Rozdział 8
(BERNIE)
Ból. Tylko to pamiętam. Chyba straciłam przytomność, bo całkowicie urwał mi się film. Czułam, że leżę na łóżku, w ciepłej i pachnącej pościeli. Moje powieki stały się strasznie ciężkie, nie mogłam zebrać się w sobie, aby je podnieść. W gardle odczuwałam suchość, ale była ona przyjemniejsza niż palący ogień głodu. Moje ciało było spokojne, odprężone. Już dawno nie czułam się aż tak dobrze. Bałam się poruszyć, aby nie zburzyć tej niesamowitej harmonii. Z każdym oddechem czułam coraz intensywniejszy zapach kwiatów i mydła. Z pewnością ta woń nie mogła ulatywać z mojego pokoju. W takim razie, gdzie ja jestem?
Chcąc, nie chcąc, otworzyłam oczy. Znajdowałam się w dużej sypialni z jasnoniebieskimi ścianami. Pokój był ładnie urządzony, pełen różnorakich bibelotów i obrazków. Na komodzie znajdującej się nieopodal łóżka, stały puste ramki na zdjęcia.
Moje ciało było obolałe, z trudem zmusiłam je do pozostania w pozycji siedzącej. Im dłużej rozglądałam się po nieznanym mi pomieszczeniu, tym bardziej wpadałam w panikę. Co się właściwie stało i jakim cudem z własnego pokoju trafiłam tutaj?
Po kilku minutach postanowiłam w końcu wstać i rozglądnąć się troszkę. Moje nogi drżały przy każdym kroku, ale kolejne ruchy były coraz pewniejsze. Mimo iż byłam przerażona, nie umknęło mi to, że pokój był naprawdę łady. Nie był wcale dziewczyński, choć bez wątpienia należał do kobiety. Stonowane kolory, proste, dębowe meble stanowiły prawdziwą ozdobę tego pomieszczenia. Po drugiej stronie pokoju, nad toaletką wisiało piękne lustro. Miało witrażowe obramowanie, stworzony z zielonego szkła bluszcz w cudowny sposób oplatał lustrzaną taflę. Gdzieniegdzie, spomiędzy liści wyłaniały się drobne czerwone róże. To była naprawdę mistrzowska robota.
Jednak najbardziej zdziwiło mnie to co zobaczyłam w lustrze. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale zaskoczyło mnie własne odbicie. Wyglądałam inaczej. Nie zmieniłam się wcale aż tak bardzo, ale te drobne szczegóły w sposób naprawdę istotny zmieniły mój wygląd. Moja cera była jakby bielsza, nie miała już tego charakterystycznego szarego koloru, rysy twarzy, dzięki temu wydawały się łagodniejsze. Z lekkim strachem dotknęłam swojego policzka. Nie dość, że cera zmieniła kolor, to była jeszcze gładsza niż dotychczas.
- Nie nakręcaj się tak Bernadett, czujesz się dobrze. To na pewno skutek lepszego samopoczucia Widocznie potrzebowałaś odpocząć.
Kolejny szok przeżyłam w chwili, kiedy zorientowałam się, że nie mam na sobie swoich ciuchów. Wprawdzie ubrana byłam w zwyczajny podkoszulek i getry, ale jestem na sto procent pewna, że nie pochodzą one z mojej szafy.
- W takim razie, ktoś musiał mnie przebrać. Ale nie wygląda na to, że jestem w szpitalu…ani w żadnym ośrodku. Cholera, przestań się bać dziewczyno i wyjdź po prostu przez drzwi. Stojąc przed tym cholernym lustrem, niczego się nie dowiesz.
Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie mam pojęcia, dlaczego aż tak bałam się wyjść z tego pokoju. Przecież nic złego nie może się stać, prawda?
Korytarz był duży i widać było, że ktoś włożył dużo pracy, aby wyglądał elegancko, ale prosto zarazem. Nikogo nie było widać ani słychać. Trochę spokojniejsza skierowałam się w kierunku schodów. Dopiero gdy stanęłam u ich szczytu, do moich uszu zaczęły dobiegać dźwięki świadczące o tym, że jednak ktoś w tym domu się znajduje.
Starałam się iść cicho, wolałabym nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. I tak znalazłam się w dość frustrującej dla mnie sytuacji.
- Witaj Bernadett, widzę że czujesz się już lepiej.
Tego się nie spodziewałam, przede mną stała olśniewająca Esme Cullen. Uśmiechała się do mnie promiennie. Nie wiedziałam czy lepiej stać w miejscu czy może podejść bliżej. Jednak mój dylemat rozwiązała sama Esme, z gracją przybliżyła się do mnie i pocałowała w policzek. A ja? Stałam jak skamieniała, naprawdę nie wiedząc co mam w tej chwili zrobić.
- Pewnie jesteś bardzo skołowana. Usiądź ze mną, wszystko ci wytłumaczę. – Esme wzięła mnie za rękę i poprowadziła w stronę przestronnej, nowoczesnej kuchni. Usiadłam na jednym z wysokich krzesełek stojących przy wysepce, niecierpliwie czekałam na wyjaśnienia.
- Boże, żeby tylko się nie zorientowali – powtarzałam sobie w myślach.
- Jesteś chora Bernie – zaczęła pani Cullen a mnie ogarnęło przerażenie. – Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jesteś u nas od wczoraj. Carlisle miał wolny wtorek, więc postanowiliśmy, że wpadniemy do ciebie. Najpierw podjechaliśmy pod szkołę, ale powiedziano nam, że nie pojawiłaś się na zajęciach. Zajechaliśmy więc do sierocińca, zastaliśmy cię nieprzytomną w pokoju. Carlisle od razu cię zbadał i oboje stwierdziliśmy, że zabierzemy cię do siebie. Szczerze mówiąc, to mój mąż był zły, że nikt nie zainteresował się twoim zdrowiem. Zrobił dyrektorce naprawdę karczemną awanturę, ale dzięki temu na razie zostaniesz u nas. Myślę, że wszystkie te formalności związane z adopcją załatwimy bardzo szybko i nie będziesz musiała więcej wracać do ośrodka – Esme cały czas się uśmiechała, w międzyczasie podała mi szklankę soku pomarańczowego i miseczkę z owsianką. Nienawidzę tej breji, ale nie potrafiłam jej odmówić. Grzecznie zaczęłam jeść. Trochę bałam zapytać się, jaką chorobę zdiagnozował u mnie doktor Cullen, ale przeważył jednak strach. Postanowiłam na razie nie poruszać tego tematu.
- Od dawna nie czułam się najlepiej. – odpowiedziałam tylko.
- Trzeba było nam powiedzieć, kochanie! Nie musiałabyś się tak męczyć. Z resztą nadal jesteś słaba, jak zjesz śniadanie położysz się z powrotem do łóżka. – Mimo iż chciałam zaprzeczyć, rzeczywiście czułam się zmęczona. Dziwne, przecież spałam ponad dobę!
- Gdzie są wszyscy? – zapytałam szczerze zainteresowana, oprócz Esme nie było nikogo w domu.
- Dzieciaki są w szkole, a Carlisle w pracy. Bardzo się martwili o twoje zdrowie, siedzieli nawet przy twoim łóżku. Cieszę się, że czujesz się lepiej. – Uśmiech tej kobiety był zaraźliwy, nie można było jej nie lubić. Kąciki moich ust uniosły się bezwiednie, kto by pomyślał, już dawno się nie uśmiechałam.
Pani Cullen zaprowadziła mnie z powrotem do niebieskiej sypialni, kiedy już się położyłam, usiadła koło mnie na łóżku i poprawiła poduszkę pod moją głową. To było naprawdę miłe.
- To jest twój nowy pokój, mam nadzieję, że ci się podoba. Wszyscy przy nim pomagali. – A więc to jest mój pokój. Nie wiadomo dlaczego owładnęła mną dziwna satysfakcja.
- Jest w porządku. – odpowiedziałam i bezwiednie dodałam. – Lustro jest przepiękne!
- Cudowne, prawda? Ręczna robota, zamówiliśmy je specjalnie dla ciebie. To wspaniale, że ci się podoba. Muszę przyznać, że Jake ma dobry gust.
- Jake?
- Och, przecież ty nie poznałaś jeszcze Jacoba. To przyjaciel Renesmee, choć może lepiej powiedzieć, że to jej chłopak. Mieszka niedaleko, ale większość czasu spędza tutaj. Jest członkiem naszej rodziny.
- To bardzo duża rodzina! – wymknęło mi się, ale Esme tylko się zaśmiała na ten zarzut.
- Pewnie trudno ci się z tym na razie oswoić, ale zapewniam cię, że z czasem docenia się zalety mieszkania z taką gromadą. Ale teraz śpij, za kilka godzin wszyscy się zejdą i zapanuje straszny harmider. – Esme z czułością poprawiła moją kołdrę, pocałowała mnie delikatnie w czoło i skierowała się do wyjścia.
Chciałam jeszcze coś dodać, ale byłam strasznie zmęczona. Nim pani Cullen zamknęła za sobą drzwi, ja już spałam.
W czasie kiedy Bernadett spała, w domu pojawiła się reszta Cullenów.
- I jak Esme, obudziła się? – zapytała Bella siadając przy matce na kanapie.
- Tak, zjadła śniadanie i znów się położyła. Jeszcze jest osłabiona.
- Przedstawiłaś jej naszą wersję wydarzeń? – Carlisle dosiadł się do reszty rodziny.
- Oczywiście. Była naprawdę skołowana, kiedy znalazłam ją na schodach. Zresztą wydaje mi się, że panicznie bała się, że odkryjemy jej tajemnicę. Kiedy wspomniałam, że jest chora, stała się strasznie spięta, odprężyła się dopiero, kiedy opowiedziałam jej to, co wczoraj ustaliliśmy.
- Cieszę się, że skończyło się to w miarę dobrze. Nikomu nie zrobiła krzywdy, w końcu znalazła się w domu, no i teraz będziemy mogli jej pomóc. Myślę, że na razie nie powinniśmy jej mówić, że nakarmiliśmy ją krwią. Raczej nie przyjęła by tego dobrze. – Edward bardzo przeżył ostatnie dwa dni. Kiedy dojechali w końcu z Bernie do domu, jej ciało było napięte do granic możliwości. Mimo iż była nieświadoma, z jej ust nie przestawał wydobywać się jęk i szloch. Samo patrzenie na nią sprawiało mu ból. Po kilku bezowocnych próbach pomocy Bernadett, Carlisle postanowił nakarmić ją krwią zwierzęcą. W ciągu pół godziny Jasper i Emmett upolowali kilka litrów świeżej jeleniej krwi. Bernadett wręcz pochłaniała każdą podaną jej krople, wypiła wszystko co przenieśli jego bracia. Ból automatycznie ustąpił, a dziewczyna zapadła w zdrowotny sen.
- Masz rację, na razie i tak zaszło za dużo zmian w jej życiu. Musimy dać jej więcej czasu. – zgodził się z nim Carlisle.
- Nakarmienie krwią było najlepszą rzeczą jaką mogliśmy dla niej zrobić. – dodała Bella. – Ale co będzie, jak ten atak się powtórzy? To jest jak bomba z opóźnionym zapłonem…
- Sądzę, że na razie nie musimy się o to martwić. Zresztą sami przekonacie się jak ją zobaczycie. – Roześmiana buzia Esme wzbudziła zainteresowanie wśród wszystkich domowników.
- Co dokładnie masz na myśli? – zapytała Rosalie.
- Nie wiem jak to ująć, będziecie musieli sami to stwierdzić na własne oczy, ale ona wygląda dużo lepiej, zdrowiej. Jej cera stała się bledsza, oczy nabrały blasku, cała jej osoba stała się jakby łagodniejsza.
- Naprawdę? Nie mogę się doczekać, aż ją zobaczę. – wykrzyknęła Alice tym swoim krzykliwym głosem.
- Zmiany są delikatne, ale bardzo widoczne. Myślisz, że to za sprawą krwi? – zapytała się męża.
- To bardzo możliwe! Widocznie to ciągłe pragnienie wpływało destrukcyjnie nie tylko na jej umysł, ale i ciało. – Carlisle był coraz bardziej zaciekawiony. – Fizjologia pół-wampirów jest dla nas nadal tajemnicą, skoro Bernadett nigdy wcześniej nie piła krwi, sama nie potrafi stwierdzić, jak zachowuje się po tym jej ciało.
- Najpierw musi nam zaufać. To jest teraz najważniejsze. Kiedy już to nastąpi, łatwiej będzie wytłumaczyć te wszystkie zawiłości i tajemnice wampirzego życia. – Bella była przeszczęśliwa mając już córkę w domu. Czuła się pełna i spełniona, wszyscy byli w komplecie. Renesmee również przejęła się stanem siostry, kiedy zobaczyła Bernie powykrzywianą z bólu, od razu przystąpiła razem z reszta rodziny do pierwszej pomocy. Czuwała nawet przy łóżku chorej. Nadzieja spłynęła na ciało Isabelli, powoli rodzina zaczynała się nawzajem akceptować .
- Na razie Esme przypomni sobie sztukę gotowania, skoro mamy udawać zwykłych ludzi, dziwne by było, gdyby w domu nie było normalnego jedzenia. – przypomniał wszystkim Jasper.
- Na moją owsiankę nie narzekała, zjadła całą miseczkę.- zaśmiała się kobieta - Jednak szczerze mówiąc, nawet jako człowiek nie byłam najlepszą kucharką.
- Nie jest tak źle babciu, chociaż ostatnimi czasy nie jadłam ludzkiego jedzenia. – wtrąciła się Nessi.
- Jak długo będziemy udawać zwykłą, ludzką rodzinę? – dopytywał się Emmett. – Nie żebym narzekał, ale nawet tutaj będziemy musieli się ograniczać. Żadne z nas nie jest do tego przyzwyczajone.
- Trudno odpowiedzieć na to pytanie synu – westchnął Carlisle.
(BERNIE)
Obudziłam się późnym popołudniem, czułam się wypoczęta i odprężona. Może spowodowane było to ożywczym snem albo może dziwnym poczuciem bezpieczeństwa, które czułam leżąc w łóżku w domu Cullenów.
Opowieść Esme brzmiała przekonująco, ale miałam dziwne wrażenie, że oni o wszystkim wiedzą. Może to moja wyobraźnia płata mi figla albo moja intuicja całkowicie mnie zawodzi, ale jestem wręcz przekonana, że każde z nich coś ukrywa. I to coś, ściśle związane jest ze mną.
Jakaś niewidzialna siła pchała mnie znów przed taflę pięknego lustra, znajdującego się po drugiej stronie pokoju. Usiadłam na krzesełku przy toaletce i z totalnym ogłupieniem w oczach przyglądałam się swojemu odbiciu. To naprawdę niesamowite uczucie. Wprawdzie nadal trudno nazwać mnie ładną, ale zaczynałam się podobać sama sobie. Jeszcze nigdy nie doświadczyłam takiego uczucia. Zastanawiała mnie przyczyna nie tylko mojego lepszego samopoczucia, ale i wyglądu. Nawet takie dziwadło jak ja nie zmienia się w ciągu jednego dnia.
Nie byłam w stanie przypomnieć sobie niczego od momentu utraty przytomności. Mój umysł nie zarejestrował ani pojawienia się Cullenów ani tym bardziej przyjazdu do tego domu. Wprawdzie z wielkim trudem uzmysłowiłam sobie, że jeszcze będąc w sierocińcu słyszałam pukanie do drzwi, ale w tym momencie nie mogę być pewna czy nie był to tylko wymysł mojego umysłu, zamroczonego bólem.
Na dole wyraźnie było słychać dźwięki toczącego się życia rodzinnego. Opuściła mnie pewność siebie, nie byłam na swoim terytorium, nie posiadam już tej drobnej, ale jak znaczącej przewagi. Teraz ja znalazłam się na podrzędnej pozycji i to ja będę musiała przystosować się do panujących tu warunków.
