Rozdział 10

(BERNIE)

Chcąc, nie chcąc siedziałam właśnie w samochodzie Esme, który kierował się do centrum Seattle. Przez całą drogę słuchałam o wysokim poziomie nauczania, świetnych nauczycielach, idealnym wyposażeniu. Z tych opowiadań wynikało, że jest to najlepsze miejsce na kontynuowanie nauki. Jak można w ten sposób mówić o szkole?

Nigdy nie lubiłam do niej chodzić. Za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo zapachu krwi. Pomijając tak oczywiste tylko dla mnie powody, dodać należałoby jeszcze, że nigdy nie byłam prymuską.

Jakoś zawsze wszystko szło mi dosyć opornie. I to wcale nie tak, że się nigdy nie uczyłam! Wręcz odwrotnie, zawsze wkładałam w to sporo wysiłku, ale bez większych rezultatów. Wszystko wskazuje na to, że jestem nie tylko genetycznym dziwadłem, ale jeszcze do tego głupim.

Jestem pewna, że ze szkołą będą same problemy. Z tego co zrozumiałam z tej pochwalnej opowieści, to że wszyscy młodzi Cullenowie są naprawdę wybitnie zdolni. Z resztą wystarczy na nich popatrzeć. Są oczytani, wiedzą takie rzeczy, że mogli by z pewnością wygrać każdy możliwy teleturniej z wiedzy ogólnej w tym kraju. Tak więc zapewne zrobię z siebie jeszcze gorszą ignorantkę, niż do tej pory.

Razem ze mną i Esme zabrała się Bella. Koniecznie chciała mi osobiście pokazać szkołę, jakby było co pokazywać.

Isabella to dziwna dziewczyna. Znaczy się, jest wobec mnie bardzo miła i zawsze jest bardzo w porządku, ale czasami patrzy na mnie w bardzo dziwny sposób. Nie jestem w stanie określić tego spojrzenia, ale mam wtedy wrażenie, jakby miała próbowała prześwietlić całą moją duszę i dowiedzieć się co tam się kryję. Nienawidzę gdy coś takiego ma miejsce, czuję się wtedy osaczona i niepewna, mam wrażenie jakbym była non stop obserwowana. To dość frustrujące uczucie.

Podróż samochodem była niezwykle męcząca, w aucie słychać było jedynie głos Esme, opowiadała jak wygląda szkoła, co się w niej znajduję. Udawałam zainteresowanie, by nie zrobić jej przykrości. Od razu wyczułam że bardzo jej zależy, abym dobrze się czuła w tym miejscu. Nie miałam serca aby pokazywać jej co tak naprawdę myślę o szkole.

Po około pół godziny jazdy dotarliśmy w końcu do tej jakże osławionej placówki oświatowej, muszę przyznać, że budynek rzeczywiście robił wrażenie. Grube, ceglane ściany nadawały konstrukcji masywnego wyglądu i dostojeństwa. Nie wyglądała jak większość publicznych szkół, przypominała raczej jedną z tych bogatych prywatnych placówek do jakich chodzą bohaterowie tych bzdurnych seriali dla nastolatków. Nie wiedzieć czemu, nawet mi się podobała. Nie żebym zawsze chciała chodzić do takiej budy, ale w porównaniu z moim starym liceum przynajmniej na pierwszy rzut oka wypadała dość pozytywnie.

Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos Esme:

- I jak, podoba ci się?

- Nie jest źle. – odpowiedziałam krótko, zależało mi aby nie okazywać ani zbytniego entuzjazmu ani znudzenia

- W takim razie Bella oprowadzi cię po wszystkich ważnych i interesujących miejscach, a ja załatwię wszystkie formalności w budynku administracji. – Uśmiech nie schodził jej w ust, kiedy objęła mnie na to krótkie pożegnanie i skierowała się do mniejszej kamienicy, która zapewne mieściła w sobie sekretariat szkolny.

Zauważyłam że wszyscy począwszy od Esme, strasznie chcieli okazywać swoje uczucia w stosunku do mnie. To naprawdę stresujące, nie za bardzo przepadam za ludzkim dotykiem a każdy członek rodzinny Cullenów non stop nie ściskał, poklepywał lub przytulał. Jedynie Jasper i Edward byli dość powściągliwi – choć i im zdarzały się ckliwe momenty.

Starając się zachować kamienną twarz, podążałam dość żwawym krokiem za Bellą. Po raz pierwszy zostałam z nią sam na sam. Tak szczerze, to nie licząc Alice, zawsze przebywałam z większą ilością członków rodziny. Nie wiedzieć czemu, czułam tremę.

- Choć, pokaże ci gdzie jest biblioteka, to najlepsze miejsce w szkole. – Bella z entuzjazmem chwyciła mnie za rękę i z zaskakującą siłą pociągnęła za sobą

Rzeczywiście, w środku wszystko wyglądało perfekcyjnie. Aż dziw bierze, że tutaj uczy się ponad setka nastolatków. Ściany czyste, podłogi posprzątane, szafki wyglądały, jakby były nowe. Nie było żadnych oznak wandalizmu. W mojej starej szkole, wszystko zamazane było quasi-malowidłami ala graffiti, sprzęty były tak stare, że się rozpadały. A tutaj wszystko takie czyste i zadbane.

- Zobaczysz, będzie fajnie. Mamy nawet swój stolik w stołówce, zawsze siedzimy wszyscy razem, tak jest raźniej. Ja i Edward jesteśmy w klasie z rozszerzonym programem z biologii, a reszta z matematyki. Zwykle zajęcia mamy razem, oprócz biologii i matematyki oczywiście. – Bella opowiadała mi o wszystkim co według niej było istotne. O stołówce, bibliotece i czytelni oraz o innych specjalistycznych pomieszczeniach. Pokazała mi jakże imponującą toaletę dla dziewczyn z ogromnym lustrem, która przypominało mi raczej francuski burdel niż szkolne WC, ale powstrzymałam się od komentarza. Wszystkie kobiety Cullenów miały specyficzny gust, który nic nie miał wspólnego z moim. Alice prawie każdego dnia dawała mi to bardzo do zrozumienia wpychając coraz to nowe ciuchy do mojej szafy.

Bella starała się a nawet ja potrafię to docenić. Zrobiło mi się nawet przyjemnie na myśl, ktoś produkuje się z mojego powodu.

Bella była ogromnie podekscytowana. Po raz pierwszy przebywała sam na sam ze swoją córką. Zdawała sobie sprawę że gada jak lekko nawiedzona nastolatka, ale w ten sposób zamaskowywała gromadzącą się w niej ekscytację. Bo tak naprawdę to chciała tylko mocno przytulić Bernadett i opowiedzieć jej o wszystkim. O szoku jaki przeżyła dowiadując się, że Bernie istnieje, o tęsknocie jaką odczuwała podczas jej poszukiwań i o radości z tego, że w końcu wszystko jest na swoim miejscu.

Zdawała sobie jednak sprawę, że w tym momencie nie jest to możliwe.

Bernie wydawała się jej lekko przygaszona. Widocznie perspektywa powrotu do szkoły nie wydawała się jej zbyt radosna.

- A tak w ogóle, to do klasy z jakim profilem chciałabyś uczęszczać? Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Esme nie zapytała cię o to.

- Nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia, wszystko mi jedno.– odpowiedziała jej Bernadett. Bella zauważyła nerwowe ruchy córki, widocznie poruszyła jakiś drażliwy temat.

Bernie w tym czasie próbowała się uspokoić, głupio jej było powiedzieć że jest tępa i że w żadnej klasie nie będzie dawać sobie radę.

- Zawsze dobrze jest dobrać takie zajęcia, jakie cię interesują. Ja nienawidzę matmy i jestem z niej raczej kiepska, więc sama myśl o rozszerzonym programie z matematyki napawa mnie wstrętem. – Isabella próbowała delikatnie rozwinąć temat. Miała cichą nadzieję że, dziewczyna chociaż trochę się przed nią odsłoni.

- Szkoła nie należy do moich ulubionych miejsc.– Dobiegło ją jedynie ciche mruknięcie, które dawało do zrozumienia że Bernie próbuje uciąć temat.

- A który przedmiot najbardziej lubisz? Na pewno jakąś dziedzinę darzysz cieplejszym uczuciem. – Bella nie chciała dać za wygraną. Taka banalna informacja wydała się jej w tym momencie niezwykle istotna.

Bernadett milczała. Szła szybkim, nerwowym krokiem widocznie rozmyślając nad zadanym jej pytaniem. Najbardziej chciała powiedzieć, że żaden przedmiot nie jest jej ulubionym, ale wiedziała że taka odpowiedź nie przejdzie.

- Chyba literatura… - szepnęła w końcu bardzo cicho i niepewnie. Isabella poczuła się jak zwycięzca, w końcu dowiedziała się czegoś konkretnego o młodszej córeczce.

Bernadett była bardziej do nie podobna, niż im wszystkim się zdawało.

- Lubisz czytać? Jaka jest twoja ulubiona książka? – Kobieta szła za ciosem, zadawała niby prozaiczne pytania, ale nawet tak wydawałoby się nieważne informacje były dla niej na wagę złota.

- Nie mam jakiejś szczególnie ulubionej. – szepnęła Bernadett - Lubię powieści sensacyjne i klasyczną literaturę angielską.

- Ja również przepadam za klasykami. Uwielbiam Wichrowe Wzgórza Emily Bronte, znam tą książkę prawie na pamięć. – wykrzyknęła Isabella.

- Tak, jest niezła. Choć wolę "Dziwne losy Jane Eyre" Charlotte i "Agnes Grey" Anny.

- Cieszę się, że podobają nam się te same utwory. Mam całkiem zasobny zbiór klasycznej literatury angielskiej, a nasza biblioteka jest w pełni wyposażona. Możesz korzystać z niej w każdej chwili, to teraz również twoje książki. – Z Belli biło dziwne ciepło, które niezwykle zaskoczyło czarnowłosą dziewczynę.

Bernie była lekko zażenowana. Nie umiała sobie poradzić z tak jawnie okazywaną ludzką sympatią, była to dla niej pewna nowość. Zawsze starała się trzymać ludzi na dystans.

Regułą było, że kiedy Bernie nie miała pojęcia jak się zachować lub co odpowiedzieć, milczała. I tak też postąpiła w tym przypadku, spuściła głowę i nic już Belli nie odpowiedziała. Nie zdołała jednak ukryć małego uśmiech jaki zagościł na jej ustach.

Postawa dziewczyny znalazła zrozumienie u Isabelli. Doskonale rozumiała, że zaufania i przywiązania z jej strony, nie zdobędzie z dnia na dzień.

Sam widok lekkiego uśmiechu był dla niej najlepszą nagrodą. W tym momencie zrozumiała, jak zwykły ruch warg może wpływać na uczucie spełnienia. Bo ona poczuła się w pewnym sensie spełniona, nie było dla niej nic ważniejszego niż poczucie, że Bernadett w końcu czuje się, przynajmniej w pewnym stopniu szczęśliwa.

- Może znajdziemy Esme i dowiemy się co ciekawego uzgodniła z dyrektorem? - zapytała Bella, przerywając przy tym panującą między nimi ciszę.

- W porządku.

Oczywiście, jak można było się tego spodziewać, Esme Cullen załatwiła wszystko szybko i sprawnie. Mimo iż była już połowa kwietnia i niedługo kończył się semestr, dyrektor zgodził się przyjąć nową uczennicę.

Zapewne duże znaczenie miało to, iż miał to być kolejny członek rodziny Cullenów.

Niestety mimo dużego wysiłku ze strony Esme, Bernadett nie trafiła do klasy, gdzie uczyło się jej nowe rodzeństwo.

- To żaden problem, szczerze mówiąc nie robi mi to wielkiej różnicy. – odpowiedziała tylko Bernadett, kiedy przekazano jej te informacje.

Ale dla nich to było istotne. Wiedzieli, że Bernie ma problemy z pociągiem do krwi i chcieli mieć ją na oku, w szkole zawsze jest pełno ludzi i nigdy nie wiadomo co się może stać.

(BERNIE)

W pewnym sensie odczułam ulgę, kiedy Esme powiedziała mi, że nie będę w klasie z żadnym Cullenem. Może wydawać się to śmieszne, ale fakt, że nie będą oglądali moich szkolnych porażek, był dla mnie dość pocieszający. Dłużej uda mi się ukryć mój brak kompetencji.

- Niektóre przedmioty na pewno będziecie mieć wspólnie więc na pewno nie będzie tak źle. – Doktor Carlisle próbował mnie pocieszyć.

- To naprawdę nie ma dla mnie znaczenia! – Zdawało się, że nikt nie rozumie tego co do nich mówię. Wydawali się szczerze zmartwieni, tym że nie będę non stop z którymś z całej siódemki.

- Może uda się coś załatwić na początku następnego tygodnia. – wtrącił się do tej dziwnej rozmowy Jasper.

Chryste, oni chyba naprawdę głusi. Ta sytuacja nie tylko mnie drażniła, ale też dawała mi trochę do myślenia. Cullenowie byli dziwni. Wprawdzie mieszkam z nimi niezmiernie krótko, jednak rzuciło mi się w oczy kilka trochę nietypowych sytuacji.

Po pierwsze, posiłki. Oczywiście obiady i kolację spożywamy zawsze razem, ale ich zachowanie przy stole jest doprawdy interesujące. Mam dziwne przeczucie że oni wcale nie jedzą, tylko udają. Nie tyczy się to tylko młodszej części rodziny ale też Carlisla i Esme.

Po drugie, mam wrażenie że cała rodzina prowadzą prawdziwie nocne życie. Zawsze pierwsza chodzę spać, mimo iż nigdy się nie kładę przed północą, a co najdziwniejsze, za każdym razem budzę się ostatnia. Nie ma znaczenia czy jest to siódma czy dziewiąta rano, cała rodzina jest już na nogach. Daje to wrażenie, jakby nikt z nich nie spał.

Zawsze przyglądałam się ludziom, dlatego też pewne aspekty funkcjonowania Cullenów bardzo rzucały mi się w oczy. Jedynie Renesmee wydawała się pod tym względem najbardziej normalna. Potwór z Loch Ness był dla mnie niesamowicie miły, w porównaniu z jej poprzednim nastawieniem była to zmiana o 180°. Osoba Nessi działała mi na nerwy i sama nie wiedziałam jaki jest ku temu powód. Była piękną, osiemnastolatką, która trzymała się na uboczu jeżeli chodzi o moją osobę. Jeżeli w jakikolwiek sposób spędzała ze mną wolne chwilę, to tylko w obecności Alice, Rose i Belli. Tak naprawdę to nawet nie rozmawiałyśmy ze sobą, jeżeli któraś z nas się odzywała, to nie bezpośrednio do tej drugiej strony.

Po powrocie do domu Esme zajęła się jakimiś domowymi zajęciami a Alice zaciągnęła mnie do mojego pokoju, aby pokazać mi kolejne ubrania, jakie dla mnie przygotowała.

- Czy nie uważasz, że ta bluzka w kwiatki jest słodka? – zapytała mnie, pokazując jakiś jaskrawo kolorowy kawałek materiału.

- Mogę odpowiedzieć twierdząco, jeżeli obiecasz mi że nie będę musiała tego nosić.

- Żartujesz chyba? To wszystko jest dla ciebie.

- Alice, ja nie potrzebuje ubrań. A już na pewno nie takiej ilości.

- Przestań! Będziesz w tym wyglądać świetnie.

- Mówisz do niej a ona nie słucha…- mruknęłam pod nosem.

- Mnie i tak nie przekabacisz. A co myślisz o tej sukience. – Nie dałam rady, jęknęłam przeciągle. Co by tu zrobić aby zminimalizować szkody?

- Możemy zawrzeć umowę? – zapytałam.

- Jaką? – czarnowłosa patrzyła na mnie z zainteresowaniem, ale jej oczy mówiły mi że ona już wiem, co mam na myśli.

- Żadnych sukienek, spódnic, obcasów, różu. Reszta do twojej dyspozycji…

- Stoi. – krzyknęła dziewczyna nim zdążyłam jeszcze dokończyć swoja listę

- Czemu mam wrażenie, że sama siebie wkopałam? – zapytałam na głos.

- Nie będzie tak źle. – Alice uśmiechnęła się uprzejmie, ale ja już widziałam że popadłam w wielkie kłopotu. Od poniedziałku miałam zacząć szkolę, dopiero wtedy dowiem się jaki plany opracował na mnie ten wściekły chochlik. O cholera!