Unknown diamond
Rozdział I
Bpov
Kiedyś myślałam, że jestem wampirem. Wydawało mi się to całkiem możliwe. W końcu mój organizm w jakiś sposób pragnął krwi – a to podstawowa cecha, która wyróżnia ten gatunek. Ale były to czasy, kiedy wierzyłam, że święty Mikołaj mieszka w Laponii i w jedną noc potrafi przywieść prezenty dla każdego dziecka, lecz ten okres dawno już minął. Z czasem, kiedy stałam się starsza i zaczęłam studiować informację na temat tych stworzeń, odrzuciłam tą tezę. Dlaczego? W każdej legendzie czy podaniu, nie ważne czy pochodziło ono z Europy czy z Ameryki, wampiry były przedstawiane jako niezwykle silne, szybkie i zwrotne stworzenia. A o mnie można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie spełniałam tych kryteriów. A już na pewno nie byłam zwrotna, moje ciało zawsze przypominało raczej słonia w składzie porcelany. Nigdy nie brałam pod uwagę tej części legend, które mówiły o spaniu w trumnach, czy też o zabójczej mocy promieni słonecznych, brałam je raczej jako uwarunkowania wymyślone przez ludzi, tym bardziej, że charakteryzowały one tylko legendy pochodzące z Europy. Za to bardzo ciekawiło mnie, że praktycznie każdy mit mówił o niezwykłym uroku tych stworzeń. Podobno wampir-mężczyzna był w stanie oczarować każda kobietę, a jakby chciał to i mężczyznę. Ich uroda olśniewała i zachwycała, to miał być ich kolejny atut, który ułatwiał polowanie na ludzi. To był kolejny argument, przeczący mojemu powiązaniu z wampirami. Trudno było powiedzieć coś pozytywnego o moim wyglądzie. Nie żeby mnie to specjalnie bolało czy coś, ale trudno byłoby o mnie mówić w kategorii ładna. Byłam niska i…jakby to delikatnie mówić, masywna. Mój głód krwi od zawsze próbowałam złagodzić standardowym jedzeniem. Nie dało to spodziewanych efektów, a przyczyniło się jedynie do rozrośnięcia się mojej masy ciała. Nie byłam otyła, ale do szczupłych na pewno się nie zaliczałam. Moje włosy przypominały stóg siana, były sterczące, suche i nieznośnie się kręciły. Poza tym były czarne, co okropnie zestawiało się z moja ziemistą cerą. Ale była jedna rzecz, która mi się w sobie podobała. To były moje oczy. Miały naprawdę intensywny, zielony kolor, przecinany żółtymi plamkami. Lubiłam tę część mojego ciała, nie przeszkadzało mi nawet, że przysłonięte były drucianymi, wiecznie wykrzywionymi okularami. Mój wzrok był kolejnym argumentem, co do obalenia wcześniejszej tezy, bez okularów byłam ślepa jak kret – a wampiry podobno mają sokoli wzrok.
- Może panna Dawn przedstawi nam historię powstania Deklaracji Niepodległości? – głos mojego nauczyciela historii wybił mnie z ponurych myśli.
- Wszystko zaczęło się od… - cichym głosem odpowiedziałam na zadane mi pytanie. Lubiłam historię i znałam poprawną odpowiedź. Jednak nienawidziłam, kiedy nauczyciele wzywali mnie do tablicy. Zwracałam wtedy na siebie uwagę, a to nie było dla mnie ani łatwe ani przyjemne. Gdy tylko usłyszałam dzwonek, nie patrząc na nikogo wybiegłam z klasy. Ponieważ teraz zaczęła się przerwa na lunch, miałam czterdzieści minut dla siebie. W każdym razie nie planowałam znaleźć się w szkolnej stołówce.
Zwykle przerwy spędzałam w czytelni lub w składziku woźnego. Liczba osób w tych miejscach na metr kwadratowy zwykle wynosiła jeden i tą jedyną osobą byłam ja. Tym razem wybrałam składzik, bo zbliżał się koniec semestru i uczniowie zaczęli się uczyć w bibliotece.
Siedząc na zdezelowanym fotelu przy ledwo tlącej się żarówce i czytałam książkę. W ogóle pochłaniałam wiele literatury, nie ważny był gatunek. Lubiłam to i sprawiało mi to przyjemność.
- Chyba ktoś tam jest? – zza drzwi usłyszałam głosy grupki chłopaków
- Może jakaś para tam się obściskuje?? – jeden z nich był bardzo chętny, aby wparować do mojej samotni. I to był problem. Jakby odkryli, że tu przesiaduje, nie dali by mi spokoju.
- Drzwi są zamknięte, może tam nikogo nie ma?? – krzyknął jeden szarpiąc namiętnie klamkę od drzwi. Cholera, musze coś zrobić aby się ukryć.
- Durniu, przecież mogli zamknąć się od środka – widocznie tylko jeden z nich choć w małym stopniu świecił rozumem.
- To jak się tam dostaniemy?
- Stójcie tu, aby się nasze gołąbki nie wymknęły, a ja pójdę do woźnego i wymyśle jakiś sposób aby wyłudzić klucz – głośny chichot tych gnojków podniósł mi ciśnienie. Nie miałam jednak czasu aby myśleć teraz o nich, musiała się jakoś ukryć.
Składzik był niewielkich rozmiarów, ale był tak zagracony, że dawało mi to kilka możliwości. Wiedziałam, że na pewno w pewnym stopniu będą przyglądać się temu pomieszczeniu, więc moja kryjówka nie mogła być banalna. Starłam się poruszać w miarę cicho, w końcu po drugiej stronie drzwi znajdowało się kilku idiotów, którzy z nabożeństwem słuchaj każdego szelestu jaki wydobywa się stąd. Po kilku minach napiętych poszukiwań, wybrałam małą szczelinę między wewnętrznymi półkami. Wprawdzie nie byłam pewna czy się zmieszczę, ale nie szkodzi spróbować. Chodząc na czworaka z trudem wcisnęłam się pomiędzy regały a następnie w owa szczelinę.
- Chryste, jak ja się stąd wydostane. Trzeba przejść na dietę B – zabrzmiało mi wgłowie.
- Ej, chłopaki mam klucz. Powiedziałem Fredowi, że pan Banner chciał, abyśmy wyjęli ze składzika stare mapy.
- Zaczyna się, losie, miej mnie w opiece, aby się udało – to była ostania myśl jaka przeszła mi przez umysł nim z głośnym hukiem otworzyły się drzwi. Wzięłam głęboki oddech i zatrzymałam powietrze w płucach.
- Tu nikogo nie ma – jeden z tych świrów był naprawdę rozczarowany
- To nie możliwe, może się ukryli – drugi z nich nie dawał za wygraną
- Tu nie ma gdzie się schować? Ale poszukać zawsze warto.
- Oto mój dzień Sądu Ostatecznego. – nerwowo zacisnęłam kciuki, starając się oddychać rzadko i płytko, w tym ciasnym pomieszczeniu ich zapach był bardziej intensywny i działał na mnie bardzo mocno. Ostatnimi czasy ludzie pachnęli dla mnie coraz bardziej nęcąco.
- Nikogo nie ma! A już się napaliłem na dobrą zabawę – grupka chłopaków była naprawdę rozczarowana.
- Wypierdalajcie stąd, jeżeli wam życie miłe – byłam na skraju wyczerpania, ich zapach mamił mój umysł. Jeżeli zaraz nie wyjdą, będzie źle.
- Dobra chłopaki, spadamy. Zaraz zaczną się lekcje – usłyszałam w końcu upragnione zdanie. Po minucie ci idioci opuścili mój były azyl. W końcu mogłam wziąć porządny, głęboki oddech. Teraz zostało mi tylko wydostanie się
- O kurwa, chyba nie utknęłam? – wymknęło mi się dosyć głośno z ust.
Seattle
- Alice, powiedz że coś widziałaś – zapytała lekko nerwowo Bella. Od dobrych kilku dni zadręczała siostrę podobnymi pytaniami.
- Spokojnie, nie widziałam nic nowego – Alice nie opuszczał dobry humor. Całymi dniami chodziła podekscytowana.
- Opowiedz mi o niej jeszcze trochę? – poprosiła brązowowłosa. Bardzo chciała się dowiedzieć więcej o swojej zaginionej księżniczce, bo tak nazywała ja w myślach.
- Nie wiem za dużo, moje wizje nie dotyczą bezpośrednio natury człowieka, przecież wiesz. Widziałam tylko, że nie jest zbytnio szczęśliwa – odpowiedziała spokojnie Alice.
- Kiedy będzie można zrobić cokolwiek w kierunku sprowadzenia jej do nas?
- Dam ci znać, kochanie. Przestań się martwić. Wszystko będzie dobrze.
******
Carlisle razem z Edwardem studiowali stare księgi w gabinecie. Oboje chcieli wiedzieć dużo więcej na temat sytuacji jaka ich spotkała. Zbierając informacje na temat dzieci wampirów dowiedzieli się na przykład, że legendy brazylijskie mówią tylko o bliźniakach, a europejskie przedstawiają je jako dwa przeciwieństwa.
- Nie wiem co o tym myśleć, tato –odezwał się Edward przeglądając książki – To moje dziecko, ale obawiam się komplikacji. Bella chodzi podminowana od kilku dni, chciałaby ją już chociaż zobaczyć, Alice jest radosna jak skowronek i planuje już wystój pokoju, a Nessi nie daje mi spokoju.
- To trudna sytuacja dla nas wszystkich, synu. Ale ona jest częścią rodziny, a rodzina powinna trzymać się razem. Ja też mam obawy. Każdy z nas miał wsparcie, mógł liczyć na pomoc. Bernadett była z tym wszystkim sama. Alice mówi, że nie widzi, aby kiedykolwiek zrobiła komuś krzywdę, jednak na pewno walczy z tym każdego dnia.
- Wiem, ale nie to mnie męczy. Zastanawiam się jak my jej to wytłumaczymy – westchną Edward
- O to będziemy się martwic później – Carlise uśmiechnął się szeroko - Masz dwoje własnych dzieci. Nie znam żadnego innego przedstawiciela naszej rasy, który mogłoby się tym pochwalić.
- Trochę mnie to przytłacza. Ale nie mogę zaprzeczyć, że czuje z tego powodu niewysłowiona dumę – westchnął lekko zawstydzony Cullen
- Nie dziwię się – śmiech Carlise rozległ się po całym gabinecie.
******
- Kochanie o czym myślisz? – Emmett od kilku dni był zaniepokojony zachowaniem Rosalie. Nie krzyczała, nie wrzeszczała i nie gniewała się. Była po prostu smutna. Em zdawał sobie sprawę, że Rosalie najbardziej przeżywa całą tą dziwną historię. Bardzo pragnęła mieć dzieci, a tu nagle okazało się, że Edward i Bella mają jeszcze jedno. Jakby Renesmee im nie wystarczyła.
- O niczym szczególnym – w końcu odezwała się Rose.
- Wiem, że jesteś tym wszystkim przygnębiona, bardzo chciałbym dać ci to o czym marzysz – Emmett nienawidził bezczynności, a teraz tak się czuł.
- Wiem małpoludzie – na ustach Rosalie pojawił się tak upragniony przez niego uśmiech – Tak się zastanawiam, jaka ona jest? Jak myślisz, może nasze gołąbki zgodzą się nam ją pożyczyć?
- Widzę, że wrócił ci humor – tym razem na ustach Emmetta pojawił się uśmiech – myślę, że na razie są w zbyt ciężkim szoku, aby rozsądnie myśleć. Po prostu ją porwiemy! Tylko wiesz, że ona ma siedemnaście lat, nie jest niemowlęciem i prawdopodobnie nie będzie łatwa do współpracy.
- O to się nie martw. Ja nad tym popracuję. W końcu poradziłam sobie z wychowaniem ciebie – Rose już nie mogła powstrzymać chichotu.
- Wypraszam sobie.
- Bardzo cię kocham Emmett – powiedziała przez śmiech Rose i mocno przytuliła się do swojego męża.
- Ja ciebie też jędzo.
Bpov
Prawie godzinę zajęło mi wydostanie się z mojej kryjówki, Znacznie łatwiej było się tam wcisnąć, niż stamtąd wyjść. Nie pojawiłam się na dalszych lekcjach. Zresztą wątpię, aby ktokolwiek się tym zainteresował. Cała ta sytuacja zepsuła mi humor na cały dzień. Wracając do sierocińca byłam w stanie tylko wściekać się i użalać się nad własnym życiem. Zresztą takie sytuacje zdarzały mi się dosyć często. Powinnam dawno się już z tym pogodzić.
W połowie drogi znów zaskoczył mnie deszcz.W ciągu jednej minuty przemokłam do suchej nitki. Moje sprane do białości jeansy pod wpływem wody przybrały siwy kolor a bluza z kapturem przybrała na wadze przynajmniej dwa kilo. Przyśpieszyłam. Deszcz nigdy mi nie przeszkadzał ale nie lubiłam pogody bezpośrednio po deszczu. Wszelkie zapach wyostrzały się wtedy, przyprawiając mnie prawie o zawał. Wolałam dojść do budynku przed zakończeniem ulewy.
Stukot moich kroków odbijał się echem na dziwnie pustej o tej porze ulicy.
- Coś jest nie tak – pomyślałam – wprawdzie to małe miasto, ale o tej porze powinny przejeżdżać tędy chociaż samochody. Zapewne to wina pogody. Nikt bez potrzeby nie ruszy się z domu w taką ulewę.
Pomiędzy drzewami zaczął majaczyć zarys budynku sierocińca. Poczułam jak żołądek zaciska mi się gwałtownie. To miejsce zawsze tak na mnie działało, po tylu latach nie mogłam pozbyć się tego uczucia pustki, jaki ogarniał mnie na jego widok. Nie zważając na nic, zaczęłam przechodzić na drugą stronę ulicy. Nie rozglądnęłam się, nie spojrzałam czy cokolwiek nadjeżdża. Wolnym krokiem po prostu posuwałam się na przód. I to był mój błąd, zza zakrętu w błyskawicznym tempie pojawił się czarny van. Kierowca nie zdążył zahamować, a ja nie miałam czasu na jakąkolwiek ucieczkę. Poczułam ból i uderzenie, które odrzuciło moje ciało na pobocze. W tym momencie zalała mnie ciemność.
