XI

Ron biegał wokół niego i wrzeszczał „wszystko będzie dobrze" i „stary, nie umieraj", podczas gdy Hermiona wypadła ze Skrzydła Szpitalnego, nawołując Dumbledore'a. Nikt nie słuchał Harry'ego, który twierdził, że czuje się całkiem dobrze. Oprócz blizny na brzuchu i migreny, nie pomyślałby, że jeszcze wczoraj wieczorem młody Lord Voldemort chciał go zabić.

Ah, czy wspomniałem, że wydarzyło się to pięćdziesiąt lat temu? Nie? To normalne, mój dyrektor lubi stawiać mnie w nietypowych sytuacjach.

- Harry, jak się czujesz? – usłyszał za sobą głos znajomy Dumbledore'a.

- Nienawidzę pana – odpowiedział sucho, ale na tyle cicho, by jego przyjaciele nic nie usłyszeli.

- Rozumiem. Czy możemy przejść do mojego gabinetu? Jestem winien ci chociaż wyjaśnienie-

- Oczywiście powie mi pan tylko tyle, ile pan uzna za właściwie. Nieciekawe fakty zostaną ukryte. Dla mojego dobra – wycedził Harry.

- Jeśli będzie to konieczne, pozwolę byś wszedł do mojego umysłu i sam sprawdził, czy powiedziałem wszystko.

- Profesorze? Czy z Harrym wszystko w porządku? – spytała zmartwiona Hermiona, zaglądając dyrektorowi przez ramię.

- Czuję się dobrze – odpowiedział szybko Harry, niepewnie wstając z łóżka i spoglądając na starą, siwą twarz Dumbledore'a. – Dyrektor chce ze mną pomówić na osobności, ale gdy tylko skończymy, zajrzę do was.

Hermiona wymieniła z Ronem szybkie spojrzenia, jakby nie byli pewni, czy Harry jest w pełni sił umysłowych.

- Harry, byłeś w śpiączce przez dwa dni! – wykrzyknął w końcu Ron.

Dwa? Przez dwa dni przeżyłem prawie pół roku w 1947 roku, omal nie zginąłem ponad trzy razy, dwa razy całowałem się z Lordem Voldemortem i zrobiłem z niego bałwana. Dosłownie. Rzucałem w niego śnieżkami. Nic takiego.

- Zapewniam, że z Harrym będzie w porządku – uśmiechnął się Dumbledore. – Chcę tylko wyjaśnić mu, co się stało i jestem pewien, że zaraz potem wszystkiego się dowiecie.

Jego przyjaciele przytaknęli, ale chyba czuli, że wcale nie będzie w porządku, bo rzucali Harry'emu zatroskane spojrzenia.

Ze zdumieniem zauważył, że ma na sobie koszulę i pelerynę Riddle'a. Pewnie Tom nie mógł spać i był tak znudzony, że postanowił go przebrać. Ciekawe, co musiał poczuć, gdy następnego ranka Harrison zniknął i nigdy już nie wrócił.

W milczeniu pokonał z dyrektorem dystans oddzielający szpital od gabinetu Dumbledore'a. Od ostatniego razu, po którym Harry zdemolował pokój profesora, ubyło parę przedmiotów, ale chłopak nie czuł żadnych wyrzutów sumienia. Usiadł na krześle na przeciwko Dumbledore'a, ale nie odezwał się ani słowem. Wysłucha, co starzec ma do powiedzenia i wyjdzie.

A przynajmniej taki był plan.

- Mój chłopcze.

- Nie życzę sobie, by mnie pan tak nazywał – przerwał chłodno Harry.

- Chciałbym żywić nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz – odpowiedział cicho profesor.

- Nadzieja umiera ostatnia – zadrwił. – Z całym szacunkiem dyrektorze, ale chcę wyjść stąd jak najszybciej, więc proszę o sprężenie się i oszczędzenie mi sentymentalnych bajeczek. Mimo wszystko jestem trochę zmęczony. Wie pan, Lord Voldemort próbował mnie zabić. Nie żeby to była jakaś nowość, ale tym razem pan to zaplanował. Bardzo sprytne. Niech Harry odwali brudną robotę.

- Żałuję, że Albus, którym kiedyś byłem, nie powiedział ci całej prawdy – wyszeptał mężczyzna, na jego twarz malował się szczery ból.

- Jak to pięknie brzmi – roześmiał się Harry. – Albus, którym kiedyś byłem. Lord Voldemort, którym kiedyś byłem. Zabiłem tylko parę milionów, ale to był dawny ja. Czy dostanę drugą szansę?

Zapadła cisza.

Harry, którym kiedyś byłem pewnie poczułby się niekomfortowo. Ale teraz jest nowy Harry! HA HA HA! Jestem złym ślizgonem! Umierajcie!

Nawet w moim umyśle brzmi to żałośnie.

- Zanim cofnąłeś się w czasie, popełniłem błąd – przyznał Dumbledore, powoli dobierając słowa. – Powiedziałem Tomowi o moim znalezisku; zaklęciu, które mogło zabić Voldemorta. Jednak żeby je zdobyć, musiałem wyjechać na parę dni i sprawdzić, czy jest bezpieczne. Nie spodziewałem się, że Voldemort będzie świadom mojej nieobecności i tego, jakie stwarzam zagrożenie.

- Rozumiem – przerwał Harry ze złością. – Voldemort wykorzystał okazję, przejął ciało Riddle'a i ponieważ pana tam nie było, Lord odniósł zwycięstwo. I dlatego musiał pan wysłać mnie, ze wszystkich ludzi, by naprawić pana pieprzony błąd!

- Harry, to nie była dla mnie łatwa decyzja.

- Myślałem, że po tylu latach manipulacji, zdążył się pan przyzwyczaić – sarknął chłopak, coraz bardziej wściekły.

- Musisz zrozumieć, że Tom Riddle był moim przyjacielem. Nie potrafiłem-

- Ale potrafił pan wysłać piętnastolatka do przeszłości, pozwalając mu, by ponosił odpowiedzialność za pana błędy? Czy wie pan, przez co przechodziłem, gdy ślizgoni przedstawili swoje imiona? Co czułem, gdy Riddle chodził po klasie i uczył mnie pieprzonej obrony przed czarną magią? Miałem uratować przyszłego mordercę moich rodziców!

- Myślałem, że o tym rozmawialiśmy. Harry, Tom Riddle nie jest...

- ...Lordem Voldemortem. Tylko jakoś tak przypadkiem jego różdżka i jego ręka zostawiła mi to – Harry podciągnął koszulę i pokazał zaczerwienioną bliznę, która ciągnęła się od lewego sutka do prawego biodra.

- Tak bardzo cię przepraszam – wyszeptał Dumbledore.

- Ale nie cofnąłby pan swoich czynów, prawda? – spytał zimno.

- Harry, uczyniłeś tyle dobrego.

Chłopak tylko roześmiał się krótko.

- Nadal nie mam rodziców. Syriusz nie żyje. Setki niewinnych ludzi zamordowanych. Może pan powtórzyć?

- Ale Tom Riddle żyje.

- Słucham? – spytał głucho Harry.

- Po twoim nagłym zniknięciu zastałem Toma w rozsypce. Był pewien, że przeraziłeś się i uciekłeś.

- Co pan mu powiedział?

Na twarzy Dumbledore'a wymalowało się współczucie.

- Harry...

- Co. Pan. Mu. Powiedział?

- Nic.

Zapadła krótka cisza, po której Harry zerwał się z fotela i ruszył ku wyjściu.

- Musisz mnie wysłuchać...

- Nie! – uciął Harry ze złością. – Pozwolił mu pan myśleć, że go znienawidziłem! Dlaczego? Bo tak było łatwiej? Nie miał pan prawa! Co, spełniłem swoją pieprzoną misję i mam wracać do domu? Harry i tak ma namieszane w głowie, co za różnica, ile razy jeszcze będzie musiał układać wszystko od początku!

- Harry! – oczy Dumbledore'a niebezpiecznie błysnęły, ale chłopak nawet nie zwrócił uwagi.

- Co?

- Uratowałeś życie...

- Tak? Voldemort nie istnieje? Tom Riddle żyje w domu spokojnej starości? TO DLACZEGO NADAL MAM NA CZOLE BLIZNĘ?

- Harry, proszę, usiądź i uspokój się. Po tym, co zrobiłem, nie wymagam twojego szacunku, ale to ważne, żebyś wysłuchał opowieści do końca.

Z ociąganiem usiadł z powrotem na krzesło, rzucając nauczycielowi nieprzychylne spojrzenia.

- Zaklęcie, które znalazłem po części podziałało...

- Oh, tylko po części? Może wrócę się w czasie i to naprawię? – prychnął Harry, ale Dumbledore go zignorował.

- Tom Riddle został oddzielony od Lorda Voldemorta, ale zaklęcie go nie zabiło. Dlatego Voldemort musiał szybko znaleźć nowe ciało, zanim jego duch zostałby zapomniany na zawsze, a on musiałby błąkać się po świecie w tej postaci już na wieki.

- Czyli stało się to samo, gdy spotkał mnie i próbował zabić – zauważył Harry, na chwilę zapominając o wściekłości.

- Tak – przytaknął Dumbledore i wahał się przez chwilę, jednak wystarczająco długo, by chłopak to zauważył.

- Kogo opętał?

- Przykro mi...

- Kogo?

- To był Wilkes Nott.

No tak. Tego mógł się spodziewać. Chłopak, ba, ślizgon, który okazywał mu najwięcej sympatii, opętany przez Lorda Voldemorta. Gdyby nie Harry, miałby normalne życie, syna śmierciożercę i nudną pracę.

- Świetnie – wycedził w końcu. – Coś jeszcze?

- Czy nie ciekawi cię, co się stało z...

- Jedno pytanie. Co się zmieniło? Oprócz tego, że Nott stał się psychopatą, a Riddle mógł dalej wieść swoje beznadziejne życie, nie potrafiąc uśmiechnąć się jak normalny człowiek. Wie pan, co jest najgorsze? Nie mogę o niczym zadecydować. Nagle ma pan świetny plan cofnięcia mnie w przeszłość? Proszę bardzo! Dodatkowe lekcje, polegające na wchodzeniu do mojego umysłu z nauczycielem, który mnie nienawidzi? Nie ma sprawy!

- Harry, zrobiłem to z myślą o tobie! Byłem pewny, że to zaklęcie zabije Voldemorta! Pomyśl tylko, jak wtedy wyglądałoby twoje życie i...

- Ale się nie udało! Kolejny błąd starego człowieka? – zadrwił Harry.

- Nikt nie jest nieomylny.

- Jednak jak na podobno tak niesamowicie mądrego czarodzieja, udało się panu zepsuć wszystko w moim życiu! Jak śmiał pan poświęcić Notta dla Riddle'a?

- Odniosłem wrażenie, że polubiłeś Toma – zauważył cicho Dumbledore.

- Nie w tym rzecz – roześmiał się zimno Harry. – Pan nadal nie rozumie. Chodzi o to, że nie jest pan pieprzonym Bogiem. Nie może pan bawić się w decydowanie, kto przeżyje, a kto nie. Nie może pan tak po prostu zmieniać przeszłość!

- Harry, powtarzam, nie wiedziałem, że Voldemort nie zginie...

- Świetnie – warknął chłopak. – Czy to wszystko? Ciało Notta zostało przejęte przez Voldemorta, które tak czy tak zniszczyłem w 1981 roku, wszyscy uśmierceni nadal nie żyją, Riddle ma około, plus minus, siedemdziesiąt lat, ogólnie nic się nie zmieniło.

- Nie powiedziałem ci o jednej bardzo ważnej i pozytywnej wiadomości – zaczął Dumbledore, a w jego oczach zapłonęły radosne iskierki. – Otóż, w dawnej przeszłości Lord Voldemort stworzył sześć Horkruksów. Do powstania Horkruksa potrzeba niesamowicie złej i potężnej magii. Jest to obiekt, w którym przechowuje się kawałek swojej duszy. Dzięki temu czarodziej możne stać się nieśmiertelny. Jednak do tego potrzeba wydarzenia, które rozerwie twą duszę na kawałki i musi być to czyn w najgorszej postaci. Zadanie śmierci niewinnej osobie jest jednym z nich. Dziennik Toma Riddle'a był pierwszym Horkruksem Voldemorta. Razem z Tomem zniszczyliśmy wszystkie sześć. To dzięki nim Voldemort przeżył spotkanie z tobą – tu twarz Dumbledore'a posmutniała. – Niestety Voldemort w ciele Notta musiał stworzyć nowe Horkruksy, ponieważ nie zginął.

Harry milczał przez chwilę, po czym podniósł brwi.

- Czekam na tą dobrą wiadomość.

- Przykro mi, Harry, ale to wszystko, co dla ciebie mam. Na szczęście wiemy, że Voldemort nie stworzył więcej niż jednego nowego Horkruksa. Nawet on nie przekroczyłby siódemki.

- Co to dla niego za różnica? Jedno morderstwo mniej czy więcej? – parsknął Harry.

- Siedem jest uważana za najpotężniejszą magiczną liczbę. Voldemort wierzy w takie... cóż, zabobony – Dumbledore uśmiechnął się lekko.

- Czyli właściwie zakładamy, że nie ma więcej... tych... Horkruksów – upewnił się Harry, walcząc ze śmiechem. – No, to zwycięstwo mamy w kieszeni. Musimy tylko sprawdzić każdy przedmiot, którego Voldemort mógł dotknąć. Jak się sprężymy, nie zajmie nam to wieczności.

- To znaczy też, że panna Weasley nigdy nie była narażona na śmiertelne niebezpieczeństwo – zauważył nauczyciel.

- I rozumiem, że bazyliszek nadal słodko żyje w komnacie?

- Czasem trzeba pozostawić rzeczy, tak jak są.

- Zgadzam się! Na przykład, nie zmieniać przeszłości – warknął zgryźliwie Harry. – Choć trudno zastosować tę zasadę do ogromnego węża, zabijającego samym spojrzeniem, który żyje w rurach budynku, pełnego uczniów.

Dumbledore westchnął.

- Harry, czy nawet trochę nie interesuje cię, co się stało z Tomem? – spytał cicho mężczyzna.

- To jest pana przyjaciel – odpowiedział chłodno Harry i skinął dyrektorowi na pożegnanie. – Do zobaczenia na uczcie. Z ciekawości, który dzisiaj?

- Pierwszy września – wyszeptał starzec, na co gryfon parsknął śmiechem, jednak pozbawionym radości.

Idąc korytarzem, Harry przełykał gorące łzy bezsilności i smutku. Nie miał siły, by przez to przechodzić. Po raz kolejny w szóstej klasie. Jakby nic się nie stało. Nadal wisiała nad nim przepowiednia tej starej, pomylonej wiedźmy. Voldemort nadal chciał go zabić. Malfoy nadal był dupkiem. Snape...

- Ah, Potter, szwendamy się po korytarzu? – zadrwił mężczyzna.

- Jeszcze nie jest czas uczty.

- Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię – warknął Snape.

Harry z westchnieniem podniósł głowę, spoglądając na znienawidzonego nauczyciela. Jedyna pozytywna strona całej sytuacji była taka, że na lekcji zetrze mu z twarzy ten jego złośliwy uśmieszek.

- Profesorze, chciałbym udać się do pokoju wspólnego i, o ile mi się wydaje, nie może mi pan zwrócić uwagi za to, że żyję – odpowiedział Harry znudzonym głosem.

Ku jego zadowoleniu przebłysk zdziwienia pojawił się na twarzy Snape'a.

- Idź – wycedził zirytowany mężczyzna i odszedł.

A włosy Snape'a były nadal tłuste.

Prawie liczył, że idąc korytarzem natknie się na Riddle'a, który zmierzy ku swoim typowym zimnym spojrzeniem i powie coś, na co Harry wybuchnie gniewem. Potem zagoniłby go do biblioteki, mówiąc, że przerwy nie są od odpoczywania, a gdyby Harry spytał się, kiedy w takim razie ma odpocząć, Riddle odpowiedziałby – w grobie.

Oczywiście, że chciał wiedzieć, co się stało z niedoszłym Lordem Voldmortem, ale czy miało to teraz znaczenie? Niewątpliwie Riddle znał sławne nazwisko Harry'ego. Może nawet powiązał jego bliznę z blizną Harrisona? Ale co Tom mógł pomyśleć o swoim dawnym uczniu? Harrison opuścił go, tak jak każdy inny. Harry zrozumiał przez te miesiące, że Riddle był bardzo samotny i choć nie chciał tego przyznać, potrzebował przyjaciela.

Miał Dumbledore'a. Ale jak można nazwać tego starca przyjacielem?

Nie potrafił wyobrazić sobie Riddle'a, walczącego dla jasnej strony. I skoro był taki potężny, dlaczego jeszcze nie pokonał Voldemorta? Co się z nim stało?

Bezwiednie stanął przed portretem Grubej Damy, ale zanim zdążył powiedzieć, że nie zna hasła, dziura stanęła otworem i wyleźli z niej Ron i Hermiona. Jego przyjaciółka przytuliła go mocno do siebie i Harry na chwilę zamknął oczy, rozkoszując się znajomym zapachem dziewczyny. Gdy w końcu go puściła, na jej twarzy wymalowało się zaniepokojenie pomieszane z współczuciem. Ron nie spuszczał wzroku z Harry'ego, jakby chciał się upewnić, że przyjaciel nadal jest przytomny i oddycha.

- Harry, czy Dumbledore wyjaśnił ci, dlaczego byłeś w śpiączce? – spytała w końcu Hermiona, gdy szli korytarzami Hogwartu.

Dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo tęsknił za nimi tęsknił.

- To sprawka Voldemorta – skłamał gładko, nienawidząc się za to, jak łatwo przychodzi mu okłamywanie przyjaciół.

- Wiedziałem – wymamrotał Ron, podczas gdy Hermiona nabrała głośno powietrza i zdzieliła rudego chłopaka w ramię. – Ał!

- Ale Dumbledore już nad tym panuje – zapewnił szybko Harry. – Odnalazł sposób, dzięki któremu Voldemort nie ma już dostępu do mojego umysłu. Musi być straszne zdesperowany, by atakować mnie w czasie snu, nie sądzicie? – zadrwił.

- Harry! – jęknęła Hermiona. – Nie wyobrażasz sobie, jacy przerażeni byliśmy, gdy nie mogliśmy cię obudzić! Szamotałeś się, płakałeś, nagle wybuchałeś śmiechem i tak w kółko! To było straszne.

- Moja matka dostawała bzika – dodał Ron. – Bliźniacy chcieli cię obudzić za pomocą ich nowego gadżetu, który wali ludzi po twarzy, gdy się go mocno ściśnie, ale nie mogli podjeść do ciebie, bo rzucałeś klątwy. Przez sen!

- Przepraszam – wymamrotał Harry ze skruchą, choć był co prawda trochę zirytowany. – Ale czy możemy zmienić temat? Nie chcę myśleć teraz o Voldemorcie. Coś się zmieniło podczas mojej nieobecności?

Oh, oprócz tego, że żadne z was nie wie o komnacie tajemnic, a nazwisko Tom Riddle praktycznie nic wam nie mówi, za to Wilkes Nott jest uważany za Lorda Voldemorta, mimo tego, że był niewinny, dopóki nie zmieniłem przeszłości. Wiecie, że całkiem dobry był z niego przyjaciel?

- Nie... – zaprzeczyła niepewnie Hermiona. – Tylko mnóstwo zamieszania w Zakonie.

- Stary, Sam-Wiesz-Kto atakuje codziennie – skrzywił się Ron. – Knot nie wychodzi z biura. Mugoli jest już o połowę mniej. Prorok Codzienny ledwo nadąża z wiadomościami, a Rita Skeeter jest wniebowzięta.

Czy to możliwe, by było gorzej niż przedtem?

- Ale podobno w tym roku będziemy mieli świetnego nauczyciela obrony – powiedziała Hermiona, wyglądając na zadowoloną.

- Po Umbridge każdy jest świetny – zauważył Harry.

Ich rozmowę przerwały kroki setek stóp i podniecone rozmowy wracających uczniów.

- Już zapomniałam, że Hogwart nie jest zwykle taki cichy – westchnęła zawiedziona Hermiona. – Chodźcie, musimy wmieszać się w tłum. Dumbledore chciał utrzymać wszystko w sekrecie. Powiedział ci o tym, prawda?

- Co? Mm, nie, pewnie zapomniał – wymamrotał Harry, słuchając dziewczyny jednym uchem.

- Cichy Hogwart jest przerażający. Nie wierzę, że spędziliśmy tu cały dzień. Ona ciągle siedziała w bibliotece, uwierzysz? – zrzędził Ron.

- Ronaldzie Weasley! – warknęła.

Udało im się niepostrzeżenie wpleść między uczniów, tak, by uniknąć znajomych twarzy przyjaciół, którzy niewątpliwie zauważyli ich nieobecność w pociągu. Harry szedł bezwiednie za Hermioną, rozglądając się naokoło. W końcu dostrzegł blond włosy należące niewątpliwie do Malfoya, jednak miejsce obok niego nie zajmował Teodor Nott, a Zabini. Harry westchnął ciężko. Nigdy nie rozmawiał z Nottem, ale wiedział, że ten był całkiem blisko z Malfoyem, a jednak nie wyśmiewał się z Harry'ego podczas Turnieju Trójmagicznej. Oczywiście mógł się tego spodziewać, Nott nigdy się nie urodził, ponieważ jego dziadek został opętany przez Lorda Voldemorta.

Nawet nie zauważył, że podszedł do stołu ślizgonów. Zrobił to z przyzwyczajenia i miał zamiar spokojnie odejść, gdy usłyszał za sobą drwiący głos Malfoya. Już zaczynał tęsknić za Abraxasem.

- Zbłądziłeś, Potty?

Harry odwrócił się powoli.

- Przyszedłem tylko sprawdzić, czy i ty nie wylądowałeś w Azkabanie – rzucił lekko. – Kiedy dołączysz do ojca, Malfoy?

Draco wyglądał na prawdziwie zdziwionego.

- O czym ty bredzisz?

- Nie udawaj, że nie wiesz. Twój ojciec śmierciożerca-

- Harry – jęknęła Hermiona, łapiąc go za ramię i odciągając od stołu ślizgonów. – Co ty robisz? – wycedziła.

Zrobiło się zamieszanie. Uczniowie spoglądali to na Draco, to na Harry'ego, który szybko usiadł pomiędzy Ronem a Hermioną. Pierwszacy stali już przy Tiarze Przydziału, a McGonagall rzuciła Harry'emu ostre spojrzenie, po czym zaczęła czytać listę nowych uczniów. Krzesło nauczyciela obrony było puste.

- O co tu chodzi? Od kiedy ojciec Malfoya nie jest śmierciożercą?

- Taa, zawsze sądziłem, że to do niego pasuje, co nie? – zarechotał Ron, na co Hermiona syknęła z oburzenia.

- Harry, sam powiedziałeś, że go nie było wśród śmierciożerców, gdy Sam-Wiesz-Kto powrócił – wyszeptała dziewczyna. – Co cię napadło?

- Chwila – Harry pokręcił głową. – Kto ścigał nas w Ministerstwie?

Ron i Hermiona wymienili zaniepokojone spojrzenia.

- Avery, ojcowie Crabba i Goyla, trafili do Azkabanu, durnie – wymieniał Ron. – Dołohow, Alecto Carrow. Dwójka, której nie znamy, Darkheld...

- Darkheld?

- Nie wydzieraj się – jęknęła Hermiona, gdy uczniowie siedzący koło nich, odwrócili głowy. – Tak. Harry, przecież pisali w gazetach, że jest bardzo blisko z Sam-Wiesz-Kim. To jego prawa ręka.

- Robert Darkheld? – upewnił się.

- Ta – mruknął Ron. – Parszywy typ, rozdawał zabijające i torturujące zaklęcia jak cukierki.

- I to wszystko?

- No... – Hermiona rzuciła Harry'emu współczujące spojrzenie. – Jeszcze Bellatrix. Harry, czy wszystko w porządku? Nie pytaliśmy cię o śmierć Syriusza, ale jeśli chciałbyś porozmawiać...

Harry rzucił przyjaciółce wymuszony uśmiech. Dla niego od śmierci Syriusza minęło pół roku. I tak, tęsknił za nim, a gdy nadarzy się okazja, Bellatrix za to zapłaci. Teraz, po treningu z Riddlem, był przygotowany.

- Nic mi nie jest – rzucił, starając się, by jego głos brzmiał lekceważąco. Nie potrzebował współczucia.

Zanim Hermiona zdążyła coś dodać, na podium wszedł Dumbledore i w Wielkiej Sali zapadła cisza. Harry miał ochotę wyjść, ale przyrzekł sobie samemu, że nie będzie zwracać na siebie uwagi w tym roku.

- Witam was po raz kolejny w zamku Hogwart. Dla tych, co są tu pierwszy raz mam parę słów wstępu, a brzmią one tak: Inteligent! Kujon! Głupek! Niepoprawny! Pierwszorzędny! – rozległy się ciche śmiechy, na co dyrektor uśmiechnął się łagodnie i spojrzał na uczniów zza swoich okularów. – Chciałbym poprosić was o serdeczne powitanie nowego nauczyciela Obrony przed Czarną Magią, Toma Riddle'a.

Harry spodziewał się błyskawic i gromów z nieba, ale zamiast tego usłyszał tylko szepty podniecenia, gdy z cienia wyszedł przystojny, ciemnowłosy mężczyzna. Niespiesznym ruchem ręki odsłonił twarz, a kaptur opadł mu na plecy. Riddle nie zmienił się za bardzo przez te pięćdziesiąt lat, jednak zniknęła jego młodzieńcza uroda. Podczas gdy w 1947 roku wyglądał na mniej więcej w wieku Harry'ego, teraz z jego postawy biła siła i doświadczenie, onieśmielające uczniów. Włosy mężczyzny nadal były kruczoczarne, choć dużo dłuższe i związane w ciasny kucyk. Ciemne oczy zimno omiatały salę, a rysy twarzy Riddle'a stwardniały, nadając mu drapieżnego wyglądu. Uśmiechał się drwiąco, jakby cała zapowiedź była farsą, niegodną jego osoby. Harry mimo woli poczuł, że jego serce przyspiesza i nie mógł powstrzymać napływających wspomnień. Nie potrafił zapomnieć delikatnej ręki mężczyzny, gładzącej jego sklejone potem włosy; namiętnego pocałunku i ust Riddle'a na swoim czole.

- Przystojny, prawda? – wyszeptała zarumieniona Hermiona.

Gdybyś tylko wiedziała, kim on jest.

Poczuł się chory. Nie spoglądając na nikogo, wybiegł z Wielkiej Sali, słysząc za sobą okrzyki zdziwienia i śmiech ślizgonów.

Niech cię piekło pochłonie, Dumbledore.