Rozdział XII
(Bernie)
Minęły dwa miesiące odkąd przeprowadziłam się do Cullenów. Był to dość emocjonujący czas zarówno dla mnie jak i dla nich. Dlaczego? Nie jestem zbyt łatwa w obejściu ( jeżeli można mnie tak określić ), a w codziennym życiu zbytnio miła. Mimo, że się hamowałam – a przynajmniej próbowałam - dałam im przez te 60 dni się we znaki. Najbardziej frustrujące było jednak to, że nie reagowali na moje zaczepki tak, jak oczekiwałam. Potrzebowałam konfrontacji, kłótni, chociaż małej sprzeczki, a tu kompletnie nic - zero reakcji. Frustrowało mnie to, wolałam walczyć niż trwać w dziwnej bierności. Nie znalazłam jednak ochotnika. Przez pewien czas pokładałam nadzieje w Renesmee, ale okazało się, że nie jest taka bojowa, jak zdawała się być na początku.
Oczywiście, jak można było się tego spodziewać, moja randka z tutejszą szkołą okazała się kompletnym niewypałem. Moje oceny były nad wyraz mierne i mimo, iż przeznaczałam na naukę bardzo dużo czasu, nie przynosiło to żadnych konkretnych rezultatów. Trochę bałam się reakcji Cullenów na moją ignorancję, teoretycznie przy mojej adopcji zostali poinformowali o moich wynikach z poprzedniej szkoły, jednak nie wiedziałam do końca czego ode mnie konkretnie oczekiwali. Starałam się więc unikać wszelkich rozmów na temat moich osiągnięć, a wszystkie możliwe próby zbywałam najprostszą wymówką: „Nie wiem."
W tym domu jednak nie da się niczego ukryć. Pewien incydent wydał niestety moją małą tajemnicę. Zbliżał się test zaliczeniowy z języka hiszpańskiego. Zawsze byłam tępa, ale z języków jestem prawdziwą ignorantką. Bardzo mi zależało, aby zaliczyć go na przynajmniej B1, bo wyniki z niego wywieszane były publicznie. Zaczęłam się do niego uczyć już tydzień wcześniej, miałam ogromną nadzieje, że przez ten tydzień na tyle opanuje materiał, aby choć raz w życiu nie wstydzić się swoich ocen. Były to dni wypełnione intensywną nauką. Praktycznie rzecz biorąc to podczas tego tygodnia jedynie jadłam, chodziłam do szkoły i uczyłam się. Spałam bardzo niewiele, wystarczyło że zamknęłam oczy, a i tak śnił mi się ten cholerny test i ocena niedostateczna.
Kilka dni bez snu okazały się dla mnie zabójcze. Jakoś dwa dni przed testem zasnęłam przy biurku, obłożonym książkami i słownikami. Następnego ranka, ku mojemu zdziwieniu, obudziłam się we własnym łóżku. Nie wiedziałam, kto mnie tu przetransportował i głupio mi było o to zapytać. Nikt nie poruszył na śniadaniu tego tematu, więc i ja nie zamierzałam. Test poszedł mi jako tako, niestety moje wysiłki poszły na marne, dostałam jedynie C+2. Tego dnia chodziłam jak struta, nie miałam już nadziei jeżeli chodzi o moje dalsze postępy, skoro tydzień intensywnej nauki nie wystarczył mi aby zaliczyć głupi test na pozytywną ocenę. Oczywiście tego dnia odbyła się w domu rozmowa na ten temat, nikt oczywiście nie miał mi za złe mojej oceny, ale miałam wrażenie, że nie za bardzo są zadowoleni. Bella zaproponowała mi nawet pomoc w nauce, ale ją odrzuciłam. Wolałam męczyć się z tym problemem sama. Nie potrzebowałam świadków moich sromotnych porażek.
Dzień testu był przełomowy także z innego powodu. Od tego momentu w nocy zaczęły mnie męczyć koszmary. Nie były to jednak zwykle mary nocne, były to intensywne wizje, w których miałam wrażenie jakbym śniła na jawie. Niektóre były straszne a niektóre wręcz przerażające. Zawsze tematyka snu była taka sama, ciemny las, jest noc i wkoło panuje obezwładniające zimno. Leżę na ziemi i nie mam siły się podnieść. Czuje się samotna i opuszczona, płaczę, ale nikt mnie nie słyszy. Boję się, ogarnia mnie wręcz panika. Próbuje wstać i uciekać, ale nie mogę. W straszniejszej wersji snu słyszę głosy, które zbliżają się w moim kierunku. Mam wrażenie, że chcą oni zrobić mi krzywdę, a ja nie mam siły, aby walczyć. Zwykle budzę się w momencie, w którym latarka nieznajomych oślepia mnie.
Minął już miesiąc odkąd noc w noc śni się sto samo. Czuję się coraz bardziej zmęczona, na wszelkie sposoby próbuję nie spać. Jednak w końcu zmęczenie bierze nade mną górę i zasypiam, a koszmar rozpoczyna się od nowa.
Edward i Bella uwielbiali wiosenne noce. Stawały się ciepłe i nie tak wilgotne jak na przedwiośniu. Oboje lubili spacerować po lesie nocą, nie polować, nie tropić, nie pożywiać się ale po prostu spędzać ten czas razem. Odprężało ich to. Ostatnie dwa miesiące były dla nich ciężkie. Bernie nie aklimatyzowała się tak szybko, jak tego oczekiwali. Nienawidziła szkoły i choć bardzo się starała, nauka nie szła jej za dobrze. Trudno było im oglądać jej walkę z każdym szkolny przedmiotem, a tym bardzie jej porażki. Z Nessi nie mieli takich problemów, była zdolna i nad wyraz szybko pojmowała nawet najtrudniejsze zagadnienia. Dopiero niedawno Bella zaczęła zauważać jaka przepaść dzieli jej dwie córki: jedna była na wskroś idealna, piękna, mądra i kochana, druga zaś była przeciętna z wyglądu, miała trudności z nauką i nie należała do specjalnie miłych. Bella kochała je obie, jej uczucie nie zmieniły się do żadnej z nich, jednak trudno było jej zrozumieć dlaczego jednemu jej dziecku los poskąpił wszystkiego.
Z Edwardem było trochę odwrotnie. Mimo swego poprzedniego sceptycyzmu, teraz miał wrażenie, że Bernie jest brakującym kawałkiem układanki, którego im brakowało. Im więcej czasy mijało, tym bardziej zaczynał przywiązywać się do swojej drugiej córki. Nie przeszkadzało mu to, że ma problemy z koncentracją, albo że nie przyswaja wiedzy tak szybko jak Nessi. Podobała mu się taka jaka była. Oczywiście martwił się o nią, bo bardzo chciał, aby poradziła sobie ze szkołą i ze swoimi osobistymi problemami, ale nie było to dla niego aż tak istotne.
Żadne z Cullenów nie zdawało sobie sprawy jak bardzo Bernie pragnie wykazać się w szkole. Dopiero incydent z testem z hiszpańskiego pokazał im, jak bardzo ta dziewczyna pragnie przezwyciężyć swoje ułomności. Uczyła się cały tydzień, praktycznie bez przerwy. Non stop chodziła spięta i nerwowa, spędzała przy biurku prawie całe noce. Nie przemawiały do niej żadne prośby, ani groźby. Nie spała, mało jadła. Pewniej nocy jej organizm zbuntował się i zasnęła na krześle, przytulając policzek do miękkiej oprawy książki. W takiej pozycji zastał ją Edward. Serce mu się ścisnęło na ten widok, delikatnie podniósł córkę i położył ją do łóżka, całując ja przy tym w czoło. Niestety test nie poszedł jej tak jak oczekiwała, przez cały dzień chodziła potem struta i mimo że próbowali rozmawiać z nią na ten temat, zupełnie nie przyjmowała do siebie żadnych argumentów. Odrzuciła nawet pomoc Belli, co widocznie ją zabolało.
Jednak nie oceny stanowiły największy problem. Bernadett zaczęły nawiedzać w nocy koszmary. Nie były to jednak zwykłe mary nocne, ale bardzo intensywne sny na jawie. Były tak mocne, że nawet Jasper odczuwał strach i przerażenie dziewczyny.
- Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałem – stwierdził podczas jednej z rozmów Jazz. – Pierwszy raz tak intensywnie czuje uczucia osoby pogrążonej w śnie.
- Możesz wyczuć co się dzieje? – zapytała Bella. Widać było że jest podenerwowana.
- Nie, ale muszą to być naprawdę realistyczne wizje, skoro jej strach jest aż tak realny.
- Możesz coś z tym zrobić? Świetnie radzisz sobie z manipulacją emocjami.
- I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze, ona nie reaguje na moje interwencje. Nie wiem, czy to dlatego, że jest na mnie uodporniona, jak Bella na Edwarda, czy też to po prostu zasługa snu. Nigdy tego nie próbowałem na śpiących. – Jaspera trochę frustrowała jego niemoc. Przyzwyczaił się, że jest panem świata emocji. W tym momencie zrozumiał irytację Edwarda na odporność umysłu Belli na jego moc.
- To się robi coraz bardziej niepokojące…- mruknął Carlisle.
- Masz rację – przytaknęła mu Esme. – Bernie całkowicie unika tego tematu, nie chce nawet powiedzieć co jej się śni. Podejrzewam, że to cały czas ten sam sen.
- Jak mamy jej pomóc, skoro nie chce z nami w ogóle współpracować ?– wtrąciła się Rose, a zaraz dodała. – Mam świetny pomysł, zostawmy ją w spokoju. Jak zatęskni za naszą atencją, to wróci.
- Jak możesz tak mówić? – sprzeciwiła się Bella.
- Taka jest prawda, im bardziej na nią naciskamy, tym bardziej się ona zamyka. Przez ostatnie dni była jeszcze bardziej agresywna niż zwykle. Czas jej pokazać, że nie będziemy dawać się pomiatać przez jej humory. Ja mam już dość skakania wkoło niej jak przy świętej krowie.
- Pomysł jest dobry, choć ze sposobem wykonania się nie zgadzam. – Carlisle już dawno stwierdził, że wszyscy za bardzo angażują się w życie dziewczyny. Owszem trudno było się nie przejmować, skoro straciło się siedemnaście lat z jej życia, ale Rosalie miała rację. Czas trochę odpuścić.
- Nie mam zamiaru jej ignorować… - zaczęła Isabella, ale przerwał jej Carlisle.
- Nikt nie będzie nikogo ignorował, po prostu damy jej więcej przestrzeni.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
- Nie mamy nic do stracenia. Wszyscy chcemy żeby była szczęśliwa, ale jeżeli wszystko będzie takie jak dotychczas, to na pewno nie nastąpi.
(Bernie)
Z dnia na dzień byłam coraz bardziej zmęczona. Koszmar nawiedzał mnie za każdym razem, kiedy zamykałam oczy. Zaczęłam nienawidzić nocy, starałam się spać jak najkrócej, ale nie zawsze udawało mi się pokonać zmęczenia. Raz nawet zasnęłam za stołem w szkolnej stołówce, co okazało się chyba najbardziej żenującym wybrykiem w moim życiu.
Nie wiem co się stało, ale w ostatnich dniach Cullenowie przestali dręczyć mnie i nawiedzać. Nie pytali się co u mnie, nie narzucali się ani nie starali się być przesadnie mili i uczynni. Nie wiem co ich skłoniło do zmiany zachowania, ale było to mi na rękę. Przez notoryczne niedosypianie chodziłam wiecznie zła, a ich obojętność uchroniła nas wszystkich od niejednej kłótni.
Od kilku dni ponownie zaczęłam odczuwać znany mi skręcający ból w żołądku. Znów zaczęłam czuć zapach krwi, ponownie każdy dzień w szkole stawał się męką dla mojego ciała. Przyzwyczaiłam się już do względnego spokoju. Było to cudowne, wcześniej nieznane mi uczucie. A teraz ponownie musiałam wejść w stare nawyki. Fakt, że mieszkałam obecnie w normalnym domu był dla mnie dużym utrudnieniem.
To była niedziela. Obudziłam się przerażona, sen znowu powrócił Z trudem wstałam z łóżka i udałam się do łazienki. Nie miałam ochoty na nic, a tym bardziej na zejście na dół i udawanie, że wszystko jest w porządku. Jednak gdy tylko moje stopu dotknęły podłogi, ogarnęło mnie dziwne przeczucie, które mówiło mi że ktoś obcy jest w domu. Nie wiem czemu tak bardzo byłam o tym przekonana, pierwszy raz odczuwałam tak mocny przypływ intuicji. Ta myśl dodała mi trochę energii, szybko uporałam się z poranną toaletą i zeszłam na dół. Ku mojemu zdziwieniu okazało się że miałam rację. W salonie na kanapie siedziały dwie kobiety, jedna piękniejsza od drugiej a na fotelu spoczywał młody, niespełna dwudziestoletni chłopak. W koło nich znajdowali się wszyscy Cullenowie, bez wyjątku. Oczywiście jak tylko pojawiłam się na dole wszyscy zwrócili uwagę na mnie. Goście byli widocznie zainteresowani moją osobą.
- Bernadett, pozwól, że ci przedstawię naszych przyjaciół – zaczął Carlisle. – To jest Tanya… - wskazał na piękną platynową blondynkę. – … a to Irina.
Mój wzrok przenosił się z jednej kobiety na drugą. Ich oczy były miodowe jak każdego Cullena, co wskazywało ich pokrewieństwo z tymi ślicznotkami.
- A to jest Nahuel. – dotarł do mnie głos ojca. Przeniosłam wzrok na fotel i zamarła. To był naprawdę przystojny chłopak. Miał czarne włosy, które z pewną nonszalancją spadały mu na czoło, cudowne brązowe oczy, choć raczej pasowało by określenie czekoladowe. Był ekstremalnie urodziwy, jeżeli można użyć takiego określenia. Musze przyznać, że mnie zatkało. Z trudem przełknęłam ślinę i wydukałam.
- Cześć.
Nie wiedziałam co dalej ze sobą począć. Nie miałam ochoty dołączyć do wszystkich, bo po pierwsze nie prezentowałam się najlepiej a po drugie musiałam się troszeczkę uspokoić. Określenie szok było całkowicie niewspółmierne do tego co w tej chwili czułam. Esme chyba wyczuła moje zmieszanie.
- Śniadanie czeka na stole, kochanie.
W duszy dziękowałam tej kobiecie za jej wyczucie sytuacji. Kiwnęłam tylko głową w kierunku zebranych i czym prędzej udałam się do kuchni. Mój oddech był ciężki, jakbym przebiegła kilka kilometrów. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek tak na kogoś reagowała.
- O mój Boże! Pewnie zrobiłam z siebie idiotkę.- pomyślałam.
Kiedy minął pierwszy szok, zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. W jakiś dziwny, pokręcony sposób wyczułam tą trójkę zaraz po przebudzeniu. Ostatnio działo się ze mną dużo nieprzewidzianych rzeczy a co gorsza coraz trudniej było mi to ukrywać.
- Wszystko w porządku?- usłyszałam za plecami. Podskoczyłam nerwowo na krześle, nie słyszałam żadnych kroków. Esme z uśmiechem przysiadła się do mnie.
- Tak. – odparłam szybko. Jeszcze tego mi brakowało, aby było widać jakie duże wrażenie zrobili na mnie ci ludzie. A szczególnie ten osobnik rodzaju męskiego.
- Tanya, Irina i Nahuel zostaną u nas przez tydzień.
- Nic nie mówiliście, że będziemy mieć gości.
- To są niespodziewane odwiedziny.
- Aha – mruknęłam tylko.
- Przybyli tu z twojego powodu, bardzo chcą cię poznać. Należą do rodziny, tak jak ty.
Wypowiedź Esme zaskoczyła mnie. To trochę dziwne uczucie, ta trójka przyjechała tu specjalnie na mnie.
Zaraz, zaraz, rodzina? O cholera, podoba mi się członek rodziny, mam przechlapane. Momencik, jestem przecież adoptowana, nie łączą mnie z nim żadne więzi krwi. Boże o czym ja myślę, przecież u kogoś takiego nie mam najmniejszych szans.
- Bernadett?
Otrząsnęłam się z zadumy.
- Przepraszam, zamyśliłam się.
- Właśnie widzę. A o czym tak intensywnie myślałaś?
Zarumieniłam się na to pytanie.
- O niczym! – odpowiedziałam trochę za głośno. Śmiech Esme dał mi do zrozumienia, że mi nie uwierzyła.
1 Odpowiednik naszej 4
2 Odpowiednik 3+
