Rozdział 5
(BERNIE)
Minął tydzień od spotkania z państwem Cullen. I muszę szczerze przyznać, iż nadal nie jestem w stanie otrząsnąć się z szoku. Nigdy przedtem nie miałam problemu z ignorowaniem ludzi, od po prostu przechodziłam koło nich. Nigdy nie byłam zakochana, nigdy nie czułam do nikogo nawet czegoś w rodzaju sympatii. Niektórych akceptowałam, ale trzymałam na dystans, znacznie większą część po prostu olewałam. Ale Ci dziwni ludzie, choć przebywałam z nimi jedynie niecałą godzinę, mieli na mnie niesamowity wpływ. Nie mogłam zapomnieć ich twarzy, bez przerwy myślałam o tamtym spotkaniu i analizowałam każdy ich gest i słowa. Jak jakaś pieprzona psychopatka. Kiedy zaczęli mi się śnić po nocach, byłam wręcz przerażona.
- Nie rób z siebie jakiejś sentymentalnej idiotki. Jesteś za stara na takie zachowania rodem z dramatu – zganiłam w myślach samą siebie, kiedy na lekcji biologii przypomniałam sobie, że Esme wspominała, iż jeden z jej synów uwielbia ten przedmiot.- Ci ludzie mają na mnie zły wpływ, robią mi sieczkę z mózgu.
Tego dnia słońce święciło niezwykle intensywnie, niebo było bezchmurne . Nienawidziłam, gdy warunki meteorologiczne były takie idealne. Każdy, kto by mnie teraz posłuchał, uznał by mnie za kompletną wariatkę, ale prawda była taka, że nie czułam się komfortowo w pełni promieni słonecznych. Miałam wrażenie, jakbym była naga, a każdy kto przechodzi obok, patrzy się na mnie. To był mój najgorszy koszmar – ludzie gapiący się na moja osobę i szepczący o mnie między sobą.
Wracając do sierocińca zastanawiałam się, czy możliwe jest, abym żyła kiedykolwiek normalnie, tak jak przedstawiane są to w telewizji, rodzina, przyjaciele, sympatie. Cholera o czym ja myślę? Zwariowałam już doszczętnie.
- Widzicie co zrobiliście, zaczęłam zastanawiać się nad takimi oczywistymi dla mnie kwestiami – Przeklinając tę cholerną parę, doszłam w końcu do znienawidzonego budynku. Niestety tego dnia szczęście mi nie dopisywało, jak na nieszczęście na korytarzu spotkałam tak ukochaną przeze mnie pracownice tego przeklętego miejsca.
- Dowd, słyszałam o twoim spotkaniu z rodziną adopcyjną, nie popisałaś się – Jej krzykliwy głos doprowadzał mnie do szewskiej pasji, miałam ochotę wgryźć się w jej tętnice szyjną i wyssać z niej całą krew. – Jesteś jeszcze głupsza, niż się spodziewałam. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale to była twoja jedyna szansa. Zresztą, nawet gdybyś ich nie odstraszyła podczas tego spotkania, zapewne odesłali by cię po kilku dniach. Tacy kulturalni ludzie nie chcieli by takiego dziwadła jak ty.
Jestem przyzwyczajona do tego, że ta suka przesyła w moim kierunku takie sentencje. Ale z jej słów wynikało, iż moje metody odstraszenia zadziałały.
- Widzę, że ten fakt wcale cię nie obchodzi. – Z jej ust wydobył się cichy chichot – Ale szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po tobie niczego więcej.
Odchodząc w stronę pokoju opiekunek rzuciła jeszcze ostanie zdanie:
- Twój los jest przesądzony, zapewne nim skończysz dwudziestkę trafisz na ulicę, bądź do zakładu psychiatrycznego.
Już od dawna nie przejmowałam się jej słowami, ale zrobiło mi się trochę przykro, kiedy usłyszałam, że Cullenowie ze mnie zrezygnowali.
- To bezsensowne , przecież sama tego chciałaś. Byli dla ciebie mili, bo to przyzwoici ludzie. Ale kiedy wyszli z pokoju, od razu stwierdzili, że nie nadajesz się do ich licznej rodzinki. I koniec pieśni.
Seattle
Bella nie mogła znieść smutku Edwarda. Widziała, jak mąż męczy się ze swoimi odczuciami. Starała się mu pomóc, ale jej działania na niewiele się zdały. Kochała go całym sercem i w końcu zrozumiała, że najlepszym lekarstwem dla niego jest po prostu czas.
- Damy sobie radę, pokonaliśmy Volturi i ochroniliśmy Nessi. Tym razem będzie tak samo. Pokonamy wszelkie przeciwności i nasza rodzina znowu będzie razem – przekonywała go za każdym razem.
Minął tydzień od spotkania Esme i Carlisla z Bernie. Dziewczyna wyciągnęła z nich wszelkie możliwe fakty, wrażenia, odczucia dotyczące jej córki. W jej głowie układał się już całościowy obraz. Dziewczyna na pewno była samotna i głęboko zraniona. Stroniła od ludzi, nie utrzymywała z nikim kontaktu. Esme opowiadała, jak przyszła ubrana w stare ciuchy i próbowała być niegrzeczna. Ale podobno twarz zdradziła jej zamiary. Carlisle twierdził, iż nigdy nie widział tak zdesperowanej osoby, która pragnęłaby, aby wszyscy zostawili ją po prostu w spokoju. Oboje byli przekonani, że najbardziej zaskoczył Bernadett fakt, iż zarówno na początku jak i na końcu spotkania przytulili ją do siebie.
- Reagowała, jakby nikt nigdy jej nie dotykał. Była zaskoczona i przerażona jednocześnie. Aż serce krwawi, na myśl, iż przez siedemnaście lat swojego życia, to dziecko nie zaznało czułość z żadnej strony – Słowa Esme nadal krążyły w głowie Belli. Bardzo chciała już poznać Bernie. Zazdrościła Alice, że widzi dziewczynę w swoich wizjach, zazdrościła Esme ze spotkała i rozmawiała z nią. Zaczęła odczuwać coraz większą tęsknotę za swoim dzieckiem.
- Tak, panie Lassiter, to bardzo dobra wiadomość – Esme właśnie rozmawiała z pracownikiem ośrodka adopcyjnego. – Będziemy bardzo wdzięczni, za przyspieszenie całej procedury. Tak, jesteśmy zauroczeni Bernadett, nie możemy się już doczekać, kiedy będziemy mogli zabrać ją do domu. Mam małe pytanie, czy moglibyśmy wziąć ją na weekend do nas? Poznała by resztę rodziny. Wiem, że przepisy nie pozwalają, ale skoro zdecydowaliśmy się na jej adopcję. Wierzę, iż pan zapewne znajdzie jakieś rozwiązanie. Tak, proszę jak najszybciej dać znać. Jeszcze raz dziękuje i do usłyszenia.
- I jak Esme, co udało ci się załatwić? – zapytała Rose.
- Na razie opierają się. Przepisy nie pozwalają na zabieranie dziecka do domu na tym etapie procedury. Spotkania mogą odbywać się jedynie na terenie sierocińca, bądź w jego okolicach. Ale pan Lassiter jest naprawdę uprzejmym człowiekiem i zrobi co w jego mocy, aby ten proces przyśpieszyć – podążyła z wyjaśnieniami Esme.
- To bez sensu. Skoro zdecydowaliście się na adopcję, to dlaczego dzieciak nie może was odwiedzić? – Emmett nie mógł się już doczekać przyjazdu nowego członka rodziny. Planował już nawet jakimi psikusami powita nowego Cullena.
- Takie jest prawo. Nic na to nie poradzimy – wtrącił się Jasper, był chyba jedyną osobą w domu, która podchodziła do tej sprawy najmniej emocjonalnie. Owszem, nie był mu obojętny los córki brata, ale nigdy nie był zwolennikiem zamieszania. Uwielbiał spokój.
- Już nie mogę się doczekać przyjazdu tej małej. Ale będzie zabawa – Emmett w końcu powiedział na glos, to co myśli – Urozmaici to nudę dnia codziennego.
- A ty myślisz tylko o tym! Zaczynam zastanawiać się, co ty tak knujesz w tej swojej łepetynie. Będę musiała, namówić Edwarda, aby zlustrował twoje myśli – zaśmiała się Rosalie.
- Może zadzwonimy do niej, to zawsze jakaś namiastka kontaktu z nami! – zaproponowała Esme, patrząc na swoje dzieci zebrane w salonie.
- Mnie się ta opcja podoba. – Rechot Emmetta było słychać w całym domu. – Tylko nie zapomnij włączyć tryb głośnomówiący, żebyśmy mogli ją wszyscy dokładnie usłyszeć.
- To ja pójdę zawołać resztę rodzinki. Carlisle jest chyba w gabinecie, a Bella i Edward w swojej części domu – Jasper nie czekając na niczyją odpowiedź, udał się sprowadzić resztę Cullenów do salonu.
- Kurcze, ktoś by pomyślał, że dzwonimy do prezydenta USA albo do szefa Pentagonu – dodała z lekka ironią Rosalie, patrząc na wyraz podniecenia, jaki pojawiał się na twarzach kolejnych mieszkańców domu.
(BERNIE)
Moim ulubionym zajęciem jest czytanie książek, dlatego byłam wniebowzięta, gdy udało mi się załatwić pracę w bibliotece miejskiej. Regały wypełnione książkami, półmrok panujący we wszystkich pomieszczeniach i brak dużej ilości ludzi sprawiły, iż uwielbiałam tam przebywać. Płacili marnie, ale regularnie. Większość pensji odkładałam na specjalne konto bankowe, ale część przeznaczałam na swoje wydatki. Płyty i książki stanowiły mój skromny dobytek. Nic nie sprawiało mi takiej satysfakcji jak świadomość, że te rzeczy są tylko i wyłącznie moją własnością. To jedyna sfera moje życia, która popierały władze sierocińca. Poszli mi nawet na rękę, pomagając na początku załatwić wszelkie sprawy formalne, szczególnie w banku.
Słuchając mojej ulubionej piosenki, układałam sobie plany na najbliższy tydzień. Na pierwszy rzut oka, każdy dzień wygląda tak samo. Ale z doświadczenia wiem, iż żeby kontrolować swoje dziwactwo, muszę mieć wszystko zaplanowane. Nawet takie pierdoły, jak lunch w szkole, czy przejście z klasy do klasy miałam wyliczone w czasie z dokładnością do jednej minuty. Nie chodziło o żadną punktualność ani nic w tym rodzaju, po prostu ostatnio zapach ludzi drażnił mnie ze zdwojoną silą. Coraz trudniej było mi oprzeć się pokusie, zapach niektórych osób wręcz mnie upajał. Miałam już wyznaczone trasy, gdzie ruch był mniejszy, określone miejsce, gdzie mogłam przebywać nie narażając się na utratę kontroli. Z tygodnia na tydzień zadanie to stawało się coraz trudniejsze i żmudniejsze. Ze strachem myślałam o ostatnim roku liceum. Skoro teraz nie radze sobie z samokontrolą, to co będzie za rok. Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Z ociąganiem wstałam z fotela i otworzyłam je, ciekawa niespodziewanego gościa. W progu stała jedna z kobiet, współpracująca bezpośrednio z dyrektorką ośrodka.
- Pani Jones wzywa Cię do siebie na rozmowę. Prosi, abyś jak najszybciej pojawiła się w gabinecie.
Pewnie chcę mnie ochrzanić za tę rozmowę z Cullenami. Kurwa, jeszcze do szczęścia brakowało mi godzinnego kazania.
Z głośnym westchnieniem wyszłam ze swojej oazy i ruszyłam za tą drobną kobietką. Wchodząc do jaskini lwa, byłam pewna swojego losu.
Boże, za co mnie tak karzesz.
- Bernadett, telefon do ciebie – odpowiedziała po prostu dyrektorka i ruszyła w kierunku drzwi, mijając mnie zarazem – Zostawię cię samą, abyś mogła spokojnie porozmawiać – dodała zamykając za sobą drzwi.
Kto by miał do mnie dzwonić i dlaczego ta lisica jest taka uprzejma?
- Tak, słucham?
- Witaj Bernadett, Esme przy telefonie – Słowo daje, że moja mina na pewno wyrażała wielkie zdumienie, gdy dotarło do mnie, kto dzwoni.
- Dzień dobry, pani Cullen. – Nie wiedziałam co odpowiedzieć, mój głos był dziwnie cichy i słaby.
- Cieszę się, że cię słyszę skarbie. Jak się czujesz? – Mimo, iż była to standardowa formułka, napełniła mnie dziwnym ciepłem. Ci ludzie naprawdę mieli na mnie zły wpływ.
- Dobrze. – bąknęłam zmieszana. Byłam pewna, iż sprawa z moją adopcją była już przesądzona. Po co oni dzwonią? Może chcą mi sami powiedzieć, że jednak nie zdecydują się wziąć mnie do siebie.
- Cześć maleńka! – nagle ze słuchawki dobiegł mnie głos należący zapewne do młodego mężczyzny.
- Ten chłopak, którego przed chwilą usłyszałaś, to mój najstarszy syn, Emmett – wtrąciła pośpiesznie Esme.
Czyli telefon jest na głośnomówiącym.
- Fajnie cię w końcu usłyszeć, czekamy już na twój przyjazd – dodał jeszcze, nim pani Cullen zdążyła dokończyć swoją odpowiedź.
Super, czyli wszyscy czatują przy telefonie i podsłuchują. I jak tu swobodnie rozmawiać.
- Hmm … Dzięki – odpowiedziałam w końcu. Zupełnie nie wiedziałam co im odpowiadać, zaskoczyli mnie tym telefonem. Nie byłam przygotowana na tą rozmowę, ani psychicznie, ani fizycznie. Bezwiednie opadłam na krzesło stojące nieopodal aparatu telefonicznego. Całe moje ciało pokryły kropelki potu. Nerwowo ściskając słuchawkę telefonu, wsłuchiwałam się w każdy dźwięk, jaki z niego dochodził.
Seattle
Cała rodzina zgromadziła się wkoło telefonu. Czekali niecierpliwie, aż Bernadett podejdzie do aparatu.
- Tak, słucham? – Dobiegł ich w końcu cichy i lekko zlękniony głos, jakby osoba będąca po drugiej stronie nie była pewna, co się zaraz stanie.
W ciele Belli wybuchły fajerwerki, nie pamiętała aby ostatnio czuła aż taką ekscytacje. Usłyszenie po raz pierwszy głosu Bernadett było dla niej jak cud, który trafił na listę najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek jej się przytrafiły.
Edward również mocno przeżył ten moment, poczuł coś w rodzaju czułości i niepewności. Bernadett wydała mu się tak zalękniona i obciążona jakimiś strasznymi przeżyciami. Mimo, iż jego dar nie pozwalał mu słyszeć myśli na taką odległość, w momencie kiedy pierwszy raz słyszał brzmienie Bernie, był pewien, że jej myśli pełne będą smutki i tragicznych wspomnień.
-Witaj Bernadett, Esme przy telefonie. – Mimo, iż dziewczyna nie odzywała się, Cullenowie wiedzieli że jest zaskoczona.
- Dzień dobry, pani Cullen. – W końcu usłyszeli odpowiedź, wydawało się, jakby Bernie zupełnie nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Cieszę się, że cię słyszę skarbie. Jak się czujesz? –zapytała śmiało Esme. Po drugiej stronie kabla znów zapadła cisza.
- Pewnie myślała, że zrezygnowaliście z niej. – rzuciła przeciągle Rosalie.
- Dobrze. – dobiegł ich w końcu zahukany głos.
- Cześć maleńka! – Emmett nie wytrzymał napięcia jakie urosło w ciągu ostatniej minuty, sam na własną rękę przywitał się z bratanicą.
- Ten chłopak, którego przed chwilą usłyszałaś, to mój najstarszy syn, Emmett – wtrąciła szybko Esme. Chciała, aby wnuczka wiedziała, że reszta członków rodziny czeka na nią. Skoro więc Em sam wyrwał się z przywitaniem, dobrze by było, aby dziewczyna zdawała sobie sprawę, że naprawdę jest oczekiwana.
- Fajnie cię w końcu usłyszeć, czekamy już na twój przyjazd – chłopak krzyknął ponownie do słuchawki, podobało mu się że zaskoczył Bernadett.
- Hmm … Dzięki – Bernie była naprawdę zaskoczona, powolutku zaczęła przełamywać oporu do kontaktu z Cullenami.
- Mam nadzieje, że nie przeszkodziłam Ci w czymś ważnym, ale pomyślałam, że zadzwonię i dowiem się co nowego u ciebie słychać. Podobno pogoda w Montanie jest świetna. – rozpoczęła standardowo Esme – A jak tam w szkole? Ostatnio nawet zapomnieliśmy się ciebie zapytać, jak Ci idzie nauka.
- Wszystko jest w porządku, jakoś sobie radzę.
- Cieszę się. Zbliżają się egzaminy, pewnie masz bardzo dużo nauki. Zastanawiałaś się już jakie przedmioty kontynuować w ostatniej klasie?
- Jeszcze nie zdecydowałam.
- Niedaleko naszego domu jest naprawdę dobre liceum, chodzą do niego wszystkie nasze dzieci. Mają świetnie rozwiniętą kadrę z zakresu nauk ścisłych i przyrodniczych, na pewno świetnie przegotowaliby cię do końcowych egzaminów.
- Jestem kiepska z biologii i z wszelkich przedmiotów ścisłych, święty by mi nie pomógł w zrozumieniu tych głupot.
- Każdy jest dobry z czegoś innego. – odparła dyplomatycznie Esme na sarkastyczne stwierdzenie Bernadett.
- Nie każdy.- Ta prosta odpowiedź Bernie wiele powiedziała Cullenom o osobowości dziewczyny. Widocznie postrzegała siebie w bardzo wypaczony, krzywym zwierciadle.
- Carlise, musimy jak najprędzej sprowadzić ją do Seattle! – cichy, ale poważny głos Alice zaniepokoił wszystkich. Czarnowłosa, która siedziała teraz na kanapie, z lekkim strachem w oczach, przyglądała się rodzinie.- Musimy ją przywieść do domu, będzie nas potrzebować.
- Ale dlaczego Alice? – zapytała nerwowo Bella.
- Stanie się coś złego. Niedługo. Nie wiem co, ale moje przeczucia nigdy mnie nie mylą.
