VI

Po wydarzeniach w Wielkiej Sali, Harry został zwolniony z reszty lekcji. Dzięki temu miał czas, by odwiedzić Hagrida. Idąc w stronę wyjścia na błonia, nie mógł zapomnieć o tym, jak potraktował Notta. Ślizgon był jedynym, który nie powiedział złego słowa o Hagridzie, a jedyne co chciał to pomóc. Harry zanotował w myślach, by przeprosić chłopaka gdy tylko wróci do pokoju wspólnego.

Myśli Harry'ego ponownie skupiły się na Riddle'u, przypominając sobie, że jutro jest wtorek. Oh, jak bardzo chciałby opuścić dodatkowe zajęcia! Ostatnie co było mu potrzebne to spędzanie więcej czasu ze znienawidzonym nauczycielem. Harry był pewien, że po dzisiejszej rozmowie Riddle przygotuje jakąś bolesną zemstę. Jaki w ogóle był powód tych wtorkowy zajęć? Harry czuł, że młody Voldemort lubi znać odpowiedzi, ale przecież dał mu znać wielokrotnie, że nie chce mieć z Riddle'm nic do czynienia. Łatwo było mu zaprzyjaźnić się ze ślizgonami. Oni nie byli swoimi dziećmi. Ale Riddle był Voldemortem. I mimo prośby Dumbledore'a, Harry nie potrafił o tym zapomnieć.

Co prowadziło do kolejnego pytania, a mianowicie, dlaczego Harry został wysłany do akurat tego roku? Już dawno pogodził się z faktem, że jest w przeszłości. Jednak frustrowało go, że nie zna powodu. Co jeśli trafił tu z powodu przyznanej mu misji, a on o niej zapomniał?

W dodatku Harry był prawie pewien, że za wszystkim stoi Dumbledore. Albus z tego roku miał zbyt wielką wiedzę o przyszłości. To znaczyło, że dyrektor powiadomił swoje młodsze ja o wizycie Harry'ego.

O celu wizyty.

Dziś był zbyt zmęczony, by porozmawiać w końcu z Dumbledore'm, ale musiał to zrobić jutro. Miał zbyt wiele pytań, na które musiał znać odpowiedzi.

Teraz wiesz jak czuje się Riddle...

Oh zamknij się Potter, przyganił samego siebie. On się mną interesuje tylko dlatego, że lubi zagadki. Jestem tylko kolejną pieprzoną grą dla niego.

A chciałbyś być czymś więcej?

Harry zachłysnął się, słysząc o czym myśli.

Zwariowałem.

Pamiętasz dotyk jego ust?

Pomyśl o czymś innym... Nie będę opowiadać kłamstw. Nie będę opowiadać kłamstw. Nie będę opowiadać kłamstw. Nie będę opowiadać kłamstw.

Właśnie, okłamywanie samego siebie jest durne.

Chyba nie próbujesz mi wmówić, że podobał mi się ten cholerny pocałunek?

Ty to powiedziałeś.

Voldemort. Voldemort. Voldemort. Pieprzony zabójca twoich rodziców. Zrujnował ci życie. Jego prawa ręka zabiła Syriusza.

Riddle to nie Voldemort.

Ha ha ha.

Nawet Dumbledore tak powiedział.

Jak już wcześniej się dowiedzieliśmy, Dumbledore nie jest nieomylny.

Gdyby Riddle był w połowie tak okrutny jak Voldemort, już byś nie żył. Złamałeś mu nos! A on co zrobił? Ułożył cię do snu!

Jest pod nosem Dumbledore'a, nie ma mnie jak zabić.

Podobno jest pieprzonym Voldemortem, gdyby chciał to by to zrobił.

Co z Hagridem? Jęczącą Martą?

...

Ha!

Gdybyś spróbował... może dlatego wylądowałeś w tym czasie? Mógłbyś pomóc Riddle'owi. On nie jest jeszcze Voldemortem. Śmierciożercy jeszcze nie istnieją. Nott pozostałby tylko ślizgonem, a nie mordercą.

Nie potrafię się z nim zaprzyjaźnić.

Jeszcze nie próbowałeś.

Jego wewnętrzną konwersacje przerwał zimny podmuch wiatru. Harry ze zdziwieniem zauważył, że stoi przed chatką Hagrida. Rozmowę z samym sobą musi przełożyć na później...

Zapukał. Chwilę później usłyszał ciężkie kroki i drzwi otworzyły się, ukazując porośniętą włosami znajomą twarz Hagrida. Choć nie miał brody i włosy były porządnie wyczesane, a on sam dużo chudszy, Harry stwierdził, że praktycznie się nie zmienił. Dopiero teraz zrozumiał jak bardzo tęskni za swoimi czasami.

- Czego chcesz? – spytał szorstko Hagrid.

- Ja... – Harry nie był pewien, co miał powiedzieć.

Będziemy w przyszłości przyjaciółmi, na drugim roku twoje pająki prawie mnie zjedzą, w trzeciej klasie hipogryf uratuje mojemu ojcu chrzestnemu życie, a testrale pomogą mi dotrzeć do Ministerstwa... Tymczasem chciałbym porozmawiać o Tomie Riddle'u, który kiedyś zamorduje moich rodziców, a przez niego zostałeś wyrzucony ze szkoły.

No cóż.

- Ślizgon? – ciemne oczy Hagrida spoczęły na szacie Harry'ego. – Przyszedłeś się ze mnie nabijać, tak? Ty parszywa...

- Nie, to nie tak! – zaczął Harry, patrząc z przerażeniem na wielką miotłę, którą olbrzym dzierżył w dłoni. – Chciałem tylko porozmawiać!

Hagrid zrobił zamach i chłopakowi pozostało tylko zasłonić głowę rękami, czekając na cios. Jednak ten nie nadszedł. Harry niepewnie spojrzał na Hagrida, który teraz przyglądał mu się z zaciekawieniem.

- Pogadać mówisz? A o czym taki ślizgon jak ty chciałby gadać?

- Słyszałem o tobie dużo dobrych rzeczy – Harry zdobył się na nieśmiały uśmiech. – Jestem Harrison Dumbledore.

- Ten Dumbledore? – spytał Hagrid z zapartym tchem. – Cały Hogwart o tobie mówi, cholibka... Wchodź, każdy Dumbledore, nawet ślizgon jest mile widziany w moich progach.

Chatka nadal wyglądała tak samo, co Harry przyjął z niejaką ulgą i prawie się roześmiał, gdy Hagrid zaproponował mu swoje ciasteczka. Jednak gdy ostrożnie ugryzł jedno z nich, okazało się miękkie i całkiem dobre.

- Oh – wymamrotał, patrząc z niedowierzaniem na ciastko.

- Wiedziałem – warknął nagle Hagrid. – Za miękkie, prawda? Miałem dziś upiec nowe, trochę twardsze...

- Nie! – zaprotestował szybko Harry. – Są świetne!

- To jakim cudem trafiłeś do Slytherinu, co? – spytał olbrzym, siadając na przeciwko swojego gościa.

- Jestem ślizgonem z przypadku – Harry wzruszył ramionami. – Uważam się za gryfona.

Na twarzy Hagrida pojawił się radosny uśmiech.

- Cały Dumbledore! – mężczyzna przyglądał się chwilę Harry'emu. – Ale nie jesteś do niego podobny...

- Ludzie mówią, że przypominam im moją matkę.

- No tak, tak... Nigdy jej nie widziałem... Tylko twojego ojca, dobry człowiek, gdzie jest teraz?

- Um – Harry nie był gotowy na te pytania, jako że Dumbledore zajął się wszystkim i nie miał pojęcia, gdzie teraz znajduje się jego „ojciec", a brat Albusa. – Podróżuje.

- To o czym chciałeś porozmawiać?

- Cóż... Nie chciałbym cię zdenerwować... – zaczął nieskładnie Harry.

Hagrid roześmiał się tubalnie.

- Pewnie interesuje cię, dlaczego tu jestem, co?

- Tak – przyznał Harry, udając zakłopotanego, a w duszy cieszył się, że Hagrid sam zaczął temat. – Chciałem wypytać o to Albusa, ale on odesłał mnie do ciebie...

- Ale pewnie słyszałeś plotki? W końcu jesteś w Slytherinie! Choć, cholibka, w ogóle nie przypominasz mi ślizgona.

- Unikam plotek, skoro sam jestem ich częstym tematem – odpowiedział Harry zgodnie z prawdą.

- Bardzo mądrze z twojej strony – zauważył Hagrid. – No więc, gdzie by tu zacząć... Źle się działo w Hogwarcie, niech skonam. Uczniowie byli atakowani, nauczyciele nie wiedzieli co się dzieje... Wszystkich ogarnął niezły strach, Harrison. Aż w końcu... dziewczyna zginęła. Ludzie mówili, że to wszystko sprawa dziedzica Slytherinu, bo ofiary były z domów mugolaków. Cholibka, mieli zamknąć Hogwart. A ten zamek był zawsze dla mnie jak dom. Dumbledore... Dobry człowiek, świetny czarodziej... Pozwolił mi uczyć się w Hogwarcie. I wtedy... – Hagrid zawył jak zraniony pies. – I wtedy...

Harry rzucił się olbrzymowi na pomoc, niezgrabnie obejmując go ramieniem.

- Jeśli nie chcesz to – zaczął, ale Hagrid mu przerwał.

- Nie, nie, wszystko w porządku – zachlipał mężczyzna. – Trzymałem w zamku akromantulę. Piękna, mówię ci, pewnego dnia musisz go poznać...

Piękna? Nie zauważyłem... Pewnie dlatego, że chciała mnie zjeść! Do widzenia przyjaciele Hagrida... Miło było was poznać... Coś w tym guście mówił. Chociaż był dobrze wychowany.

- W każdym razie, nie skrzywdziłby muchy!

Ale człowieka już tak.

- Riddle... Tom Riddle... wiedział o nim. I, cholibka, nie chciał mnie słuchać, pobiegł do dyrektora... Resztę już znasz – Hagrid otarł łzy z oczu. – Miałem się nie rozklejać...

- Hagridzie. Skoro jesteś niewinny... Dlaczego nie chcesz tego dowieść?

- Harrison, masz serce prawdziwego Dumbledore'a! – zaśmiał się Hagrid. – Posłuchaj, ja nie chcę już więcej kłopotów... Riddle zrobił, co zrobił, ale równy z niego gość... Czasem mnie odwiedza, widać, że ma wyrzuty sumienia.

- On – Harry zacisnął ręce ze złości – nie ma sumienia.

Olbrzym spojrzał na chłopaka z ciekawością.

- Słyszałem, że jesteś dość cięty na Riddle'a, ale musisz rozumieć, że po tym jak mnie wyrzucili, ataki ustały. Jasne, że nie jestem szczęśliwy z tym, co się stało, ale cholibka, chociaż dzieciaki są bezpieczne.

- Hagridzie, a nie pomyślałeś, że może...

Zanim Harry zdążył dokończyć, rozległo się pukanie. Hagrid poderwał się i wyjrzał zza firanki, po czym zbladł, jakby zobaczył ducha. Szybko otworzył drzwi i Harry ujrzał znienawidzoną sylwetkę Riddle'a.

- Witaj, Hagridzie – zaczął pogodnie mężczyzna, ale jego uśmiech szybko znikł, gdy dostrzegł Harry'ego. – Oh. Harrison. Nie chciałem w niczym przeszkadzać...

- To nic – roześmiał się Hagrid ze zdenerwowaniem. – Harrison, ty już wychodziłeś, prawda?

- Jeśli ja wychodzę, to on też – warknął Harry.

- Harrison! – zganił nerwowo olbrzym, z obawą patrząc na Riddle'a.

On wcale nie uważa go za „równego gościa"! Hagrid się go boi do cholery!

- Właściwie to chciałem tylko przynieść ci list od Albusa – powiedział cicho Riddle, nie spuszczając wzorku z Harry'ego.

- Świetnie – wycedził Harry. – Bo nikt cię tu nie chce.

W pomieszczeniu zapadła lodowata cisza. Hagrid zaczął się niespokojnie kręcić, spoglądając to na nauczyciela, to na Harry'ego.

- Odprowadzę Harrisona – zaoferował w końcu Riddle.

- Jeśli pan nie zauważył, właśnie rozmawialiśmy i...

- I psor ma rację, było miło, ale ja też mam parę spraw, cholibka, zagadałem się – wpadł mu w słowo Hagrid, praktycznie podnosząc Harry'ego i wyrzucając go z chatki.

- Ale Hagridzie...!

- Miło było cię poznać! – olbrzym rzucił mu skrzywiony uśmiech i zamknął z hukiem drzwi, które zadrżały w zawiasach.

Harry spojrzał z nieukrywaną nienawiścią na Riddle'a.

- Co, bałeś się, że mogłem powiedzieć Hagridowi prawdę? – spytał z frustracją.

- Nie ma żadnej prawdy – wycedził lodowato mężczyzna. – Ubzdurałeś sobie, że jestem mordercą, psychopatą, pedofilem i kłamcą. Powinienem zaciągnąć cię do dyrektora i zażądać twego wyrzucenia.

- I dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś? – Harry roześmiał się szorstko. – Bo to wszystko prawda... No, może oprócz pedofila. Słyszałem, że nie przepadasz za fizycznym kontaktem.

Riddle chwycił chłopaka za szyję, przyciskając go do drzewa.


Jak on śmiał? Mężczyzna z całych sił musiał powstrzymywać się od skręcenia bachorowi karku. Krew szumiała mu w uszach, a jego ciemna strona szeptała:

Zabij.

- Jeszcze jedno słowo – wysyczał i z satysfakcją obserwował przerażenie malujące się na twarzy Harrisona.

- Puść mnie – wydusił chłopak.

Gdyby wzmocnił uścisk... Wszystkie jego problemy zostałyby rozwiązane. Spalone wraz z ciałem bachora. Mógłby powiedzieć Dumbledore'owi, że ten przygłup Hagrid go zabił.

Voldemort.

Dusił Harrisona. Widział jak twarz chłopaka przybiera fioletowy kolor, potem szary i zaraz później kredowo biały. Cała krew już odpłynęła. Zaraz zmieni się w warzywo.

Riddle odskoczył od Harrisona, który opadł na ziemię, gorączkowo nabierając powietrza. Mężczyzna czuł, że cały się trzęsie. Ale to nie był koniec. Głowa mu pulsowała, jakby zaraz miała wybuchnąć.

Voldemort.

Nie!

Voldemort.

Cały świat... czerwony. Drzewa oblane krwawą czerwienią, jego blade palce pokryte szkarłatem, z nieba lejąca się krew.

Usłyszał swój histeryczny śmiech. Nie, ten głos nie należał do niego.

Voldemort.

I ten ból! Niech się skończy!

Voldemort.

Łzy na policzkach... Nie, krew.

Teraz on miał moc. Moc wystarczająco potężną, by zniszczyć cały Hogwart, włącznie z tym starym głupcem. Wybić wszystkie szlamy. Patrzeć jak mugole giną w cierpieniu. Wrzucić ich do ognia, śmiejąc się i słuchając ich krzyków.

Voldemort.

On był Lordem Voldemortem.


Z przerażeniem patrzył, jak ciemne oczy Riddle'a przybierają kolor szkarłatu. Tym razem to nie były przebłyski czerwieni, a prawdziwe spojrzenie Voldemorta.

Czuł, że ręka mężczyzny zaciska się jeszcze mocniej. Pociemniało mu przed oczami.

I nagle palce zniknęły, pozwalając by Harry znów odetchnął. Chłopak usiadł, opierając się o drzewo, trzęsąc się na całym ciele. Nigdy nie widział, by Riddle stracił panowanie nad sobą.

Wtedy spojrzał na mężczyznę i zdjęło go przerażenie.

Nie patrzył już na Toma Riddle'a. Przed nim stał Lord Voldemort, śmiejąc się opętańczo, nie zwracając uwagi na Harry'ego.

Harry powstrzymał syk bólu, gdy poczuł po raz pierwszy od dawna, że jego blizna zapaliła się jakby ktoś przystawił mu do głowy rozpalany pogrzebacz.

Voldemort.

Byli w lesie. Nikt nie usłyszałby jego krzyków. Musiał uciekać.

Zaczął się powoli cofać, ale nie potrafił zostawić tu Riddle'a. Ciałem mężczyzny wstrząsały drgawki, na policzkach miał łzy, a mimo tego się śmiał. Z jego różdżki tryskały iskry, niebo pociemniało, zaczęło padać.

Harry bał się. Był przerażony. Ale dopiero teraz zauważył różnicę, o której wspominał Dumbledore. Riddle nie był Voldemortem. Mężczyzna przed nim nie był Riddle'm.

Zanim to przemyślał, Harry rzucił się na Voldemorta. Zaskoczony czarnoksiężnik upadł na ziemię.

- Riddle, oprzytomniej, ty durniu – wrzasnął Harry, przekrzykując się z wiatrem i deszczem.

- Ty głupi chłopaku – wycedził Voldemort.

Mężczyzna rzucił nim o drzewo i uśmiechnął się sadystycznie, gdy usłyszał przeciągły jęk Harry'ego.

- Jestem Lord Voldemort.

No co ty nie powiesz.

- Myślałem, że Tom Riddle – wymamrotał.

Voldemort uklęknął i spojrzał na Harry'ego z nienawiścią.

- Tom Riddle nie żyje. A ty będziesz pierwszą ofiarą Lorda Voldemorta.

Jeszcze bardziej arogancki i pewny siebie niż jego późniejsze wcielenie.

- Płaczesz.

Mężczyzna wyjął różdżkę i rzucił Crucio. Harry wygiął się w bólu. Krzyczał póki nie zabrakło mu powietrza w płucach. Bolało bardziej niż na cmentarzu. Każda cząstka Harry'ego chciała umrzeć. Pogrążyć się w ciemności i zapomnieć o cierpieniu.

W końcu przestało.

- To słabe ciało Riddle'a płacze – wycedził Voldemort. – Beznadziejny głupiec, opętany przez naiwne wizje starca. Naprawdę myślał, że może powstrzymać mnie! Lorda Voldemorta! Kiedy z tobą skończę, będziesz błagać o śmierć.

Już to parę razy słyszałem...

Wiedział, że Voldemort ma racje. Harry chciał umrzeć po jednym Crucio. Czarny Pan był o wiele potężniejszy niż Lord w przyszłości. Przed nim majaczyła wizja tortur i w końcu litościwa śmierć.

Voldemort uniósł różdżkę... Harry słyszał już swój krzyk... Czuł ból przeszywający jego wnętrzności... Łzy na policzkach...

Ciało Riddle'a znieruchomiało i opadło bezwładne na ziemię.

Harry kopnął różdżkę mężczyzny, byle tylko jak najdalej od siebie. Podczołgał się do Riddle'a (Voldemorta?) i z przerażeniem zauważył, że nadal oddycha. Ale kto?

Riddle?

Voldemort?

Nie chciał zostawać tu ani chwili dłużej, ale nie miał siły by się podnieść. Cały czas się trząsł, z bólu? Ze strachu?

W końcu zdołał podnieść się na łokciach, jednak chwilę później znowu upadł na ziemię. I właśnie wtedy ręka Riddle'a złapała go za nadgarstek. Harry wrzasnął i próbował się wyrwać, ale mężczyzna był silniejszy.

- Idioto, przestań – wymamrotał słabo Riddle.

Harry zamarł.

- PRZED CHWILĄ CHCIAŁEŚ MNIE ZABIĆ – wrzasnął Harry, prosto do ucha nauczyciela.

Riddle jęknął i przewrócił się na drugi bok.

- Zauważ jednak, że także dzięki mnie żyjesz.

Harry nie mógł w to uwierzyć i po prostu zaczął się śmiać. Śmiał się dopóki brzuch go nie rozbolał, po czym opadł na trawę, nadal nie wierząc, w to co przed chwilą się stało.

- Powiedz, że zwariowałeś – poprosił cicho Riddle.

- CZY TY W OGÓLE PAMIĘTASZ, ŻE PRÓBOWAŁEŚ MNIE ZABIĆ?

- Dlaczego wrzeszczysz – jęknął mężczyzna.

Zanim Harry zdążył powtórzyć pytanie, usłyszał szybkie kroki. Ktoś go odnalazł. Ich. Wszystko jedno. Był uratowany.

Riddle'a można zostawić wilkołakom na pożarcie.

Z pomiędzy drzew wyłoniła się zmartwiona twarz Dumbledore'a. Starzec omiótł spojrzeniem widok rozciągający się przed nim. Tom leżał na wznak, ciężko oddychając, na twarzy miał zaschnięte łzy, jego ręce krwawiły. Harry wyglądał nie lepiej, przepocone włosy wpadały mu do oczu, na policzkach lśniły jeszcze świeże łzy i krew z ran na twarzy. Oboje drżeli i wyglądali na śmiertelnie zmęczonych.

- Wszystko dobrze, chłopcy?

Zamiast odpowiedzieć, Harry znów zaczął się śmiać.

- Mieliśmy... świetną... zabawę – wydusił chłopak.


Harry był odesłany do Skrzydła Szpitalnego. Pielęgniarka łamała ręce, ale powiedziała, że już jutro chłopak będzie w pełni sił.

Riddle czuł się potwornie.

- Jestem niebezpieczny – wymamrotał po raz setny.

- To moja wina. Nie powinienem pozwolić byś wyszedł ode mnie w takim stanie – zaczął Dumbledore.

- Przestań – warknął Tom, ale zabrzmiało to tak słabo, że sam do siebie poczuł współczucie. – Torturowałem go! Prawie zabiłem!

- Ale się powstrzymałeś – przypomniał starzec.

- To co, teraz po prostu wrócimy do swoich zajęć? Jutro poprowadzę zajęcia, udam, że nic się nie stało? On i tak już mnie nienawidził, a-

- Zapomni – wyszeptał Dumbledore.

- Nie bądź śmieszny.

- Wiesz, jak bardzo nienawidzę zaklęcia Oblivate. Ale... Tom, nie widzę innego wyjścia.

Mężczyzna podniósł gwałtownie głowę i szybko tego pożałował, sycząc z bólu.

- Albusie, prawie zabiłem chłopaka – powiedział cicho Riddle.

Zapadła krótka cisza. Dumbledore podszedł do kanapy, na której leżał jego przyjaciel i uśmiechnął się łagodnie.

- Jesteś Tomem Riddle'm. Nie Lordem Voldemortem. Nigdy o tym nie zapominaj. Masz siłę, której nikt inny nie posiada. Jestem z ciebie dumny, mój chłopcze. Powstrzymałeś go.

- Na jak długo?


dziękuję za komentarze, ale właściwie jedyne, czego potrzebuję to czasu. eh, szkoła.

mam nadzieję, że po piątym rozdziale, ten ma trochę więcej akcji ;)

do zobaczenia w... piątek?