Rozdział IV

Autor: aleksandra006

Bpov

Esme i Carlise byli naprawdę mili. Trudno mi się do tego przyznać, ale naprawdę sprawiali przyjemne wrażenie. Uśmiechali się do mnie szeroko i opowiadali o swoim domu w Seattle, nastoletnich dzieciach, których adoptowali jakiś czas temu. Nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam, ale była ich siódemka. Oczywiście, mówili mi jak się nazywają, ale niestety nie byłam w stanie odtworzyć tych imion. Jedno z nich nazywało się jak potwór z Loch Ness – ten kto nadał to imię, musiał być albo szalony albo pod wpływem szoku porodowego. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wpatrywałam się w nich z szeroko otwartymi oczami. W końcu ta piękna kobieta postanowiła zmienić trwający od dobrych minut monolog w dialog:

- Opowiesz nam coś o sobie?

Zamarłam. Czas, aby wprowadzić mój plan w życie. Choćby nie wiem jak byli niesamowici, lepiej będzie jak zrezygnują z mojej adopcji.

- Nie – odpowiedziałam najbardziej nieprzyjemnym głosem na jaki było mnie w tej chwili stać. Ku mojemu zdziwieniu na ich twarzach nie zagościł żaden grymas, który mógł mi posłużyć za wskazówkę, że zdenerwowałam ich swoja obcesową odpowiedziom.

- To na pewno trudne dla ciebie. Dwoje obcych ludzi wypytuje cię o twoje życie. Jestem pewna, że kiedy bliżej się poznamy, zaufasz nam na tyle, aby nam coś o sobie opowiedzieć – ta kobieta wprawiała mnie w coraz większe zdumieni. Kurwa, będzie ciężko.

- Nie sądzę – rzuciłam zdawkowo.

Ale oni byli niewzruszeni. Jakby w ogóle nie słyszeli mojego głosu. Muszę przyznać, że ta sytuacja robiła się cholernie wkurzająca. Naprawdę, czy trzeba być prawdziwym chamem, aby poruszyć tych ludzi. Postanowiłam więc być odrobinę bardziej wkurwiająca.

- Możemy już skończyć naszą rozmowę – postarałam się, aby mój głos był przesiąknięty drwiną. Ale oni uśmiechali się coraz szerzej, jakby nie rozumieli tego co do nich mówię.

- Masz rację, to bardzo stresująca sytuacja zarówno dla ciebie jak i dla nas. Z następną wizytą przyjedziemy całą rodziną. Może wybierzemy się razem na jakąś wycieczkę? Albo zabierzemy cię na weekend do domu? A jeżeli szczęście dopisze i sprawy formalne zostaną zakończone szybciej niż zakładaliśmy, zabierzemy ciebie od razu do siebie. – Esme trajkotała jak najęta. Boże, ta kobieta nie rozumie bardzo uzewnętrznionej aluzji

- Czeka już na ciebie pokój. Wszyscy pomagali go urządzać – dodał doktor mimo, iż nie był tak wylewny jak jego żona, również wydawał się być tym wszystkim podekscytowany.

Tym razem zatkało mnie na dobre. Przygotowali pokój, chcą zabierać mnie na wycieczki, a z ich słów wynika, że bardzo zależy im, aby szybo zabrać mnie z sierocińca. Czy oni kurwa poszaleli? Albo są ślepi, głusi? Czy tak trudno zrozumieć te sygnały, które wysyłam?

- Musimy się już zbierać, mieszkamy w Seattle, to kilka godzin jazdy samochodem. Postaramy się przyjechać w przyszłym tygodniu. Chcielibyśmy, żebyś jak najszybciej poznała resztę rodziny – jak przez mgłę słyszałam słowa pani Cullen, bo przez kilkanaście sekund tkwiłam w jej mocnym uścisku.

Wyściskana i wycałowana na pożegnanie, czułam się lekko zbrukana. Naprawdę, trudno jest się przyzwyczaić do takich czułości. Nie, żebym była jakimś emocjonalnym wrakiem, ale do tej pory trudno mi było zaakceptować kontakt fizyczny z kimkolwiek. Choćby miał on tylko polegać na uściśnięciu ręki.

Dopiero po wyjściu państwa Cullenów, zorientowałam się, że ich zapach był inny. Nie pachnieli jak ludzie, których do tej pory spotkałam. Nie czułam palącego ognia w gardle, moja krew nie przyspieszała, czułam się tak jak powinnam czuć się w towarzystwie innych osób. Spokojna. Po prostu ten zapach na mnie nie działał. A może po prostu za krótko z nimi przebywałam? Dziwna sytuacja. Naprawdę, aż trudno uwierzyć.

Seattle

- Carlisle i Esme spotkali się przed chwilą z Bernie – nagle oświadczyła wszem i wobec Alice. Wszyscy znajdujący się w salonie zamarli, jednak to osłupienie trwało mniej niż sekundę.

- Widzieli ją? Jak…przecież mówiłaś, że jeszcze jest za wcześnie - zapytała Bella.

- Wszystko jest subiektywne, nawet moje wizje. Wszystko potoczyło się szybciej, niż mogłoby się wydawać. Ale wszystko zaczyna układać się w spójną i logiczną całość. Jeżeli nic się nie zmieni, Bernie trafi tu niebawem. - Alice była szczęśliwa z tego zbiegu okoliczności.

- A jaki był finał tego spotkania? – Tym razem głos zabrał Edward.

- No cóż, był to raczej monolog ze strony Esme. Nasza zaginiona dziewczynka nie należy do osób zbytnio rozgadanych. W każdym razie nasi kochani rodzice są zadowoleni. A w szczególności Esme. Zresztą sami się przekonacie. Zaraz powinni tu być. – Jak zwykle przewidywania czarnowłosej były bezbłędne. Nim skończyła mówić, przed domem zaparkował samochód Carlisla.

- Czeka nas ciekawe popołudnie, - stwierdził Emmett. Cała sytuacja bardzo go bawiła. Oczywiście, w pozytywny sposób. Zastanawiał się, czy ta mała będzie przypominać Bellę za czasów, kiedy była jeszcze człowiekiem. Brakowało mu tych rumieńców, które pojawiały się za każdym razem, gdy opowiadał sprośnie kawały. Lubił też nabijać się z jej braku jakiejkolwiek koordynacji.

- Przydałby się ktoś, z kim mógłbym się droczyć. Bella nie jest już tak zabawna jak kiedyś.

- Emmett, czy ty nigdy nie dorośniesz. Nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że aż tak bawiła cię niezdarność Belli – Edward, który doskonale słyszał myśli brata, nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy płakać nad tokiem myślenia, jaki przedstawiał ten olbrzym.

- Och Eddie, to były piękne czasy. Wystarczyło wspomnieć o seksie, a twoja ukochana dosłownie po sekundzie oblewała się szkarłatem. Kto wie, może twoja druga córeczka bardzo wdała się w mamę. – Głośne westchnięcie Emmetta rozśmieszyło wszystkich w pokoju.

- Tęsknisz za moją niezgrabnością, bo czujesz się zagrożony. Staje się lepsza niż ty - wtrąciła Bella, nie doczekała się jednak odpowiedzi, bo wszyscy od razu skupili się na Carlislu i Esme.

- Jest urocza! – to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała kobieta, gdy zaczęła składać relacje rodzinie.

- To było zabawne, kiedy próbowała zniechęcić nas do swojej osoby. Była bardzo zaskoczony, kiedy nie reagowaliśmy na jej słowne zaczepki. – Tym razem to doktor zaczął mówić pierwszy.

- Próbowała was zniechęcić! Oszalała – Nessi była oburzona zachowaniem ,,siostry" – Powinna się cieszyć, lepsi kandydaci na rodziców adopcyjnych jej się nie trafią.

- Ona po prostu nie chcę być przez nikogo adoptowana. W każdym razie, takie odniosłam wrażenie, - wtrąciła się Esme – Na każdego człowieka patrzy z wrogością. Z jej akt dowiedzieliśmy się, że z nikim nigdy nie utrzymywała bliskich stosunków. Trzyma się na uboczu, stroni od zatłoczonych miejsc.

- To brzmi logicznie, jeżeli czuje pociąg do krwi to w ten sposób walczy sama ze sobą – Tym razem to Jasper miał cos do powiedzenia – Zachowuje się jak nowonarodzony wampir, który z własnej woli rezygnuje z ludzkiej krwi. Ucieka od wszystkiego, co mogłoby go narazić na utratę kontroli nad sytuacją.

Jasper już od dobrych kilku lat świetnie kontrolował swoje reakcje. Dzięki temu stał się bardziej otwarty. Alice mogła bez przeszkód torturować go wieloma godzinami zakupów w centrach handlowych. Jednak nie zapomniał tego nieustępującego ognia w gardle, który dręczył go prawie kilkadziesiąt lat. Był w stanie zrozumieć, dlaczego dziewczyna z własnej woli izoluje się od społeczeństwa.

- Myślisz, że to dlatego jest taka zamknięta w sobie? To by wszystko tłumaczyło. – Jakże zdziwieni byli wszyscy, kiedy w głosie Rose rozpoznali coś na kształt zrozumienia. Przecież Rosalie nigdy nie akceptowała słabości.

- Mimo wszystko, nie rozumiem jej zachowania. – Do rozmowy ponownie wtrąciła się Renesmee – Przecież na pewno zauważyła, że nie pachniecie jak ludzie.

- Nie spodziewaliśmy się, że rzuci się nam w ramiona. Sierociniec to specyficzne środowisko, takim dzieciom trudno jest wyrażać uczucia – Carlisle był pewny, iż czas pomoże odbudować wszelkie zerwane więzy.

- Opowiadała coś o sobie? Co lubi albo czego nie cierpi? Cokolwiek… - Bella domagała się bardziej precyzyjnych informacji.

- Oprócz zdawkowych tak lub nie, niczego nie usłyszeliśmy z jej ust – roześmiał się doktor Cullen – Próbowała nas zbyć. Ale sądzę, że nasza kolejna rozmowa będzie bardziej produktywna.

- Więc na razie nie dowiem się niczego! – Bella była jawnie rozczarowania. Esme widząc minę córki posmutniała.

- Obiecałam Bernie, że nasze następne spotkanie odbędzie się w gronie całej rodziny – uśmiechnęła się na samą myśl tego wydarzenia – Mam nadzieje, że będzie mogła przyjechać do nas przynajmniej na weekend.

- Bernie odwiedzi nas już niedługo. Prawdopodobnie za około pięć tygodni - znów Alice poraziła wszystkich swoją wizją.

- Tak się cieszę, - szepnęła Bella i przytuliła się do Edwarda – Dobrze znać konkretną datę.

Edward wahał się. Nie wiedział co ma czuć w tym momencie. Sumienie podpowiadało mu, że powinien być szczęśliwy albo chociaż zadowolony z tego biegu wydarzeń. Ale czuł jedynie zwątpienie. Nie brał udziału w rozmowie, czuł się przytłoczony tym wszystkim. Rozmawiał ostatnio o tym z Renesmee, ona również czuła się z tym faktem źle. Oboje doszli do wniosku, że na razie nie potrafią myśleć o Bernadett w kategoriach członka rodziny. Jednak z tego wszystkiego, najbardziej bał się reakcji Belli. Nie miał pojęcia jak ma z nią rozmawiać. Wiedział że będzie rozczarowana jego zachowaniem. Tylko on sam wiedział, jak bardzo chciałby być równie podekscytowany i radosny jak ona.

Bpov

Spotkanie z państwem Cullen było najdziwniejszym wydarzeniem jakie mnie spotkało. Oczywiście patrząc obiektywnie, sam fakt spotkania z tym młodym małżeństwem nie był niczym specjalnym, ale dla mnie było to naprawdę dziwaczne. Byli sympatyczni, uśmiechali się do mnie, nie reagowali na moje słowne zaczepki. Nadal byłam porażona ich urodą. Esme była smukłą i naprawdę olśniewającą kobietą, a doktor Carlisle był cholernie przystojny. Teraz, po tym wszystkim, zdałam sobie sprawę, że podczas całej ich wizyty, wpatrywałam się w nich jak w obrazek.

- Co oni sobie o mnie pomyślą, gapiłam się na nich non stop. Zrobiłam z siebie totalną idiotkę. A z resztą, czym ja się martwię. Może sam fakt, że jestem idiotką przekona ich, iż się nie nadaje do ich idealnej rodziny.

Po pokoju rozległ się cichy i głęboki głos spikera radiowego. Zawsze, gdy czuje się trochę zagubiona włączam radio. Słucham muzyki, audycji, wiadomości i udaje, że jestem normalna. Nigdy nie przepadałam za telewizją, wszelkiego rodzaju programy typu reality show przyprawiają mnie o mdłości. Choć niestety muszę przyznać, iż uwielbiam teleturnieje, które sprawdzają wiedzę uczestników.

Teraz jednak leżę w swoim łóżku, słucham programu radiowego o muzyce klasycznej i próbuje zapomnieć o moich problemach.

- Chryste, brzmię jak normalna nastolatka. Dobrze chociaż, że nie cierpię różu i nie podkochuje się w chłopakach ze szkoły.

Seattle

Bella postanowiła, że tym razem nie ustąpi. Musi porozmawiać z Edwardem. Nie mogła patrzeć jak się męczy. Obserwowała go przez całe popołudnie. Martwiło ją zachowanie męża.

- Kochanie, usiądź koło mnie – poprosiła cicho. Edward bez słowa usiadł na kanapie, czekając na dalsze słowa żony.

- Ufasz mi? –zadała krótkie pytanie.

- Oczywiście, że tak - odparł cicho.

- Powiedz mi, co cię dręczy?

Głośnie westchnięcie ukochanego, upewniło ją że dzieje się coś złego.

- Nie wiem jak mam to ci powiedzieć. Czuje się źle z tym wszystkim…

- Myślę, że będzie ci łatwiej, jak po prostu przejdziesz do sedna sprawy – Bella swoim uśmiechem próbowała dać znać ukochanemu, że jest w stanie przyjąć od niego wszystko.

- Nie potrafię odnaleźć się w tej całej sytuacji – zaczął w końcu – Bernadett, sierociniec, nowy członek rodziny, nie jestem w stanie tego wszystkiego ogarnąć. To znaczy, chcę powiedzieć, że …

- Na razie trudno ci będzie zaakceptować Bernie – stwierdziła smutno dziewczyna. Od dawna czuła, iż osoba Bernadett jest przyczyną dziwnego zachowania jej wampira. Jednak nie była w stanie ukryć, iż boli ją tok myślenia Edwarda. Miała nadzieje, że on zaprzeczy jej stwierdzeniu, ale milczenie męża potwierdziło tylko jej obawy.

- Wiem, że cię rozczarowałem. Może jak ją poznam, wszystko się zmieni. – Edward próbował ukoić ból Belli, który widoczny był na jej twarzy. Jednak jego wysiłki, szły na marne.

- Renesmee myśli tak samo, prawda? – szeptem dopytywała się dziewczyna, ale nie pozwoliła dojść mu do słowa, sama odpowiedziała sobie na to pytanie. – Nessi też tak myśli.

Edward czuł się fatalnie. Obiecał Belli, że zawsze będzie przy niej i nigdy jej nie zrani. Teraz złamał tę obietnicę. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż nie potrafił logicznie wytłumaczyć, dlaczego tak trudno jest mu się pogodzić z tym, że ma drugą córkę. Inną, niż jego ukochana Renesmee.