Rozdział 5

Odd powoli otworzył oczy. Wzrok miał zamazany i obolały; otoczenie wydało mu się przeraźliwie jasne. Czuł się bardzo zdezorientowany. Zamrugał kilkukrotnie, próbując wyostrzyć przytępione przez gorączkę zmysły.

Po chwili jego wzrok się poprawił. Lecz to, co na początku wydawało mu się być oślepiającym światłem jarzeniówki w izolatce, nagle nabrało koloru. Potrząsnął głową, w głębi której ćmił tępy ból, i zamrugał ponownie.

Gdy się lepiej dobudził, spostrzegł, że z góry spoglądało na niego błękitne, przysłonięte kilkoma lekkimi chmurami niebo. Chmury powoli sunęły na prawo od niego, lecz Odd nie czuł na skórze żadnego wiatru. Chłopak nabrał podejrzeń. Chcąc je zweryfikować, podniósł się powoli i podparł na łokciach. Obejrzał się od szyi w dół i dostrzegł, że zamiast piżamy miał na sobie fioletowy kostium człowieka-kota, a na rękach po cztery zakończone ostrymi pazurami palce.

Rozejrzawszy się ostrożnie na boki, zorientował się, że wcale nie znajdował się w izolatce. Siedział pod gigantycznym drzewkiem bonsai rosnącym przy sporej skałce. Przed nim rozciągał się niewielki płaskowyż, na którym znajdowało się kilkanaście fantazyjnie wyrzeźbionych ostańców. W oddali majaczyły kopiaste pagórki z jaskiniami i wysokie szczyty z fioletowego kamienia, upstrzone gdzieniegdzie identycznymi drzewkami, pod jakim się obudził. Całość składała się na znajomy krajobraz sektora górskiego.

- Co ja robię w Lyoko? To mi się chyba śni – Odd mruknął do siebie z niedowierzaniem.

Podniósł się wyżej i w końcu usiadł. Wciąż czuł się otumaniony i osłabiony. Postanowił wstać i rozejrzeć się dokładniej po okolicy, lecz gdy spróbował stanąć na nogi, spostrzegł, że nie są one tak posłuszne jego umysłowi, jak powinny. Zdziwiło go to; według jego kalkulacji efekty uboczne wirtualizacji powinny już dawno minąć.

Zaczął przeczuwać, że coś było nie tak. Nie tego się spodziewał, będąc w Lyoko. Zawsze wydawało mu się, że w świecie wirtualnym wszystkie jego fizyczne ograniczenia znikają i może być superbohaterem. Tym razem było inaczej. Nie czuł się tak sprawny, jak zawsze. Te spostrzeżenia sprawiły, że Odd poczuł się dużo mniej pewnie.

- U-Ulrich? Yumi? Aelita? J-Jeremie? Jesteście tu? – zaczął wywoływać przyjaciół w cichej nadziei, że może ktoś z jego paczki jest gdzieś i go usłyszy. Nie uzyskał żadnej odpowiedzi.

Jeśli to był sen, to musiał to być początek jakiegoś okropnego koszmaru.

Wtem Odd usłyszał za sobą stłumiony stukot, który zdawał się coraz bardziej przybliżać. Widocznie jego krzyki zwróciły czyjąś uwagę. Odd wkrótce rozpoznał hałas jako odgłos maszerujących potworów. Po chwili zza skałek wyłoniły się zmierzające ku niemu dwie tarantule i cztery bloki. U ich stóp krążyło nerwowo stadko karaluchów.

- Hej, nie was wzywałem! – krzyknął Odd i odruchowo wycelował swoje działko na laserowe strzały w nadciągające potwory.

Karaluchy jak na rozkaz ustawiły się w szeregu; wraz z pozostałymi potworami skierowały swoje miotacze promieni w chłopaka. Ta milcząca konfrontacja trwała kilkanaście sekund, dopóki ramię Odda nie zachwiało się i przez przypadek wystrzeliło laserową strzałę. Trafiła ona w jeden z bloków, który rozsypał się na kawałeczki.

To rozsierdziło pozostałe potwory, które zaczęły strzelać w Odda. Lasery nie trafiły w niego ani razu - raczej strzelały obok niego, by go zastraszyć, nie zaś aby go zdewirtualizować. Odd nie zwrócił na to jednak uwagi. Poczuł zastrzyk energii. Nagłe podniecenie, jakie go ogarnęło, obudziło w niego wojownika i całkiem uśmierzyło jego słabości. Zerwał się w jednej chwili na równe nogi i skoczył za pobliską skałkę. Zza niej poprowadził ostrzał; trafił kolejny blok i kilka karaluchów. Po chwili rzucił się do ucieczki, gdy tarantule powstały z „kucków" i zaczęły go ostrzeliwać jeszcze zacieklej.
Pobiegł, w połowie drogi przechodząc z dwóch na cztery łapy, i schował się za inną, wyższą skałką. Strzelił zza niej do goniących go potworów, lecz chybił. Po chwili znów musiał uciekać między tworzącymi dość gęsty labirynt ostańcami, mając nadzieję, że potwory zgubią jego trop.

Wreszcie wybiegł na otwarty teren, na końcu którego znajdowała się podniebna ścieżka na drugi płaskowyż. Jednak nim na nią wbiegł, z lewej i prawej strony oskrzydliły go dwie manty. Latające płaszczki nie strzelały jednak do niego, jedynie stanowiły ponurą asystę. Odd próbował w nie wycelować i zestrzelić, lecz bez skutku – jego kąt strzału nie pozwalał na trafienie w ich Oka XANY.

Nagle, w pełnym rozbiegu, Odd począł gwałtownie słabnąć. Biegł coraz wolniej, ledwie powłóczył nogami. W końcu poczuł w swoim wnętrzu coś jak skurcz. Krzyknął krótko z zaskoczenia i upadł na ziemię tak, że jego wirtualne ciało znalazło się tuż nad krawędzią gruntu, a twarz była zwrócona ku pustce między płaskowyżami. Zobaczył, że dziesiątki metrów poniżej niego błyszczało i falowało Cyfrowe Morze.

Odd prędko się przetoczył na drugą stronę, chcąc choć na trochę odsunąć się od złowieszczej krawędzi. Czuł się tak słaby, że ledwo się poruszał. Manty krążyły nad nim, znacząc miejsce, gdzie leżał. Po chwili usłyszał cichy świst i odgłos kroków w ciężkich butach.

- Poddaj się, Della Robbia. Nie możesz stąd uciec - Odd usłyszał zimny, lekko metaliczny głos Williama.

William zbliżył się powoli do niego, trzymając swój wielki miecz tuż przy ziemi. Podniósł go i wycelował niemal wprost w twarz Odda.

- Ładnie to tak mierzyć w leżącego? Co, William?– wysapał Odd.

Sługa XANY jak zwykle nie był w nastroju do pogawędki. Jedynie patrzył na Odda z pogardliwym uśmieszkiem.
Odd nie znosił, gdy XANA się wywyższał. W tamtym momencie bardzo chętnie strzeliłby Williamowi prosto w twarz, lecz nawet nie miał siły podnieść ręki. Jedyne, co udało się mu zrobić w geście protestu, to zacisnąć mocno pięść i wypuścić laserową strzałę tuż przy ziemi. Strzała jednak zaledwie musnęła bok grubej podeszwy buta Williama. William przestał się uśmiechać, gdy usłyszał strzał. Obejrzał swój nienaruszony but i obdarzył Odda świdrującym, pogardliwym spojrzeniem.

- Zwijasz się na ziemi jak nędzny robak, ale wciąż nie rozumiesz, gdzie twoje miejsce? Ciężko cię zdyscyplinować… Odd! - stwierdził gniewnie.

Nagle jego miecz znikł, rozpływając się w obłoczek szarego dymu. William stanął w lekkim rozkroku, po czym wyciągnął przed siebie dłoń i skierował ją na Odda. Chłopak poczuł, jak spływa na niego coś jak prąd. Wtem William zacisnął pięść; owa siła ścisnęła Odda tak, że nogi miał złączone, a ramiona przy tułowiu. Czuł się niczym przewrócony ołowiany żołnierzyk. Widząc, że Odd nie ma szans poruszyć kończynami, William wykonał zamaszysty ruch ramieniem. Odd poczuł, że siła, przez którą William władał jego ciałem jak kukiełką sprawiła, że podnosił się z ziemi. W końcu zawisł pionowo w powietrzu tak jak leżał, na baczność.

Odd lewitował kilkanaście centymetrów nad ziemią, nie mogąc poruszyć się ani o milimetr, wpatrzony nienawistnie w Williama. Ten uśmiechnął się szyderczo.

– Wy, ludzie, jesteście tacy słabi…lecz gdy XANA ogłosi swój Manifest, gdy nastanie Nowy Dzień, wszystko się zmieni! Silni zniszczą słabych i poprowadzą świat ku lepszej przyszłości! - powiedział William natchnionym głosem, po czym się zaniósł triumfalnym śmiechem.

Gdy się śmiał, nagle w sektorze zrobiło się ciemniej. Odd spostrzegł, że niebo stawało się coraz mniej błękitne, a zaczęło przybierać kolor ciemnoniebieski, przechodzący na horyzoncie w pomarańcz. Gdy przemiana nieba się dokonała, całość wyglądała jak biała noc z filmu przyrodniczego, który Odd niedawno oglądał z nudów w świetlicy, lecz dużo bardziej sztucznie.

- Co… jest grane? XANA, coś ty… zrobił… z Lyoko? - wysapał Odd.

- Nie jesteśmy w Lyoko – odparł mu William, wciąż patrząc na niego pokpiwająco.

Oddowi szeroko otworzyły się oczy ze zdumienia.

- Nie martw się, Della Robbia. Twoi kumple przyjdą ci na ratunek. I NA SWOJĄ ZGUBĘ, HAHAHA! – zarechotał William. – A teraz… dobranoc, robaku!

William wykonał ręką ruch, jakby chciał coś przywołać. To coś zamigotało w kąciku oka Odda, gdy wypełzło spod powierzchni sektora i wśliznęło się tuż pod niego. Po chwili Odd spostrzegł, że od dołu zaczyna go otaczać coś jak wielka pomarańczowa bańka, która wciąż się powiększała, wchłaniając go powoli do swego wnętrza.

W końcu ten swoisty kokon się zamknął i otoczył go całkowicie. Potem Oddowi zaciemniło się przed oczami i stracił przytomność.


Gdy Aelita i Ulrich weszli do pokoju Jeremiego, ten siedział przed swoim biurkiem. Jego sylwetka odznaczała się na tle monitora, który stanowił jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Głowę miał opartą na łokciu, a drugą dłonią wystukiwał nerwowo jakiś rytm. Widać było także, że już był kompletnie ubrany.
Jeremie odwrócił się ku wchodzącym przyjaciołom. Jego trupio blada od światła monitora twarz była pełna powagi i niepokoju; lewa brew tańczyła nad okiem, porażona nerwowym tikiem.

- Co się dzieje, Einsteinie? – zapytał krótko Ulrich, gdy oboje podeszli do niego.

- Jeremie? Halo? - Nagle z głośnika popłynął głos Yumi. Zaskoczona Aelita aż podskoczyła i rozejrzała się szybko w poszukiwaniu przyjaciółki.
Nadal milcząc, Jeremie odwrócił się znów do ekranu i szybko kliknął w ikonę na pasku zadań. Spod innych okien wyłoniła się twarz Yumi.

- Yumi! Nareszcie – westchnął.

- Wybacz… Musiałam jakoś naprędce spławić Makoto. Zaskoczyłeś mnie. O co chodzi? Co znowu knuje XANA?

- Sprawy mają się tak… – zaczął, poprawiając okulary, które zjechały mu na czubek nosa. Kliknął myszą i na monitorze ukazało się duże okno z tekstem. - Obudziła mnie wiadomość od XANY… w której oświadcza, że porwał Odda i przetrzymuje go w jednej z Replik…

- Że co? – mruknął Ulrich, który z otwartymi ustami wpatrywał się w ekran.

Jeremie spojrzał na przyjaciół. Ich twarze zdradzały podobną mieszankę niedowierzania i szoku.

- Jak to, w Replice? – powiedziała zdziwiona Yumi.

- Nie mam pojęcia, jak tego dokonał - odparł Jeremie. – Jak udało mu się złamać zabezpieczenia transferu… uciec z Lyoko bez szkody dla Odda… - zaczął się zastanawiać.

- Czekaj, William przecież ma swoją własną kapsułę, pamiętasz? – odezwał się Ulrich.

- Hm, to może być wytłumaczenie… ale nadal… - przyznał Jeremie. – To nie wszystko. XANA uwolni Odda pod jednym warunkiem. Że spotka się z… Franzem Hopperem – zakończył ponurym tonem.

Pozostali wydali z siebie stłumione okrzyki przerażenia. Spojrzeli najpierw po sobie, potem wpatrywali się w Jeremiego, jeszcze bardziej zszokowani niż poprzednio. Aelita zadrżała. Jeremie dobrze wiedział, co ją tak przeraziło. Rozumiał, czego żądał okrutny program. Chciał użyć jej jako przynęty, by sprowokować jej ojca do wyjścia z ukrycia. A wtedy… mógłby go z łatwością zlikwidować. Przy okazji mógł zabić też ją… Jakże by to było dla XANY wygodne. Doskonale pamiętał wydarzenia sprzed świąt Bożego Narodzenia, gdy XANA był bliski osiągnięcia swego celu.

- To pułapka - powiedziała Aelita powoli. – XANA nie przepuści okazji, żeby… żeby… - wyszeptała, potrząsając zaciśniętymi pięściami. Usiadła bezładnie na łóżku Jeremiego. W oczach zalśniły jej łzy.

Pozostali spojrzeli w jej stronę; zdawali się odczytać jej niedopowiedziane słowa.

- Nie pozwolimy mu na to – powiedziała z determinacją Yumi. – On myśli, że ma wygraną w kieszeni, jeśli tylko nas zwabi do Lyoko.

- Yumi… Aelita ma rację – stwierdził sucho Jeremie. - Podróż do Repliki w tej sytuacji oznacza śmiertelne ryzyko.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że mamy zostawić Odda na pastwę XANY? – oburzył się Ulrich.

- Nie, niczego takiego nie mam ma myśli! – zdenerwował się Jeremie. – Tylko próbuję wam uświadomić, w co się pakujecie.

Po prostu się o was boję, boję się was stracić," pomyślał Einstein. Gdyby miał taką możliwość, powstrzymałby ich. Czuł, że ta nadchodząca misja nie zakończy się szczęśliwie. Jednak prędko sobie uświadomił, że to byłoby daremne. Nie miał takiej władzy nad nimi. Nie mógł im zabronić walczyć.

- Wiem, że się martwisz – odparł Ulrich – ale Odd nas potrzebuje.

- Właśnie – zadeklarowała się Yumi. – Mam świadomość, że tego dokładnie po nas oczekuje XANA, ale nie oddam bitwy walkowerem.

- Ee… Aelita? - powiedział cicho Jeremie.

Spojrzał na jedyną osobę, która do tej pory nie wypowiedziała się w ich dyskusji. Jej zdanie było dla niego bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Ostatecznie to ona była głównym celem XANY i podejmowała największe ryzyko, toteż jej bezpieczeństwo liczyło się dla Jeremiego najbardziej.

Aelita siedziała na tapczanie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Na dźwięk swego imienia podniosła głowę. Oczy miała błyszczące od łez. Szybko otarła je rękawem bluzy i wyprostowała się. Nagle zdała się nabrać siły i odwagi. Odetchnęła ciężko, zanim zabrała głos.

- Odd potrzebuje nas wszystkich, razem. Tylko tak mamy szansę przeciw XANIE. Idę z wami.

Ulrich położył dłoń na jej ramieniu. – Będziemy z tobą. – Zdobył się na lekki uśmiech, co wyraźnie podniosło Aelitę na duchu, gdyż również się uśmiechnęła.

- W takim razie, na co jeszcze czekamy? Ruszajmy do fabryki! – zarządziła Yumi. – Tylko się ciepło ubierzcie, pogoda jest fatalna.

- Tak, mamo – mruknął Ulrich, patrząc na spływające po szybie krople deszczu, błyszczące w wielkomiejskiej łunie.

- Okej, idziemy – rzekł Jeremie z determinacją w głosie.

Musiał przyznać rację przyjaciołom. Nie mogli się wycofać, poddać. XANA gardził tchórzami. Pod tym względem niczym się nie różnił od innych Złych tego świata.


Trójka przyjaciół opuściła się na linach i zeskoczyła z pluskiem na mokrą posadzkę fabryki. Ich kroki poniosły się po pustej i cichej, nie licząc kapiącej tu i ówdzie wody, głównej hali. Dopiero w świetle lampy w otwartej kabinie windy, w której czekała już na nich Yumi spostrzegli, jacy byli ubłoceni i mokrzy.

- Ojej – mruknęła z współczuciem Yumi, gdy wyłonili się z ciemności.

- Daj spokój, co za masakra – odparł Ulrich, który zrzucił z siebie mokry kaptur kurtki. – W kanałach było tyle wody, że baliśmy się, że nie dotrzemy tutaj. Dobrze, że Jeremie pomyślał o latarce…

- Szkoda, że nie pomyśleliśmy o pontonie – dodała Aelita z kwaśną miną. Jej różowe niegdyś buty były teraz całkiem oblepione brązową mazią.

- Nigdy… więcej… – wymamrotał Jeremie przez szczękające zęby. Gdy tylko wśliznął się do windy, nacisnął przycisk „w dół".

Zjechali do pokoju kontrolnego. Kiedy ciężkie, stalowe drzwi otworzyły się, poczuli delikatną, przyjemną falę ciepła. Pracujące non stop urządzenia obsługujące Lyoko wyraźnie ogrzewały pomieszczenia tajnego laboratorium. Jeremie od razu zrzucił z siebie ciężką, mokre kurtkę i zdjął buty, z których wylały się małe strużki wody.

- Połóżcie rzeczy na obudowie holomapy. Trochę się grzeje podczas pracy, powinny wyschnąć… - poradził reszcie, a sam przedreptał szybko do fotela.

Tak też zrobili; po chwili obudowa zasłana była rozłożonymi na płasko kurtkami, mokrymi skarpetkami i butami. Ostatecznie Ulrich z Aelitą stali na bosaka przed ekranem, na który Jeremie już zaczął wywoływać potrzebne programy.

- Auć, ta podłoga jest zimna! – wzdrygnął się Ulrich, przestępując z nogi na nogę. – Chodźmy już do skanerów. - Jeremie przytaknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Przygotowuję transfer. Możecie już iść.

Na te słowa Ulrich pobiegł prędko z powrotem do windy, za nim Aelita i Yumi(która jako jedyna zachowała buty na nogach). Po chwili Jeremie przestał tańczyć palcami po klawiaturze i obrócił się ku windzie.

- A-Aelita… Możesz podejść tu na chwilę? Chcę… pokazać ci poprawkę do Skida, którą dzisiaj napisałem – zawołał.

Aelita wyszła z windy. Dała znać Ulrichowi i Yumi, że za chwilę do nich dołączy. Drzwi do kabiny zatrzasnęły się z hukiem za nią, gdy podbiegła – na palcach, by do minimum ograniczyć kontakt ze stalowymi płytkami na podłodze - do siedzącego przed konsolą Jeremiego. Oparła się o podłokietnik fotela, żeby lepiej widzieć ekran.

- Tak? O co chodzi? – zapytała.

Nagle poczuła coś chłodnego na swojej dłoni. Zerknęła i zobaczyła, że chwyciła ją ręka Jeremiego. Była zimna jak lód. Jeremie podniósł wzrok ku niej. Ich oczy się spotkały.

- Uważaj na siebie – szepnął. Jego twarz wydawała się być zacięta i poważna, lecz Aelicie nie trzeba było wiele, by dostrzec w niej autentyczny strach.

- Będę – odpowiedziała, lekko ściskając jego dłoń, która zdawała się być całkiem bezwładna i skostniała z zimna i przerażenia. – Spokojnie, Jeremie. Damy radę… - próbowała jakoś mu dodać otuchy, przy okazji też starała się wmówić to samej sobie.

Zdawała sobie sprawę, że pchała się prosto w paszczę lwa. Bała się… Jeremie nawet nie wiedział, jak bardzo. Z trudem przychodziło jej odegnanie od siebie myśli, że być może widzą się i trzymają za ręce po raz ostatni.

- Eee… co z tą poprawką do Skida? – zapytała, chcąc zająć umysł czymś innym niż rozkładaniem na części pierwsze własnych lęków. Jeremie potrząsnął głową, jakby ocknął się z własnych myśli.

- Ach, to… zainstalujesz ją, gdy tylko znajdziecie się w Cyfrowym Morzu. To właściwie drobna sprawa… - powiedział. Aelita domyślała się, że ta poprawka wcale nie była dla Jeremiego bardzo istotną sprawą.

- Jasne. To… ja już pójdę – powiedziała ożywionym tonem. Chciała pobyć z nim jeszcze chwilkę dłużej… jednak obowiązek wzywał.

Z niechęcią wypuściła dłoń Jeremiego i poszła ku windzie. Czuła na sobie jego wzrok; gdy weszła do kabiny, pomachała mu i posłała ostatni uśmiech. Gdy drzwi się zasuwały, widziała, jak wpatrywał się w nie, by po chwili wrócić do wpisywania komend.