Unknown diamond
Rozdział II
Bpov
Leżałam nieruchomo. Mimo iż mój umysł rejestrował wszystko co działo się wkoło mnie, moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Moja skóra stała się bardziej wrażliwa na chłód i wilgoć, mój zmysł powonienia wyczuwał zapach mokrej trawy i liści, moje uszy słyszały dźwięk odjeżdżającego samochodu. Kierowca po gwałtownej próbie hamowania, nawet nie wysiadł z samochodu, aby zobaczyć, czy nic mi się nie stało. Odjechał z piskiem opon, uciekając z miejsca zdarzenia.
- Podnieś się B, dasz radę. Nikt nie może cię znaleźć, bo na sto procent zawiozą cię do szpitala, a tego na pewno nie chcesz – dopingowałam sama siebie w myślach. Z natury byłam zdrowym dzieckiem, nie licząc oczywiście lekkich przeziębień i kataru nigdy nie chorowałam. Bałam się lekarzy i szpitali. Nie wiem czemu, ale moje wewnętrzne obawy były wręcz irracjonalne. Po prostu zawsze się bałam, iż odkryją we mnie coś strasznego. Coś co w pewnym stopniu odpowiadało by za moją złowrogą naturę. Nigdy nie widziałam swojej krwi. Odkąd pamiętam unikałam zdarzeń i miejsc, które mógłby doprowadzić do jakiegokolwiek zranienia. A teraz czułam jej intensywny zapach. Unosił się wkoło mnie. Ku mojemu zdziwieniu, nie robił on na mnie żadnego wrażenia.
- Widocznie nawet takie dziwolągi jak ja, mają jakąś normalną cechę. To by był szczyt wszystkiego, jeżeli chciałabym wyssać swoją własną krew.
Wzięłam głęboki oddech. Ten nieznaczny ruch spowodował nieznośny i intensywny ból w klatce piersiowej. Ale nie zważałam na niego. Moim jedynym celem było podnieść się z tego rowu i dotarcie niezauważoną do swojego pokoju.
- Niech moc będzie z tobą Luke- kto by pomyślał, że w takim momencie będę w stanie jeszcze cytować filmy. Zebrawszy wszystkie siły, otworzyłam oczy i zaczęłam podnosić się z ziemi. Ból był tak dominujący, że nie byłam w stanie zdusić w sobie jęku. Mówiąc szczerze, to zaczęłam piszczeć jak szczeniak. Z trudem utrzymywałam się na nogach, a deszcz wcale mi tego nie ułatwiał. Wszystko wkoło było mokre i śliskie. Każdy krok sprawiał mi ból, czułam jak cala moja twarz zalana jest krwią. Po kilku krokach zatrzymałam się, by odpocząć, teraz dziękowałam w duchu, że wkoło nie było nikogo. Przyłożyłam rękę do czoła.
- To będzie naprawdę trudno ukryć – to była pierwsza myśl jaka naszła mnie kiedy opuszkami palców wyczułam opuchliznę i głębokie rozcięcie. To z niego sączyła się ta ogromna ilość krwi. Resztę oględzin zostawiłam na później. Na razie szczęście mi dopisywało, ale nigdy nie wiadomo czy zaraz ktoś się tu nie pojawi. Była dość wczesna godzina popołudniowa, więc większa część dzieciaków, która chodziła do szkoły, była poza murami sierocińca. Zostało jeszcze ominąć wychowawczynie i najmłodsze bachory. Z nimi będzie najgorzej, kręcą się wszędzie i gotowe są od razu polecieć naskarżyć. Mimo bólu wybrałam dłuższą trasę, prowadząca przez tylnią bramę. Mój pokój znajdował się na parterze, a okno skierowane było właśnie na nią. Chciałam je wykorzystać, aby dostać się do środka. Budynek sierocińca był stary, a okna były tak spróchniałe, że wystarczyło lekko je popchnąć, aby je otworzyć. Postanowiłam to wykorzystać. Każdy krok wydawał mi się coraz trudniejszy. Nie byłam nawet w stanie stwierdzić co mnie boli, bo wydawało mi się, że całe moje ciało pulsuje. W końcu znalazłam się pod swoim oknem. Teraz najtrudniejsza część zadania: dostać się do niego.
- Nie spieprz tego B. Jesteś już tak blisko.
Niepewnie rozejrzała się dookoła. Teren czysty. Czas rozpocząć operację okno. Z wielkim trudem podniosłam prawą nogę i oparłam ją na wystającej cegle. Starałam się nie zwracać uwagi na przeszywający ból, który z minuty na minutę stawał się coraz mocniejszy. Trzymając parapet obiema rękoma, bardzo powolutku wynajdywałam stopami jakichkolwiek podpórek.
- Tylko nie spadnij, nie spadnij, nie spadnij – powtarzałam sobie jak mantrę.
Byłam zdumiona, że tak dobrze mi idzie. Wprawdzie osłabienie i ból nie minął, ale jak na razie wszystko mi się udawało. To raczej nowość, jak na mnie. To na pewno adrenalina. Nie ma innego wytłumaczenia. Nie wiem ile zajęło mi dotarcie do okna, ale każda sekunda wydawała się być godziną. Tak jak myślałam, lekki nacisk na okno spowodował, że otworzyło się. W tym momencie ja nawet nie weszłam do pokoju, ja się po prostu do niego wtoczyłam. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Padłam na podłogę. I po raz pierwszy od wielu lat zaczęłam płakać.
Seattle
- Ojej – wykrzyknęła nagle Alice. Siedziała właśnie w kuchni, gdzie Esme karmiła wiecznie głodnego Jake'a.
- Co się stało? – zapytała Esme, patrząc uważnie na twarz córki, która dosłownie w ciągu sekundy zrobiła się smutna.
- Bernie ma kłopoty – stwierdziła krótko czarnowłosa – I to poważne.
- Coś przeskroba… - Jake nawet nie zdążył dokończyć pytania, gdy koło niego pojawił się Edward.
- Widziałaś wypadek – jego głos wyrażał lekkie zdenerwowanie. Był właśnie w gabinecie, kiedy usłyszał myśli Alice, a dokładnie jej wizję. Szum jaki wydaje ostro hamujący samochód i łkanie dziewczyny nadal brzmiały w jego głowie.
- Samochód uderzył Bernie – pospieszyła z wyjaśnieniem dziewczyna, widząc zaciekawione spojrzenia pozostałych osób – Kierowca uciekł z miejsca wypadku.
- Nic jej nie jest? – Esme była szczerze zaniepokojona – Jest w szpitalu?
- Podniosła się i wróciła o własnych siłach do sierocińca, unikając spotkania z kimkolwiek. Dość sprytna dziewczyna, weszła do pokoju przez okno – Alice była wręcz zafascynowana zachowaniem Bernadett, podziwiała upór jaki zobaczyła w jej oczach. Dawno nie miała tak wyraźnej wizji – Ale przydałby się jej lekarz. Z tego co widzę, ona sama z własnej woli nie da się zbadać.
- Nie dziwie się jej. Może boi się, że w szpitalu odkryją coś niepokojącego – wtrącił się Jake
- Czy ja dobrze słyszałam, coś się stało Bernadett?- w kuchni zabrzmiał dźwięczny głos Belli.
- Kochanie, nie stało się nic… - odezwał się Edward, ale jego wypowiedź przerwała Alice
- Bernie przejechał samochód.
- Co? Nic jej nie jest? Jak to się stało? Alice.. – Bella zasypała dziewczynę potokiem pytań.
- Spokojnie, nie jest może w najlepszym stanie, ale nie widzę nic niepokojącego – czarnowłosa próbowała uspokoić siostrę ,ale ta nawet nie dała jej żadnej szansy.
- Uderzył ją samochód. Krwawi? Na pewno zrobiła sobie krzywdę…
- Wystarczy kochanie, nic jej nie jest – pałeczkę przejął Edward - Nie panikuj…
- Jak mam nie panikować, kiedy mojemu dziecku dzieje się krzywda? Jeżeli dotyczyło by to Renesmee nie siedziałbyś teraz w kuchni tylko działał! – Bella wyrzucała z siebie wszystko to, co ją od kilku dni dręczyło.
- Al, kiedy będziemy mogli w końcu cos zrobić? Nie mam siły już dłużej czekać – westchnęła w końcu – Przepraszam Edward, wiem że jestem nieznośna.
Edward przytulił żonę mocno do siebie. Cała ta sytuacja powoli zaczynała go przerastać. Miał prawie 130 lat, a czuł się naprawdę jak bezradny małolat.
- Nie masz za co przepraszać. Al, jak długo?
- Nie musimy już czekać, kochani. Nadszedł czas aby sprowadzić naszą dziewczynkę do domu.
Bpov
Zapomniała już jak ożywcze mogą być łzy. Dawno temu odmówiłam sobie tego przywileju, to był znak słabości. Płakałam nie tylko z powodu bólu, ale również z żalu i cierpienia, jakie odczuwam od zawsze. Po kilku minutach podniosłam się w końcu z podłogi. Musiałam się umyć i opatrzyć rany, a przede wszystkim zastanowić się jak ukryć obrażenia. Wprawdzie miałam szanse nie pojawić się w szkole przez kilka dni bez informowania władz sierocińca o wagarowaniu, ale musiałam jeść. A w takim stanie nie mogłam się pojawić w tutejszej stołowe.
Gdy zobaczyłam swoje oblicze w lustrze, naprawdę się przestraszyłam. Wyglądałam dużo gorzej niż zazwyczaj. Po prostu koszmarnie. Jak zombie z tandetnego horroru. Całą twarz pokrywały smugi zaschniętej krwi, czoło było spuchnięte, a poprzez całą jego długość ciągnęła się długa, ale na szczęście płytka rana. Część włosów posklejana była krwią. Dobrze, że zazwyczaj wiąże je w kucyk, zminimalizowało to w pewnym stopniu szkody. Zmoczywszy ręcznik chłodną woda zaczęłam obmywać twarz. Opuchlizna z każdą minutą się powiększała, ale moja osobista obdukcja przynosiła mi ulgę. Po usunięciu resztek krwi, zaczęłam zdejmować przemoczone i brudne ciuchy. I ta część była najtrudniejsza. Z trudem wyswobodziłam się z jeansów i bluzy. To co zobaczyłam przerosło moje wyobrażenia, moje nogi były jednym wielkim krwiakiem, a wszystko to co znajdowało się powyżej nich, pokrywały paskudnie siniaki. Od razu zrozumiałam, że przez kilka tygodni, nie będę w stanie normalnie się poruszać.
Nie miałam ani ochoty ani siły robić cokolwiek. Powlokłam się z powrotem do pokoju i położyłam się na łóżku. Nie zważając na ból ułożyłam się w miarę wygodną pozycję. Nacisk kołdry sprawiał mi ból, ale musiałam ogrzać zmarznięte ciało. Powieki zaczęły mi ciążyć, po kilku minutach zasnęłam.
Seattle
- Jak to widzisz, Alice? – zapytał Carlise. Wszyscy członkowie rodziny Cullenów zebrali się w salonie, aby omówić całą tą skomplikowaną sytuację. Wizja Alice z dnia na dzień stawała się coraz bardziej wyraźna. Najpierw widziała jedynie sylwetkę Bernie , później doszły do tego jej uczucia i samopoczucie, a na końcu wszelkie drobne i duże wypadki jakie się ostatnio jej zdarzyły. Czarnowłosa była zafascynowana postacią Bernadett, podziwiała w niej jej upór i wrodzony cynizm. Mimo, że jej jeszcze nie poznała, już czuła, że będą prawdziwymi przyjaciółkami. Alice, wiedziała również, że Bernie nie zaufa im tak łatwo i szybko, jak cała rodzina by chciała. Ale w końcu mieli mnóstwo czasu.
- Zgłosisz się razem z Esme do ośrodka adopcyjnego w Billings w stanie Montana. Wyrazicie chęć adopcji nastolatka, oczywiście nie macie nic przeciwko tzw. trudnej młodzieży. Ponieważ oficjalnie posiadacie już szóstkę adoptowanych nastolatków, nikt nie będzie wam robić żadnych problemów. Po dwóch tygodniach otrzymacie wiadomość, że w miejscowości Havre, w sierocińcu imienia Eleonory Roosvelt, znajduje się siedemnastoletnia dziewczyna, Bernadett Down, która uchodzi za dziecko dość dziwne i nastawione dość antyspołecznie. Zapytają, czy chcecie ją wziąć na próbę, zaznaczą dodatkowo, że dziewczyna nigdy nie była w żadnej rodzinie zastępczej i nigdy nie było chętnych do adopcji, więc może sprawiać problemy. Oczywiście, nie będziecie mieć nic przeciwko. I tak najpierw zaproszą was na spotkanie z Bernie. Będą myśleć, że jak ją spotkacie i uciekniecie gdzie pieprz rośnie. Ale po ogólnym zdziwieniu całego ośrodka, na drugi dzień weźmiecie ją do domu. – Zakończyła swoja tyradę Alice – Nie ma co się martwic, wszystko pójdzie w miarę sprawnie.
- A dlaczego, ku ogólnemu zdziwieniu? – zapytała z zainteresowaniem Rose.
- No cóż, Bernie nie uchodzi za łatwą osobę – westchnęła czarnowłosa – Ale w głębi duszy jest zupełnie inna.
- A co rozumiesz przez określenie trudna? – tym razem do rozmowy wtrąciła się Renesmee.
- Z nikim nie rozmawia, unika wszelkich kontaktów z ludźmi, nie uśmiecha się i nie śmieje…dużo jest tego.
- Nie uważasz, że działa to na jej niekorzyść? – wtrącił się Jake – Czy jesteście pewni, że chcecie aby ona…- nawet nie zdążył dokończyć jak poczuł ból uderzenia. Zarówno Bella jak i Nessi dość mocno dały mu znać, że nie zgadzają się z jego wahaniami.
- Wiem też, że jest głęboko nieszczęśliwa i samotna. Nikt nie powinien zostawać sam – dodała Alice – Poza tym wiem, że będziemy przyjaciółkami. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła ją pomęczyć zakupami.
- Czyli istnieje możliwość zwolnienia mnie od tego obowiązku? Znalazłaś sobie nową ofiarę. – zaśmiała się Bella.
- Nie wywiniesz się tak łatwo, będziemy chodzić całą paczką. Takie wielkie kobiece zakupy! – ten pomysł wydał się cudowny jedynie Alice i Rose, Bella i Nessi podeszły do niego dość sceptycznie.
- Ale przecież nie mamy czasu. Musimy przygotować pokój. Jasper, ty pojedziesz ze mną do sklepu meblowego, Rose i Emmett, fajnie by było gdybyście wybrali farby. Wiesz Rosalie, ty masz najlepszy zmysł do kolorów – dodała widząc minę siostry - Edward, zabierz swoje kobietki do centrum handlowego. Musicie wybrać wszelkie dodatki, bibeloty, książki itd. W końcu Bernie to wasza najbliższa rodzina. Aha, Carlise i Esme, nie martwcie się, o was nie zapomniałam, przygotujecie ten pusty pokój na drugim piętrze. Będzie idealny dla Bernadett.
Wszyscy stali jak wryci, słuchając rozkazów tego małego chochlika.
- Nie zapomniałaś o mnie?? – zapytał Jake.
- Nie martw się, ty pojedziesz do szklarza i zamówisz lustro obramowane kolorowymi witrażami. Rozmiar 1,5 x 1 m. Aha i nie zapomnij, witraże mają mieć motywy roślinne. No co tak stoicie, do roboty – pospieszyła ich dziewczyna – Mamy mało czasu.
Cytat już z legendarnej sagi Georga Lucasa Gwiezdne Wojny – wypowiadany przez mistrza Jedi do
Luca Skywakera
