Rozdział 9

(BERNIE)

Pierwsze dwa dni były dziwne. Tak naprawdę to spędziłam je w łóżku, rozpieszczana przez wszystkich domowników. Carlisle badał mnie dwa razy dziennie, Esme przynosiłam mi wszystkie posiłki do sypialni, a Alice, Rosalie i Bella prawie bez przerwy dotrzymywały mi towarzystwa. Nawet potwór z Loch Ness był dla mnie miły. Nie zauważyłam, aby jej zachowanie było w jakiś sposób udawane, co muszę przyznać, było dla mnie wielką niespodzianką. Cała ta rodzinna otoczka sprawiała, iż nie czułam się swobodnie. Nikomu nie przeszkadzało, że prawie się nie odzywam ( Alice mówiła za nas dwie), nikt nie przejmował się moimi zaczepkami, wszyscy promiennie się uśmiechali, jak w jakimś amerykańskim sitcomie. Idealna rodzina.

- Bernie, musisz koniecznie ubrać ten niebieski top, jest cudny! Kupiłam go na wyprzedaży w Mango. Będzie do ciebie pasował! – Alice już od godziny próbowała mnie namówić do włożenia ubrań, które jakimś cudem, czekały na mnie w garderobie przylegającej do pokoju. Na nic zdały dały się tłumaczenia, że nie noszę takich rzeczy. Żaden argument do niej nie trafiał.

- Nie! Moje ciuchy mi wystarczają.

- Och przestań, wszystkie twoje niby-ubrania przypominają szare worki. W niebieskim ci do twarzy, wierz mi, znam się na tym. – Była nieustępliwa, nie zamierzała się poddać. A mi powoli brakowało już sił.

- To jest o dobrych kilka rozmiarów za małe. – Nic innego nie przyszło mi do głowy, jednak byłam pewna, że ta szmatka nie miała szans, aby wcisnąć się na moje wielkie ciało.

- Wcale nie! Ona musi przylegać! Powinnaś zacząć nosić dopasowane rzeczy!

- Dopasowane? Ty chyba żartujesz Alice! Ta bluzka jest za mała. – powoli przegrywałam ten pojedynek.

- Skąd wiesz? Przymierz, to się przekonamy. Jestem pewna, że pasuje.

- Nie dam się w to wciągnąć, jak założę na siebie to coś, nie pozwolisz mi już go zdjąć. Po za tym mam pewne obawy, co do twoich zamiarów względem moich ubrań. – Jakkolwiek irytująca była by Alice, bardzo ją lubiłam. Była jedynym członkiem rodziny Cullenów, z którym czułam się zupełnie swobodnie, i z którym najwięcej rozmawiałam. Przy reszcie czułam się, jakby przytłoczona.

- Mądra dziewczynka, cieszę się że dobrze rozumujesz. A teraz koniec zabawy, wciągają tą bluzkę na siebie. – Czarnowłosy chochlik przyjął stanowczy wyraz twarzy. Już po mnie.

- No dobra, ale nie oczekuj, że wyjdę w tym z pokoju. – Kapitulacja naprawdę boli. Ostatnimi czasy często jej doświadczam.

- Zakładasz ją po to, aby inni cię zobaczyli. Nie rozumiem co ci się w niej niepodobna.

- Jest za mała! – Takiej osobie jak Alice trudno to zrozumieć, wprawdzie byłyśmy prawie takiego samego wzrostu, ale ona ma figurę baletnicy, jest smukłą i szczupłą osobą. Byłam od niej sporo potężniejsza, bluzka była ładna, ale nie dla mnie.

- Przestań narzekać!

Tak jak przewidziałam, materiał był obcisły, ale przyjemny dla ciała. Czułam się trochę speszona, kiedy Alice z miną eksperta oglądała mnie z każdej strony.

- Idealnie! Wiedziała, że pasuje.

- Nie jestem pewna…. – Podjęłam ostatnią próbą, jednak nic już nie mogło mi pomóc.

- Ale ja jestem pewna. Wyglądasz świetnie. Musisz wreszcie pozbyć się tych kompleksów. – Kompleksów? Ja nie mam kompleksów! A może…

- To nie o to chodzi…to znaczy…ja. – Zmieszałam się. Za bardzo nie wiedziałam co powiedzieć. Zawsze wmawiałam sobie, że nie obchodzi mnie jak wyglądam ani co ludzie o mnie myślą. Jednak gdyby głębiej się nad tym zastanowić, to rzeczywiście mam kompleksy. Nawet dużo kompleksów. Ale dlaczego uświadomiłam sobie to dopiero teraz?

Alice, jakby rozumiała moje rozterki, położyła mi ręce na ramiona i spojrzała głęboko w oczy.

- Jesteś ładna, taka jaka jesteś. I nie pozwól nikomu twierdzić, że jest inaczej. Musisz przestać się chować za bezkształtnymi bluzami i spodniami, pokaz innym swoje walory. Nie jesteś chuda jak patyk? No i co z tego, chude nie znaczy ładne. Jak to mówią: Nie to ładne, co ładne, ale to co się komu podoba.

Opanowała mnie dziwna tkliwość, nie wiem czemu poczułam, że łzy zbierają mi się pod powiekami. Cholera, ja nie płaczę! A na pewno nie z takiego banalnego powodu. Trudno mi panować ostatnio nad uczuciami, choć nigdy przedtem nie stanowiło to dla mnie większego problemu.

- Skoro więc doszliśmy do porozumienia, to wciągaj na swoja pupę te jasne spodnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak trudno ostatnimi czasy dostać ten model… - Z rozmyślań wybił mnie zadowolony glos Alice. Właśnie podsunęła mi pod nos, coś co wyglądało jak sprane, znoszone jeansy. Tym razem nie zamierzałam się kłócić.

Ostatnie dwa dni były próbą dla Cullenów. W prawdzie każdy z nich w jakiś sposób chciał, aby cała rodzina była w końcu razem, ale chcieć, a zrealizować swoje marzenie, to co innego. Ponieważ Bernadett nie wiedziała nic o swym pochodzeniu, o tym kim jest i kim są jej biologiczni rodzice, wszyscy musieli zachowywać pozory. Nawe we własnym domu. Było to niezwykle trudne. W końcu była to ich oaza, miejsce gdzie mogli być sobą i przestać ukrywać się przed światem. Teraz jednak, nawet ukochany dom nie pozwalała im na swobodę.

Bella spędzała dużo czasu w pokoju córki, która jeszcze odpoczywała po ostatnim ataku. Zarówno Rosalie jak i Alice towarzyszyły jej w tych codziennych spotkaniach. Bardzo chciała nawiązać kontakt z Bernadett. Pragnęła, aby uśmiech częściej gościł na jej twarzy, aby czuła się bezpieczna i szczęśliwa. Chciała również wyjaśnić jej wszystkie zawiłości przeszłości. Na to jednak było o wiele za wcześnie, Bernie nie ufała im wystarczająco, aby dobrze przyjąć te wszystkie rewelacje. A były one naprawdę niesamowite! Rzadko kto dowiaduje się, że jest pół-wampirem, że jego rodzice są wampirami, i że będzie się żyło przez wieczność.

Edward trzymał się trochę z boku, ale nie oznaczało to, że próbował się izolować od powstałej sytuacji. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że największą sympatię dziewczyny zyskają ci, który nie będą na siłę próbować się z nią zaprzyjaźnić. I on obrał właśnie tą metodę. Czasami przynosił jej kolację, proponował określone lektury. Odkrył przy tym, że gust Bernadett bardzo bliski jest jego. Znała wiele pozycji, była niezwykle oczytana, lubiła, tak jak on, stare kryminały, powieści historyczne i biografię znanych osobistości XIX wieku. Ich gust muzyczny również się pokrywał. Klasyka, jazz, blues.

Kiedy pierwszej nocy cała rodzina udała się na polowanie, on obserwował śpiącą Bernadett. Minęło wiele lat od kiedy, w ten sam sposób obserwował sen Belli. W prawdzie, kiedy Nessi była jeszcze mała, lubił patrzeć na jej sen, przysłuchiwać się jej spokojnemu oddechowi , ale odkąd dorosła, przestał to robić.

Nie wiedzieć czemu, podczas snu Bernie przypominała mu Bellę. Spała w ten sam sposób, każda kończyna powyginana była w różnoraki sposób, kołdra leżała na podłodze.

Widok ten sprawił, że zalały go fal czułości. Delikatnym ruchem przykrył ciało córki kołdrą i pogłaskał ją delikatnie po włosach.

Dziwił się, że miał jakiekolwiek wątpliwości. W tym momencie był pewien jednego, że mocno i bezgranicznie kocha córkę.

Alice bardzo zależało, aby Bernadett przestała chować się za swoimi za dużymi ubraniami.

Kiedy założyła na siebie niebieski top, który jej wybrała, wyglądała dużo szczuplej. Kolor dodał jej skórze blasku, a włosy wydawały się ładnie mienić. Jedynie Bernie nie wydawała się zbytnio przekonana.

- Nie jestem pewna….

- Ale ja jestem pewna. Wyglądasz świetnie. Musisz wreszcie pozbyć się tych kompleksów. – Alice powoli zaczęła wszystko rozmieć, całą wrogość i obojętność jaka biła z tego dziecka. W ten sposób próbowała ukryć, jak bardzo jest nieszczęśliwa.

- Jesteś ładna, taka jaka jesteś. I nie pozwól nikomu twierdzić, że jest inaczej. Musisz przestać się chować za bezkształtnymi bluzami i spodniami, pokaz innym swoje walory. Nie jesteś chuda jak patyk? No i co z tego, chude nie znaczy ładne. Jak to mówią: Nie to ładne, co ładne, ale to się komu podoba. – Oczy dziewczyny wyrażały taki ból i rozterkę, że czarnowłosa była gotowa przytulic ją i nigdy nie puszczać.

- Skoro więc doszliśmy do porozumienia, to wciągaj na swoja pupę te jasne spodnie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak trudno ostatnimi czasy dostać ten model…

Kiedy wbiła w końcu Bernadett w zaplanowaną na ten dzień garderobę, postanowiła, iż należy pokazać jej nowe oblicze całej rodzinie. W prawdzie bratanica nadal stawiała opór, ale z nią naprawdę trudno jest wygrać. Skończyło się na tym, że obie wylądowały na dole w salonie.

- Nie uważacie, że Bernie w tym do twarzy? Starannie zaplanowałam ten strój…i dodatki oczywiście. – chwaliła się Alice, zwracając przy tym uwagę wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu. Bernadett stała koło niej skulona, wstydząc się niemiłosiernie całego tego przedstawienia.

- Wyglądasz prześlicznie kochanie! – pierwsza odezwała się Esme i podeszła bliżej do wnuczki. - Naprawdę ładnie ci w niebieskim.
- Dziękuje. – wymamrotała cicho Bernie

- No kto by pomyślał? – zaśmiał się Emmett i puścił do dziewczyny oczko. – No, no trzeba pilnować nowej siostrzyczki, bo jak dorwą się do niej kolesie ze szkoły…

Na policzkach Bernadett pojawiły się czerwone plamy, będące widoczną oznaką zażenowanie. Nie wiedziała czy chłopak mówi poważnie, czy się z niej nabija. Przyjęła ta druga opcję.

- Nie sadzę, abym w czymś takim pojawiła się w szkole. – Dziewczyna próbowała rzucić ironiczna wypowiedź, jednak za bardzo jej nie wyszło

- A niby dlaczego? Wyglądasz dobrze, czego nie można powiedzieć o tych szmatach, które zazwyczaj nosisz. – Rosalie nigdy nie była taktowna, tym razem również nie zamierzała się powstrzymać przed wygłoszeniem swojej opinii.

- To są przynajmniej MOJE szmaty. – odgryzła się Bernie. – A przy okazji, czy istnieje możliwość, abym mogła przywieść tu swoje graty? Nie chcę, aby te flądry z bidula dotykały moich rzeczy.

- Ależ oczywiście. – wtrącił się Carlisle. – W weekend pojedziemy po nie, weźmiemy większy samochód, aby wszystko przetransportować.

- Nie trzeba, mam bardzo mało prywatnych przedmiotów, zmieszczą się w jednym kartonie. – Bezbarwnie rzuciła Bernadett. Ta informacja szczególnie poruszyła Edwarda, trudno było mu wyobrazić sobie, aby siedemnaście lat życia zmieścić w jednym pudle. Jednak nie wypowiedział się głośno na ten temat. Był on zbyt wrażliwy.

- Trzeba też w końcu pomyśleć o szkole. Dzisiaj Esme spotka się z dyrektorem, jak dobrze pójdzie, to już od poniedziałku zaczniesz zajęcia. – Carlisle chciał, aby wszystkie aspekty życia codziennego były już ustanowione, i aby Bernie zaczęła normalnie żyć. Razem z nimi.

- No tak, szkoła…- mruknęła cicho dziewczyna, nie wyglądała na zbytnio szczęśliwą. Nie trzeba było czytać w myślach, aby wiedzieć, że nie przepada za tym miejscem.

- Może pojedziesz ze mną? – zagadnęła z uśmiechem Esme, nie przejmując się lekko naburmuszoną miną wnuczki. – Obejrzysz wszystko dokładnie, wybierzesz klasę, do której chciałabyś uczęszczać

- Niech będzie…i tak nie mam za wielkiego wyboru w tej sprawie. – Bernadett westchnęła głęboko.

(BERNIE)

- Trzeba też w końcu pomyśleć o szkole. Dzisiaj Esme spotka się dyrektorem, jak dobrze pójdzie, to już od poniedziałku zaczniesz zajęcia. – Wiedziałam, że to zdanie w końcu padnie. Nigdy nie lubiłam szkoły, żeby nie powiedzieć, że nienawidziłam. A teraz czeka mnie przeprowadzka do nowej budy w środku semestru, gorszego koszmaru w tej chwili nie mogłam sobie wyobrazić. Te wszystkie oczy skierowane w moją stronę, szepty na mój temat. W starej szkole uczniowie chociaż wiedzieli, żeby się do mnie nie zbliżać. Teraz będę musiała wypracować to od nowa.

- No tak, szkoła…- mruknęłam odpowiedzi, nic bardziej konstruktywnego nie przyszło mi na myśl. Jednak nie miałam złudzeń, w tym momencie wszyscy Cullenowie poznali mój stosunek na temat tego miejsca.

- Może pojedziesz ze mną? – Ciszę przerwała Esme.- Obejrzysz wszystko dokładnie, wybierzesz klasę, do której chciałabyś uczęszczać.

Może to i nie najgorszy pomysł, szkoła o tej porze będzie prawie pusta, rozejrzę się po korytarzach, może znajdę jakieś ustronne miejsce, gdzie będę mogła zabunkrować się na czas przerwy na lunch.

- Niech będzie…i tak nie mam za wielkiego wyboru w tej sprawie. – Westchnęłam tylko.

Najbardziej dziwnym momentem w domu Cullenów był czas posiłków. Esme zawsze gotowała od rana i z wielkim zaangażowaniem, jednak zawsze sprawiała wrażenie, jakby za bardzo nie wiedziała co robi. Wprawdzie nie mogę powiedzieć, że te wszystkie wymyślne potrawy były niedobre, ale ponieważ moje podniebienie nigdy nie było specjalnie czułe, nie mogłam też powiedzieć, że mi smakowały. Odkąd pamiętam, nic nigdy mi nie smakowało. No, może oprócz czekolady i jogurtu truskawkowego. Kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, opiekunki na siłę wpychały mi zupy mleczne i inne tego typu obrzydlistwa, do dzisiaj sam rytuał jedzenia nie jest dla mnie przyjemny. Kiedy zaczęłam pożądać coraz mocniej krwi, próbowałam zagłuszyć ten głód jedzeniem, ale nie dało to widocznych rezultatów – może nie licząc kanciastej figury.

Podczas obiadu cała rodzina siedziała przy stole, jednak ich miny zawsze napawały mnie ciekawością. Wyglądali, jakby sprawiało im to co najmniej ból. Każdy kęs ledwo przechodził im przez gardło. Jedynie Emmett wydawał się pożerać jedzenie, jakby nigdy wcześniej go nie próbował. Jednak przy jego posturze, taka ilość jedzenia była wręcz wskazana.

Esme strasznie pilnowała, aby wszyscy byli na każdym posiłku. Nie było mowy, aby opuścić te rodzinne posiedzenia.

Raz zauważyłam jak Rosalie przemyca jedzenie – pewnie dba o figurę i nie chce jeść takiej ilości, jaką próbuje wcisnąć jej matka. Wszystkie siostry Cullen były bardzo szczupłe, z Esme włącznie, więc jakby raz zjadły normalnie, nie zaszkodziło by to ich nienagannej sylwetce.

Może ja też powinnam coś zrobić, aby pozbyć się tych zwałów tłuszczu w pasie. W końcu, te ubrania Alice są tak obcisłe, nie zaszkodziło by, jakbym zgubiła kilka kilogramów.

- Dziękuje.- powiedziałam cicho, kończąc posiłek i zapytałam. – Mogę odejść od stołu?

- Oczywiście! Przygotuj się, zaraz pojedziemy do szkoły. – odpowiedziała mi Esme. Zaniosłam talerz do zlewu, wyrzucając wcześniej resztki do kosza. Pośpiesznie udałam się na górę. Nim jednak weszłam na pierwszy schodek, usłyszałam wydobywające się z jadalni głośne westchnienie ulgi, jakby wszyscy znajdujący się tam, cieszyli się że stamtąd wyszłam. W tym momencie, poczułam się strasznie samotna i zawiedziona.

- O boże, już nie mogę, te ludzkie żarcie mnie wykończy! – jęknęła głośno Rosalie. Wszyscy odczuli ulgę, gdy Bernadett wyszła z pomieszczenia. Mogli w końcu przestać jeść albo raczej przestać udawać że jedzą.

- Obrzydlistwo! – Bella aż się wzdrygnęła – Aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś jadłam to ze smakiem.

Dla wszystkich była to trudna przeprawa, w końcu potem trzeba pozbyć się zalegających w ich ciele resztek. W prawdzie jedli dopiero od czterech dni, ale każdemu wydawało się, jakby zmuszali się do tego wieki.

- Rozumiem, że nie możemy jej wszystkiego powiedzieć już teraz, ale nie dało by się jakoś inaczej zorganizować tych posiłków, no wiecie, aby łatwiej było chować jedzenie. Jestem już na granicy wytrzymałości. – Jasper naprawdę się męczył, minęły wieki odkąd jadł coś takiego i jego organizm najbardziej się buntował.

- Jestem za. – ochoczo zgodził się Edward.

- Ja też!

- I ja!

- Myślę, że rzeczywiście to jest ponad nasze siły, coś się wymyśli. – W końcu głos zabrał Carlisle. – Musisz przyznać Esme, nie wpływa to pozytywnie na nas.

- Niech wam będzie, nie będę się kłócić. A teraz wybaczcie, ale muszę się zbierać do wyjścia.

- Pojadę z wami, dobrze? – zagadnęła Bella. – Chcę z nią spędzić trochę czasu.

- Dobrze, ja będę załatwiać formalności, a ty oprowadzisz Bernie po szkole.

Bella uśmiechnęła się szeroko, zapowiadało się miłe popołudnie