Rozdział XI
(BERNIE)
Weekend minął bardzo szybko i nie miałam już wyboru - musiałam w końcu zmierzyć się ze swoim największym lękiem i iść do tej cholernej szkoły. Nie wiem czemu, ale reszta rodziny czuła się strasznie tym faktem podekscytowana. Jakby był to naprawdę przełomowy moment.
Po spędzeniu ponad tygodnia w domu Cullenów byłam już na sto procent pewna, że wszyscy coś przede mną ukrywają. Cackali się ze mną jak z jajkiem, co chwila ktoś się pytał jak się czuje i czy czegoś nie potrzebuje, było to strasznie męczące i dziwne. Bardzo rzadko zostawiali mnie samą, zawsze ktoś był ze mną. Dobrze, że jeszcze nie wchodzą za mną do łazienki – bo wtedy bym pewnie nie wytrzymała i zwróciła im uwagę. Dziwie się sama sobie, że jeszcze nie wybuchłam, ale ku mojej własnej zgubie strasznie mnie krępuje ich towarzystwo. W gruncie rzeczy takie zachowanie względem mnie jest całkiem miłe, nikt nigdy tak się nie interesował moją osobą.
Alice bardzo dokładnie opracowała mój poniedziałkowy strój. Oczywiście wszystko było zgodnie z moimi rzekomymi zasadami. Mimo tego czułam się w tych ciuchach jak przebrana – dziwnie ciasne jeansy, top, marynarka, to nie był mój styl1. W prawdzie ja nie mam w ogóle stylu, ale wolałabym coś obszerniejszego. Alice była jednak nieugięta, nie zważając na moje jęki, założyła na moją szyję jakieś świecidełka, które według niej miały dopełnić strój. Moim skromnym zdaniem wyglądałam dosyć śmiesznie, ale Chochlik był tak zachwycony, że nie miałam serca aby powiedzieć coś przykrego. Boże, zaczynam się łamać! Zawsze mówiłam to co myślę, a teraz? Teraz mam skrupuły i staram się ograniczać swoje komentarze. Powinnam się chyba o siebie martwić.
Kolekcja samochodów tej rodziny była oszałamiająca, większość tych pojazdów znałam tylko ze zdjęć w Internecie. Były to najdroższe i najnowocześniejsze modele, ja bałabym się ich dotknąć a co jeszcze mówić o ich prowadzeniu. Sam fakt, że każdy z nich miał kilka takich cacek, świadczyło niepodważalnie, iż byli naprawdę cholernie bogaci. Do szkoły mieliśmy pojechać na dwa samochody, Emmett miał zamiar prowadzić wielkie monstrum, które według niego było samochodem terenowym, Edward zaś wybrał bardziej subtelne, srebrne auto o nieznanej mi marce. Stanęłam przed głupim dylematem, z kim mam jechać? Aby nie podejmować decyzji zawzięcie czekałam aż wszyscy usadowią się na miejscach, pójdę tam gdzie będzie wolne. Jakie to żałosne! Oczywiście mam nadzieje, że nikt nie domyśla się że mam taki banalny problem, chyba spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś to odkrył.
- Bernie, pojedziesz z nami? – zapytała mnie Bella, nawet nie zauważyłam, kiedy pojawiła się koło mnie. Oni mieli chyba poduszki w butach, poruszali się całkowicie bezszelestnie.
- Dobrze, a z kim ty jedziesz? – pożałowałam tego pytania zaraz po tym jak je zadałam.
- Z Edwardem, oczywiście. W końcu to mój chłopak. – Ze śmiechem westchnęła Isabella.
Czy wspomniałam już, że stosunki rodzinne w tym domu są dziwne? Już po pierwszym dniu zorientowałam się, że nie wszyscy darzą tutaj siebie uczuciem czysto braterskim. Jasper był z Alice, Emmett z Rosalie, Edward z Bellą. Nessi miała tego swojego Jake'a którego jeszcze nie poznałam. Każda z par mieszkała we wspólnym pokoju i nikt nie miał nic przeciwko temu. Esme i Carlisle byli jak swaci, nie tylko adoptowali dzieci, ale i je parowali. Po prostu dziwne!
Wsunęłam się do srebrnego samochodu. Ku mojemu zdziwieniu oprócz mnie, Edwarda i Belli nie było nikogo. Trochę to było krępujące. Przez pierwsze kilka minut było bardzo cicho, zaciekle wpatrywałam się w przesuwający się za oknem krajobraz. Właśnie w obecności tej dwójki czułam się najbardziej skrępowana.
- Nie masz czym się martwić. – Pierwsza odezwała się Bella. – Ta szkoła jest naprawdę w porządku.
Popatrzyłam na nią przenikliwie.
- A czy w ogóle szkoła może być w porządku?
- Może być znośna, a ta na sto procent taka jest – odpowiedziała Bella
- Zobaczymy – odparłam tylko. Miałam na ten temat zupełnie inne zdanie.
- Aż tak nie lubisz szkoły?
- Powiedzmy, że nie przepadam za tłumami. – Nic innego nie mogłam powiedzieć. Bo niby co, mam oznajmić że ludzie pachną dla mnie jak najlepsze danie? Tak, jasne!
Cullenowie byli dziwni także pod innym względem, pachnieli inaczej niż reszta znanych mi ludzi. Każdy z nich, bez wyjątku. Ten zapach zupełnie na mnie nie działał. Muszę przyznać, że ułatwiało to życie. Nie musiałam się non stop pilnować ani uciekać do swojego pokoju. Już dawno nie czułam się tak spokojna w czyimkolwiek towarzystwie.
Bella nie odezwała się już więcej, do samej szkoły w samochodzie panowała cisza. Edward bardzo rzadko odzywał się w moim towarzystwie, zwykle tylko przyglądał mi się. Edward jest chyba najprzystojniejszą osobą w rodzinie, nie mam co do tego wątpliwości. Nie dało się też ukryć, że jest nieprzytomnie zakochany w Belli, z resztą z wzajemnością. Bardzo tkliwie traktował również Renesmee. Muszę przyznać, że trochę mnie to kuło. Nigdy nie byłam zazdrosna o stosunki międzyludzkie, ale gdzieś w głębi też chciałam aby ktoś patrzył na mnie w ten sposób. I mi wcale nie chodzi o jakąś romantyczną miłość, w zupełności wystarczyło by mi zwykłe kochanie.
Kiedy Edward zaparkował pod szkołą, czułam jak jakaś niewidzialna gula rośnie mi w gardle. Wzięłam głęboki oddech, nie było już odwrotu. Wysiadłam z samochodu na drżących nogach. Cieszyłam się że nie miałam zajęć z żadnym Cullenem, nie będę mogli zobaczyć jak wygląda mój zwykły, parszywy dzień.
Przed zajęciami powinnam wstąpić jeszcze do sekretariatu po plan zajęć i wszystkie potrzebne materiały, miałam nadzieje, że do tego czasu uspokoję się i zdążę przybrać moją ochronną postawę.
Reszta rodzeństwa była już na miejscu, czekali na nas. Wiedziałam że ich lekcję zaczynają się nieco wcześniej, więc choćby nawet bardzo chcieli, nie zostaną ze mną. W jakiś pokręcony sposób uspokajało mnie to.
- Miłego dnia Bernie – Bella pożegnała się ze mną uściskiem. To samo uczynili Alice i Emmett. Rose, Jasper i Renesmee pomachali mi tylko ręką.
Wolnym krokiem skierowałam się w kierunku budynku administracji.
- Bernadett? – usłyszałam. Pierwszy raz Edward zwrócił się do mnie po imieniu. Nawet ładnie brzmiało w jego ustach.
- Tak?
- Wszystko będzie dobrze. Wiem że wydaje ci się, że to puste słowa, jednak pamiętaj, że nie jesteś sama. Jakbyś potrzebowała pomocy, to my tu jesteśmy – mówił spokojnym głosem i z uśmiechem na ustach.
- Dzięki. – Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć. Muszę przyznać, że trochę mnie zaskoczył.
- Trzymaj się Paciorku.
- Co? – nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam.
- Paciorku. Ładnie brzmi.
- Żartujesz?
- Nie. – Śmiał się, ale nie był to ironiczny chichot. Brzmiał raczej przyjaźnie.
- Na razie – rzuciłam tylko, udając że mnie to nie rusza. Jednak tak naprawdę nie chciałam, aby zobaczył wypływający na mój policzek rumieniec.
Edward czuł, że Bernadett naprawdę bała się pierwszego dnia w szkole. Próbowała to ukryć, ale on był spostrzegawczy, trudno go było oszukać. Po za tym obserwował ją bardzo dokładnie, trochę przypominały mu się czasy gdy nim jeszcze zaczął się spotykać z Bellą obserwował ją przez kilka miesięcy. Teraz historia w pewien sposób się powtarzała, jego celem w tym momencie była Bernadett. Bardzo często obserwował ją jak śpi, lubił patrzeć na nią podczas zwykłych, codziennych czynności, jak na przykład jedzenie. Miał wrażenie że w ten sposób nadrabia stracony czas.
Podczas jazdy samochodem nie odzywał się, próbował wymyślić w jaki sposób pomóc córce. Sama nie miała zamiaru się odprężyć, z góry zakładała, że nic w jej życiu się nie zmieni i że wszystko będzie źle. Nie wytrzymał jednak gdy zobaczył jej straceńczą minę podczas wędrówki do budynku administracji.
- Bernadett? – zawołał.
- Tak?
- Wszystko będzie dobrze. Wiem że wydaje ci się, że to puste słowa, jednak pamiętaj, że nie jesteś sama. Jakbyś potrzebowała pomocy, to my tu jesteśmy. – Starał się mówić spokojnie i z uśmiechem na ustach. Nie chciał. aby brzmiało to jakoś patetycznie.
- Dzięki – odpowiedziała cicho, widać było, że nie wie co powiedzieć.
- Trzymaj się Paciorku. – Musiał to powiedzieć, to określenie według niego pasowało do niej. Była ja szklany koralik, na pierwszy rzut oka nie zachwycała, ale im dłużej się jej przyglądało, tym bardziej człowiek był nią zachwycony.
- Co? – Zaskoczył ją. Jej mina była bezcenna.
- Paciorku. Ładnie brzmi. – Uśmiechnął się szeroko. W duchu postanowił sobie, że będzie się tak do niej zwracał.
- Żartujesz?
- Nie – zaśmiał się.
- Na razie. – Z lekko naburmuszoną miną Bernie skierowała się ku sekretariatowi. Coś mu mówiło, że ten dzień będzie dobry.
Edward czuł niepokój podczas pierwszych zajęć, chciał aby Bernie nie spotkało niczego przykrego. Z wielkim skupieniem taksował umysły uczniów szukając jakichkolwiek informacji na temat Bernadett. Na razie jednak bez skutku, mężczyzna podejrzewał, że dziewczyna nauczyła się usuwać wszystkim z drogi tak, aby nie zwracać na siebie uwagi. Bella też bardzo chciała wiedzieć, jakie są pierwsze wrażenia córki. Musieli być jednak cierpliwi, nie chcieli uchodzić za napchanych czy wścibskich.
(BERNIE)
Trafiłam do klasy lingwistycznej. Nie za bardzo mi się ten przydział podobał, ale zdawałam sobie sprawę, że mogło być dużo gorzej. Według planu miałam mnóstwo zajęć, przynajmniej osiem godzin dziennie. Nie uśmiechało mi się spędzać tutaj całego dnia. Cullenom nie podobałoby się jednak, gdybym zrywała się z zajęć. Bardziej elektryzująca była druga wiadomość przekazana mi w sekretariacie, okazało się, że będę musiała nadrobić różnice programowe prawie ze wszystkich przedmiotów. Nie wiedziałam co o tym myśleć, ledwo radziłam sobie w tamtej budzie, nie było więc szans, abym w trzy miesiące nadrobiła wszystkie zaległości. Zapowiadała się wielka klapa.
Po kilku minutach przebywania w szkole wiedziałam już, że nic się nie zmieniło i raczej nic się nie zmieni. Nieznani mi ludzie reagowali na mnie tak samo jak w poprzednim miejscu. Uruchomiłam, więc wszystkie swoje umiejętności, aby jak najbardziej dyskretnie poruszać się po szkole. Wolałam nie ryzykować ponownego ataku, a przebywanie w takim tłumie ludzie nieuchronnie do tego by doprowadziło. W prawdzie głód okazał się mniejszy niż myślałam, prawie go nie czułam, a w każdym razie nie był on bardzo uciążliwy. Widocznie po ostatnim ataku trochę mi przeszło. Mimo wszystko wolałam nie ryzykować, teraz musiałam się martwić nie tylko atakami, ale i Cullenami, nie mogę dopuścić, aby w jakikolwiek sposób zwracać na siebie uwagę, bo oni byli by pierwszym, którzy by się o tym dowiedzieli.
Mimo moich starań słyszałam szepty na mój temat. Było to coś w stylu: To ta nowa od Cullenów? Widzieliście ją? Popatrzcie na nią! No cóż, można było się tego spodziewać. Żałowałam, że nie miałam na sobie swojej bluzy, mogłabym założyć kaptur i mieć ich wszystkich w dupie. Ubrania Alice sprawiły że czułam się obnażona, wręcz naga. Nie miałam gdzie się ukryć. Oczywiście nie zostało mi nic innego jak iść z podniesioną głową i udawać, że nic nie jest w stanie mnie zranić. Mój plan zajęć niezbyt się mi podobał, miałam mnóstwo zajęć z języka angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Już teraz wiem, że nie będzie mi łatwo utrzymać się na powierzchni, z hiszpańskiego byłam beznadziejna, nie lepiej szło mi z francuskim. Chrzanić to wszystko! Nienawidzę szkoły!
Lekcje mijały powoli, starałam się zupełnie nie zwracać uwagi na uporczywe obserwowanie mnie przez innych uczniów. Nie odzywałam się, ale i nie słuchałam. Moim marzeniem było wyrwać się w końcu z tego budynku. Kiedy długi, głośny dzwonek oznajmił wszystkim przerwę na lunch, wiedziałam że to dla mnie szansa. Nie miałam zamiaru iść do stołówki, postanowiłam sobie, że zaszyję się gdzieś na zewnątrz. Miałam przed sobą pełne czterdzieści minut, przez ten czas mogę sobie spokojnie obejrzeć okolice. Nigdy nie wiadomo, kiedy tak zdobyte informację mogą się przydać. Z autopsji wiem, że kiedy przyjdą gorsze czasy muszę dokładnie wiedzieć, gdzie mogę się ukryć. Pogoda była nieciekawa, ciemne chmury przysłaniały słońce, tworząc nieprzyjemną aurę. Nikt nie pofatygował się wyjść na zewnątrz, było mi to na rękę, mogłam się spokojnie pokręcić dookoła budynku.
Oczywiście obszar należący do szkoły był tak samo zadbany jak sam budynek. Trawa była równo przystrzyżona, nigdzie nie było widać śmieci, ławki i stoły nie były połamane. Przy samym budynku rosły kwiaty. Prezentowało się to naprawdę ładnie. Oglądałam wszystko dokładnie, żałowałam że cała szkoła jest odgrodzona, trudno będzie się urwać z lekcji, jeżeli jest tylko jedna brama. Na razie jednak starałam się nie analizować daleko idących planów.
Po około dziesięciu minutach poczułam, że ktoś się zbliża. Gwałtownie obróciłam się za siebie, chcą wiedzieć z kim mam przyjemność. Za mną stała cała siódemka Cullenów, nie zdawałam sobie sprawę, że są aż tak blisko mnie. Nie słyszałam jak podchodzili.
- Cześć – odparłam trochę niepewnie. Nie za bardzo wiedziałam po co zjawili się tutaj całą bandą.
- Czemu nie jesteś w stołówce? – zapytała mnie z uśmiechem Bella.
- Nie jestem głodna, postanowiłam się przejść. – Tak, ta odpowiedź brzmiała całkiem naturalnie i sensownie.
-Martwiliśmy się o ciebie – dodała Alice. Coś w głębi duszy mówiło mi, że mam kłopoty.
- Dlaczego? – zapytałam, niezwykle ciekawa ich odpowiedzi.
- Zastanawialiśmy się, jak ci minęły pierwsze lekcję… – Tym razem odezwał się Edward, nim zdążył jednak dokończyć swoja myśl przerwał mu Emmett.
- No jak było Bernie? Dokopałaś tym dupkom…
- Emmett! – Widocznie pięknej Rose, nie podobało się że jej chłopak wyskoczył z tym tekstem jak Filip z konopi. Ciekawe co miał na myśli?
- Nie za bardzo wiem co masz na myśli… - odpowiedziałam trochę speszona. – Ale na razie wszystko jest w porządku.
Nie miałam zamiaru tłumaczyć się z każdej minuty niech myślom, że wszystko jest okej.
-No to świetnie! – ucieszył się niedźwiedź. Jego cała twarz, aż jaśniała od uśmiechu, zastanawiam się jakim cudem chłopak tak wielkiej postury, przypominający zapaśnika, może uśmiechać się całą twarzą. W tej chwili przypominał łagodnego niedźwiadka z kreskówki. Ponadto, dlaczego w ogóle on się cieszy! Widocznie moja mina pokazywała moje zastanowienie, bo cała siódemka przyglądała mi się z zainteresowaniem.
- Wracamy do stołówki? – zaproponowała Nessi. - Trochę tutaj chłodno.
Nie mogłam się powstrzymać od przewrócenia oczami – przecież tego chciałam uniknąć! Nie potrafiłam im jednak odmówić, nie chciałam mówić o mojej awersji do tego pomieszczenia, a tym bardziej nie chciałam się zwierzać ze wszystkich nieprzyjemnych incydentów. Starając się nie pokazywać mojej niechęci, wolno podążyłam za nimi.
Przez wszystkie lekcje zarówno Edward jak i reszta Cullenów zastanawiał się jak miewa się Bernadett. Nie bał się, że straci kontrolę nad swoim ciałem, bo Alice na pewno by to przewidziała. Zastanawiał się raczej czy dziewczyna przystosuje się do nowych warunków i otoczenia. Z uwagą obserwował korytarze podczas przerw, ale ani razu jej nie widział. Nie chcąc się zbytnio narzucać, czekał do przerwy obiadowej – chciał dowiedzieć się jak jej poszło. Jednak minęło pięć, dziesięć, piętnaście minut, a Bernie wcale się nie pokazała. Edward zaczął się martwić, nerwowo przeglądał myśli osób znajdujących się w stołówce szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Po chwili odnalazł ironiczne myśli jakiegoś umięśnionego nastolatka, nie były one zbyt przychylne. Zobaczył szyderczy śmiech, uszczypliwe uwagi i chichoty. Mógł się domyślić, że Bernadett nie pojawi się tutaj, skoro nie czuła się pewnie nawet w ich obecności.
- Edward, zobaczyłeś coś? – zapytał Jasper, który natychmiast wyczuł zmianę nastroju brata.
- Bernie się nie pojawi – odpowiedział tylko.
- Coś się stało? – Bellę zaniepokoił wyraz twarzy męża.
- Nie, ale widocznie nie czuję się na siłach, aby przebywać wśród takich tłumów.
- Przyzwyczaiła się do samotności, trzeba będzie przekonać ją, że w naszym towarzystwie nie ma się czego obawiać – wtrąciła się Alice. – To co, szukamy jej?
- Nie mamy wyboru – parsknęła Rosalie. – Zresztą po waszych minach widzę, że gotowi jesteście przeszukać całą szkołę.
- Mamy jeszcze pół godziny, pośpieszmy się lepiej. – Pierwsza od stołu wstała Renesmee.
Nietrudno było ją znaleźć, wampirzy węch pozwalał wyśledzić osobę z odległości kilku kilometrów. Bernie siedziała na jednej z ławek za szkołą i wyglądała na trochę zagubioną. Edwardowi ścisnęło się serce, nie pierwszy raz podczas swojej egzystencji przeklął swój dar. Wolałby chyba nie wiedzieć, co inni ludzie sądzą o jego córce. Oczywiście Bernadett oznajmiła, że wszystko jest w porządku, ale żadne z nich nie uwierzyło w bajkę o chęci przewietrzenia się. Od razu wiedzieli, że niechętnie wracała z nimi do stołówki, ale żadne z nich nie chciało odpuścić. Dziewczyna musiała w końcu zacząć walczyć ze swoimi demonami. Tylko że tym razem nie będzie już sama.
1 /p/a/47/15/7/20591/c3/c3_szkolny_styl_we_dwoje_ - A co tam, niech będzie, wstawię wam moje wyobrażenia tych ubrań.
