V
Tak naprawdę nie nazwałby tego nawet pocałunkiem. Jedyne co zrobił to przyłożył swoje usta do warg Harrisona i przytrzymał dopóki nie zaczęło go mdlić. Od razu potem zniknął z Wielkiej Sali, unikając zdziwionych spojrzeń nauczycieli i przerażenia w oczach uczniów. Slytherin prawdopodobnie ryczał z uciechy, a Harrison... cóż. Riddle wykrzywił wargi w drwiącym uśmiechu.
Było tylko parę rzeczy, których nienawidził bardziej niż jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Jednak na nieszczęście Harrisona, przegrywanie właśnie się do nich zaliczało. Oczywiście wiedział, że Harrison nie miał pojęcia o planie ślizgonów, ale perspektywa dotknięcia Malfoya była dużo bardziej odpychająca.
Nie zdziwił się, gdy dyrektor wezwał go do siebie. Całowanie ucznia na oczach całej szkoły nie należało do typowych zachowań, więc Riddle posłusznie zmierzał w stronę gabinetu Dippeta.
Zanim zniknął z sali, zobaczył w oczach Harrisona obrzydzenie i przerażenie, co wprawiło go w jeszcze lepszy humor. Jednocześnie nie mógł przestać się zastanawiać, dlaczego chłopak tak bardzo go nienawidzi. Cała reszta bachorów lgnęła do niego i łaknęła nawet jednego spojrzenia, by poczuć się ważnym. Harrison wprost przeciwnie, jedyne co chciał to spokój i anonimowość. Riddle zdołał wyczytać to z umysłu chłopaka zanim wszystko zaczęło się mieszać i mężczyzna napotkał potężną ścianę, której w żaden sposób nie był w stanie ominąć. Nie liczyć Dumbledore'a, był najpotężniejszym Legilimentą i Oklumentą. Ale nawet zapora Albusa nie była aż tak potężna. Kim był ten chłopak? Dumbledore nie chciał powiedzieć, jednak sam wydawał się być zaskoczony.
Riddle był blisko z Albusem, bardziej niż chciałby przyznać. Gdyby nie ten uparty starzec... Tom nie chciał nawet myśleć o tym, co by się stało. Wiedział, że byłoby gorzej niż na szóstym roku, gdy otworzył komnatę tajemnic. Riddle zacisnął ręce ze złości. Był tak bardzo bezsilny. Nienawidził tego. Gdy jeszcze mieszkał w sierocińcu obiecał sobie, że nigdy już nie będzie tak bezsilny. A teraz nic nie mógł na to poradzić. Czasem pytał się Albusa, co będzie dalej. Kiedy go zabraknie i on zostanie sam. Dumbledore nawet nie miał siły, by go okłamać. By powiedzieć, wszystko będzie dobrze i uśmiechnąć się tym swoim głupim, naiwnym uśmiechem. Riddle czasem nawet chciał usłyszeć słowa otuchy.
Ale Dumbledore wiedział tak samo dobrze jak on. Urodził się, by przynosić śmierć, a samym imieniem przerażać. Był pieprzonym psychopatą.
I nic nie mógł z tym zrobić.
Bezsilność.
Czasem się zastanawiał, czy po prostu nie powinien pozwolić Voldemortowi na przejęcie swojego ciała. Mieli dużo wspólnego. Riddle, tak jak Lord uwielbiał czarną magię i był całkowicie zafascynowany jej możliwościami. Ale wiedział też, że cienka jest linia pomiędzy szaleńcem a geniuszem. Voldemort nienawidził mugoli i choć Riddle również uważał, że to żałosny gatunek, nie traciłby na nich czasu, bo byli jak robaki. Wszędzie pełno tych irytujących kreatur, a jednak decydujesz się ich ignorować, bo masz lepsze rzeczy do robienia. Jeśli chodzi o szlamy, Riddle w ogóle nie rozumiał poglądu Voldemorta. Czuł, że Lord chciał ich wybić tak samo łatwo jak mugoli. A przecież to byli nadal czarodzieje. Co za hipokryzja, biorąc pod uwagę że sam był pół-szlamą. Oh, oczywiście Voldemort miał wiele do zaproponowania. W końcu skończyłaby się ta migrena. Riddle miał duży próg bólu, ale nawet on po dziesięciu latach w nieskończonym cierpieniu, miał wątpliwości. I potęga. Potęga większa od mocy Dumbledore'a, sprawiająca, że już nigdy nie musiałby czuć się bezsilny. I dlaczego nadal odmawiał? Czy to z powodu swojego mentora? Wewnętrznej potrzeby bycia „tym dobrym"? Nie. Miał inne poglądy niż Voldemort, ale swoje dobro przekładaj wyżej nad życiem mugoli i szlam.
Po prostu nie lubił przegrywać. Nie chciał stać się szaleńcem. Cenił sobie swoją zdolność do chłodnego kalkulowania, dzięki czemu był o wiele sprytniejszy niż większość ludzi. Szaleńcy działali pod wpływem impulsów. Nie mieli czasu na przemyślenia. Voldemort był szaleńcem. Szaleńcem z niesamowitą mocą, która nigdy nie powinna być mu dana. Riddle wierzył, że Voldemort byłby w stanie zniszczyć cały świat. I choć uważał, że mugole powinni być trzymani w klatkach, a większość czarodziei to idioci, nie chciał zapisać się w historii jako szaleniec.
Wszedł do gabinetu dyrektora nie pukając, zbyt zamyślony, by zauważyć Dumbledore'a stojącego pod ścianą. Machinalnie usiadł i spojrzał z oczekiwaniem na Dippeta. Naiwny głupiec. Zmusił swoje wargi do uformowania się w uśmiech, na twarz przywołał łagodne zainteresowanie. Był dobrym aktorem.
- Rozumiem, że domyślasz się, dlaczego cię wezwałem – zaczął zakłopotany dyrektor.
Riddle potwierdził kiwnięciem głowy. Próbował udać równie zażenowanego co Dippet, ale chyba mu się to nie udało. Nigdy nie czuł się zażenowany, a tym bardziej nie teraz. Nie widział nic upokarzającego w liście od ślizgonów. Jeśli już, to Horacy nie powinien się pokazywać przez parę dni. Bardzo dobrze pamiętał wieczór, w którym dostał list od nauczyciela. Mężczyzna praktycznie wyznawał mu miłość. Tom zaraz po przeczytaniu zostawił obrzydlistwo w pokoju wspólnym, ślizgoni musieli go zwędzić.
Hm.
- Jako opiekun Harrisona, Albus postanowił przymknąć oko na ten... incydent, ale musisz zrozumieć, Harrison jest nadal niepełnoletni, a ty jako nauczyciel nie możesz sobie pozwolić na... na... na to co zrobiłeś. Takie związki są... są... nieodpowiednie.
Tom spojrzał na Dumbledore'a. A myślał, że dzień nie może stać się lepszy. Zażenowani ludzie są najzabawniejsi.
- Nie mam romansu z uczniem – odpowiedział spokojnie. – I nie zamierzam. W żadnym wypadku nie uważam, że Harrison jest w jakikolwiek sposób pociągający.
- Oh – wymamrotał Dippet, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – No tak... to dobrze. Bardzo dobrze. Teraz trzeba tylko rozwiązać sprawę tej... przemowy. Czy to pan Harrison jest winny?
- Nie więcej niż w połowie – skłamał gładko. – Skłaniałbym się w stronę pana Malfoya. Sądzę, że powinniśmy wezwać ich obu.
- Tom, właściwie przyszedłem by porozmawiać z dyrektorem na osobności, czy mógłbyś przyprowadzić do nas chłopców?
Riddle posłał Albusowi lodowate spojrzenie.
- Oczywiście – odpowiedział z uśmiechem. – Wiesz jak uwielbiam być chłopcem na posyłki.
Ślizgoni otoczyli Harry'ego ciasnym kręgiem, podczas gdy on sam nie mógł przestać drżeć. Po wyjściu z Wielkiej Sali był w łazience już z trzy razy, wymiotując wszystko, co zjadł przez ten tydzień. Czuł się źle. Chyba miał gorączkę. W ustach metaliczny posmak. I nie mógł zapomnieć nachylającego się Riddle'a, jego wargi mocno przyciśnięte do ust Harry'ego, ciepły oddech na twarzy, palce delikatnie gładzące ciemne włosy chłopaka.
Niedobrze mu się robiło na samo wspomnienie. A co było najgorsze, ciało Harry'ego zdawało się odczuwać przyjemność. To sprawiało, że Harry chciał biec ponownie do toalety, by wyrzucić z siebie wszystko: zapach Riddle'a, jego łagodny dotyk, zdecydowany pocałunek. Chciał przypomnieć sobie lodowate palce Voldemorta, rozdzierający ból głowy, zimny śmiech i wężową twarz. Bezlitosną karykaturę człowieka.
Obrzydzenie. Czuł obrzydzenie do siebie, do Riddle'a, do swoich i jego ust, do świata, do toalety, do Hogwartu.
Co najśmieszniejsze, ślizgoni naprawdę troszczyli się o Harrisona. Gdy tylko zobaczyli w jakim jest stanie, prawie zanieśli go do pokoju wspólnego i nie zrobili ani jednego złośliwego komentarza. Malfoy był nawet bliski przeprosin.
- Może pójdziemy po pielęgniarkę? – zaproponował Nott.
- Zwariowałeś? I co powiemy? No, profesor Riddle pocałował Harrisona i sądzimy, że z tego powodu Harris teraz choruje – Abraxas był w wyjątkowo złym humorze.
- Malfoy, uważaj, bo pomyślę, że masz wyrzuty sumienia – wymamrotał Harry.
Blondyn zacisnął usta ze złością, co Harry'emu skojarzyło się ze Snapem.
- Myślicie, że Riddle smaruje sobie usta trucizną? – wypalił w końcu Lestrange.
W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko urywanymi rozmowami młodszych ślizgonów, podczas gdy początkujący Śmierciożercy i Harry rozmyślali nad pytaniem.
- Cóż... W sumie to bym się nie zdziwił – przyznał Avery.
Harry założył, że źle się czuł, bo wiedział, że Riddle w przyszłości zostanie Voldemortem, który wzbudzał w nim obrzydzenie. Jednak gdy teraz o tym pomyślał... Riddle byłby do tego zdolny.
- Świetnie – wymamrotał Harry w poduszkę.
- Czy jego usta miały jakiś inny smak? – dopytywał się Lestrange.
- Nie każ mi się nad tym zastanawiać – jęknął Harry, czując, że znowu go mdli.
- Gdy Riddle chodził jeszcze do szkoły, to nigdy nie miał dziewczyny – zauważył Malfoy. – Co prawda to nikogo nie dziwiło, on unikał w ogóle wszystkich. Nienawidził jak się go dotykało.
- Pamiętasz jak tamten gryfon go złapał? – zarechotał Avery. – Myślałem, że go przeklnie!
- Nie mogłem uwierzyć, że cię pocałował – przyznał Nott. – Kiedyś taka dziewczyna się do niego przyczepiła, to przy wszystkich nieźle jej powiedział.
- A niezła laska z niej była – dodał Lestrange.
- Może jest gejem? – przerwał w końcu Harry, nie do końca chcąc słuchać o podbojach młodego Voldemorta.
- Na pewno nie – zaprzeczył Malfoy. – Był taki chłopak, widać że leciał na Riddle'a i próbował go pocałować, to Tom go przeklął. Dureń wylądował w skrzydle szpitalnym na tydzień.
- Możemy zmienić temat? – jęknął Harry. – Całowanie nie jest teraz rzeczą, o której chcę myśleć. Przypomina mi to o pocałunku z dementorem.
- Jakie niezwykłe określenie – zauważył Riddle lodowato.
Harry podniósł głowę i rzucił okiem na stojącego przed nim mężczyznę, po czym ponownie wtulił się w poduszkę.
- Prawda? Pan też ma wyjątkowy talent do sprawiania, że w pokoju staje się zimno. I dosłownie wysysa pan całą chęć życia – warknął. – Ah, i dzięki za ostrzeżenie – rzucił do ślizgonów.
- Doprowadź się do porządku – wycedził zirytowany Riddle. – Ty i pan Malfoy idziecie ze mną.
- No chyba raczej nie – parsknął Harry.
W pokoju zapadła lodowata cisza.
- Malfoy, idź do dyrektora. I spróbuj gdzieś zbłądzić – zagroził nauczyciel. – Cała reszta ma wyjść. Natychmiast.
Harry usłyszał kroki uczniów i szept Notta życzący mu powodzenia.
- Harrison bądź tak miły i usiądź normalnie – syknął Riddle.
Chłopak nie odpowiedział, nadal leżąc na brzuchu, twarz mając ukrytą w poduszce.
Niech cię piekło pochłonie...
- Harrison – powtórzył Riddle z groźnymi nutami w głosie.
Mam nadzieję, że umrzesz w bólu.
- Nie igraj z ogniem – wycedził mężczyzna przy uchu chłopaka, a Harry poczuł jego ciepły oddech na swojej szyi.
Z wściekłością Harry poderwał się do góry, uderzając z impetem tyłem głowy o czoło nie spodziewającego się niczego Riddle'a. I zanim zdążył zrobić coś więcej, nauczyciel owinął palce wokół szyi Harry'ego, przygwożdżając go do oparcia kanapy.
- Pozwoliłem ci na bardzo dużo, panie Harrison – zaczął ze złością Riddle, a Harry obserwował z satysfakcją rosnący siniak na czole mężczyzny. – Jednak nie będę tolerować...
- I co zrobisz? Rzucisz na mnie Crucio? – zadrwił.
Harry miał dość. Był wściekły, zmęczony, obolały, głodny, wściekły, głodny, wściekły i zmęczony. Czuł na szyi palce Riddle'a i chciał je połamać, każdy po kolei. Jak bardzo go nienawidził! Jak kiedykolwiek mógł pomyśleć, że Riddle nie jest Voldemortem? On się nim urodził! Na szóstym roku jego bazyliszek zabił niewinną dziewczynę! I wrobił w to...
Hagrid.
Jak Harry mógł zapomnieć? Jego przyjaciel nadal był w Hogwarcie. Musiał go zobaczyć. Porozmawiać. Może mógłby nawet dowieść jego niewinność!
Harry spojrzał w końcu na Riddle'a, próbując w swoim spojrzeniu zawrzeć całą nienawiść, jaką do niego czuł. Za to, że Voldemort zniszczył mu życie; że Harry stracił rodziców i dorastał u mugoli; że przez niego zginął Syriusz; że zrujnował życie Hagridowi; że zabił mnóstwo niewinnych ludzi.
Zapadła cisza, przerywana urywanymi oddechami Harry'ego. Riddle zabrał ręce, wyglądając na prawdziwie zszokowanego. Po raz pierwszy Harry naprawdę dojrzał emocje na twarzy mężczyzny, które szybko zostały zastąpione przez maskę obojętności. Riddle bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając Harry'ego samego.
- Harrison! Psyt! – rozległ się teatralny szept Lestrange.
- Co? – spytał słabo Harry.
- Skończyliście?
- Tak.
Trójka ślizgonów zeszła ze schodów, rzucając się na kanapy i fotele.
- Więc – zaczął Avery z uciechą. – O czym rozmawialiście?
- Muszę się spotkać z Hagridem – wymamrotał Harry, niepewnie wstając.
- Z tym przygłupem? – parsknął Lestrange.
Nott tylko podniósł brwi, spoglądając na Harry'ego z ciekawością.
- Nie nazywaj go tak – warknął chłopak. – Czy nadal... znaczy... gdzie mieszka?
- Na błoniach, w jakiejś starej chacie – zarechotał Avery. – Hoduje tam sobie swoje równie głupie zwierzaki.
Harry zastanawiał się czy nie rzucić na ślizgona klątwy, ale był zbyt słaby, by wyjąć różdżkę z kieszeni. Oparł się o kanapę, zbierając siły.
- Mogę cię tam zabrać – zaoferował Nott.
- Nie mam ochoty na towarzystwo.
- Ledwo utrzymujesz się na nogach.
- Daj mi spokój do cholery – wycedził Harry.
Ślizgoni zamarli, Nott marszcząc brwi.
- Świetnie – warknął chłodno.
Harry już otworzył usta, by przeprosić, ale westchnął tylko i wyszedł z pokoju wspólnego. Musiał zobaczyć się z Hagridem. Mógł dowiedzieć się czegoś ciekawego o Riddle'u, a może nawet razem zebraliby wystarczająco dużo dowodów, by dowieść niewinność gajowego.
- Dumbledore – warknął Riddle, wchodząc do gabinetu starca. – Musimy porozmawiać.
Albus podniósł wzrok zza referatów uczniów i uśmiechnął się przyjaźnie, nie zważając na zirytowany głos przyjaciela.
- Oczywiście, że tak – odpowiedział łagodnie. – Cytrynowego-
- Przestań – wycedził młodszy mężczyzna, siadając na krześle naprzeciwko Albusa.
- Masz dziś migrenę? – spytał cicho Dumbledore, uważnie przyglądając się Tomowi.
- Zawsze mam.
- Wiesz o co mi chodzi – zauważył starzec. – Myślałem, że byłeś dziś w dobrym humorze.
- Dopóki nie porozmawiałem z twoim bachorem – warknął Riddle ze złością.
Poczuł, że magia zaczyna mu się wyślizgiwać, w wyniku czego książki drżały i spadały z półek. Był sfrustrowany.
- Tom.
Riddle zamknął oczy, uspokajając oddech.
- Musisz mi powiedzieć – nalegał. – Myślałem, że był wściekły, bo zrobiłem z niego pośmiewisko, ale gdy w końcu na mnie spojrzał... Albusie, on życzy mi śmierci. Najlepiej bolesnej.
Wszystko to powiedział bez emocji w głosie, prawie monotonnie. Twarz miał nieprzeniknioną, oczy utkwione w mężczyźnie przed nim.
- Dlaczego tak bardzo się tym przejmujesz? – spytał łagodnie Dumbledore.
- Oh, ja już wiem co ty sobie myślisz – wycedził Riddle. – Tom się przejmuje! Tom ma uczucia! Tom prawie się popłakał! Tomowi zależy na uczniu! Tom się zakochał! Tom wie, co to miłość! Tom to, Tom tamto! Wiecie który Tom? Tom Riddle! Tak, ten Riddle! – przedrzeźniał.
Dumbledore spokojnie wysłuchał tyrady przyjaciela.
- Kochany chłopcze – zaczął z uśmiechem, obserwując jak Riddle krzywi się, słysząc jego słowa. – Nie posądzam cię o tak skomplikowane uczucia, jednak przeszkadza ci nienawiść Harrisona, nieprawdaż?
Riddle zacisnął usta.
- Wiesz, że muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania. A Harrison jest jednym wielkim pytaniem – wymamrotał w końcu.
- To prawda – przyznał Dumbledore.
- Więc?
Albus uśmiechnął się.
- Dlaczego wnioskujesz, że znam te odpowiedzi?
- Podobno jest twoim bratankiem – warknął Riddle, zirytowany całą rozmową. – Chłopak pojawił się znikąd. Wie o komnacie tajemnic. Nienawidzi mnie całym sercem. Ma tajemnicze, potężne mury wokół swojego umysłu, jakby został przygotowany do spotkania się z silnym Legilimentą. Jesteś mi winny wyjaśnienie, Albusie.
Dumbledore spojrzał poważnie na przyjaciela.
- Przykro mi, ale będziesz musiał wypytać Harrisona.
- Ten chłopak nic mi nie powie!
W pokoju zapadła cisza. Riddle ze złością mierzył wzrok w Dumbledore'a. Nagle twarz mu pojaśniała i rzucił lekkim tonem:
- Czy nie mógłbym użyć Crucio?
- Tom.
- Jeden raz.
- Tom.
Riddle westchnął, prawdziwie zawiedziony.
- Wiesz, w myślach ciągle przewija mi się pewna nazwa. Śmierciożercy. Kiedyś tak nazywałem moich kolegów z Slytherinu. Tworzyliśmy taką grupę... – Tom przerwał, obserwując Dumbledore'a, który zbladł i patrzył się na przyjaciela z przerażeniem. – Albusie?
- Nigdy... nigdy więcej o tym nie myśl – poprosił nauczyciel.
- Dlaczego? – Riddle zmarszczył brwi.
- Tom, naprawdę? Śmierciożercy? – Dumbledore wyglądał na zszokowanego. – To pasuje do Lorda Voldemorta.
- Przestań – wycedził mężczyzna. – Uczyłem ich tylko trochę magii. Dzięki tej właśnie grupie pomyślałem o zainteresowaniu się posadą nauczyciela.
- Jakiej magii? – spytał ostro Dumbledore. – Niewybaczalnych? Zaklęć z działu ksiąg zakazanych?
Riddle zamarł.
- Nie wszystko, co robię musi być związane ze złem – odpowiedział w końcu, powoli dobierając słowa. – Właściwie chciałem ją kontynuować...
- Jeśli to zrobisz, poproszę dyrektora o wyrzucenie cię ze szkoły.
Tom wyglądał na zdziwionego. Zaraz potem w jego oczach zabłysła czerwień, a mężczyzna zerwał się z fotela.
- Czego mi nie mówisz? – syknął, nachylając się do starca. – Co wiesz? Co przede mną ukrywasz?
- Tom, proszę, usiądź – zaczął łagodnie Albus, choć strach nadal malował się na jego zmęczonej twarzy.
Jednak Riddle rzucił przyjacielowi ostatnie wściekłe spojrzenie i wypadł z gabinetu.
Dumbledore odprowadził wzrokiem młodego nauczyciela, po czym ukrył twarz w dłoniach. Tak bardzo chciał wyjaśnić Tomowi, że Śmierciożercy w przyszłości będą siać strach i śmierć z Voldemortem na czele.
Starzec wyjął z fałd szaty zapisany, pognieciony pergamin, na którym widniało jego własne pochyłe pismo. Spojrzał na nie prawie ze złością. Jak bardzo nienawidził utrzymywać Toma w niewiedzy!
Drogi młody Albusie, pisze do Ciebie Twoje przyszłe ja...
niektórzy z Was wspominali, że uśmiechali się czytając ostatni rozdział. ja muszę przyznać, że miałam głupi uśmiech czytając Wasze komentarze, za które bardzo dziękuję.
do zobaczenia w środę wieczorem ;)
