Rozdział 7

Po powrocie do Seattle, Cullenowie nadal byli w lekkim szoku. Jak by na to nie spojrzeć, było to trudne i emocjonujące spotkanie. Pojawić się tak naglę w życiu dziewczyny po siedemnastu latach, zakłócić rytm jej egzystencji i poczucie stabilizacji, było zabiegiem wielce ryzykownym. Każdy z nich przeżywał to inaczej.

Alice była bardzo zadowolona z odwiedzin, Bernie zrobiła na niej bardzo dobre wrażenie. Była waleczna, nie zamierzała poddać się ich trybowi życia. Czarnowłosa lubiła, kiedy ludzie potrafią walczyć o swoje. Nawet jeżeli miało to oznaczać, że będzie musiała stoczyć walkę, próbując przekonać Bernadett do swojej koncepcji jej przyszłego bytowania.

Jasper również był pod wrażeniem, dziewczyna była cicha i nie lubiła pokazywać swoich uczuć, jednak przed nim nie dała rady ukryć swego wnętrza. Wszystko trzymała w sobie, swoje odczucia, marzenia, smutki. Chłopak czuł, jak walczy sama ze sobą, ze swoimi uczuciami, jakie budziły się na widok przyszłej rodziny. Jej wewnętrzna walka przypominała prawdziwa wojnę. To było dla niego bardzo fascynujące, jeszcze nigdy podczas swojej egzystencji nie spotkał osoby o tak bogatym życiu wewnętrznym.

Rosalie nie miała pojęcia co o tym wszystkim myśleć, szczerze mówiąc spodziewała się spotkać kogoś innego. Była pewna, że dziewczyna będzie bardziej podobna do rodziców albo siostry.. Bernadett jednak okazała się zupełnie inna i to w pewnym stopniu budziło w niej niepokój.

Emmett w ogóle nie zwrócił uwagi na powierzchowność swojej nowej bratanicy. Od pierwszego wejrzenia wiedział, że Bernie będzie się bardzo denerwować z powodu jego drobnych psikusów i to nastrajało go optymizmem. Wiedział już, że będzie super zabawa. Tym bardziej, że zapewne dziewczyna nie będzie mu dłużna.

Bella i Edward zaraz po powrocie, zamknęli się w swojej sypialni. Potrzebowali teraz chwili dla siebie, aby spokojnie porozmawiać.

- To było bardzo emocjonujące przeżycie. – odezwała się w końcu Bella, przerywając nieznośną ciszę.

- Tak, ale chyba poszło dobrze. W prawdzie całe to spotkanie opierało się na monologu Esme i Alice, ale mogło być gorzej. – Edward dopiero teraz się odprężył. Przytulił się mocno do swojej żony, chcąc nabrać sił. Czuł się wyczerpany, po raz pierwszy w swoim wampirzym życiu.

- Masz rację, ona jest… nie wiem jak to opisać... Inna, ale w niezwykły sposób. Odkąd ją zobaczyłam, wiedziałam, iż trudno będzie zdobyć jej zaufanie. Widziałeś, jak na nas patrzyła? Udawała silną i obojętną, ale jej oczy nie potrafiły kłamać. Była zestresowana i niespokojna, tak jak my. – Bella czuła potrzebę, aby powiedzieć mężowi o swoich przypuszczeniach. Nie opuszczał jej obraz smutnych oczu Bernie.

- Rzeczywiście, starała się nie pokazywać jakichkolwiek uczuć. Zauważyłaś jej oczy? Miały bardzo intensywny kolor. – dodał na końcu, wiedząc że Bella doceni to.

- Też zauważyłeś? – zaśmiała się głośno brązowowłosa i przytuliła się jeszcze mocniej do niego – Te oczy są niesamowite! I takie zielone. Carlisle mówił, że przed przemianą miałeś zielone oczy, widocznie odziedziczyła je po tobie.

- Kochanie, nie da się ukryć, że nasza druga córka różni się od nas, ale damy sobie z tym wszystkim radę. Wiesz, że kiedy wszystko w miarę się ułoży, będziemy musieli jej o wszystkim powiedzieć. W końcu jest nieśmiertelna, możliwe, że zakończył się już proces jej dorastania. Sama zauważy, że wygląda cały czas jak siedemnastolatka. Niestety, trzeba będzie też wyjaśnić jej, dlaczego jest inna. To będzie trudne. – Edward nienawidził, kiedy jego ukochana była smutna, niestety trzeba poruszać również trudne sprawy.

- Wiem, ale nie wyobrażam sobie, jak można to przekazać w delikatny sposób. Tak bardzo bym chciała cofnąć czas i znaleźć ją wcześniej, albo najlepiej nigdy jej nie stracić. Na pewno byłaby teraz innym dzieckiem. Zapewne częściej by się uśmiechała. Wiesz, bardzo bym chciała zobaczyć jej uśmiech albo usłyszeć jej śmiech.- Bella z trudem formułowała słowa, była niezwykle poruszona. Dotknęło ją to, że podczas godzinnego spotkania nie zauważyła u Bernadett nawet odrobiny optymizmu. Te dziecko wydało jej się wiecznie smutne.

- Kochanie, na wszystko przyjdzie czas. Wiem że się powtarzam, ale to jedyne rozwiązanie. Nie możesz wymagać, że przekona się do nas po pierwszym, krótkim spotkaniu. Jestem pewien, iż ułożą się stosunki między nami. – pocieszał żonę, Edward. – Bella, wiem że ostatnio nie zachowywałem się tak, jak powinienem, rozczarowałem nie tylko ciebie ale i sam siebie. Postaram się bardziej zaangażować, pamiętaj że nigdy nie będziesz że swoimi problemami sama.

Bellę poruszyły jego słowa, wiedziała, że ostatnio walczył ze swoimi uczuciami. Cieszyła się, że w końcu się przemógł.

- Edward, bardzo się cieszę. Wiesz jednak że rozumiem twoje wątpliwości. Ty też zawsze możesz mi wszystko powiedzieć, to działa w obie strony.

Mocno przytulili się do siebie. Dawno nie byli tak zrelaksowani, napięcie jakie rosło miedzy nimi od miesiąca, prysło.

W pokoju obok nastrój był zupełnie inny. Renesmee nie podobała się siostra. Wbrew pozorom nie obchodziło ją, jak wygląda, czy jak się zachowuje, chodziło tu o coś zupełnie innego.

Mimo że od kilku lat wyglądała jak dwudziestoletnia kobieta, a jej umysł był nad wyraz rozwinięty, to sfera uczuć nadal pozostawała w wieku nastoletnim.

Od ponad miesiąca w domu mówiło się tylko o Bernadett. Wszyscy byli zaciekawieni i zdeterminowani, aby sprowadzić jak najszybciej nowego członka rodziny. Rose wybrała przepiękną błękitną farbę do pokoju Bernie, którą fascynowała się kilka dni. Nawet postanowiła razem z Emmettem pomalować pokój, przeznaczony dla tej nowej. Alice i Jasper dobrali meble i razem chodzili po sklepach, by wybrać odpowiednie, według Alice, ubrania dla nowego domownika. A najbardziej oszalała na punkcie Bernie, Bella. Nie potrafiła mówić o nikim więcej. Renesmee na początku uważała ojca za sprzymierzeńca, ale ostatnio nawet i on poddał się nastrojowi, jaki panował w domu.

Mówiąc prostym językiem, Nessi była nadzwyczajnie w świecie zazdrosna.

(BERNIE)

Jeżeli kiedykolwiek myślałam, że moje życie nie może być jeszcze bardziej skomplikowane, to nadzwyczajnie w świecie kurewsko się myliłam. Teraz to dopiero zrobił się zamęt. Nie wyobrażam sobie, jak będę w stanie mieszkać z tymi wszystkimi ludźmi. Było ich po prostu za dużo. Wprawdzie facet-niedźwiedź, czarnowłosy chochlik, dżentelmen z południa i dziwna dziewczyna o imieniu Bella sprawiali wrażenie znośnych, to Blondi, potwór z Loch Ness i rudy przystojniak już nie.

Spotkanie trwało około dwóch godzin, jednak mnie ciągnęły się one jak, co najmniej, dwie doby. Praktycznie nie odzywałam się, nie licząc może krótkich odpowiedzi typu tak, nie, lub może.

Z resztą, to spotkanie tak naprawdę trudno nazwać rozmową, odzywała się tylko Esme i Alice, z przewagą tej drugiej. Dowiedziałam się mnóstwa niepotrzebnych dla mnie informacji, typu jak wygląda dom, ogród, czego Cullenowie nie lubią i co lubią, jak spędzają wolny czas. Starałam się dać delikatnie do zrozumienia, że za bardzo mnie to nie obchodzi, jednak moje sygnały przepadły jak w próżni. Pokój spotkań, wydawał się być pułapką bez wyjścia. Siedząc na fotelu ze spuszczoną głową, modliłam się prężnie o zakończenie tej nerwówki. Nie posądzałabym się, o aż takie zaangażowanie religijne, wprawdzie jestem katoliczką, ale nigdy nie praktykowałam.

Dzięki Bogu, rudy przystojniak i potwór z Loch Ness równie silnie męczyli się podczas tej dziwnej audiencji. Pozwalało mi się to trochę odprężyć. Fakt, że nie tylko ja się męczyłam, dodawał mi w pewnym sensie otuchy.

Cały ośrodek mówił tylko o Cullenach. Jedni uważali, że to nie sprawiedliwe, aby ktoś taki jak ja, miał szansę zamieszkać u takich wspaniałych, bogatych ludzi. Jeszcze inni mieli nadzieje, że kiedy Cullenowie stwierdzą, że jestem kompletnym świrem, to wrócą tu i zabiorą do siebie kogoś innego, możliwe, że nawet jednego z nich.

Naprawdę nie mam pojęcia co o tym wszystkim mam myśleć, ci ludzie budzą we mnie naprawdę sprzeczne emocje. Nie jestem w stanie oszukiwać samej siebie, zawsze wewnątrz duszy chciałam mieć kogoś, kogo mogłabym przyporządkować do grupy zwanej rodziną. Jak każde dziecko, marzyłam, że któregoś dnia zjawi się ktoś, kto mnie pokocha i zabierze ze sobą do domu. Ale te czasy już minęły, jestem za stara, aby cokolwiek zmienić w swoim życiu. Już nie potrzebuje rodziny, mamy i taty. Praktycznie jestem dorosła, wyrastałam bez tych wszystkich potencjalnie idealnych czynników potrzebnych do prawidłowego rozwoju dziecka. Jeżeli jestem spaczona, to niestety Cullenowie tego nie zmienią. Więc, po co oni to robią?

- To jest po prostu całkowicie popierdolone. – westchnęłam sama do siebie. – Sam fakt, że nad tym tak debatuję jest naprawdę zastanawiający. Może, jak szczęście mi dopisze, Cullenowie stwierdzą, iż jednak nie zdecydują się na mnie. Ale może najpierw przestanę gadać sama do siebie, i tak jestem wystarczająco dziwna.

Rozejrzałam się po swoim pokoju. Panował w nim dość sporych rozmiarów bałagan, już od jakiś dwóch tygodni nie tknęłam niczego. Kłęby kurzu zaczynały się unosić w powietrzu przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Nadszedł czas na większe porządki.

- Nim zaczniesz zastanawiać się nad uporządkowaniem swojego życia , powinnaś się skupić raczej nad porządkiem w swoim otoczeniu. – Nie mogłam się powstrzymać, aby jeszcze trochę pogadać sama ze sobą.- I lepiej się pośpiesz, bo za dwie godziny musisz iść do pracy. Pani Banner nie zapłaci za siedzenie w miejscu.

Tydzień później

Może to trudne do uwierzenia, ale przyzwyczaiłam się już do codziennych telefonów od Cullenów. Zazwyczaj dzwoniła Esme, ale od czasu do czasu rozmawiałam z Alice, Emmettem lub Bellą. Wprawdzie nadal każda rozmowa przypominała monolog, jednak w pewnym momencie się przełamałam i zaczęłam bardziej uczestniczyć w tych dziwnych telefonicznych audiencjach.

Zazwyczaj poruszane były naprawdę błahe tematy: pogoda, szkoła, czasami muzyka. Chociaż ciężko mi się do tego przyznać, niecierpliwie czekałam na każde kolejne połączenie. Wprawdzie, mimo iż byłam w posiadaniu ich numeru, to inicjatywy nigdy sama nie wykazałam. W pewnym sensie oznaczałoby to kapitulację z mojej strony, a tego najbardziej pragnę uniknąć.

Nie spodziewałam się, że ten wtorek będzie aż tak pechowy. Obudziłam się w paskudnym humorze i od razu po przebudzeniu poczułam palący ogień w gardle. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek czuła większy głód. Jednak nie był to zwyczajny głód, ja po prostu potrzebowałam krwi. I to natychmiast.

Pragnienie było tak mocne, że sprawiało ogromny ból. Czułam, jak przeszywa mnie od palców u stóp, aż do czubka głowy. Nie ma kurwa możliwości, abym wyszła dzisiaj z tego pokoju. Na pewno rzucę się na pierwszą napotkaną osobę.

- Trzymaj się, opanuj swoje żądze, dasz sobie radę. To nie pierwszy i ostatni raz, więc musisz nabrać doświadczenia w przezwyciężaniu tego rodzaju sytuacji. – powtarzałam te słowa bez przerwy. Przewracałam się na łóżku z boku na bok, gryzłam poduszki, brałam kilka zimnych pryszniców, jednak moje poprzednie napady nawet nie umywały się do tego. Nawet wypróbowane sposoby nie działały. Powoli zaczynałam wpadać w panikę. Co będzie, jak to przerażające uczucie nie minie? Przecież ktoś może w każdej chwili tu zajrzeć? Czy dam radę zapanować nad tym głodem?

Z minuty na minutę stawałam się coraz bardziej zdesperowana. Wpadłam nawet na pomysł, aby spróbować własnej krwi, ale bałam się reakcji ciała. Nie mam pojęcia, jak mój organizm zareaguje na krew, a mimo iż nie przepadam za moim parszywym życiem, nie mam zamiaru tak szybko z niego rezygnować.

Kompletnie straciłam poczucie czasu, w pewnym momencie nie wiedziałam nawet gdzie jestem. Głód się nasilał, a z nim w siłę rósł ból.

Miałam wrażenie, że zwariuję, wydawało mi się, że niedługo umrę. W pewnym momencie zaczęłam się nawet żegnać się z życiem.

Rozdygotana usłyszałam pukanie do drzwi.

Nie, nie wynoś się. Jeśli ci życie miłe. Proszę idź sobie, nie dam rady się powstrzymać.

Jednak pukanie z minuty na minutę stawało się coraz głośniejsze. Nie podnosiłam się z łóżka, ból stal się tak silny, że powoli zaczęłam tracić przytomność. Już tylko resztkami świadomości słyszałam trzaski i czyjeś głosy. Pamiętam, że było mi już wszystko jedno czy ktoś mnie widzi w tym stanie czy nie. Przecież umierałam.

Seattle

4 a.m

- Carlise, Edward, szybko! – wrzask Alice rozniósł się po całym domu. Wszyscy Cullenowie zebrali się na dole, nie wiedząc co się dzieje. Twarz Alice wyrażała cały jej niepokój.

- Dzisiaj nastąpi przesilenie, nie da sobie rady, jak jej nie powstrzymamy rzuci się na jedną z pracownic sierocińca.

- Emmett, odpalaj samochód, Jasper, przynieś moją torbę z gabinetu, może się przydać. – Carlisle od razu przejął panowanie nad sytuacją. – Edward, Bella jedziecie z nami, możecie się przydać. Ty też Alice, będziesz nas informować na bieżąco.

- Musimy się śpieszyć, za niecałe trzy godziny się obudzi, nie wiem ile wytrzyma… - Głos czarnowłosej wyrażał jawne przerażenie. – Nie możemy dopuścić…Dlaczego wcześniej nie miałam tej wizji?

- Nie miej do siebie pretensji, gdyby nie ty, nic byśmy nie wiedzieli. – Pocieszała ją Bella.- Teraz najważniejsza jest Bernadett.

- Podróż w najlepszym przypadku potrwa jakieś pięć godzin, musimy mieć nadzieję, że wytrzyma. – Edward z pozoru był spokojny, ale wewnątrz stał się jednym strzępkiem nerwów. Martwił się, czy zdążą na czas.

- A tak przy okazji, to zrobimy, jak dotrzemy na miejsce? Nie możemy przecież tak wparować do budynku, wynieść Bernie bez słowa i zniknąć. – zapytał Emmett, który właśnie wrócił z garażu.

- Nad tym zastanowimy się podczas jazdy. Teraz, w drogę, czas nas goni! – odpowiedział Carlisle i podążył w kierunku przygotowanego do jazdy samochodu.

Na miejscu byli około godziny dziesiątej. Budynek wydawał się wyludniony.

- Pewnie większość dzieciaków jest w szkole. To pocieszające – szepnęła Bella.

- Ja pójdę do dyrektorki i postaram się w jakiś sposób przekonać ją, że Bernie powinna pojechać z nami. Najlepiej będzie, jak od razu pójdziecie do Bernadett, postaram się jak najszybciej do was dołączyć. – Carlisle wydawał polecenia spokojnym głosem, ale jego mina była pełna obaw. – Pamiętajcie, może być niebezpieczna. Bądźcie jednak delikatni, nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co te dziecko może teraz przeżywać.

Poruszali się bardzo cicho, omijając wszystkich napotkanych ludzi, woleli nie rzucać się w oczy. Po kilku minutach poszukiwań, znaleźli wyludniony korytarz, na jego końcu znajdował się pokój Bernadett.

- Co teraz? – zapytał Emmett.

- Zapukamy.

Niestety nie było żadnej reakcji.

- Myślę, że musimy po prostu tam wejść. Nie ma innego wyboru. Mogę to zrobić? – Emmett nie czekał na odpowiedź rodzeństwa, pociągnął mocno za drzwi, tak że zostały mu w rękach.

Na łóżku, nieopodal okna leżała Bernadett, jej ciało było powykrzywiane, a oczy pokazywały, że dziewczyna straciła poczucie rzeczywistości.

- Trzeba jej pomóc! – krzyknęła Bella i w jednej chwili znalazła się przy łóżku.

- Musimy ją stąd zabrać. I to szybko. Carlisle już wszystko załatwił – odezwała się Alice.

Edward wziął bezwładne ciało Bernadett na ręce i skierował się do wyjścia. Widok wykrzywionego od bólu ciała córki był dla niego bardzo bolesny. Przycisnął ją bliżej do siebie, starając się nie zrobić jej krzywdy. Teraz najważniej było jej zdrowie