Rozdział 3

Mężczyzna w średnim wieku, ubrany w granatowy kombinezon i taką sama kurtkę z narzuconą nań jaskrawoczerwoną kamizelką, stał na szczycie wysokiej tamy. Oparł się łokciami o barierkę betonowego pomostu i, dopalając papierosa, rozkoszował się ostatnimi chwilami przerwy w pracy.

Przy sprzyjających warunkach pogodowych widoki z pomostu były naprawdę spektakularne. Dziś niebo nad górami było zasnute grubą warstwą chmur, a najwyższe szczyty owiane były mlecznobiałą mgłą. Jednak mężczyzna, który przepracował w elektrowni wodnej Saint-Genevieve 15 lat jako inżynier, z łatwością przenikał wzrokiem szarawą wilgoć unoszącą się nad śniegami topniejącymi w górach i smog spowijający dolinę. Przed nim rozciągało się sztuczne jezioro, szare jak niebo ponad nim i niemal idealnie gładkie na swej powierzchni. Widział wyraźny zakręt doliny, w której leżało i zabudowania miasteczka na przeciwległym brzegu zbiornika. Za nim roztaczał się widok na dalszą część doliny - rzadkie lasy, pastwiska i leżące w oddali Sant-Genevieve, bazę wypadową w okoliczne ośrodki narciarskie, pieszczotliwie określane przez miejscowych jako "metropolia".

Mężczyzna spojrzał w dół. Pod nim na drugą stronę tamy co sekundę przelewały się setki metrów sześciennych wody z jeziora w dół, do potężnych turbin, połączonych z prądnicami wytwarzającymi prąd elektryczny dla „metropolii" i całej doliny. W pewnym sensie napawała go dumą myśl, że dzięki, między innymi, jego pracy każda lampa, podgrzewacz wody i orczyk w promieniu kilku kilometrów mogły pracować bez przeszkód.

W tym momencie kątem oka dostrzegł idącego w jego kierunku kolegę. Był on nieco młodszy od niego, lecz pracowniczy uniform ściśle opinał jego korpulentne ciało. Pomachał do niego radośnie i stanął przy barierce.

- Paskudna pogoda, co, Louis? – zagadał.

Starszy inżynier przytaknął i wypuścił z ust chmurę dymu. Jego kolega zakasłał.

- Och, znów palisz? Myślałem, że rzuciłeś.

- To nie takie łatwe, Robercie – mruknął Louis, który rzucił niedopałka do wody. – Coś się stało? Ja zaraz kończę przerwę – dodał, spoglądając na zegarek.

- Musiałem się przejść… - odparł Robert. - Odkąd mamy najnowocześniejszą sterownię w kraju, niewiele się dzieje, sam wiesz. No, chyba, że za ważne wydarzenie uznać tych oszołomów z Greenpeace'u, którzy się kręcili i próbowali zawiesić jakiś oszołomski transparent na ścianie tamy. Na szczęście, ochrona już się nimi zajęła – powiedział Robert.

Obaj zarechotali cicho. Takie ekscesy zdarzały się co jakiś czas. Gdy tamę dopiero budowano, kilku „ekologów" przypięło się łańcuchami do drzew i gotowi byli razem z nimi zatonąć, byle budowa nie doszła do skutku. Gdy rząd nie ugiął się pod ich żądaniami i w rok później elektrownia zaczęła funkcjonować, spuścili z tonu. Potem co jakiś czas przypominali sobie o Saint-Genevieve i urządzali prowokacje, ku ironicznej uciesze obsługi, że ich miejsce pracy znów stało się bohaterem lokalnych mediów.

- Zajęli by się czymś produktywnym. Na przykład pojechali sobie na stoki – stwierdził Louis.

- Podobno warunki są kiepskie, wieje halny i topi cały śnieg… – odparł Robert.

- Szkoda – mruknął Louis.

Nagle krótkofalówka Roberta wydała z siebie krótki, piszczący odgłos.

- Halo, Neveu, gdzie jesteś? – zaskrzeczało urządzenie.

Robert uniósł mikrofon do ust.

– Tu Neveu, jestem na tamie, co się dzieje?

- Potrzebujemy cię w sterowni. System zarządzający śluzami przestał odpowiadać prawidłowo.

Z krótkofalówką przy ustach Robert zaczął zmierzać w kierunku wyjścia z pomostu. Louis podążył za nim.

Mężczyźni zeszli z tamy i zeszli po wąskich schodach do sterowni. Było to jasno oświetlone, duże pomieszczenie, które wcale nie sprawiało wrażenia, że znajduje się częściowo pod ziemią. Przy ścianach stały konsole z wieloma przyciskami i kontrolkami, a nad nimi wisiały duże monitory, na których wyświetlane były różne informacje i parametry. Na jednym z nich wskaźnik stanu śluz migotał ostrzegawczo na czerwono. Inny technik manipulował przełącznikami i wpisywał jakieś komendy do systemu, bez skutku.

- Co się dzieje? – zapytał Robert, gdy podszedł do ekranu.

- Nie chcą się otworzyć, żeby wypuścić nadmiar wody ze zbiornika – wyjaśnił technik.

Robertowi nie trzeba było przypominać, jakie niebezpieczeństwa się wiązały z podniesieniem poziomu wody w jeziorze. Usiadł natychmiast do klawiatury i sam zaczął wpisywać polecenia do konsoli. Szybkie rozeznanie sytuacji wykazało, że nie chodziło o mechaniczne zapchanie śluz. Problem leżał w systemie, który z jakiegoś powodu zwariował. Jednak nawet biegły w informatyce Robert nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, dlaczego.

- To na nic. Muszę restartować program automatycznie dopasowujący otwarcie śluz do poziomu wody w zbiorniku – powiedział Robert. Po chwili uruchomił sekwencje restartującą. Program monitorujący śluzy zniknął z ekranu.
Pół minuty później program powrócił. Już nie mrugał groźnie czerwienią. Reszta pracowników odetchnęła z ulgą. Kilku wybiegło ze sterowni i zaskrzeczały krótkofalówki. Alarm został odwołany.

- Trochę nerwówki było, co? – rzekł Louis zza fotela kolegi. Robert mruknął twierdząco. – Ale co to było?

- Nie jestem pewny – odparł Robert.

- Może Greenpeace maczał w tym palce? Ostatnio lubią się nam naprzykrzać. – Louis zaśmiał się krótko. – Dobra, wracam do siebie. Trzymaj się.

Robert rozsiadł się wygodniej w fotelu i przypatrywał kontrolkom, które powróciły do normalnej pracy. Teoria o Greenpeace brzmiała całkiem prawdopodobnie, choć potem zwątpił, by aktywiści zwracali na siebie uwagę w ten sposób, skoro tego samego dnia już wtargnęli na teren elektrowni. Odkrycie, kto mógł ewentualnie stać za atakiem, wykraczało jednak poza jego kompetencje w zakresie obsługi systemu. Musiał omówić tę sytuację ze specem od zabezpieczeń.


W tym samym czasie w Kadic Jeremie siedział przy swoim zawalonym różnym sprzętem elektronicznym i byle jak rzuconymi książkami biurku i pracował nad nowym usprawnieniem do Skida. W tle oczywiście włączony był Superskan, który niestrudzenie szukał podejrzanej aktywności w Internecie mogącej wskazywać na działania XANY.

Jeremie miał uruchamiać symulację działania swego nowego programu, gdy nagle komputer wydał z siebie dziwny, świszczący dźwięk. Chłopak aż odjechał na swym krześle od biurka. Poprawił okulary i otrząsnąwszy się z początkowego szoku, począł szukać winowajcy hałasu. Jego pierwszą myślą był naturalnie komunikat Superskanu, ten jednak nadal pracował bez rezultatów.

W końcu, ku swemu zaskoczeniu, odnalazł na pasku zadań nowo otwarte okienko internetowego komunikatora. Wywołał je na pulpit i ujrzał jakiś poruszający się, drgający obraz pokoju i głowy dziewczyny o kruczoczarnych włosach i migdałowych oczach…

Jeremie szybko znalazł mikrofon i zawiesił go na uchu.

- Halo? Y-Yumi! – powiedział, zdziwiony.

- O, Jeremie, przepraszam, że przeszkadzam. Tak, to ja, masz chwilkę? – odpowiedziała szybko Yumi.

Jeremie był bardzo zaskoczony. Dlaczego Yumi zaczęła z nim wideokonferencję? I skąd miała na niego namiary?(Choć po chwili sam sobie odpowiedział, że być może jej kiedyś podawał swój numer.)

- Przestraszyłaś mnie nie na żarty - odpowiedział, wciąż niepewnie. – Co się stało?

- Mam problem… kuzyn z Japonii chciał ze mną porozmawiać przez wideokonferencję dziś wieczorem, ale ja tego nigdy nie robiłam, nawet nie wiem, czy kamera jest włączona, widać mnie?

- Widać! – uśmiechnął się Jeremie. – Odsuń się trochę od ekranu, bo widać tylko pół twarzy – dodał.

Yumi posłuchała go i po chwili w okienku ukazała się jej twarz wraz z szyją i fragmentem torsu.

- O, tak dużo lepiej - powiedział Jeremie.

- Wiedziałam, że ty mi pomożesz na pewno. Dzięki.

- Nie ma za co.

- Teraz wiem, co musiała czuć Aelita, gdy była uwięziona w Lyoko. To niezła namiastka rozmowy twarzą w twarz. Ale tylko namiastka – zauważyła Yumi.

Jeremie westchnął, gdy nagle który uświadomił sobie, że nie używał wideokonferencji, odkąd zmaterializował Aelitę.

- Co porabiasz, Jeremie? –Yumi zmieniła temat.

Jeremie przesunął okienko rozmowy do rogu ekranu i wywołał swój program na pierwszy plan.

- To, co zwykle – odparł, kasując jednocześnie fragment kodu, który mu się nie spodobał. – Piszę nowy program i szpieguję XANĘ.

- Fascynujące – stwierdziła ironicznie Yumi. - Jesteś sam?

- Tak. Aelita jest u siebie, a Ulrich… pewnie też – powiedział Jeremie.

Skrzywił się, gdy pomyślał o Ulrichu. Wciąż czuł się dotknięty przez jego pełne pretensji słowa o obsesyjnym przejmowaniu się Replikami.

- Hej, Jeremie, dobrze się czujesz? – zapytała Yumi, gdy dostrzegła jego reakcję.

- Powiedzmy, że tak… - westchnął.

- Jeśli chodzi o Ulricha… to, co ci powiedział, było bardzo niemiłe. Powinien cię przeprosić – stwierdziła Yumi.

Jeremie spojrzał na Yumi i mruknął twierdząco. Poczuł się nieco podniesiony na duchu. Cieszył się ze wsparcia ze strony Yumi, która nieraz bywała dla niego kimś jak starsza siostra.
Wtem komputer wydał z siebie alarmujący sygnał, a na ekranie pojawiło się nowe okno.

- Hej, a to co to? Zaczekaj, coś się dzieje, muszę to sprawdzić… - Jeremie przerwał rozmowę i przesunął nowe okno na wysokość swoich oczu.

Okazało się ono być komunikatem Superskanu, obwieszczającym…

- O rany. Znalazłem Replikę – powiedział powoli, przeglądając log wygenerowany przez program.

- Żartujesz! – niemal wykrzyknęła Yumi ze schowanego okna konferencji.

- Nie. Zawiadomię pozostałych – odpowiedział Jeremie, po czym sięgnął po telefon.


Uporawszy się z częścią prac domowych zadanych na następny tydzień, Aelita wyciągnęła z głębin szuflady pod swoim łóżkiem gruby segregator, po czym usiadła z nim wygodnie na tapczanie. W owym segregatorze przechowywała wszystkie rodzinne zdjęcia, jakie udało się jej uratować ze zdewastowanych wnętrz Pustelni. Nie było ich wiele i większość z nich była w opłakanym stanie - nadgryziona przez myszy lub zamoczona. Te skrawki papieru były jednak bardzo drogie jej sercu. Stanowiły wszak klucz do jej przeszłości.
Dzisiejsza dyskusja o obozie narciarskim, na jaki miała zamiar wybrać się Sissi, skłoniła ją do przejrzenia jej kolekcji. Aelita zaczęła tasować i przeglądać fotografie w poszukiwaniu tych szczególnych, na których jej zależało. Był pewna, że są gdzieś wśród licznych zdjęć w ogrodzie Pustelni i na łące ich górskiego chateau.

Wreszcie jedyne dwa zdjęcia zrobione w zimie wypadły spomiędzy kart segregatora. Aelita przyjrzała się im bliżej. Jedno przedstawiało ją samą w wieku około 2 lat i było czarno-białe. Była ubrana w grube śniegowce, jednoczęściowy kombinezonik i czapkę uszatkę. Stała obok wielkiej w porównaniu do niej kuli śnieżnej, najpewniej podstawy bałwana, podtrzymywana z góry za ręce przez dwie inne ręce, ucięte w kadrze tak, że nie było widać ich właściciela. Coś podpowiadało Aelicie, że to jej mama ją trzymała.

Drugie zdjęcie, kolorowe, zostało zrobione, gdy była starsza. Tym razem była ubrana w kolorowy kombinezon, kurtkę i różowy kask na głowie, w dłoniach trzymała krótkie kijki, a do nóg miała przypięte narty. Obok niej po obu stronach stali jej ojciec i mama, również na nartach. Aelita poznała ich pomimo, że ich twarze zasłaniały wielkie gogle.
W jakiś sposób pamiętała ten dzień – wtedy pierwszy raz zjechała sama po oślej łączce, wprawdzie pługiem i powolutku, lecz bez niczyjej pomocy. Nagle przypomniała sobie inne szczegóły. Raz stały z mamą u dołu stoku, obserwując tatę, który zawsze jeździł bardzo szybko, lecz nigdy się nie przewracał i ku jej uciesze wzbijał tumany śniegu przy hamowaniu. Innego razu śpiewali razem piosenki podczas jazdy kolejką, bo bała się wysokości. Uśmiechnęła się melancholijnie, gdy przywołała w pamięci niezliczone zabawy w śniegu, bałwany i bitwy na śnieżki… Wciąż żywe były w niej wspomnienia dzikich lasów, ośnieżonych szczytów i niewielkiego, drewnianego domu, zagubionego gdzieś w tym krajobrazie, odseparowanego od cywilizowanego świata.

Aelita ciężko westchnęła. Mimo, że te dwa zdjęcia, które trzymała w drżących dłoniach były już mocno nadgryzione zębem czasu, nie straciły nic ze swej mocy. Wciąż przesycone były wieloma ciepłymi, pozytywnymi wspomnieniami.

Delikatnie dotknęła postaci swojego ojca na zdjęciu. „Kiedyś razem pokonamy XANĘ i się znów spotkamy, tato," pomyślała, chowając zdjęcia z powrotem do segregatora.

W tym momencie zadzwonił jej telefon. Aelita poderwała się z łóżka i natychmiast odebrała.

- Halo, Jeremie? Co jest? Już idę. OK, zgarnę Ulricha. Zaraz u ciebie będziemy.

Aelita szybko wepchała segregator z powrotem do szuflady i wybiegła z pokoju ku piętru chłopców.


Ulrich siedział samotnie w swoim pokoju, to znaczy w pokoju, który dzielił z Oddem. Choć, prawdę mówiąc, nie był całkiem sam – był z nim Kiwi. Ulrich przypomniał sobie o tym po powrocie ze szkoły, kiedy zastał mokrą plamę pod swoim biurkiem i nadgryziony narożnik swojego łóżka.

„Jeszcze tego mi brakowało," pomyślał Ulrich, patrząc na demolkę, jaką w ciągu dnia poczynił znudzony i samotny pies. Kiwi skakał i szczekał wokół niego, ucieszony towarzystwem. Żeby zająć czymś Kiwiego, Ulrich otworzył puszkę psiego jedzenia i wyłożył na miskę. Głodny Kiwi rzucił się radośnie na jedzenie, podczas gdy Ulrich zaczął zbierać i porządkować rzeczy z podłogi. Musiał też skoczyć po wiadro i mopa do składziku, żeby sprzątnąć pod biurkiem.

Gdy w końcu uchylił okno, by pozbyć się wciąż wyraźnie wyczuwalnego psiego zapachu, usiadł okrakiem na swoim krześle i rozejrzał po teraz już wyglądającym cywilizowanie pokoju. Kiwi skończył jeść i siedząc obok swojej miski z wywieszonym jęzorem, patrzył z uwielbieniem na Ulricha. Jego maślane oczka wyraźnie dawały Ulrichowi do zrozumienia, że pies chętnie poszalałby na zewnątrz.

- Spacer? Nie mam siły, Kiwi – mruknął do psa, który widocznie wyczuł jego nastrój, gdyż spuścił łeb i posmutniał. – Popatrz, jaki jestem dobry dla ciebie, dla twojego pana… Nie martw się, on wróci – gadał do wciąż niepocieszonego Kiwiego.

Miał inne wyjście? Owszem, mógł nie przejąć się bałaganem, jaki zastał i zapomnieć całkiem o Kiwim, który przecież nie był jego psem. Ale nie wytrzymałby długo w otoczeniu chaosu i brudu. Poza tym, miałby nie wyświadczyć przysługi choremu kumplowi?

To prawda, miewał czasem dość Odda i jego niedbałego, beztroskiego stylu bycia. Często się sprzeczali o porządek, o zachowanie Kiwiego, o hałas, którego Ulrich tak nie znosił. Jednak mimo to byli najlepszymi przyjaciółmi. Z nikim się tak mu nie udawały wygłupy jak z Oddem. Razem sobie pomagali w lekcjach, bo mieli podobne problemy. Wreszcie, wspólnie strzegli sekretu Lyoko i walczyli z XANĄ, i to bez wątpienia było ich najważniejsze wspólne zadanie, które musieli zawsze wykonać bez względu na wzajemne niesnaski i różnice.
Poza tym, bez Odda może i było cicho i spokojnie, ale za to śmiertelnie nudno.

Nagle z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Kiwi otrząsnął się z apatii i zaczął biegać w kółko. Ulrich szybko zgarnął go do jego kryjówki.

- Hej, Ulrich, to ja! – usłyszał głos Aelity.

Ulrich poczuł, jak kamień spada mu z serca. Podszedł do drzwi i wpuścił Aelitę do środka. Kiwi wyszedł z ukrycia i zaczął plątać się obojgu pod nogami. Aelita kucnęła i pogłaskała uradowanego psa. Spojrzała na Ulricha, pełna powagi.

- Coś się stało? – zapytał Ulrich.

- Jeremie znalazł Replikę. Chodź, jest narada – oznajmiła krótko.

Aelita poklepała Kiwiego po pysku ostatni raz i ruszyła ku drzwiom. Odwróciła się i spojrzała wymownie na Ulricha, który wciąż stał na środku pokoju, jak wmurowany w posadzkę. Nie był on zbyt skory do spotkania z Jeremiem, mimo, że od obiadu minęło sporo czasu i emocje w nim opadły.
Powoli do niego docierało, że to Sissi była główną sprawczynią całego zamieszania, a Jeremie(i po części Aelita) stali się mimowolnie jego ofiarami. Czuł, że potraktował przyjaciół niesprawiedliwie. On już zdążył ochłonąć, lecz czy to samo można było powiedzieć o Jeremiem?
Niepewny co do tego Ulrich zamknął drzwi przed niepocieszonym i znów pozostawionym samemu Kiwim i ruszył bez entuzjazmu za Aelitą.

W chwilę później Aelita zapukała cicho do drzwi pokoju Jeremiego i razem z Ulrichem wśliznęli się do środka. Jeremie siedział odsunięty na bok od ekranu komputera, na którym widoczne było okno wideokonferencji z Yumi. Ulricha i Aelitę nieźle zaskoczyła jej obecność w pokoju w ten sposób.

- Cześć! – Yumi pomachała im z ekranu.

- Jak się rozmawia do monitora? – zagadnęła Aelita, gdy zobaczyła Yumi na swoim niegdysiejszym miejscu.

- Szczerze? Żałuję, że nie mogę być z wami w Kadic – odparła Yumi.

Ulrich podszedł do monitora, by z bliska przyjrzeć się Yumi i pokazać się jej w kamerze. „Ale numer", mruknął. „A więc tak się czuł Jeremie, gdy przez ponad rok tak się kontaktował z Aelitą", pomyślał, nieco zszokowany.

W tym momencie Jeremie chrząknął znacząco. Ulrich spojrzał na niego, a on w niewerbalnej odpowiedzi zmierzył go chłodnym i obojętnym wzrokiem.

- Możemy przejść do meritum? – rzekł Jeremie, wyraźnie zniecierpliwiony. - Dzięki – mruknął, gdy uzyskał milczącą zgodę pozostałych. Odwrócił się do monitora, by wyświetlić im zdobyte przez siebie dane. – A więc…

- Chwilkę! – przerwał mu nagle Ulrich.

Jeremie zwrócił się ku niemu i spojrzał przenikliwie znad okularów. Ulrich długo się zbierał w sobie, by w końcu powiedzieć, co mu leżało na sercu.

– Jeremie... ja… najpierw chciałem przeprosić ciebie i Aelitę za… ranek. Ja… niepotrzebnie się uniosłem. Przepraszam – wykrztusił powoli Ulrich, po czym wyciągnął rękę ku Jeremiemu.

Jeremie się zmieszał. Nie sądził, że Ulrich tak szybko dojrzeje do przeprosin. Wstał i uścisnął dłoń Ulricha na zgodę. Aelita uśmiechnęła się poklepała Ulricha po ramieniu, jakby chciała go zapewnić, że znów między nimi jest wszystko w porządku.
Atmosfera w pokoju od razu się uzdrowiła. Wyczuła to nawet Yumi przez łącze internetowe. Oparta wygodnie o łokieć, wyglądała na wyraźnie zadowoloną z takiego obrotu rzeczy.

- W porządku, Ulrich – westchnął Jeremie, któremu wyraźnie poprawił się humor. Usiadł z powrotem na swoim krześle, a Ulrich i Aelita na jego łóżku, tuz obok biurka.

– Więc… - kontynuował - jak już wiecie, znalazłem nową Replikę. Mam jej współrzędne. I… sądząc po jej rozmiarze, superkomputer ją obsługujący ma raczej niewielką moc obliczeniową. Dużo mniejszą niż ostatnio zniszczony przez nas w bazie na pustyni.

- Jakakolwiek ona jest, nie ruszymy na nią w trójkę – stwierdził cichym głosem Ulrich.

O osłabieniu nie trzeba było Jeremiemu przypominać. Wciąż nie mógł przestać przerzucać winy na Odda, który w jego mniemaniu zaniedbał swoje zdrowie i sam się wpędził w gorączkę, a teraz przez niego mieli problem. Jednocześnie, trudno mu było nie przyznać racji Aelicie, która mu powiedziała przy śniadaniu, że równie dobrze ktokolwiek inny mógł się bardziej rozchorować, wliczając ją, która była już przeziębiona. Prawdę mówiąc, o nią się Jeremie najbardziej obawiał przez ostatnie dni. Bez Aelity i jej kluczowych dla ich walki umiejętności dostępu do replik i dezaktywacji wież byliby w jeszcze gorszej sytuacji.

- Wiem, Ulrich! – zaakcentował. - Ale z drugiej strony, nie wiemy, co XANA knuje w tej Replice…

Przez krótki czas Jeremie rozważał wyprawę bez udziału Odda. Bardzo go to rozwiązanie kusiło. Jednak on nigdy nie ryzykowałaby powodzenia misji ani tym bardziej życia przyjaciół. Każde z nich miało określone zadania, związane z ich szczególnymi umiejętnościami. Wszyscy się nawzajem uzupełniali w walce, nawzajem się wspierali i pilnowali. Zwłaszcza podczas misji w Replikach było to ważne jak nigdy wcześniej. Musieli się z tym liczyć, gdyż XANA nie wybaczał im żadnego błędu. Każdy z łatwością obracał przeciw nim.

- Hej, skoro ten superkomputer jest słaby, to chyba XANA nie może na niej wykonywać jakiś przerażających rzeczy, co nie? – zasugerowała Yumi.

- Nic nie wiadomo – odparł melancholijnie Jeremie.

- Ja myślę, że Yumi ma rację. Nie musimy od razu kasować tej repliki - powiedziała Aelita. – Zaczekajmy, aż Odd wyzdrowieje na tyle, że będzie mógł o własnych siłach dojść do skanera.

- No dobrze. Wyprawa bez Odda będzie zbyt niebezpieczna – przyznał Jeremie. – W takim razie nie mamy innego wyjścia jak się wstrzymać. Postaram się o więcej informacji. Tym razem będziemy dobrze przygotowani.

Pozostali kiwnęli głowami na zgodę.