Unknown Diamond
Rozdział III
BPOV
Trzy cholerne dni nie wychodziłam w ogóle z pokoju. Dzięki zapasom ciastek, czekolady i nocnym wędrówkom do kuchni udało mi się je jakoś przeżyć. Jednak nie jestem idiotkom, w poniedziałek muszę w końcu iść do szkoły. Przez pierwszy dzień nie wstałam nawet z łóżka. Wszystko mnie tak bolało, że niekiedy łzy leciały mi już bez żadnej kontroli. Wprawdzie opuchlizna zeszła z twarzy bardzo szybko, ale rana zaogniła się i nie wyglądała najlepiej. Drugiego dnia głód postawił mnie na nogi. Wprawdzie chodzenie nie sprawiało mi jakiegoś dotkliwego bólu, ale każdy krok powodował pewien dyskomfort. Najbardziej martwiłam się o twarz. Rana zasklepiła się, ale była nadal czerwona i naprawdę widoczna. W niedziele postanowiłam w końcu działać. Cały dzień kombinowałam jak w miarę dyskretnie ukryć ten dość sporych rozmiarów defekt. Jak każda dziewczyna w sierocińcu, w święta dostaję pod choinkę komplet kosmetyków. Zawsze uważałam ten pomysł jako bardzo nie adekwatny do mojej osoby. Nie używam niczego z tak zwanych upiększa czy, a z resztą nie widzę w nich niczego co mogłoby mi pomóc poprawić mankamenty mojej urody. Ale teraz w końcu się do czegoś przydadzą. Podkład miał dziwny kolor i konsystencję, zawsze zastanawiałam się dlaczego dziewczyny nakładają tonę tego gówna na twarz. Wklepując dość sporą ilość tego paskudztwa w skórę znajdującą się bezpośrednio w koło rany, na myśl przyszło mi już kilka wymówek, w razie jeżeli ktoś zapytałby się co mi się stało w czoło. Nie jestem naiwna. Choćbym wylała na czoło całą tubkę tego czegoś, nie ukryje tej szramy.
- Spokojnie B, wątpię aby ktokolwiek zapytał się co się stało, ale zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze – pocieszałam samą siebie. – I tak będziesz musiała założyć opatrunek, trzeba go jednak tak zminimalizować, aby nie rzucał się aż tak bardzo w oczy.
Ostatnio przyłapałam się na bardzo częstym rozmawianiu sama ze sobą. Oczywiście, zawsze prowadziłam dość wyczerpujący wewnętrzny monolog, ale ostatnimi czasy to zjawisko bardzo się nasiliło.
- Po prostu robisz się coraz większą wariatką B, taka jest prawda.
Po kilku minutach zabawy w kosmetyczkę, efekt był całkiem zadowalający. Założyłam niewielki opatrunek bezpośrednio na ranę, cały plaster zakryty był prawie całkowicie moimi włosami.
- Może być – stwierdziłam sama do siebie – założę jak zwykle kaptur na głowę to może nikt nie zauważy.
Niedziela minęła jak z bicza strzelił. Zasnęłam na niezaścielonym łóżku, nie przebierając się nawet w jakieś luźniejsze ciuchy. Nie wiem czemu czułam takie potworne zmęczenie, nie robiłam niczego co mogło by się kwalifikować jako trudne lub męczące. Może to mój organizm nadal potrzebował odpoczynku po wypadku albo po prostu odsypiałam wcześniejsze niewyspane noce. Tej nocy nie miałam żadnych snów.
Seattle, dwa tygodnie później
- Zastanawiam się jak to będzie – głos Renesmee rozległ się w bibliotece, gdzie znajdował się właśnie Edward – W końcu ona nie będzie taka jak my. Nie będzie mogła prowadzić takiego stylu życia i w ogóle. Jak to sobie to wyobrażacie, tato?
- Nie wiem Nessi, nie wiemy nic o tej dziewczynie. Nie można nikogo skazywać tylko dlatego, że się go nie zna.
- Ale przecież ona będzie się wyróżniać. Wiesz o co mi chodzi.. – zaczęła Nessi ale Edward jej przerwał.
- Chcesz mi dać do zrozumienia, że cie źle wychowaliśmy? Pamiętasz, że kiedy zakochałem się w twojej matce, była człowiekiem. A teraz wykluczasz siostrę tylko dlatego, że ma więcej cech ludzkich niż ty, czy ja – jego słowa były wypowiadane spokojnie, ale czuć było, że nie jest zadowolony z punktu widzenia córki – Zaznaczę też, że Jacob jest bardziej człowiekiem, niż którekolwiek z nas.
- Oh, tato, jak ty to upraszczasz. Nie chodzi mi tylko o to, że będzie się różnić od nas zewnętrznie, ale o całokształt.
- Nie znasz jej, zresztą tak jak my, więc byłbym wdzięczny, gdybyś nie oceniała nikogo, jeżeli go nawet nie widziałaś.
- Po prostu się martwię – westchnęła Renesmee – Jakoś nie mogę sobie po prostu tego wyobrazić.
Zachowanie Nessi martwiło Edwarda. Już kilka dni temu zauważyli z Bellą, że ich córka dziwnie się zachowuje. Wydawało się, że nie potrafi zaakceptować tego, iż jej siostra nie będzie taka sama jak oni. Jednak jeżeli miał być ze sobą szczery, on również nie potrafił jakoś przyzwyczaić się do myśli, iż jego dziecko będzie inne. Bella nie mogła się doczekać spotkania z córką, co chwila wypytywała Alice o jakieś szczegóły. Raz nawet namówiła ją, aby naszkicowała portret jej ,,zaginionej księżniczki" jak zaczynała ją nazywać. Nie przejmowała się niczym, ważne dla niej było tylko to, aby jak najszybciej ściągnąć Bernie do domu. Czuł się okropnie z tą myślą, iż on nie potrafi się tak dostosować do tej sytuacji. Był jej ojcem, a nie potrafił się zmusić do myśli, iż mógłby pokochać kogoś taką samą miłością, którą darzył Renesmee. Jego ukochana nie miała z tym najmniejszych problemów. A jego ogarnął strach, że nie będzie umiał pokochać Bernadett.
- Wszystko poszło zgodnie z tym co mówiła Alice. Jesteśmy umówieni na wizytę w ośrodku adopcyjnym, podobno mają dla nas dobre wieści – Esme, tak samo jak Bella bardzo chciała, aby rodzina była już w komplecie. Z tego co wiadomo było z wizji, podczas spotkania pracownik opieki społecznej miał im przekazać informację o samotnej siedemnastolatce żyjącej w sierocińcu w stanie Montana. Esme ze wszystkiego najbardziej ceniła rodzinę. Kiedy jej ukochany syn Edward znalazł w końcu wybrankę swego serca a następnie, w dość nieoczekiwanych okolicznościach został ojcem, była po prostu przeszczęśliwa. Kiedy niedawno okazało się, że gdzieś istnieje jeszcze jeden Cullen, przyjęła to z wielkim entuzjazmem. W końcu wiadomo było, że więcej wnuków raczej się nie doczeka.
- Bardzo chciałabym pojechać z wami – Bella była wyraźnie smutna – wiem, że jeszcze jej nie spotkacie, ale sam fakt posłuchania trochę o niej, o jej życiu…Zazdroszczę ci tego Esme.
- Wiem kochanie, ale trzeba zachowywać pozory. Nie martw się, obiecuje że jeżeli umówią nas na pierwsze spotkanie, weźmiemy ciebie i Edwarda ze sobą – Esme rozumiała uczucia dziewczyny. Ona na jej miejscu również chciałaby zobaczyć córkę jak najszybciej.
- Edward nie jest za bardzo zachwycony tym wszystkim co się dzieje. Wiem, że próbuje robić dobrą minę do złej gry. Cały czas próbuje dowiedzieć się czegoś nowego, o tym jak zachowuje i wygląda drugie dziecko z wampirzych bliźniaków. W każdym razie, wszystkie informacje jakie do tej pory znaleźli z Carlisem nie są dla niego satysfakcjonujące. Nie znalazł niczego, co by chciał – Temat ten niezwykle martwił Bellę – No i Renesmee, ona popiera ojca w każdym aspekcie. Zastanawiam się, czy oni chcą, aby Bernadett znalazła się w domu? – wyrzuciła w końcu swoje obawy Bella.
- To musi być dla niego bardzo trudne, chociaż nie rozumiem dlaczego tak bardzo boi się inności. Próbowałaś porozmawiać z nim o tym? I z Nessi?
- Trochę, ale on zawsze próbuje odwieść mnie od tematu. Nie wiem już co o tym myśleć. Z jednej strony nie wyobrażam sobie, abym teraz świadomie zostawiła ją samą, ale nie chce psuć tych więzi jakie są między mną a moją najbliższą rodziną.
- Nie sądzę żebyś musiała widzieć wszystko aż w tak ciemnych barwach – pocieszyła ja Esme – Daj im po prostu więcej czasu i przede wszystkim porozmawiaj z nimi – dodała.
Bpov
Dwa ostatnie tygodnie minęły mi zdumiewająco szybko. Tak jak podejrzewałam nikt nie zainteresował się moją szramą na czole. Oczywiście unikałam wszystkich jeszcze bardziej niż zazwyczaj i nie ściągałam w ogóle kaptura z głowy. Rana goiła się naprawdę szybko. Powiedziała bym nawet, że zdumiewająco szybko. Już po tygodniu mogłam spokojnie zdjąć opatrunek, a po około dziesięciu dniach zniknęło całe zaczerwienienie. Wiem, że może wyda się to dziwne, ale zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest to kolejny objaw mojej dziwności. Nie jestem może zbyt dobra z biologii, ale taka rana nie goi się w ciągu niecałych dwóch tygodni, to fizjologicznie niemożliwe. Jednak w tym przypadku, byłam zadowolona z tej anomalii, oznaczało to mniej kłopotów. Niestety na czole pozostała mi długa, biała blizna i podejrzewam, że niestety mój organizm nie jest na tyle dobry, aby zlikwidować tą pozostałość. Siniaki i krwiaki również zeszły bardzo szybko, ale dyskomfort pozostał nadal. W końcu nie można mieć wszystkiego.
A teraz, idę korytarzem w kierunku gabinetu dyrektorki sierocińca i zastanawiam się, co znów takiego zrobiłam, że właśnie za kilka sekund wyładuje na dywaniku. Przez ostatnie dni unikałam wszelkich kontaktów z kimkolwiek, więc naprawdę nie przychodziło mi nic do głowy, o co mogli się mnie znowu czepiać. Wchodząc do tego znienawidzonego powszechnie pomieszczenia byłam zupełnie zdezorientowana.
- Proszę usiądź Bernadett – odezwała się całkiem przyjaznym głosem pani Jones – Mam dla ciebie dobre wieści.
- Dobre wieści – zastanawiałam się w myślach – Nie pamiętam, aby kiedykolwiek usłyszała z twoich ust dobre wieści - w końcu odezwałam się głośno – O co dokładnie chodzi pani dyrektor?
- Tak więc, dzwonili wczoraj z ośrodka adopcyjnego w Billings, jakiś czas temu zgłosiła się do nich para, która bardzo chcę adoptować nastoletnie dziecko. Dokładny wiek i pleć nie ma dla nich znaczenia. Nie obchodzą ich też żadne kartoteki z naganami i tym podobnymi sprawami. Kurator, który opiekuje się naszym ośrodkiem zdecydował, że to idealna szansa dla ciebie. A jeżeli mam być szczera, to prawdopodobnie ostania szansa. Masz siedemnaście lat i dość trudny charakter. Tak więc… - ,,lisica", jak nazywałam sobie w myślach dyrektorkę, nawet nie zdążyła dokończyć swoje wypowiedzi, jak wcięłam się jej w zdanie.
- Chce pani powiedzieć, że wysyłacie mnie do rodziny zastępczej? – starałam się, aby mój głos był spokojny i opanowany, aby nie wyrażał żadnych uczuć, jednak wewnętrznie moje nerwy były mocno napięte.
- Nie moja droga, nie wysyłamy cię do rodziny zastępczej, jakaś rodzina chcę cię adoptować – głos lisicy był sztywny i chłodny. Dawał do zrozumienia, że nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów.
- O cholera, jeszcze tego mi kurwa brakowało. Dodatkowych kłopotów. – to pierwsze co mi przyszło na myśl. Nie wiem jakim cudem ktoś zdecydował się na adopcje, nawet mnie nie widząc. To albo jacyś idiotyczni idealiści, którzy myślą, że zbawiają świat adoptując sierotę, której NIKT nie chce albo jacyś popieprzeni ludzie, nie wiedzący co robią.
- Prawdopodobnie jutro przyjadą się z tobą zobaczyć – dodała po chwili lisica, w ogóle nie zważając na moje milczenie.
Czyli mam jeszcze szansę, aby przekonać ta dwójkę że wcale mnie nie chcą, to moja szansa. Pokaże im całkowicie jak jestem i ta szalona dwójka ucieknie gdzie pieprz rośnie. To muszą być naprawdę dziwni ludzie, zresztą co się martwię, po pierwszym widzeniu zapewne już ich nigdy nie zobaczę.
- I pamiętaj Down, masz się zachowywać. To twoja jedyna szansa, rozumiesz? – dodała dyrektorka, z dość irytującym uśmiechem – Wątpię, aby ktokolwiek inny cię chciał. A teraz proszę już iść, mam mało czasu na przygotowaniu twoich papierów.
Muszę przyznać, że ostatnio nic mnie tak nie zaskoczyło. Wracając do pokoju obmyślałam już plan odstraszenia moich potencjalnych przybranych rodziców.
- Już ja wymyśle coś specjalnego.
Ośrodek adopcyjny w Billings w stanie Montana
- Tak więc państwo są zdecydowani? Mogą państwo zrezygnować. Bernadett jest trudnym wychowawczo nastolatkiem. Nikt nie będzie miał do państwa pretensji, jeżeli zrezygnujecie z tej dziewczyny.– jeden z pracowników patrzył na Esme i Carlisa z lekkim zdziwieniem. Czytając akta tej dziewczyny wątpił, aby siedząca naprzeciwko niego młoda para chciała wziąć do domu wybraną przez ośrodek sierotę.
- Jesteśmy pewni, że to dobry wybór. Na pewno wszystko ułoży się jak należy – Esme powoli zaczynała się niecierpliwić, ten młody człowiek nie mógł uwierzyć, że chcą wziąć do swojego domu nastolatkę, której akta mieściły się w trzech teczkach.
- Razem z żoną zdecydowaliśmy, że adoptujemy Bernadett – stanowczy głosem oznajmił Carlise, chcąc przerwać już tą, jego zdaniem, bezsensowną dyskusję – Chcielibyśmy dzisiaj podpisać wszystkie potrzebne papiery i umówić się na pierwsze spotkanie. Zależy nam, aby złapać dobry kontakt z tą młoda dziewczyną.
- Skoro państwo są tak pewni, mogę tylko złożyć państwu gratulacje i życzyć dobrego kontaktu z nowym dzieckiem – w głosie urzędnika nadal słychać było nutkę niedowierzania – Jeżeli państwo tak bardzo chcą spotkać się z Bernadett, to istnieje możliwość odwiedzenia sierocińca już dzisiaj. Władze ośrodka są poinformowane o wszystkim, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby jak najszybciej załatwić tą sprawę.
- Jesteśmy wdzięczni, iż sprawę załatwiono tak sprawnie – podziękowała Esme – mamy nadzieje, że jeszcze nawiążemy współpracę.
- Ja również. Proszę o to adres ośrodka i numer telefonu do sekretariatu. Zapewne Bernadett jest już poinformowana o państwa planach – dodał na pożegnanie.
Carlise i Esme czuli lekką ekscytacje. Za nie całą godzinę zobaczą i poznają najbardziej tajemniczego członka rodziny Cullenów, wzbudzającego tak wielkie poruszenie od ponad miesiąca. Wiele sobie obiecywali po tym spotkaniu.
Esme spodziewała się głęboko zranionej młodej kobiety nie potrafiącej znaleźć się w otaczającej ją przestrzeni. Carlise natomiast kogoś zbuntowanego i niepokornego, który zapewne będzie walczył z nimi wszystkimi. Kto by pomyślał, że oboje mieli rację.
Bpov
Czekali na mnie w salonie gościnnym sierocińca. Tak przynajmniej doniosła mi jedna z opiekunek. Od rana byłam już przygotowana. Chciałam im pokazać, że popełnili największy błąd wybierając mnie. Może nie świadczy to zbyt dobrze o moim charakterze, ale tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy jakim potworem jestem. I wolałabym, aby tak zostało.
Włożyłam czarne ciuchy, nawet nie raczyłam się uczesać. W końcu pierwsze wrażenie jest najważniejsze, a ja chce ich odstraszyć. To na 90% zadziała, a gdyby jeszcze się wahali, po prostu walnę kilka ciętych ripost i będzie po krzyku. Widziałam dezaprobatę w oczach opiekunki, która prowadziła mnie na miejsce odwiedzin. W jej oczach byłam już przegrana. W tym przypadku dobrze to świadczyło.
Jednak jeśli mam być szczera nic nie mogło przygotować mnie na to co zobaczyłam, gdy weszłam do salonu. Na lekko obdartej kanapie siedziała dwójka najpiękniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek widziałam na oczy. Wyglądali na góra trzydzieści lat. Oboje mieli bardzo jasną cerę, prawie przezroczystą, ich oczy miały intensywny bursztynowy kolor. Cali sobą reprezentowali ideał urody człowieka. Aż mnie zatkało, chyba zaszła jakaś pomyłka. Spodziewałam się dwójkę starszych, do cna pobożnych ludzi, którzy swoim postępkiem chcą sobie wykupić miejscówkę w niebie, a spotkałam młodych, zapewne pełnych życia trzydziestolatków.
- Coś tu kurwa nie gra – to pierwsze przyszło mi na myśl. Stałam jak skamieniała, wpatrując się w tą dziwną dwójkę. Oboje od razu zwrócili na mnie uwagę, co najdziwniejsze nie zauważyłam w ich oczach ani dezaprobaty ani rozczarowania.
- Witaj Bernadett, jestem Esme – ta niesamowita kobieta podeszła do mnie i uściskała mnie mocno. To było najdziwniejsze uczucie, jakie doznałam w swoim życiu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mnie przytulał – Tak się cieszę że cię w końcu poznałam.
- Witaj, nazywam się Carlise – nagle wylądowałam w ramionach mężczyzny – Oboje z Esme, nie mogliśmy się doczekać spotkania z tobą.
Ich powitanie kompletnie mnie zaskoczyło, spodziewałam się naprawdę wszystkiego, ale nie takiego, jak to określić, miłego powitania. Nie przeszkadzały im moje lekko nieświeże ubrania, ani koszmarna fryzura, albo raczej jej brak. Wpatrywali się we mnie dziwnym wzrokiem, ale ku mojemu zdziwieniu podobało mi się, jak na mnie patrzyli. Nie jestem w stanie określić co to oznaczało, ale było to niesamowite uczucie. W każdym razie naprawdę wpadłam.
- Trzymaj się swojego planu B. Nie jesteś mięczakiem.
