte aksamitnym głosem Upiora, mrokiem podziemi i wyziewami z podziemnego jeziora.
Czy podziemne jezioro wyziewa...?
Mętne wspomnienie żyjącej tam jakoby kałamarnicy po raz kolejny wytrąciło Harolda z chwiejnej równowagi. W swoim rozdarciu między Scyllą Malefoy a Upiorem Charybdy nie potrzebował dodatkowych potwornych wizji.
Wicehrabia Drago Malefoy ze swojego strategicznego stanowiska w loży mógł ogarnąć wzrokiem całą widownię Opery oraz scenę i jej gwiazdę. Z uwagi na obecność owej gwiazdy, Drago raczej właśnie ją pożerał wzrokiem, niż spostrzegał cokolwiek innego. Harold. 'Arry. Jego Anioł. JEGO ANIOŁ! JEGO I TYLKO JEGO! Od dzisiejszego wieczora nie będzie już żadnych mrocznych cieni nad ich wspólną, świetlaną przyszłością. Ten jedyny, ponury cierń, wbity niczym ząb jadowy w serce Harolda, zostanie wyrwany z korzeniami, przeleczony kanałowo i spuszczony w rurach podziemnych Opery. Drago Malefoy osobiście tego dopilnuje, choćby miał diabolicznego Upiora własnoręcznie potraktować wiertłem. Ten wieczór przesądzi o wszystkim i zamknie ponurą kartę historii, pisanej skrytymi w rękawiczkach palcami Upiora Opery.
A Drago będzie mógł wreszcie zamówić sobie takie same bez obaw o posądzenie o plagiat.
Na scenie Harold Pottier poczuł dreszcz, przechodzący go od stóp aż po dekolt, mimo tarczy w postaci żabotu ojcowskiej koszuli nocnej. Jak nigdy dotąd czuł się jak bezwolna ofiara, którą w przeciwne strony szarpią mroczne macki przeciwnych sobie sił ciemności. Jak nic podrą mu koszulę.
Tacie to by się nie spodobało...
A więc tak, mój Aniele? Taką podjąłeś decyzję, mój młody Hiacyncie operowych sal? Uczyłem cię, pieściłem czule twoje rozliczne talenta, dbałem, byś rozkwitł w całej pełni zielonookiego piękna — a ty mi tak odpłacasz? Karmisz mnie zdradą, Ganimedesie?
Upiór Opery z głębokich cieni swojej samotności chłonął dźwięki i słowa dzieła, które sam stworzył i spisał. Każda nuta, każda melodia — jeszcze gdy zaczynał kreślić ich znaki na liniach, wiedział w głębi duszy, że tylko dla jednego artysty mogą być przeznaczone. Tylko jego młody Anioł Muzyki o oczach bezbronnej łani, ciele chyżego jelenia i sercu lwa będzie godny tej muzyki i tych treści. I teraz oto spełnia się cud arcydzieła — muzyka Upiora na ustach Harolda Pottier, zjednoczenie talentów, zjednoczenie umysłów, zjednoczenie serc.
Boleśnie nietrwałe.
Aniele. Czujesz, jak moja opera przenika twoją skórę, twoje gardło, jak uskrzydla cię na tej scenie ponad chaosem świata? I to wszystko odrzuciłeś dla tego żałosnego dziecka o pustym spojrzeniu, beztalencia i tchórza? Niechże tak będzie, skoro tego właśnie chcesz. Niechże to zjednoczenie w magii muzyki będzie naszym ostatnim spotkaniem. Jeśli zdołasz po tym arcydziele spojrzeć znowu w mdłą szarość zwykłego świata — idź, dołącz do swojego chłopca. Drogę za tobą spowije ciemność. Moja ciemność, zamknięta dla ciebie na zawsze.
Tak naprawdę, to ja także wolę blondynów.
Ale chciałem dać ci szansę...
Nikt z początku nie zauważył nawet, kiedy Upiór Opery wkroczył na scenę i stanął w blasku świateł. Czołowa dublerka opery, choć dzielnie do tej pory wykonywała przydzieloną rolę, nader chętnie umknęła za kulisy, ciężko zdyszana już pod przysypaną różowym pyłem peruką. Upiór nie silił się na wkładanie peruki, choć plan reżysera zakładał ów atrybut jako niezbędny w wyposażeniu głównej roli męskiej. Ale Upiór w ogóle nie silił się na spełnianie planów reżysera, zwłaszcza w kwestii atrybutów męskich. A słuchacze — oraz licznie obecny na scenie chórobalet i odtwórcy ról drugoplanowych — nawet nie zauważyli, że coś się zmieniło.
Urzekł ich śpiew.
Upiór Opery nie bez powodu nazywany był Aniołem Muzyki — którego to tytułu niekiedy łaskawie użyczał młodemu Haroldowi Pottier. Jego talent był niewątpliwy i ewidentny, jego głos przenikał w głąb ludzkiej duszy niczym wąż wnikałby w rurę, gdyby zechciał w nią wnikać. Kolejne frazy, pasaże i melodie przeszywały aż do wątpi przedziwnym oczarowaniem — a w duecie z Haroldem śpiew Upiora tworzył upajające arcydzieło muzyczne.
Cud.
W swojej loży Drago Malefoy otrząsnął się z początkowego zasłuchania i zerwał na równe nogi. Czyżby go uszy myliły? I oczy, i wszystko? Oby tak było — oby się mylił! Czy jego ukochany 'Arry znowuż dopuścił do siebie tę zamaskowaną bestię? Pozwolił mu się zbliżyć, ująć tę piękną, bladą dłoń i — o biada! — śpiewać? A jednak! Właśnie takie świętokradztwo odgrywało się przed zszokowanymi oczami Malefoya. 'Arry i Upiór, dłoń w dłoń, gardło w gardło. Pieśń płynęła ponad oszołomionym tłumem.
Czary.
Nawet 'Arry nie zauważył od razu, co się święci. Mistrzowski śpiew, cud i magia opłynęła go i urzekła — on jednak zawsze był blisko Anioła Muzyki, bujając na falach jego talentu. Z początku więc było to tylko błogo znajome i kojące wręcz uczucie bliskości z ukochanym, choć diabolicznym mistrzem. Kiedy dłoń Upiora Opery ujęła dłoń Harolda — gwiazdy nie zatrzymały się w biegu, słońce nie zgasło, ziemia nie zadrżała. Nie ośmieliłyby się — tego występu nic nie mogło zbezcześcić. Tej melodii nic nie miało prawa przerwać. Rozdarty, zbolały, niepewny 'Arry otworzył nareszcie oczy i zaakceptował rzeczywistość, która rozgrywała się przed nim — z płonącym spojrzeniem Upiora tuż obok i bladymi oczyma Drago wysoko ponad nim. Muzyka trwała — i nic nie powinno tego przerywać. Tylko tej muzyki 'Arry teraz pragnął. Chciał się z nią zjednoczyć, współuczestniczyć, współtworzyć magię. Pochwycił mocno podaną mu dłoń — nie dbał właściwie, do kogo należała. Tu nie chodziło już o przyziemne żądze i uczucia — chodziło o prawdziwą, czarodziejską muzykę. O anielskość. Reszta niech będzie, jak ma być, niech nawet cała osoba Harolda zostanie rozdarta na strzępy przez chciwe pazury złych mężczyzn — ale teraz, przedstawienie musi trwać. Podejmował śpiew, obojętny na światło i mrok. Liczyła się tylko Opera.
Harold Pottier nigdy dotąd nie wyglądał tak pięknie w oczach swojego mistrza. Po raz pierwszy wyzbyty wahań i niepewności, zdecydowany i spokojny w swej żarliwości, bez reszty oddany muzyce. Och, Upiór Opery kochał oglądać swego młodego Anioła drżącym, strwożonym, nieśmiale niepewnym, kochał jego niewinność i naiwność, i delikatność — prawdziwie czarodziejska muzyka jednak wymagała pewności i oddania. Teraz dopiero, po tych wszystkich tygodniach, jakie Anioł Muzyki włożył w szlifowanie muzycznego diamentu, jakim był Harold Pottier — teraz dopiero cud dokonywał się w pełni.
Za późno.
Drago Malefoy zamarł w swojej loży, oszołomiony. Podniósł dłonie, chcąc je wyciągnąć do ukochanego, przebudzić go z tego strasznego snu — jednak coś go oddzielało od Harolda murem, którego tu i teraz nie był w stanie przeniknąć. Muzyka przenikała nawet opancerzone serce wicehrabiego, wprawiając w drżenie jego najskrytsze emocje. Ta muzyka była prawdziwą magią — a tworzyli ją, daleko poza zasięgiem Malefoya, Harold Pottier i Upiór Opery. Zjednoczeni w cudzie, boleśnie niedosiężni dla patrzącego na nich bezradnie wicehrabiego. Drago opadł na kolana i załkał boleśnie.
— 'Arry...
Harold kochał go. Drago wiedział o tym, czuł to z pełnym przekonaniem. Nigdy w to nie wątpił. A jednak — ten diabeł w białej masce anioła, ta żmija oplątała 'Arry'ego swymi zwojami i wciągnęła w świat, do którego Malefoy nie miał dostępu. Mógł tylko wbrew sobie samemu kłonić się przed pięknem melodii i bezradnie patrzeć, jak jego ukochany współuczestniczy w cudzie, którego on sam, wicehrabia Drago Malefoy, nigdy nie byłby w stanie mu dać.
— 'Arry...
Na scenie Opery dwa głosy wzniosły się w jednym, magicznym upojeniu. Cud trwał. Upiór Opery uniósł dłoń Harolda i ucałował ją chłodnymi wargami. Spojrzeli sobie w oczy. Zieleń spotkała się...
Z szarością?
Jakaś postać wdarła się pomiędzy nich, jakaś melodia rozbrzmiała dysonansem — nieoczekiwanie wpasowanym w całość, zamykającym linie muzyczne gwałtowną zmianą tempa. Ciemność, krzyki, chaos.
Samotność.
'Arry pozostał na scenie, oszołomiony, przyciskając dłonie do żabotu koszuli. Wszystko znikło. Anioł odszedł, muzyka zgasła. Zapadł szary, pozbawiony magii mrok.
Zostawili go samego?
Oddał się melodii na dobre i na złe, nie dbając o konsekwencje, ale — tego mimo wszystko nie oczekiwał? Było ciemno, ludzie krzyczeli, koszula cisnęła pod szyją. 'Arry przestąpił z nogi na nogę, zrozpaczony. W takiej chwili naprawdę przydałby mu się jakiś patronat...?
— Aniele — zaszeptał błagalnie.
Cisza.
— Aniele! — wyrzekł głośniej.
Cisza.
— Drago?
Cisza.
— Ronald...?
Cisza.
— Jest tu kto...?
Widzowie Opery mieli na zawsze zapamiętać to przedstawienie. Niepokojąca, napięta atmosfera sceny podsycała wzburzenie słuchaczy od samego początku – Harold Pottier jednocześnie urzekał i wprawiał w drżenie swoim śpiewem, w którym kłębił się wężowy kłąb mrocznych emocji. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy do młodej gwiazdy dołączył drugi głos – ich wspólne arie sięgnęły szczytów sztuki muzycznej, wprawiając w bezgłośne zachwycenie nawet najbardziej niewrażliwych świadków owego cudu. Gdyby operowe przedstawienie było kontynuowane po tej magicznej linii melodycznej, gdyby wspaniały duet aż do ostatnich aktów wyśpiewał przed publicznością swoje pasaże, serca i myśli zgromadzonych bez reszty zostałyby urzeczone ich talentem i mocą prawdziwie anielskiej muzyki. Widowisko, jakie rozgrywało się przed nimi, całkowicie owładnęło duszami słuchaczy. Nawet grom z jasnego nieba, gdyby uderzył właśnie wtedy choćby i w środek sceny, nie zdołałby oderwać publiczności od przedstawienia.
Divus Lucius zdołał to uczynić. Ale musiał użyć laski.
Wszedł na scenę zupełnie się nie kryjąc, gładkolicy mężczyzna o platynowoblond fryzurze, chłodnych, srebrnoszarych oczach i głębokim gardle, zdolnym prześpiewać wszystkie kapryśne pasaże z pedantycznych zapisów nutowych Anioła Muzyki. Baczne, zimne spojrzenie ogarnęło całą sytuację. Śpiewak przez chwilę słuchał duetu – bynajmniej nie urzeczony, wykrzywił leciutko usta w krytyczną podkówkę.
- Dość.
Laska aż świsnęła – przecięła powietrze tuż przed twarzą Harolda, któremu, zaskoczonemu, załamał się głos, przeobrażając się w samym środku epickiej arii w koguci skrzek. Upiór Opery utrzymał linię melodyczną. Spod białej maski spiorunował intruza ponurym spojrzeniem.
- Jeszcze nie skończyliśmy! – mruknął między kolejnymi partiami. 'Arry zapiał lękliwie, cofając się od obu mężczyzn. Lucius stuknął laską w deski sceny.
- Koniec przedstawienia.
Harold Pottier na zawsze zapamiętał moment, kiedy czerń oczu Upiora spotkała się z zielenią jego własnego spojrzenia.
- Żegnaj. Było pięknie. Zadowalający występ, mój młody Aniele. Żegnaj. Żałuj.
Przed oczyma młodzieńca zawirowała czarna peleryna, kiedy jego mistrz odwrócił się do niego plecami. 'Arry nawet nie dostrzegł, za które liny pociągnął Upiór – natychmiast zaczęły spadać kurtyny razem z kandelabrami i żyrandolem. Za ich plecami widownia oszalała – paniczna ucieczka, płonące fotele, krzyki. Drago Malefoy wychylił się ze swojej loży i wygrażał pięścią swojemu wrogowi, znikającemu za zasłoną ognia. Harold stał na scenie jak przymurowany, nie widząc nawet biegających dookoła ludzi i palących się sprzętów.
- ZADIOWALAJĄCI?
Tyle serca w to włożył, tyle emocji... I nie był w oczach swego Anioła nawet wybitny? Nawet tyle? Ocknął się dopiero, gdy dotarł do niego Drago, któremu zejście z loży i przedarcie się przez tłum zabrało sporo czasu.
- Aniele! Uciekajmi stąd! Biegniemi! Szibko! Aniele! Obudź si!
'Arry rozejrzał się, ogarniając wzrokiem płomieniste piekło, jakie rozgorzało wokół niego za sprawą Upiora Opery. Ogień bezlitośnie niszczył już meble i ściany gmachu – za płomieniami czaiły się tylko mroczne cienie, w których zniknął sam Upiór.
To znaczy, nie sam.
'Arry przestał to rozumieć. Przestał rozumieć cokolwiek z czegokolwiek.
- Ni rozumim! – poskarżył się głośno.
- To jest zło! – wyjaśnił mu dobitnie Drago. – To ten podłi Upiór! To wszistko jego robota! Jego wina! On jest złem wcielonim! Ja ci to mówi!
- Ale... Ale...
- Najwiższi czias, żiebiś si z tiego otrziąsnął! – stwierdził stanowczo Malefoy. – Idzimi stiąd! Odchodzimi! I nigdi ni wrócimi!
'Arry zapewne wahałby się dalej, gdyby spadająca płachta omal nie przypaliła mu żabotu koszuli. Młody Pottier obronnym gestem wtulił się w ramiona wicehrabiego.
- Chodźmi – zgodził się ostatecznie. – Najwiższi czas.
- No to idziemi.
I poszli.
Zniszczenia były bardzo poważne. Opera wymagała gruntownego remontu, a jedno skrzydło, zupełnie zawalone – całkowitej odbudowy od podstaw. Podstawy zaś, co wynikło ze wstępnych szacunków, sięgały aż do głębokich, podziemnych korytarzy, pod-podziemnego jeziora i jaskiń, sięgających chyba bezpośrednio do Antypodów. Rzecz wymagała naprawdę solidnych fundamentów.
I równie solidnych nakładów.
Administrator majątku, człowieczek wprawdzie nieduży, ale energiczny za trzech, nie tracił jeszcze nadziei, że uda się ruszyć z miejsca. Panowie Vesleis i LeCnot, nadal niezdecydowani co do kontynuowania swojego kierownictwa, odłożyli jednak poważną sumę z zeszłorocznych nakładów na pokrycie przynajmniej części strat. Były Dyrektor, który zresztą coraz częściej przebąkiwał o zawieszeniu emerytury, wspomagał nieustannie całą ekipę remontową dobrymi radami, wskazówkami, dropsami i – wyciąganiem z rękawa kolejnych sponsorów, którzy po kawałku pomagali łatać operowy budżet. Sumy były niewielkie, lecz udało się dzięki nim rozpocząć przynajmniej prace remontowe. W jaki sposób sędziwemu D'ombleD'orowi udawało się to osiągnąć, nikt nie chciał wnikać – widocznie czas spędzony na emeryturze nie stępił dyrektorskiej batuty. Administrator, którego niziutka osoba niknęła przy wysokim i rozwianobrodym D'omble D'orze, nie zamierzał pozostać w tyle. Podniesiony na duchu pomyślną kontynuacją remontu, oczywiście podjął wyzwanie, postanawiając osiągnąć znacznie większe darowizny od pozyskanych na własną rękę sponsorów. Najbardziej obiecujący kandydat zwiedzał właśnie zgliszcza sali operowej ze swoim plenipotentem. Nowo mianowana sekretarka administracji, mademoiselle Preis La Vneis, sunęła za nimi drobnym krokiem, otulając się obronnie kilkoma warstwami szali.
- Mam niedobri przeczuci... Mam bardzo niedobri przeczuci... – mruczała.
Administrator zadrżał.
Jego nowy znajomy niewątpliwie nadawał się idealnie na patrona Opery Paryskiej. Był bajecznie bogaty – zaraz na wstępie wyłożył imponującą sumę na prace remontowe, nie żądając nawet wyrycia swojego nazwiska na ścianie budynku, ani chociażby ułożenia go z błękitnych dachówek nad wschodnim skrzydłem. Tak naprawdę, w ogóle nie przedstawił się z nazwiska i wszelkie próby socjalizacji ze strony kierowników zbywał niechętnym machnięciem. Spotykał się z nimi rzadko, wszelkie sprawy ewentualnego kontraktu patronackiego pozostawiając swojemu zaufanemu pomocnikowi. W czasie nielicznych rozmów, które sprowadzały się głównie do długich monologów Vesleisa i LeCnota oraz wzgardliwych prychnięć i syknięć bogacza.
- Mam niedobri przeczuci! – ostrzegała sekretarka. Tajemniczy mężczyzna pokazywał się publicznie wyłącznie zapatulony od stóp do głów w czarny płaszcz, z głową przykrytą kapturem – któregoś razu nazbyt dociekliwy LeCnot wypatrzył pod zasłoną brzeg srebrnej maski, skrywającej twarz gościa.
- Następni!
- Pelerini, maski, czi mi si nigdi ni uwolnimi od tich przebierańców? – biadali Dyrektorzy.
- Co to za moda dziwna jakaś, niedługo nam też każą nosić jakiś śmieszni pelerinki czi tiari!
- Ten człowiek jest podejrzani.
- Ja go tu nie chci.
- On nosi maskę!
- Mam niedobri przeczuci!
- On mi si ni podoba!
- On ma dziwni oczi!
- Skąd wisz?
- Czuję to. Ni lubię tego oszukańca. Na pewno coś knui.
- On ma w sobi coś dziwnego!
- On ma pieniądze.
Administrator celnym argumentem zbył protesty Dyrektorów i kontynuował spotkania z przyszłym patronem. Monsieur Bartholomeis Crouchet, przedstawiciel, sekretarz, piastun i prawa ręka bezimiennego darczyńcy, uzgadniał wszelkie szczegóły, stopniowo ujawniając zamysły swojego pana.
- Nie zostaniemi tu długo.
- Ależ, monsieur!
- Zostawimi panu całą sumę w banku. I stosowne pełnomocnictwo – uspokoił go szorstko Crouchet. – Będziecie mogli liczić na stały dopływ gotówki.
Wymienił sumę, na dźwięk której administrator aż podskoczył i nerwowo podrapał się w głowę. To oznaczało znacznie więcej, niż kiedykolwiek przypuszczał. I ten szczodry, wspaniały, hojny, cudowny człowiek niczego w zamian nie żądał? Ani obalenia dla niego pomnika w holu Opery, ani wzniesienia nowego, ani duszy pierworodnego syna, ani pierworodnej córki w potrawce warzywnej?
Najlepsi sponsorzy od zawsze byli najbardziej ekscentryczni. I chwała im za to.
- Możemi natichmiast podpisać dokumenti, a potem... – kuł żelazo, póki gorące. Crouchet powstrzymał jego zapał, spoglądając za swoim panem, który z wolna obchodził gruzowisko pośrodku sali. Poła czarnego płaszcza przesuwała się po popiele z szelestem przypominającym syk węża.
- Moi pan, ocziwiści, ma swoi wimagani – zaznaczył Crouchet. Oczywiście. Po dzbanie miodu nadchodził czas na łyżkę dziegciu. Daleko w narożniku pomieszczenia mademoiselle Treis La Vneis pokiwała głową z posępną satysfakcją. Jej przeczucia zawsze się sprawdzały. Ten człowiek na pewno każe im pomalować wnętrza w deseń z ludzkich czaszek. Prawdopodobnie na zielonym tle.
- Cziego żądaci?
Króciutkie wzruszenie ramion. Bartholomeis Crouchet okrył się płaszczem, identycznym, jak u swego pana, i narzucił kaptur na głowę.
- Moi pan jest... Kolekcjonerem. Pragni zatrzimać sobi kilka pamiątek z tego mieisci. Wspomnieni minionich dni i nadziei na nowe sukcesi.
- Ocziwiści, ocziwiści! – W całym budynku Opery nie było w tym momencie niczego, co ewentualnie ktokolwiek chciałby zachować. Jakie pamiątki chciałby zbierać zaiste ekscentryczny darczyńca? Administrator nie zamierzał w to wnikać.
- Czim chata bogata, tim rada!
- Doskonale. – Crouchet odwrócił się do nich. Kaptur miał nasunięty głęboko na twarz – sekretarka nawet przez materiał szala dostrzegła jednak pod nim srebrną maskę.
- Mam bardzo niedobri przeczuci... – zaszeptała do siebie.
- W takim razi możiemi się na razi pożiegnać.
- Wichodzią panowi...? – zakłopotał się administrator.
- Ni, państwo wichodzą. – Towarzysz cennego sponsora bezceremonialnie wskazał im wyjście. – Mi sobi spokojni zabierziemi to, co naszie, a wi przigotujeci dokumenti.
Mademoiselle Treis La Vneis nie czekając na decyzję przełożonego pomknęła na zewnątrz. Po krótkim wahaniu administrator podążył za nią, pozostawiając za sobą w mroku i zgliszczach dwie zakapturzone postacie.
Wierny sługa podał ramię swemu panu. Dłoń o wąskich, bladych palcach zacisnęła się na rękawie, ozdobionym starannie haftowanym motywem czaszki i węża. Jakby na dany sygnał, u jego boku pojawiły się kolejne dwie postacie w długich płaszczach z kapturami. Bartholomeis Crouchet spojrzał na nie złym wzrokiem, opiekuńczo obejmując swego pana.
- I gdzi wiści si podziewali? Cziemu musieliśmi si spotkać w takim idioticznim miejscu? Po co te bzduri zie sponsoringiem?
Nowoprzybyli skłonili się nisko przed zakapturzonym mężczyzną.
- Wybacz, panie... – zaszeptał jeden z nich, ignorując obrażonego Croucheta. – Żegnaliśmy tylko ten miły przybytek... Dostarczył nam wielu wspaniałych przeżyć...
- Ja bym się mógł obyć bez takich przeżyć... – mruknął drugi z nich. – Zdzierałem tu gardło miesiącami, żiebyś mógł się zabawić z tim żółtodziobem! I jeszczi ten pożial si bożi wicehrabia!
Jego towarzysz wzruszył obojętnie ramionami.
- Przygoda była tego warta. – Pod białą maską czarne oczy rozbłysły na samo wspomnienie. – Harold Pottier okazał się zaiste synem swego ojca.
- A cóż to, czyżbyś sądził, że jest twoim? – rzucił kąśliwie drugi mężczyzna. W odpowiedzi usłyszał zduszone prychnięcie i kuksańca w bok.
- Ja ci nie wypominam twoich synów... Nie mów przy mnie takich rzeczy.
Bartholomeis Crouchet, reagując na kolejne ściśnięcie za ramię, głośno tupnął, zwracając na siebie uwagę towarzyszy.
- Wichodzimi stąd! Koniec tego! Zapomnijci o Operze Pariskij!
Ruszyli ku bocznemu wyjściu. Dwie pary oczu – lśniącoczarne i bladoszare – rzuciły jeszcze pożegnalne spojrzenia operowej scenie, spalonej na popiół.
- I cóż...?
- Cóż teraz...?
Ten, Którego Imienia Nie Poznał Nikt, z lubością pogładził się po ramieniu Croucheta.
- Katedra Notre-Dame...?
