X
Z założenia nie mówił ludziom prawdy. Ale nie miał w nawyku okłamywania samego siebie. I tym razem też tego nie zrobił.
Dlaczego pocałował Harrisona? Nie czuł do niego miłości. Nie był w nim zakochany. Nie uważał, że chłopak jest szczególnie pociągający. Nie pożądał go. Nie poczuł... Czy gdy zobaczył Harrisona całującego się z tą dziewczyną, poczuł zazdrość? Czy zmartwił się, kiedy zrozumiał co Darkheld chce zrobić? Czy troszczył się o Harrisona?
Ale to właściwie nie miało znaczenia. Zależało mu też na Albusie, a jednak nigdy nie chciał go pocałować. Wiek nie grał tu roli. Riddle nie czuł czegoś takiego jak pożądanie z powodu wyglądu. Wiele pięknych kobiet lub mężczyzn chciało mu się oddać, ale on zawsze czuł tylko obrzydzenie. Nie zważał też na płeć. Doceniał piękno. Mógł godzinami obserwować przystojnych chłopców lub zapierające dech w piersiach dziewczyny. Jednak nigdy nie czuł pożądania.
Nic się nie zmieniło. Po tym, jak Harrison wybiegł z gabinetu, spędził pół nocy w łazience. Nienawidził wymiotować. Kojarzyło mu się to z sierocińcem i jego prześladowcami, którzy lubili czasem podziwiać z bliska jego urodę. A był bardzo przystojny. Miał pewność, że to przez nich brzydził się teraz fizycznego dotyku. W sierocińcu było zbyt dużo dzieci, by nauczycielki przejęły się dziwnym, cichym dziewięciolatkiem, który mówił, że starsi go dręczą.
Jednak w trakcie pocałunku z Harrisonem nie czuł się źle. Nie miał mdłości czy odruchów wymiotnych. Chciał po prostu zbadać jego ciało, kawałek po kawałku, złapać i nigdy nie puścić. Przy nim czuł spokój, który Voldemort dawno temu mu odebrał. Przy Harrisonie zapominał.
Wcale nie był zły, gdy chłopak wybiegł z pokoju. Widział w jego oczach przerażenie. Co sprawiało, że jeszcze bardziej chciał poznać odpowiedź na swoje pytanie. Po raz pierwszy spotkali się we wrześniu i już wtedy Harrison życzył my bolesnej i długiej śmierci. Dlaczego?
I Dumbledore. Starzec jak zwykle wszystko utrudniał. Od paru dni chodził za nim i pytał się. Tom, dobrze się czujesz? Tom, nie masz migreny? Tom, nie przynieść ci herbatki? Tom, nie masz przypadkiem ochoty, by wszystkich pozabijać? To był właśnie sposób Albusa, by kogoś uspokoić. A jedyne czego Riddle chciał, to odpowiedzi. Co Dumbledore wiedział?
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że czyta pierwsze zdanie czyjegoś eseju po raz tysięczny. Co to za idiota napisał.
Riddle rzucił okiem na podpis. Lestrange. Oczywiście. Musieli przedstawić swój pogląd na temat mugoli i szlam. Tom był ciekawy, jak wiele z ślizgonów napisze, że powinni być wybijani, tylko po to, by mu się podlizać. Lestrange jednak pisał szczerze, co zaniepokoiło Riddle'a.
- Tom? – mężczyzna podniósł głowę i skinął ręką, wpuszczając Dumbledore'a do środka. – Chciałem tylko spytać się, czy wszystko w porządku.
- Zamek jeszcze stoi – zauważył Tom. – Uczniowie żyją. Więc tak. Wszystko w porządku. Oprócz tych esejów. Przysięgam, że oni stają się coraz głupsi.
Dumbledore uśmiechnął się łagodnie i usiadł na przeciwko przyjaciela.
- Jakoś nie zauważyłem.
- Posłuchaj: „Sądzę, że każdy mugol powinien być pozbawiony oczu, dzięki temu nie musielibyśmy się ukrywać...". Pomysłowe, co?
- Tom.
- Przecież ja tylko esej czytam!
- Unikasz tematu.
- To nie ja mam mnóstwo tajemnic, o których nie mogę ci powiedzieć, ale mimo tego chodzę za tobą, jakbyś był tykającą bombą – wycedził Tom.
- Jestem po prostu zaniepokojony. Wyglądałeś na zmartwionego, gdy przyleciałeś z powrotem na stadion – zauważył Dumbledore.
Riddle w odpowiedzi tylko podniósł brwi.
- Może dla innych miałeś nieprzeniknioną minę, ale oni nie znają cię tak dobrze jak ja – Albus westchnął. – Oni w ogóle cię nie znają.
- Proszę, nie rozmawiajmy znowu o tym, że powinienem otworzyć się na ludzi, korzystać z życia póki jeszcze mogę-
- Póki jeszcze możesz? Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem.
- Muszę dokończyć sprawdzanie tych esejów.
- Niedługo Harrison wraca do siebie – oznajmił nagle Albus.
Zapadła cisza. Riddle zamarł.
- Słucham?
- Niedługo Ha-
- Wiem co powiedziałeś! – warknął Tom. – Ale nie rozumiem zdania. Jak to – do siebie? Gdzie niby ma wrócić?
- Do Francji. Jego ojciec postanowił jednak wychowywać go samemu – odpowiedział spokojnie Dumbledore, uważnie obserwując przyjaciela. – Przykro mi. Wiem, że go polubiłeś.
- Nie polu... – Riddle przerwał, widząc minę Albusa. – Może trochę.
- Pokłóciliście się podczas przerwy świątecznej? – bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie nazwałbym tego do końca kłótnią – odpowiedział szczerze Tom, uśmiechając się do siebie drwiąco.
- Przez długi czas go nie zobaczysz – przypomniał Dumbledore.
- Zawsze mogę go odwiedzić w tej Francji – Riddle wzruszył ramionami, przed oczami mając już minę Harrisona, gdyby się dowiedział, że jego dawny nauczyciel obrony przylatuje do niego.
Dumbledore milczał.
- Albusie? – spytał z niepokojem Tom.
- Obawiam się, że gdy mówiłem o długim czasie, miałem na myśli... bardzo długi czas.
- Dlaczego o niczym nie mogę wiedzieć? – warknął Riddle. – O czym ty mówisz? Jak długo? Rok? Dwa? Pięć?
- Pięćdziesiąt.
- Nie żartuj sobie – wycedził. – Jeszcze są listy...
- Posłuchaj, mój brat nie przepada za tobą.
- O co tu chodzi? Przestań-
- Porozmawiamy o tym niedługo. Mam dla ciebie dobre wieści – Dumbledore uśmiechnął się radośnie do ponurej twarzy Riddle'a. – Znalazłem zaklęcie, które może ci pomóc.
Cień radości przemknął przez oczy Toma. Młody mężczyzna zbladł i zacisnął ręce na blacie.
- Albusie, to nie jest zabawne...
- Mówię poważnie. Dlatego wyjeżdżam na dwa dni – starzec spojrzał na przyjaciela z łagodnym współczuciem. – Chcę, żebyś pamiętał kim jesteś, Tom. Boję się, że jutrzejszy dzień może być dla ciebie trudny.
- Nie chcę wiedzieć skąd. Powiedz mi tylko jedno. Czy jutro Voldemort znów uderzy? – spytał cicho Riddle.
Dumbledore wiedział, jak bardzo Tom boi się spotkań z Czarnym Panem. Na ostatnim ucierpiał też Harrison. Albusa przerażała myśl, że musi zostawić go z Tomem, wiedząc, że Voldemort zaatakuje. Ale Dumbledore z przyszłości nakazał mu nie odwoływać wyjazdu. Wierzył, że Harry sobie poradzi.
- Tak.
Szaty łopotały na wietrze. Riddle miał w głowie mętlik. Jego mentor go zostawia, wiedząc co jutro się stanie. Czy zaklęcie jest tego warte?
- Wszystko będzie dobrze, mój chłopcze – zapewnił Albus, patrząc na młodego nauczyciela obrony.
- Nie poradzę sobie bez ciebie – wyszeptał Tom, nie ukrywając przerażenia w głosie.
- Pamiętaj, że nie jesteś Lordem Voldemortem – przypomniał Dumbledore.
- Może czas przypomnieć mu, że on nie jest Tomem Riddle'm, bo zdaje mi się, że o tym zapomniał – wycedził mężczyzna.
Dumbledore roześmiał się lekko.
- Do zobaczenia za dwa dni – pożegnał się Albus i zrobił ruch, jakby chciał przytulić przyjaciela, ale ten odskoczył ku rozbawieniu starca.
Rozmawiał ze ślizgonami do północy. Zrobili małą imprezę z okazji wygranej meczu i wznieśli toast za zdrowie Harry'ego (a potem za śmierć Riddle'a; za smoczą ospę; za zdrowie skrzatów; za zdrowie osoby, która wynalazła alkohol... lista była nieskończona). W końcu padli nieprzytomni na łóżka.
Obudziła go paląca blizna. Zdezorientowany Harry rozejrzał się po pokoju, ale nadał był w tym czasie. Więc dlaczego...
Strach chwycił za serce Harry'ego.
Riddle.
Dumbledore powiedział, że wyjeżdża. Nie przyjdzie Harry'emu na ratunek, a jego matka nie odda za niego życia, nie było tu Syriusza ani Zakonu Feniksa, który mógłby pojawić się w ramach pomocy. Z drugiej strony nie mógł zignorować blizny ani prawdopodobnie szalejącego Voldemorta po zamku. Miał przeczucie, że coś złego się działo. Jakby wiedział, że musi pójść i odnaleźć Riddle'a, że mężczyzna jest w niebezpieczeństwie.
Na palcach podszedł do swojego kufra i wyjął pelerynę niewidkę. Miał wrażenie, że serce zaraz wyrwie mu się z klatki piersiowej.
Już po wyjściu z lochów wyczuł wir magii, który przyciągał go do miejsca, w którym znajdował się Voldemort. Nie mógł się oprzeć i nawet gdyby chciał, nie potrafiłby nie otworzyć drzwi do gabinetu Riddle'a. A co tam zobaczył, zaparło mu dech w piersiach, jednocześnie piękne i przerażające.
Voldemort stał na środku pokoju, a wokół niego wirowały książki, kartki papieru i nawet meble. Mężczyzna skąpany był w bladym świetle księżyca, przez co jego oczy błyszczały czerwienią jeszcze wyraźniej. Za nim błysnęła błyskawica, a może Harry'emu tylko się wydawało, ale z trudem powstrzymał krzyk. Czarne włosy rozwiał mu wiatr wpadający przez okno i Harry'emu skojarzyły się to z krukami opadającymi na przystojną twarz Riddle'a, teraz wykrzywioną przez chorą radość szaleńca.
- Kto tu jest? – wycedził mężczyzna.
- Harrison Dumbledore – warknął Harry, zamykając za sobą drzwi.
- Przyszedłeś do mnie – roześmiał się zimno Voldemort i oh, jak odmienny był to śmiech od dobrze znanego mu śmiechu Riddle'a. – To bardzo dobrze, oszczędziłeś mi szukania.
Nie dał Harry'emu odpowiedzieć i rzucił pięć zaklęć, jednym prawie trafiając chłopaka, mimo tego, że ten nadal miał na sobie pelerynę.
- Najpierw musisz mnie trafić! – zadrwił Harry.
- Accio Harrison Dumbledore – syknął Voldemort ze złością, ale nic się nie stało. – Accio Harrison Dumbledore!
- Coś nie działa? – roześmiał się chłopak i dobrze wiedział, że igra z ogniem, ale skoro ma już umrzeć to z honorem.
I wtedy dosłownie z ciała Riddle'a wystrzeliło z tuzin klątw, każda w inną stronę. Jedna z nich trafiła Harry'ego, który krzyknął z bólu, gdy poczuł, że na jego brzuchu pojawiło się głębokie rozcięcie. Peleryna zsunęła mu się z ramion.
Zobaczył buty Riddle'a, a potem znów ból, gdy mężczyzna kopnął go w nos.
Na to mogłem nawet zasłużyć...
- Nie jesteś już taki pewny siebie, co? – zadrwił zimno Voldemort.
- Ciekawe, czy ty byś był, gdyby jakiś pieprzony czarnoksiężnik stał nad tobą z zamiarem torturowania cię, a potem w końcu uśmiercenia.
Kolejne uderzenie.
- Nie wygrasz – wymamrotał Harry. – Riddle jest potężniejszy i w końcu...
- Riddle nic nie może – uciął Voldemort. – A nawet jeśli – okropny uśmiech wykrzywił twarz mężczyzny – myślisz, że mu na tobie zależy? Nabrałeś się na jego słodkie słowa? Riddle jest mną.
Harry pokręcił głową, krztusząc się łzami i krwią. Nie był w stanie się skupić, by złożyć porządne zdanie. Cały jego świat ograniczył się do bólu i cierpienia. Czy się wykrwawiał? Rana na brzuchu pulsowała, jakby ktoś włożył do niej rozpalony węgiel, który powoli zjadał go od środka. Zapalał po kolei wnętrzności, nerki; wątrobę; trzustkę; w końcu serce. Nie mógł oddychać i był pewien, że ma złamane co najmniej dwie pary żeber.
- Nie ciekawi cię, jak naprawdę mam na imię? Dlaczego nie mogłeś przywołać mnie zaklęciem? Kim jestem? – wychrypiał w końcu.
- Nikim – roześmiał się Voldemort i ku przerażeniu Harry'ego naprawdę miał to na myśli. – Do widzenia, nieznajomy.
Czy Ron i Hermiona będą o nim pamiętali?
- Avada...
Czy w 1980 roku urodzi się Harry Potter?
Voldemort ukląkł i spojrzał z sadystyczną radością w oczy chłopaka. Był tak bezbronny i przerażony. Uniósł różdżkę, z której zaczynało się jarzyć zielone światło.
W tym momencie Harry zastanawiał się, czy gdyby zamknął mu usta pocałunkiem, nie zginąłby. Wtedy Voldemort nie mógłby dokończyć zaklęcia...
I tak zrobił.
Voldemort... Riddle... Mężczyzna nie oddał pocałunku, ale obniżył różdżkę i zamknął oczy. Harry przygniótł go swoim ciałem i razem upadli na ziemię. Wyrwał nauczycielowi różdżkę z dłoni i przerwał pocałunek.
- Avada Ke-
- Stopstopstopstopstop – wyjęczał Riddle.
Harry zamarł.
- Mówi to Voldemort czy Tom pieprzony Riddle? – warknął chłopak, nadal przytrzymując różdżkę przy szyi mężczyzny.
- Przypominam ci, że nadal jestem twoim nauczycielem i wolałbym, żebyś przy mnie nie przeklinał nawet jeś-
Nie słuchając, co dalej Riddle miał do powiedzenia, Harry uderzył go jak najmocniej z dłoni.
- Chyba na to zasłużyłem – wymamrotał w końcu mężczyzna.
Harry spróbował zejść z Riddle'a, ale poczuł że zaczyna mu się kręcić w głowie i zobaczył przed oczami gwiazdy. Nauczyciel chyba to zauważył, bo usiadł okrakiem, przez co Harry wylądował na podłodze pomiędzy jego nogami.
- To może trochę boleć – ostrzegł Riddle.
Delikatnie dotknął rany Harry'ego, który zgiął się w pół i syknął z bólu przez zaciśnięte zęby.
- Możesz krzyczeć, podobno to pomaga – poradził Tom, ale Harry tylko pokręcił głową, czując, że łzy spływają mu po policzkach. – Lepiej się połóż.
Pomógł Harry'emu ułożyć się na plecach, który teraz miał nogi przełożone przez biodra Toma, w tej pozycji praktycznie dotykając się kroczami. W innej sytuacji byłby zażenowany, jednak kłująca rana w brzuchu skutecznie odbierała mu zdolność myślenia. Riddle zaczął mamrotać zaklęcia, ale ból ani trochę nie zelżał.
- Więcej nie zdziałam – przyznał w końcu Tom, wyglądając na zmęczonego.
Mężczyzna otarł pot z czoła.
Harry spojrzał na swój brzuch, doszukując się jakiejś rany, ale znalazł tylko długą bliznę, pulsującą tępym bólem.
- Powiedziałbym dziękuję, ale ci się nie należy – warknął w końcu.
Na twarzy Toma wymalowały się szczere wyrzuty sumienia.
- Nie powinieneś tu przychodzić... – wymamrotał.
- I zostawić Hogwart na pastwę Voldemorta? Zresztą on sam przyznał, że miał zamiar mnie poszukać. Takie szczęście Harrisona Dumbledore'a. Czarnoksiężnicy mnie uwielbiają – Harry nie mógł przestać mówić, w przerwach śmiejąc się histerycznie.
- Dziękuję.
Zapadła cisza. Harry podkulił nogi i usiadł, patrząc prosto w ciemne oczy Riddle'a.
- Czy wiesz, co robisz, gdy Voldemort tobą kieruje? – spytał cicho.
- Nie. Słyszę strzępki rozmów, czasem migają mi obrazy przed oczami, ale wszystkie są czerwone. Oprócz tego po prostu czuję, jakbym leżał na podłodze i wił się w agonii, powoli tracąc wzrok i słuch – przyznał Tom, wypowiadając wszystko monotonnym, prawie znudzonym tonem.
Harry był zmęczony. Całe jego ciało wyło z bólu, oczy same się zamykały. Prawie bezwładnie oparł głowę na ramieniu Riddle'a, wdychając znajomy zapach mężczyzny.
Tom zesztywniał, czując ciężar Harrisona. Miał ochotę strząsnąć go z siebie, uciec do komnat i zasnąć, ale nie mógł. Nie po tym, co chłopak dla niego zrobił. Dlatego przełknął ślinę i zmusił się, by znieść prawie palący dotyk Harrisona. Zamknął oczy, próbując uspokoić oddech.
- Dlaczego nagle twoje serce zaczęło bić dwa razy szybciej? – wymamrotał Harry.
- Sam już kiedyś powiedziałeś, że nie lubię kontaktów fizycznych – przypomniał Riddle, licząc, że chłopak teraz go puści.
Harry w końcu podniósł głowę.
- Dlaczego?
- Coś masz dziś dużo pytań – zauważył Tom. – Pytanie za pytanie.
- Jasne – sarknął Harry. – To nie ja próbowałem cię zabić.
- Niskie zagranie – warknął Riddle, ale po chwili westchnął ciężko. – Mugolski sierociniec nie jest do końca odpowiednim miejscem dla dobrze wyglądającego, samotnego dziecka, które w dodatku jest jakimś dziwadłem. Niektórzy zapragnęli mnie mieć dla siebie jako... zabawkę.
- Słucham? – wyjąkał Harry, czując, że się czerwieni.
- Czy mam ci przeliterować? – wycedził mężczyzna. – Duzi chłopcy...
- Nie! Zrozumiałem.
Riddle rzucił mu zirytowane spojrzenie.
- Dobranoc – przerwał ciszę Tom i chyba próbował się podnieść, ale upadł z hukiem na kolana.
- Mam nadzieję, że cię bolało.
- Dzięki.
Harry westchnął i rozejrzał się po pokoju. W kącie leżał przewrócony fotel. Sięgnął po różdżkę Riddle'a, przywołując do siebie mebel, ale ponieważ robił to w ciemnościach, nie wiedział, gdzie dokładnie go posłać. Fotel wleciał na plecy Toma, który jęknął z bólu i schował głowę w ramionach, podczas gdy mebel spokojnie przelewitował nad mężczyzną i opadł na podłogę koło Harry'ego.
- Um... nic ci nie jest?
- Na to też chyba zasłużyłem – wymamrotał Riddle.
Tymczasem Harry cudem wdrapał się na fotel i przełożył nogi przez poręcz, głowę wtulając w oparcie po drugiej stronie.
- W tym stanie nie dojdziesz do łóżka, a chyba nie zaśniesz na podłodze – zauważył Harry niepewnie.
- Więc co proponujesz? – warknął zgryźliwie mężczyzna. – Czy tylko stwierdzasz fakt?
- Ten fotel jest duży.
- Niewystarczająco – roześmiał się krótko Riddle, co przypomniało Harry'emu o zimnym śmiechu Voldemorta.
- Jak chcesz – Harry wzruszył lekceważąco ramionami.
Po chwili Riddle jęknął z frustracji i usiadł na brzegu fotela.
- Zrób miejsce – rozkazał.
- Poproś.
- Harrison, nie mam czasu...
- To nie.
- Proszę.
- Dziękuję – Harry wyszczerzył się i usiadł, pozwalając by Riddle także opadł na oparcie.
- Zęby masz całe w krwi.
- Co ty nie powiesz.
Tom pozwolił, by Harry położył głowę na jego ramieniu, z ulgą stwierdzając, że nie ma odruchów wymiotnych. Powoli zaczął się odprężać. Uspokajał go miarowy oddech chłopaka.
- Śpisz? – spytał cicho, ale nie dostał odpowiedzi.
Nie chciało mu się spać. Był zmęczony, tak, ale minie kolejna godzina lub dwie, zanim pozwoli, by pochłonęła go ciemność. Mechanicznie gładził ciemne włosy Harrisona, teraz zlepione potem i krwią.
Czy znów będzie musiał rzucić Oblivate na chłopaka? Ile razy jeszcze skrzywdzi Harrisona? Kiedy w końcu kogoś zabije?
Bez zastanowienia pochylił się i pocałował delikatnie czoło czarnowłosego. Ustami wyczuł, że dotknął tajemniczej blizny chłopaka. Przez ciało przeszedł go dreszcz, jakby magia Harrisona rozpoznała w nim kogoś znajomego. Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Kim jesteś? – spytał cicho.
Harrison tylko zadrżał.
Obudził go ból. Zanim jeszcze otworzył oczy, wspomnienia napłynęły jak tsunami, zalewając jego zmęczony umysł. Jęknął i przewrócił się z pleców na bok. Blizna na brzuchu paliła go żywym ogniem.
- Tom? – wymamrotał, szukając ręką mężczyzny.
Pewnie przeniósł mnie w końcu na łóżko.
- Harry? Obudziłeś się? – usłyszał znajomy głos Rona. – Hermiono, zawołaj Dumbledore'a! Wszystko będzie w porządku, stary, wyjdziesz z tego.
to nie jest koniec opowiadania. kolejny rozdział mam już napisany, więc spokojnie ;)
Wasze komentarze bardzo zachęcają mnie do dalszego pisania i za to chcę podziękować. jeszcze nigdy nie napisałam opowiadania, które miało więcej niż pięć rozdziałów, więc 1947 jest dla mnie wyjątkowe i z pewnością nie mam zamiaru go opuścić. każdy komentarz jest dla mnie ważny, bo ja potrzebuję tylko wiedzieć, że ktoś to czyta :)
Sakk - Twoje komentarze są jedne z moich ulubionych, zawsze po przeczytaniu ich mam głupi uśmiech na twarzy.
do zobaczenia niedługo.
