Rozdział 4

Gdy na górze fabryki hulał wiatr, a woda przelewała się przez niezliczone dziury w dachu i oknach, podziemie tętniło własnym, osobliwym życiem - życiem maszyn, które nigdy nie zasypiały.

W najniżej położonym pokoju, schowany bezpiecznie pod podłogą, cicho drzemał Superkomputer. Jego niezliczone obwody wydawały z siebie elektryczny szum. Powyżej, w kolejnej sali, ponuro syczały trzy skanery, których rozsuwane drzwi były szczelnie zamknięte. W najwyższej sali, gdzie mieściła się wielka konsola kontrolna z wygodnym, obrotowym fotelem, jedynie podstawa holograficznego wyświetlacza dawała nikłe, zielonkawe światło. Wszystkie 4 ekrany konsoli były nieaktywne, a rzucony niedbale zestaw słuchawkowy zwieszał się ze starej, wygładzonej niezliczonymi naciśnięciami palców klawiatury.

Wtem konsola mruknęła i ożywiła się. Na głównym monitorze pojawił się pasek ładowania, który szybko znikł, zastąpiony przez pulpit Superkomputera. Pojawiło się na nim duże okno, w którym zaczął szybko przewijać się coraz to szybciej pojawiający się kod. Wiele jego fragmentów pulsowało czerwienią.

Później na ekranie wyskoczyło okienko programu obsługującego skaner. Początkowo przedstawiało pustą kolumnę, która zaczęła wypełniać się wąskimi prostokątami, odmierzającymi postęp procesu.

30… 50… 75… 90… 100 PROCENT.

W pokoju poniżej jeden ze skanerów otworzył się z oporem, rozświetlając resztę sali. Z jego wnętrza wypłynął biały dym.

Wtem ze skanera wystąpiła postać Williama Dunbara. Jego cyfrowe, holograficzne ciało zaskrzeczało niczym sygnał z dostrajanego telewizora i na chwilę się zdematerializowało. Gdy zakłócenia ustąpiły, William obejrzał się dokładnie, zacisnął i otworzył kilka razy swoją pięść. Uśmiechnął się, zadowolony. Wszystko poszło zgodnie z planem.

Wezwał windę i wydostał się na górę, do głównej hali fabryki. Znalazłszy się tam, podbiegł w kierunku wysokiej galerii przy ścianie i odbił się z ogromną siłą od ziemi, lądując kilka metrów wyżej, na poziomie mostu. Stanąwszy na nim, ruszył nadludzkim sprintem przez mroczne, mokre od deszczu ulice w kierunku Zespołu Szkół Kadic.


Nastawał wieczór. Opustoszała szkoła szybko pogrążała się w ciemnościach. W okna uderzał nieprzyjemny, zimowy wiatr. W budynku administracyjnym świeciło się jedno okno na piętrze, należące do gabinetu dyrektora Delmasa.
Dyrektor siedział za swym wielkim biurkiem i zajmował się zaległą pracą biurową. Przy zarządzaniu tak wielką szkołą jak Kadic było wiele papierkowej roboty. Zwłaszcza, że zbliżały się ferie zimowe, podczas których trzeba było dokonać kilku pilnych remontów, co z kolei wymagało przeprowadzenia licznych procedur i przejrzenia mnóstwa nudnych umów. Delmasa zaczęły już od pracy szczypać oczy. Przetarł powieki pod okularami i niezłomnie czytał kolejne paragrafy.

Wtem drzwi gabinetu otworzyły się, choć Delmas nie słyszał pukania. Do pokoju weszła Sissi, ubrana w szary dres z różowymi wstawkami i w kapciach.

- Tak myślałam, że tu jesteś, tato. Mieszkanie było zamknięte – powiedziała Sissi, po czym usiadła na krześle przed biurkiem swojego ojca. Dyrektor spojrzał na córkę.

- Nie widzisz, że jestem zajęty, kochanie? – mruknął, wyraźnie niezadowolony.

Zamknął teczkę, którą miał przed sobą i odłożył ją na starannie ułożony stosik. Sięgnął po inną z drugiej kupki i zaczął przeglądać.

- Ty jesteś wiecznie zajęty – odparła Sissi. Skrzyżowała ramiona i spojrzała na ojca z wyrzutem. – W ogóle dzisiaj nie mogłam się z tobą spotkać.

- Przepraszam, kotku, ale sama wiesz, jaką mam pracę. Zobacz, ile tego jest-

- Dobra. To pracuj sobie dalej – Sissi powiedziała wyraźnie łamiącym się głosem. Westchnęła ciężko i wstała z krzesła. Odwróciła się na pięcie z powrotem w stronę drzwi.

- Sissi! Jak ty do mnie mówisz! Wracaj tu! - powiedział karcąco w jej stronę Delmas, który też wstał ze swego fotela.

Sissi zignorowała swojego ojca; nie odwróciła się do niego. Jean-Pierre nie miał innego wyboru. Odszedł od biurka i podszedł do córki. W momencie, gdy ta miała już otworzyć drzwi, chwycił ja za ramię.

- Co się z tobą dzieje, dziecko? – zapytał wciąż pełnym gniewu głosem i odwrócił Sissi ku sobie. Wtedy Jean-Pierre zrozumiał swój błąd. Niepotrzebnie się uniósł.

Puścił ją i zamiast tego, objął wokół ramion. Spojrzał w jej błyszczące się w nikłym świetle biurkowej lampki oczy.

– Sissi… ja… - powiedział, skruszony. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, pomimo łez, które zdążyły nabiec jej do oczu. Jean-Pierre westchnął.

- W czym problem? – zapytał łagodnie. Sissi podniosła wzrok ku niemu.

- On… dzisiaj na mnie nakrzyczał – odpowiedziała niemal szeptem.

- Kto?

- Ulrich Stern! – uniosła się. – Ja… ja mu nic nie zrobiłam… a on… on się na mnie zwyczajnie wydarł! – powiedziała, rozżalona.

Na dźwięk nazwiska Stern Jean-Pierre mruknął z dezaprobatą. Wiedział, że Ulrich Stern od dawna sprawiał problemy. Dostawał od Jima sygnały, że ten chłopak nieraz nie potrafił nad sobą zapanować. Nie mógł tego tolerować… zwłaszcza, że tym razem ofiarą jego humorów padła jego córka.

- Ale… jak to? Co się dokładnie stało? – dociekał Jean-Pierre.

Gdyby chciał ukarać chłopaka za takie zachowanie, musiał wiedzieć dokładnie, za co sobie na karę zasłużył. Sissi otarła twarz rękawem.

- To było tak… ja poszłam się go zapytać, czy nie chciałby pojechać na ten obóz narciarski ze mną. A on się wściekł, wykrzyczał, że to nie moja sprawa i żebym sobie znalazła innego frajera! O, tak mi właśnie powiedział, tato!

Westchnęła głęboko, próbując stłumić łzy, które spływały po jej twarzy coraz szybciej. Delmas przytulił ją mocniej do siebie. Podszedł razem z nią do biurka i podał jej chusteczkę. Sissi otarła szybko twarz. Jean-Pierre pogłaskał ja po długich, ciemnych włosach.

- To bardzo brzydko z jego strony. Przecież się go tylko zapytałaś. Chciałaś dobrze, prawda?

Sissi wydmuchała nos i nerwowo gniotła chusteczkę w dłoniach.

– On… lubi sport. Gra w piłkę. Pomyślałam… że może być super zabawa. Słyszałam, że ostatnie ferie spędził na korkach z matmy. To… to żadne ferie, no nie?

Słuchając Sissi, Jean-Pierre rozmyślał o Sternie. Wtedy dyrektorowi przypomniało się, że oprócz problemów z charakterem chłopak miał problemy z nauką. Pamiętał skargi profesor Hertz i Meyer. Był także obecny na radzie pedagogicznej, na której rozważał nieprzepuszczenie go do następnej klasy…

Po chwili nazwisko Stern otworzyło w umyśle dyrektora jeszcze jedną szufladkę. Parę miesięcy temu rozmawiał z pewnym bardzo porywczym i nieustępliwym mężczyzną, który wręcz usilnie domagał się rozmowy z nim. Wtedy właśnie poznał ojca Ulricha. Zapamiętał doskonale, że nie usłyszał od niego ani jednego dobrego słowa na temat Ulricha. Pan Stern potrafił na syna jedynie narzekać. Dla Jean-Pierre'a jako pedagoga był to bardzo niepokojący znak.

Oczywiście, nie mógł wygadać własnej córce wszystkiego, co wiedział o Ulrichu jako dyrektor szkoły. Była to jego tajemnica służbowa. Jednak jakoś musiał dać Sissi do zrozumienia, że jej kolega z klasy nie był zwyczajnie porywczym i opryskliwym chłopcem.

- Rozumiem, córciu, że… chciałaś mu pomóc – zaczął jej tłumaczyć. – Ale… Jeśli ci odmawia, to znaczy, że ma ku temu powód. I nie musi mieć ochoty o tym rozmawiać. Poza tym, nikt nie lubi, kiedy się mu coś… narzuca.

Być może nie poświęcał swojej córce tyle czasu, ile powinien, ale znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jaka bywała uparta i nieustępliwa. Sam niejednokrotnie pozwalał jej na różne rzeczy, a dopiero potem sobie uświadamiał, z jaką łatwością jej ulegał. Mimo to…

- Nie oznacza to jednak, że takie awanturowanie się ujdzie mu na sucho – zapewnił ją.

- Dzięki, tato. – Odpowiedziała, jakby oczekiwała dokładnie takiej reakcji od swojego ojca. – Pójdę już do siebie. Pa.

- Do zobaczenia na kolacji, kochanie – odpowiedział Jean-Pierre.

Sissi się uśmiechnęła. Łzy już przestały spływać jej po policzkach. Wyglądała na dużo bardziej zadowoloną. Uwolniła się z uścisku ojca i wyszła z gabinetu.

W przerwie między przeglądaniem jednej umowy a innej Jean-Pierre zaczął się zastanawiać. Kiedyś bez wahania wykonałby procedurę: ukarać i przekazać informację rodzicom. Z drugiej strony, świadomość już i tak trudnej sytuacji Sterna sprawiała, że Jean-Pierre czuł narastający wewnętrzny konflikt. Czy na pewno warto było pójść za regułami i zgotować chłopakowi nowe piekiełko w domu na ferie? Miał tylko jedno dobre wyjście. Musiał to załatwić… ale delikatnie.

Swoją drogą, zaciekawiło go to, że jego córka ze wszystkich swych kolegów i koleżanek ze szkoły chciała na obóz jechać właśnie z Ulrichem. Sissi czasem wspominała o nim… choć nigdy otwarcie nie przyznała, że jest choćby jego bliską koleżanką. Jean-Pierre wiedział od nauczycieli, że Stern trzymał się z innymi uczniami. Z panami Della Robbią i Belpois, i panną Stones.

Kobiety, małe czy duże, były tak samo niepojęte… Dyrektor westchnął ciężko i wrócił do papierów, których miał do przejrzenia jeszcze sporą kupkę.


Jim, skończywszy wieczorny obchód, zaszył się w swoim pokoiku. Wreszcie, po całym dniu pracy, mógł wygodnie rozłożyć się na swoim fotelu i oparłszy nogi o stół, przeczytać zaległe czasopisma i komiksy, których nigdy nie miał dość. Jednak po kilkunastu stronach głowa zaczęła opadać mu na pierś, a świat zaciemniać przed oczami.

Powoli zaczął zasypiać, gdy usłyszał kroki na korytarzu. Wtem nagle przyszła mu do głowy pewna myśl, która natychmiast go ocuciła i postawiła na równe nogi. Miał zajrzeć do Della Robbii! Obiecał dyrektorowi, że zajmie się nim podczas nocnego dyżuru! Przez moment wystraszony Jim naprawdę myślał, że to dyrektor idzie, by sprawdzić, czy wywiązał się z obowiązku. A ze wszystkich osób w szkole nie umiał kłamać właśnie jemu.

Wbrew oczekiwaniom Jima nie rozległo się pukanie do drzwi. Odetchnął z ulgą, jednak i tak musiał zrobić, co do niego należało, dla spokoju duszy. Wyszedł z pokoju i przemknął do izolatki, gdzie leżał Odd.

Korytarze, mimo oświetlenia, sprawiały upiorne wrażenie. Wyobraźnia pracowała Jimowi dość intensywnie. Przez lata pracy nasłuchał się opowieści o zjawiskach paranormalnych nawiedzających te stare mury. Gęsią skórkę przyprawiała mu zwłaszcza historia Léona Courbeta, robotnika, który zginął podczas budowy szkoły. Nieraz zawracał do pokoi poszukujących mocnych wrażeń uczniów, którzy kręcili się w nocy po szkole w nadziei na spotkanie ducha tego nieszczęśnika. Nie rozumiał, co było w tym takiego pociągającego. Teraz, pomimo jego lęków, poczucie obowiązku pchało go dalej.

Wreszcie, dotarł pod gabinet Yolandy. Zdziwił się, gdyż drzwi były otwarte, lecz światło w izolatce nie było włączone. Jim podszedł do drzwi na paluszkach i nasłuchiwał. W gabinecie panowała absolutna cisza. Jim dziwnie drżał. Próbując się opanować, stwierdził, że po drodze za dużo myślał o duchach. Wreszcie, odważył się otworzyć usta.

- Halo? Jest tu kto? Panie dyrektorze, to pan? – zawołał niepewnym głosem.

Nie wiedział, że William wkradł się tuż przed nim do izolatki i właśnie stał nad łóżkiem Odda. Usłyszawszy odgłosy Jima z korytarza, oczy zapłonęły mu czerwienią z wściekłości. Bardzo nie lubił, gdy mu przeszkadzano w wypełnianiu jego misji.

Odd, nieświadomy niczego, smacznie spał. William spojrzał na niego z pogardą, po czym znów się wściekł, gdy intruz odezwał się ponownie.

- Panie dyrektorze? Ja bardzo przepraszam, ale prawie zapomniałem, niech mi pan wierzy- mamrotał Jim, który wciąż stał pod drzwiami, bojąc się wykonać ruch do przodu.

William szybko obliczył plan pozbycia się niespodziewanego gościa. Przywołał ze swojej bazy pamięci wygląd dyrektora Delmasa. Po chwili zmienił się w obłok cyfrowego dymu i przybrał jego postać. Skopiował dokładnie sylwetkę i codzienny ubiór dyrektora: brązowe spodnie z kantem, zielony golf i pomarańczową marynarkę ze skórzanymi łatami na łokciach. Po chwili William - już jako dyrektor - jak gdyby nigdy nic wyszedł z pokoju na światło korytarza. Tam spotkał ściśniętego obok drzwi Jima.

Morales wyprostował się i spojrzał na niego, przerażony. Lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, William wyciągnął przed siebie dłoń i skierował ją na jego twarz. Po ramieniu Williama spłynął ładunek, który otoczył nauczyciela. Jego oczy były szeroko otwarte, a ciało stało się napięte. Stał niemal na baczność przed Williamem.

- Della Robbia śpi. Mógłbyś tak nie hałasować? – rzekł William głosem dyrektora i spiorunował go wzrokiem zza trapezowatych okularów.

William dobrze wiedział, jak Jim powinien zapamiętać jego wizytę w szkole, by wielki plan XANY się powiódł, i zainstalował odpowiednie wspomnienia w pamięci nauczyciela.

- Bardzo przepraszam, panie dyrektorze. Się czasem, tego… zapominam – odparł zrelaksowanym głosem Jim. Znaczyło to, że modyfikacja pamięci zakończyła się sukcesem.

- Idź spać, Jimie. Widać po tobie, że jesteś bardzo zmęczony – poradził mu William-dyrektor.

- Tak jest, panie dyrektorze! – odpowiedział entuzjastycznie Jim.

William opuścił dłoń i ładunek przestał spływać na Jima. Ten się rozluźnił; przestał stać na baczność i nie miał już wytrzeszczonych oczu. Jego twarz wyrażała błogi spokój i senność. Bez słowa, jak zahipnotyzowany, uśmiechnięty Jim poszedł do swojej dyżurki.

Natomiast William wrócił do izolatki. Zrzucił szybkim ruchem kołdrę z Odda i przerzucił sobie chłopaka przez ramię. Odd spał tak głęboko, że nie zareagował – dalej chrapał i coś majaczył. William zamknął drzwi izolatki i, znowu uciekając się do swojego niewiarygodnie szybkiego sprintu, uciekł ze szkoły z Oddem na barku.


Telefon Ulricha zadzwonił, gdy ten wracał spod prysznica. Ulrich usłyszał go, będąc w połowie drogi do swojego pokoju. Głuchy dźwięk dzwonka przenikał przez zamknięte drzwi. Nerwowo przytrzymując w dłoni śliską mydelniczkę, zerwał się do biegu. Ledwo utrzymując równowagę we wciąż chlupocących wodą spod prysznica klapkach, Ulrich rzucił się ku drzwiom.

Wreszcie zatrzasnął je za sobą i rzucił łazienkowe utensylia na łóżko. Rozbudzony Kiwi warczał cicho na telefon, który dzwonił i tańczył na biurku w rytm alarmu wibracyjnego. Niesforny aparat w podskokach zawędrował nad samą krawędź stołu, będąc o włos od roztrzaskania się o podłogę.

Ulrich szybko chwycił komórkę. Na wyświetlaczu mrugała nazwa dzwoniącego. DOM.

Zawahał się przez kilka sekund. Telefony z domu zawsze wzbudzały w nim niepewność. Nie miał ochoty rozmawiać, zwłaszcza, jeśli to jego ojciec dzwonił. Czyżby już się dowiedział o jego awanturze z Sissi? Z drugiej jednak strony, musiał odebrać. Nie miał wyboru, jeśli nie chciał potem dostać dodatkowej bury za to, że świadomie zignorował telefon z domu i tym sposobem okazał brak szacunku. Musiał wybrać mniejsze zło.

Wreszcie nacisnął kciukiem zieloną słuchawkę.

- Halo? - westchnął, gotów przyjąć wszystko, cokolwiek miał wysłuchać.

- Cześć, Ulrich, kochanie! – Zaskoczony Ulrich usłyszał w słuchawce łagodny głos swojej matki.

Po chwili odetchnął z ulgą. Jego mama była całkowitym przeciwieństwem ojca – nie podnosiła nigdy na niego głosu, była tolerancyjna i kochająca. Z nią mógł normalnie porozmawiać, bez z trudem kontrolowanej potrzeby rzucenia telefonem o ścianę po 10 sekundach.

- Cz-cześć, mamo – odpowiedział zaskoczony Ulrich. – Coś się stało? – zaniepokoił się, gdyż bardzo rzadko telefonowano do niego z domu o tak późnej porze. Jego umysł zaczął mu podszeptywać rozmaite złowrogie scenariusze.

- Ach, nic, synku! – zaprzeczyła, śmiejąc się cicho. – Po prostu chciałam cię usłyszeć. Co tam u ciebie dobrego?

- Ee… nic takiego - odparł Ulrich. – Kolejny zwyczajny tydzień w szkole… i znowu weekend… pewnie się będę uczył… – dodał, choć jego ostatnie słowa zabrzmiały sztucznie w jego ustach.

Zazwyczaj tak mówił, by ojciec się go nie czepiał, a i tak potem robił to, co mu chwila podpowiedziała. Na przykład, walczył w Lyoko z Williamem. W jego życiu niewiele miejsca pozostawało na plany, zwłaszcza zakładające dobrowolną naukę w sobotę albo niedzielę...

– Oj, odpuść sobie. Po ciężkim tygodniu pracy należy ci się odpoczynek – mama zachęciła go radośnie.

Ulricha nie powinna zaskoczyć taka odpowiedź. Przyzwyczajony był do tego, że jego rodzice wysyłali do niego sprzeczne sygnały. Jednak coś mu nie pasowało. Zazwyczaj rozmowy z nim przez telefon kończyły się sprzeczką po drugiej stronie połączenia…

- Czy… jest tata? – zapytał niepewnie, jakby nie chciał, by ktokolwiek poza nim i jego mamą usłyszał to pytanie.

W głośniczku usłyszał ciche westchnienie.

- Ach, jego przecież nie ma. Dziś wieczorem wypłynął do Gujany. Ma wrócić na początku czerwca… zapomniałeś? – odparła, nieco rozbawiona jego pytaniem.

Jego ojciec, oficer marynarki handlowej, z racji swej pracy rzadko bywał w domu. Normą było, że znikał na kilka miesięcy, by powrócić z morza na raptem kilka tygodni. Były one dla Ulricha trudne do zniesienia z powodu wysokich wymagań, jakie ojciec przywoził ze sobą z każdego rejsu. Po nich jednak następowały długie okresy spokoju, gdyż ojciec zbyt był zaabsorbowany prowadzeniem potężnych kontenerowców po niespokojnych wodach Atlantyku, by cały czas rozpamiętywać jego edukacyjne niepowodzenia. Ulrich poczuł ulgę, gdy zorientował się, że w najbliższym czasie nie musi już się stresować każdorazowym kontaktem z domem.

- Więc… jesteś sama? – chciał się upewnić Ulrich, wciąż niedowierzający, że zapomniał o wyjeździe ojca.

- Tak – westchnęła matka Ulricha. – Ale jutro z Fryburga przyjeżdża ciocia Elfriede, nie martw się o mnie.

Ulrich wyczuł smutek w głosie matki i od razu zrobiło mu się jej żal. Ciotka pewnie przyjedzie tylko na weekend. Potem jego matka znów zostanie sama w ich wielkim domu. Pod nieobecność ojca zarzuci całą jadalnię ścinkami pozostałymi ze scrapbookingu, natomiast na wielkiej plazmie w salonie będą w kółko leciały filmy Woody'ego Allena i Romana Polańskiego, z bohaterami których rozmawiała jak z dobrymi przyjaciółmi.

Niemniej jednak, poczuł satysfakcję z wizyty ciotki. Ojciec jej nie znosił.

- Tata coś mówił, zanim wyjechał? – zainteresował się Ulrich, choć właściwie zapytał o to przez grzeczność. Nie oczekiwał, że jego rodziciel zostawił dla niego choć garstkę ciepłych słów na pożegnanie.

- Cóż… Tobie się oczywiście kazał poprawić w trakcie nowego semestru… a mnie ciebie pilnować...

Ulrich od razu pożałował, że o to zapytał. Ścisnął mocniej telefon w ścierpłej dłoni. „Tylko tyle potrafił powiedzieć? Wyznaczyć mi zadanie do wykonania pod jego nieobecność?", pomyślał pod naciskiem rozżalenia i gniewu, które nagle zdawały się go rozsadzać od środka. Ale czy mógł spodziewać się czegoś więcej po tym sfrustrowanym, nieczułym człowieku, który umiał tylko wymagać i rozkazywać? Miał ochotę wykrzyczeć, że ma dość życia pod dyktando ojca; żyć, aby spełniać jakieś jego chore ambicje.

- Synku, jesteś tam? – zapytała zaniepokojona matka Ulricha, gdy miedzy nimi zapadła cisza.

Wtedy Ulrich przypomniał sobie o awanturze, jaką zrobił Sissi dziś rano. Choć najpierw wydawało mu się, że postąpił słusznie, to pod wpływem rozmów z przyjaciółmi zaczął mieć coraz większego kaca moralnego z tego powodu. Przypomniał sobie Yumi, gdy się o tym dowiedziała, jej oburzenie i dezaprobatę. Co się z nim działo? Dlaczego znów w jej oczach był jakimś potworem?

- Posłuchaj… wiem, że ty się bardzo starasz. Ale przecież szkoła to nie całe życie. Za bardzo się nią przejmujesz, całkiem jak twój ojciec – dodała, zatroskana.

Nie ulegało wątpliwości… był synem swojego ojca. Ciążyło mu to okropnie. Czy to znaczyło, że stawał się równie nieznośny i odpychający, jak on?

Nie chcę być taki, jak ojciec. Chcę być inny… lepszy, pomyślał Ulrich z determinacją.

- Dla mnie się liczy, żebyś miał przyjaciół… ludzi, których kochasz. Żebyś był szczęśliwy. Słyszysz? – kontynuowała jego matka.

- Tak, mamo… - mruknął. Musiał przyznać, że taka wizja życia o wiele bardziej mu odpowiadała niż wyobrażenie o wykutym na blachę sztywniaku forsowane przez jego ojca. Przyjaciół miał i, choć ich czasem ranił, gotów był dla nich na wszystko; nawet posprzątał dzisiaj po pupilu Odda. Co do miłości… wolał o tym nie myśleć. To w jego przypadku było uczucie wyjątkowo złożone, pełne nieporozumień i rozczarowań. Natomiast szczęśliwy miał być dopiero, gdy pokonają wreszcie XANĘ, a przeczuwał, że do tego długa droga.

- No, to się dobrze baw! Ale pamiętaj, żeby odrobić te lekcje! – powiedziała wesoło.

- D-dobrze, mamo… – odparł Ulrich.

W chwilę potem się rozłączyli. Ulrich odłożył komórkę na podłogę i położył się za swoim łóżku. Kiwi już smacznie spał; Ulrich słyszał jego ciche pochrapywanie w ciemności. Chłopak wyprostował się wygodnie i założył łokcie za głowę. Uśmiechnął się sam do siebie.

Lekko ironiczny ton matki od razu wprawił go w lepszy nastrój. Za to ją najbardziej kochał – nie próbowała mu nigdy niczego narzucać siłą ani groźbą. Ojciec mógłby się od niej wiele nauczyć… gdyby tylko zechciał.

Ulrich zamknął oczy. Nie czuł się bardzo śpiący, lecz już chciał zasnąć. Czasem zazdrościł Oddowi tej jego umiejętności natychmiastowego zasypiania podczas ich wieczornych pogawędek. On miał w zwyczaju przemyśliwać różne kołaczące się w jego umyśle sprawy, wpatrując się w radiobudzik, który zdawał się stać w miejscu.

Sądził, że minęło kilka sekund, odkąd zamknął oczy, gdy nagle telefon zadzwonił po raz drugi. Wymacał aparat na podłodze i go uniósł na wysokość wzroku. Na wyświetlaczu komórki wyświetliło się imię. JEREMIE.

Ulrich wolał nie myśleć o tym, co zmusza Einsteina do wzywania go o północy.