IX

Z ulgą przyjął powrót ślizgonów do zamku. W pokoju wspólnym robiło się za cicho, a Harry nie wychodził z niego dosłownie od tygodnia. Śniadania, obiady i kolacje jadł w dormitorium (ku radości skrzatów, które spełniały każde jego zachcianki, przez co czuł się jak kobieta w ciąży), a po książki do biblioteki wysyłał Sznurka („Sznurek zrobi wszystko dla pana Harrisona!"). Jedyne czego żałował to tego, że nie mógł przelecieć się na swojej nowej miotle. Jednak nie uznał tygodnia za stracony, choć wiedział, że Ron byłby przerażony, widząc jak dużo czasu Harry spędza nad książkami.

Harry nie chciał myśleć o tym, co by powiedział jego najlepszy przyjaciel, gdyby dowiedział się o pocałunku w Gwiazdkę. I nie był pewien, który pocałunek miał na myśli.

Wiedział, że unikanie Riddle'a było dziecinne, ale wcale nie chciał zachowywać się jak dorosły. Był przerażony. Całował się z człowiekiem, który w bliskiej przyszłości zabije jego rodziców, mnóstwo niewinnych ludzi i spróbuje też zamordować i samego Harry'ego. Nie potrafił zmienić przeznaczenia. A przepowiednia była jasna.

Któryś z nich musi zginąć.

Chowając twarz w dłoniach, Harry spróbował zapłakać, ale poczuł się jeszcze gorzej, gdy odkrył, że nie może. Siedział tak do wieczora, myśląc o niczym, aż w końcu usłyszał wyczekiwany dźwięk podnieconych głosów i śmiechu.

Usłyszałby, gdyby nie to, że trafił do Slytherinu, w którym śmiech był surowo zakazany (chyba, że jest to śmiech: zły; złośliwy; drwiący; bardzo zły; mroczny; zły do potęgi). Na szczęście ślizgoni byli dosyć głośni, szczególnie, że połowa z nich już się kłóciła.

Harry podniósł głowę akurat w odpowiednim momencie, by zobaczyć czwórkę przyjaciół, rzucających się na niego z okrzykiem „Harris!" lub „Nasz ulubiony kochaś Horacego!".

- Rozumiem, że to jest ślizgońskie powiedzenie „tęskniliśmy"? – jęknął Harry, próbując złapać oddech.

- Słyszeliśmy ciekawe rzeczy!

- Podobno nic nie jadłeś przez dwa tygodnie...

- ...zepchnąłeś Riddle'a z miotły...

- ...i przeleciałeś córkę Darkhelda.

Harry zmarszczył brwi.

- Mniej więcej – przyznał ku uciechy ślizgonów. – Ale skąd wy o tym wiecie?

- Mój ojciec jest w zarządzie szkoły – odpowiedział Malfoy. – Lubi wiedzieć, co się dzieje w Hogwarcie, nawet gdy mnie nie ma. Czasem to przerażające, bo wie o naszych spiskach wcześniej niż nauczyciele. Ale, ale. Słyszałem, że ta córunia Darkhelda to niezła laska.

- Jest jego kuzynką – poprawił szybko Harry, pamiętając o jej chorym związku z Robertem. – I całowaliśmy się dopóki nie wpadł Darkheld z żądzą mordu w oczach. Skąd go znacie?

- Cały Hogwart go zna. Przychodził do Hogsmade, bo tylko tak mógł odwiedzać Riddle'a i zawsze zostawiał po sobie parę osób w szpitalu. Przeważnie młode, ładne dziewczyny z Gryffindoru i Hufflepuffu, jeśli wiesz co mam na myśli – Nott skrzywił się z obrzydzeniem, a reszta ślizgonów zamilkła na chwilę. – Nie jesteśmy święci, ale gwałt to taka cholerna mugolska słabość. Czarodziejom nie przystoi.

- Hm – mruknął Harry, czując powracające wyrzuty sumienia.

Czy powinienem zacząć się martwić o Meryl?

- Wracając do tematu – Lestrange przerwał szybko milczenie. – Co z tym Riddle'm?

- Sam spadł – Harry wzruszył ramionami. – Chciałem go nauczyć zwisu do góry nogami, to idiota zamknął oczy i nie wyprostował rączki.

- Ja to bym powiedział, że po prostu specjalnie źle mu pokazałeś – roześmiał się Malfoy. – Nam możesz się przyznać.

Harry przewrócił oczami.

- I jaką karę dostałeś? – spytał Avery.

- Żadną. Ale sądzę, że spotkanie Darkhelda możesz uznać za karę.

- A co z tym jedzeniem?

- Oh. To powinno się wam spodobać. Sznurek! – zawołał Harry, pyknęło i w pokoju wspólnym pojawił się skrzat.

- Sprawiłeś sobie skrzata? – zarechotał Malfoy.

- Można tak powiedzieć. Sznurku, przyniesiesz nam pięć szklanek z sokiem dyniowym? Proszę? – nie tylko skrzat osłupiał, ślizgoni wpatrywali się w Harry'ego jakby właśnie powiedział, że ma zamiar poślubić Sznurka.

Z wrzaskiem wdzięczności, skrzat zniknął.

- Proszę? – powtórzył drwiąco Lestrange.

- Sznurek? – sarknął Avery.

- Z doświadczenia wiem, że nie opłaca się robić ze skrzatów naszych wrogów – Harry wzruszył ramionami. – Dzięki niemu uniknąłem towarzystwa Darkhelda.

I Riddle'a, z którym się całowałem, ale o tym już nie słyszeliście, co?

- Nieważne – Malfoy machnął ręką. – Już się przyzwyczailiśmy, że jak powinno być coś zrobione, to ty robisz na odwrót. Ważniejsze jest to, co będzie jutro.

- Czyli? – Harry podrapał się po głowie, ale jedyne, co go jutro czeka to obrona i Riddle.

- Mecz.

- Mecz? Przecież jutro jest poniedziałek!

- No właśnie. Mecze zawsze mamy w poniedziałki i piątki. Dlatego skracają nam lekcje – odpowiedział Nott.

- Nie lepiej byłoby mieć mecze w soboty i niedziele? Wtedy nie przepadałyby nam zajęcia – zauważył Harry.

- Właśnie! Tak chcieli zrobić na początku, ale się nie zgodziliśmy, bo to są nasze wolne dni. Nauczyciele się wściekli i stwierdzili, że Quidditch jest zajęciem dodatkowym, dlatego mecze będą w soboty, ale wtedy cała drużyna Slytherinu i Gryffindoru – po raz pierwszy połączyliśmy siły – zrezygnowała i musieli zrobić, co chcieliśmy – opowiedział z dumą Malfoy.

Można to użyć w przyszłości.

- Ale ja ani razu nie trenowałem z drużyną!

Ślizgoni popatrzyli na niego jak na idiotę.

- Oprócz tego, że byłeś na każdym treningu z nami – sarknął Abraxas.

- Oh. Właśnie, Ab, chciałem ci podziękować za mio-

- Jak go nazwałeś? – zarechotał Nott.

Malfoy wyglądał, jakby piorun go trafił.

- Nigdy więcej – jęknął, a reszta ślizgonów na czele z Harrym roześmiali się.


Jak zwykle zrezygnował ze śniadania, ale tym razem miał skrzata na zawołanie, który przez całą drogę do klasy jęczał, że pan Harrison nic nie je, że pan Harrison powinien wziąć dzień wolny, że pan Harrison...

Na swoje nieszczęście skrzat biegający po korytarzach za sławnym Dumbledore'm nie był codziennością. Gdy wszedł do klasy, wszyscy zaczęli szeptać o tym, co robił w czasie przerwy świątecznej. Zażenowany usiadł koło Malfoya, który rechotał w najlepsze, bo usłyszał, że Harry biegał nago po zamku.

- Dlaczego spaliłeś wszystkie swoje ubrania? – spytał roześmiany Abraxas.

- Widzę, że dopisuje ci humor – wymamrotał Harry.

- Mam pewien plan – zaczął Malfoy. – Dawno już nie dokuczaliśmy gryfonom, a to rodzaj tradycji przed meczem.

- Wolałbym trzymać się z dala od kłopotów.

- Nie nudź, miałeś całe dwa tygodnie na odpoczynek, a wyglądasz gorzej niż przed przerwą.

Harry westchnął zrezygnowany.

- To chociaż nie na obronie, nie chcę podpaść Riddle'owi.

- Już i tak podpadłeś – zauważył Malfoy.

Nawet nie wiesz jak bardzo.

- Tylko jedno małe zaklęcie.

- Panie Malfoy, przeszkadzam panu? – wycedził Riddle, pojawiając się znikąd.

- Nie, profesorze – zaprzeczył szybko chłopak.

- To dobrze. Wynocha.

W klasie zapadła cisza.

- Słucham? – spytał blady Abraxas.

- Nie będę powtarzać – warknął Riddle i już odwrócił się tyłem, zaczynając lekcję.

Zszokowany Malfoy podniósł się sztywno i wyszedł z klasy. Jeszcze przedtem zdążył posłać Harry'emu „co do cholery mu zrobiłeś" spojrzenie.

- Dzisiaj będziemy przerabiać zaklęcie Patronusa – zaczął Riddle lodowatym głosem.

Wszyscy uczniowie schylili nisko głowy i notowali, podczas gdy Harry przewracał w palcach pióro. Na szczęście nie podpadnie Riddle'owi, gdy ten będzie chciał demonstracji.

- Musicie znaleźć najszczęśliwsze wspomnienie – tłumaczył mężczyzna. – Szczególnie trudne będzie to w obecności dementorów, więc jeśli komuś się nie uda na dzisiejszych zajęciach, nie idzie na mecz i trenuje. Uczniowie, których Patronusy zostały zatwierdzone przeze mnie, wychodzą wcześniej.

- Panie profesorze? – rękę podniosła dziewczyna z jasnymi włosami i niebieskimi, szczerymi oczami. – Czy może pan rzucić to zaklęcie?

Harry nie spoglądał na Riddle'a, ale dobrze wiedział, że nauczyciel zamarł. To było jedyne zaklęcie, z którym młody Voldemort miał problem, dlatego Harry był zdziwiony, że Riddle w ogóle przeprowadził tę lekcję.

- Nie sądzę, by spodobał się pani mój Patronus – roześmiał się cicho mężczyzna. – Do roboty.

Uczniowie zabrali się do ćwiczeń. Nottowi udało się za drugim razem, ale Riddle nawet nie zwrócił uwagi.

- Dobrze ci poszło – zauważył Harry, podchodząc do ślizgona.

- Dzięki. Moja matka kiedyś mnie uczyła – Nott obserwował jak jego orzeł szybuje i w końcu znika. – Piękny, prawda?

- Każdy Patronus jest wspaniały – potwierdził Harry.

- A co z tobą? Nie ćwiczysz?

- Expecto Patronum – z różdżki Harry'ego wystrzelił jeleń, który ku zdziwieniu wszystkich pokłusował na Riddle'a.

Harry szybko zerwał połączenie i zwierze zniknęło.

Świetnie. Nawet mój Patronus wyczuwa w Riddle'u Voldemorta.

Nauczyciel zmierzył Harry'ego zimnym wzrokiem i odwrócił się, kontynuując krążenie wokół uczniów.

- Rany – mruknął Nott. – Musi być strasznie wściekły. Co ty mu zrobiłeś?

Tylko uciekłem z sali po tym, jak mnie pocałował. Nic wielkiego.

- A bo ja wiem – Harry wzruszył ramionami. – Chodź, skoro już umiemy to zaklęcie, powinniśmy poszukać Malfoya.

Wyszli z klasy jako pierwsi. Abraxas czekał na nich na dworze, koło niego spoczywała już miotła Harry'ego.

- Możemy ćwiczyć?

- I tak zaraz zaczyna się mecz – zauważył Malfoy. – Jeśli mój ojciec się spyta, dlaczego wyleciałem z zajęć, powiem, że to przez ciebie.

- Nie kazałem ci gadać – obruszył się Harry.

- Ale to nie ja byłem w zamku przez dwa tygodnie sam na sam z Riddle'm.

Ich rozmowę przerwało pojawienie się Anthony'ego. Chłopak wyglądał na wściekłego, idąc w stronę Harry'ego, wyjął różdżkę i bez ostrzeżenia rzucił zaklęcie na chłopaka. Harry w porę uskoczył.

- Co...

- TY JEBANY PODLIZUSIE – wrzasnął ślizgon i spróbował jeszcze raz, ale Harry z łatwością zablokował zaklęcie.

- Chyba jest zły – wymamrotał Malfoy.

- Powiedz mi więcej – warknął Harry. – Mam wrażenie, że wszyscy są dziś na mnie wściekli.

- Ja będę, jeśli nie złapiesz znicza – obiecał Nott.

- POBIEGŁEŚ DO RIDDLE'A I POPROSIŁEŚ GO O MOJE MIEJSCE! MOJE! – Anthony był już w niebezpiecznie bliskiej odległości, więc Harry zrobił parę kroków do tyłu.

- O nic go nie prosiłem – wycedził Harry. – Wcale nie chciałem twojego pieprzonego miejsca. Dowiedziałem się o tym, gdy Malfoy kupił mi miotłę...

- TY TEŻ? – wrzasnął ślizgon na Abraxasa.

- Dzięki – syknął Malfoy do Harry'ego. – Słuchaj...

- NIE! CRU-

Harry wyczuł, że zaczyna się robić niebezpiecznie, więc szybko obezwładnił Anthony'ego i wyrwał mu różdżkę z dłoni.

- Naprawdę chcesz rzucić takie zaklęcie za to, że straciłeś pozycję szukającego w drużynie? – spytał drwiąco. – Co zrobisz, kiedy ktoś ci coś ukradnie? Zabijesz go?

- Chętnie bym zabił ciebie, śmieciu – Anthony splunął na trawę.

- Szkoda, że byś nie trafił – roześmiał się Malfoy. – A teraz spadaj zanim ci się coś stanie. Mamy mecz do wygrania.

Anthony rzucił ostatnie mordercze spojrzenie, wyrwał Harry'emu z ręki swoją różdżkę i odszedł.

- Wcale nie poprosiłem Riddle'a o to miejsce – wymamrotał Harry.

- Nie przejmuj się nim – poradził Nott. – To tylko uszkodzona duma. Jesteś o wiele lepszy od niego i Anthony o tym dobrze wie.

- Dobra, koniec tych czułych słówek – warknął kapitan drużyny Slytherinu, który właśnie podszedł z resztą ślizgonów. – Czas na mecz. I obiecuję ci, Dumbledore, jeśli to spieprzysz, nie ręczę za siebie.

- Zrozumiałem. Nie wygramy, nie żyję.

- Chociaż nie jest tępy – ucieszył się Malfoy.

Ruszyli w stronę boiska. Słychać już było głośne rozmowy i podniecone okrzyki. Grali przeciwko gryfonom. Harry pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć, że tym razem będzie łapać znicza dla Slytherinu. Kapitan już wprowadzał ich w swoją taktykę, która w skrócie brzmiała „faulować ile wlezie". Harry stwierdził, że tę wiedzę może później wykorzystać, gdy tylko wróci do przyszłości.

- Sędzia jest po naszej stronie – ogłosił nagle jeden z pałkarzy.

- Rodwin? – parsknął Malfoy. – Przecież wszyscy wiedzą, że kibicuje kochanym lewkom.

- Rodwin złapał smoczą ospę.

- Śmiertelne? – spytał zaciekawiony Abraxas. – Nigdy za nim nie przepadałem.

Kiedyś sam się przekonasz.

- Skąd mam wiedzieć? Ważne, że na zastępstwie jest Riddle.

W przebieralni zapadła głucha cisza.

- No co? – spytał drugi pałkarz. – Przecież był w Slytherinie.

- Harris – zaczął Malfoy – może jednak zmienisz się z Anthony'm.


I Harry żałował, że nie przyjął propozycji Abraxasa. Riddle robił wszystko, by tylko utrudnić Harry'emu latanie. Kiedy chłopak zauważył znicz, mężczyzna przez przypadek zagrodził mu drogę. Nawet ślizgoni wściekli się na swojego ulubionego nauczyciela, który pozostał jak zwykle niewzruszony.

- Masz jakiś problem? – wrzasnął Harry do Riddle'a, gdy ten prawie zepchnął go z miotły.

Mężczyzna tylko uśmiechnął się drwiąco i wzleciał w górę.

- Hej, Dumbl, mam walnąć w niego tłuczka? – zaproponował pałkarz i Harry poważnie rozważył kuszącą ofertę.

Spojrzał ze złością na Riddle'a, który był akurat odwrócony tyłem i serce podeszło mu do gardła. Koło ucha mężczyzny szybował znicz. Harry wyrwał się do przodu i popędził za złotą kulką. Potrącił przy tym Riddle'a, ale nawet się nie odwrócił. Słyszał krzyki uczniów, a wszystko zlało mu się w jedną niewyraźną zielono-niebieską plamę. Przed sobą widział tylko swoją wyciągniętą rękę i znicz... już tak blisko... poderwał miotłę do siebie, prawie zderzając się z wieżą. Gwałtownie zawrócił i złapał znicza. Trybuny eksplodowały. Harry uniósł rękę z tryumfem, gdy nagle... znicz wyrwał mu się z dłoni i popędził dalej. Zapadła cisza.

- To niemożliwe – wrzasnął Malfoy, a reszta ślizgonów poparła go okrzykami.

Po złapaniu, znicz nie uciekał. Jednak tym razem kulka nawet nie schowała skrzydeł, przygotowana do odlotu.

Harry poszybował za nią, ale znicz zmierzał w wyraźnym kierunku – w stronę ścigającego gryfonów, który szybko zauważył, co się dzieje i pochwycił kulkę. Wszyscy czekali, ale znicz się nie wyrywał. Nikt się nie odezwał.

- Oszustwo – warknął w końcu kapitan ślizgonów. – Mecz się nie liczy! Harrison pierwszy złapał znicza!

Ale Harry dobrze wiedział, czyja to robota. Poderwał miotłę i pofrunął w stronę Riddle'a, który już opadał na ziemię z zadowoloną miną.

- O co ci chodzi? – wrzasnął Harry za nim. – Najpierw dajesz mi tę pozycję, a potem czarujesz znicz tak, żebyśmy przegrali?

- Uspokój się – wycedził Riddle. – Mecz wygrał Gryffindor – oznajmił głośno ku radości gryfonów i sfrustrowanych ryków ślizgonów.

- To niesprawiedliwe – wykrzyknął Malfoy, zagradzając drogę mężczyźnie, tak by nie mógł wylądować. – Jest pan nauczycielem do cholery! Nie obchodzi mnie, jak bardzo jest pan wściekły na Harrisona, wygraliśmy! Ten beznadziejny szukający gryfonów nawet nie zauważył znicza dopóki nie pojawił mu się prosto pod nosem!

- Panie Malfoy, na jutro esej o...

- Mam gdzieś pana esej – warknął Abraxas. – Harrison był genialny!

- Harrison nie potrafił przytrzymać znicza w dłoni – roześmiał się drwiąco Riddle. – Usuń się z drogi.

Jednak Harry miał lepszy pomysł. Wyjął różdżkę i wyrzucił przed siebie klątwę, którą omawiał kiedyś z Riddle'm. Oczywiście mężczyzna szybko obrócił się i zablokował zaklęcie, ale to wystarczyło.

Harry popędził w górę i opuścił stadion, a za nim pofrunął Riddle. Malfoy zamrugał ze zdziwieniem. Trybuny po raz drugi eksplodowały, tym razem jeszcze głośniej niż wcześniej. Nauczyciele próbowali zapanować nad podekscytowanymi uczniami, ale nijak im to wychodziło. Tylko Dumbledore spokojnie podążał wzrokiem za coraz szybciej oddalającymi się miotłami.


Tymczasem Harry zatrzymał się, wisząc parę metrów nad drzewami w Zakazanym Lesie. Riddle dopadł go parę sekund później. Nic nie powiedział, tylko posłał w stronę chłopaka trzy zaklęcia, z czego Harry znał tylko jedno. Na szczęście był na miotle, dzięki której poruszał się szybciej i zgrabniej niż na ziemi.

- Przestań – wychrypiał w końcu, gdy Riddle posłał kolejne sześć, w tym dwa prawie trafiły Harry'ego.

- Uciekaj, w tym jesteś najlepszy – wycedził mężczyzna.

- Zachowujesz się jak dziecko!

- Naprawdę? Myślałem, że to ty ukrywałeś się przez tydzień w pokoju wspólnym! – syknął Riddle, rzucając kolejne zaklęcia.

Harry jęknął, gdy jedno z nich go trafiło. Confundus. Zaczęło mu się kręcić w głowie, więc przyległ do miotły, kurczowo trzymając się kija. Riddle schował różdżkę, patrząc na Harry'ego z nienawiścią.

- Ale to ty mnie pocałowałeś! – wrzasnął Harry, zaraz żałując swoich słów.

Riddle zbladł i zacisnął usta w podłużną kreskę. Chyba chciał wrócić na stadion, ale Harry szybko dodał:

- Nie powinienem tego powiedzieć, przepraszam!

- Powiedziałeś tylko prawdę – odpowiedział cicho mężczyzna. – Z tego powodu odwołuję nasze wspólne lekcje. Nie martw się o mecz, przyznam zwycięstwo ślizgonom, a winę zwalę na jakiegoś gryfona.

- Poczekaj, nie możesz po prostu...

- Uciec? – zaproponował Riddle.

Harry zacisnął ręce ze złości i podfrunął bliżej mężczyzny.

- Uciekłem, bo...

Bo będziesz mordercą moich rodziców.

Może coś innego.

Bo zamordujesz tysiące niewinnych ludzi.

Nie.

Bo spróbujesz zabić i mnie.

Prawie.

Bo twoja prawa ręka doprowadzi do śmierci mojego ojca chrzestnego, jedynego człowieka, którego mogłem nazwać swoją rodziną.

Hm.

Bo przepowiednia postawi przede mną zadanie. Zabicie ciebie lub śmierć z twojej różdżki.

Trudny wybór.

Riddle podniósł brwi, czekając.

- Nie mogę powiedzieć – wymamrotał w końcu Harry.

- Świetnie – odpowiedział lodowato mężczyzna. – Wiem, że nienawidziłeś mnie od początku roku. Myślałem, że ci przeszło. Widocznie nie.

- To nie tak, że cię nienawidzę... – zaczął Harry, ale nawet dla niego zabrzmiało to nieszczerze.

- Nie obchodzi mnie to.

- Oczywiście, że cię obchodzi! Pocałowałeś mnie! Musisz coś czuć-

- Ja. Nie. Mam. Uczuć. Do. Nikogo – wycedził Riddle, a jego oczy zabłysły niebezpiecznie. – Zapamiętaj to sobie. Jesteś tylko zabawką.

Harry zamarł.

Co jeśli mówi prawdę? Przecież Lord Voldemort bawi się ludźmi i ich emocjami. Riddle mógł równie dobrze być znudzony, a ja byłem akurat pod ręką. Świetnie. To wszystko ułatwia. Nie muszę się martwić, że się zakochał czy coś...

Dlaczego więc czuł, że jego serce rozpada się na kawałki?