XV
Harry mógł to przewidzieć. Wiedział, że wlatywanie jeszcze głębiej w Zakazany Las nie przyniesie nic dobrego. Jednak dlaczego miałby założyć, że Śmierciożercy krążą po drugiej stronie lasu? Jasne, to nie jest już terytorium należące do Hogwartu, ale Dumbledore mógł pomyśleć o uczniach, którzy akurat mają przy sobie miotłę i są wściekli, ponieważ pewien mężczyzna, który kiedyś był przyczyną wszystkich ich nieszczęść, teraz wzbudza w nich okropną zazdrość, bo całował się ze swoim przyjacielem, równocześnie znanym jako niesamowicie irytujący wampir i dyrektor powinien założyć dodatkowe zabezpieczenia!
Jednak ponieważ Dumbledore tego nie zrobił, Harry siedział właśnie w zimnej celi, czekając na audiencję u Voldemorta. Nadal nie potrafił przyswoić myśli, że zaraz zginie. Przecież powinien umrzeć już tyle razy, dlaczego miałby teraz?
Jego radosne przemyślenia zostały przerwane przez pojawienie się dwóch Śmierciożerców. Jednym z nich był nie kto inny jak Darkheld.
- Ah, pan Potter! – roześmiał się szyderczo mężczyzna. – Tęskniłeś?
Harry stwierdził, że nie odpowie. Skoro i tak ma umrzeć...
- Crucio.
Nawet nie próbował nie krzyczeć. Zwinął się z bólu, wstrząsany drgawkami, a jego umysł spętało cierpienie.
- Nie lubię, gdy się mnie ignoruje – wycedził Darkheld, przerywając klątwę. – Wstawaj.
Harry próbował się podnieść, ale Robert z nieukrywaną przyjemnością kopnął go w brzuch. Gryfon z jękiem opadł na ziemię.
- Zostaw go, Czarny Pan kazał przyprowadzić chłopaka, a nie bawić się nim – warknął ostro drugi Śmierciożerca.
- Idioto, śmiesz kwestionować moje decyzje?
Brzmi jak szaleniec.
- A dlaczego ty kwestionujesz decyzje Voldemorta? – spytał słabo Harry.
Darkheld zamarł, ale drugi Śmierciożerca roześmiał się szczerze. Złapał gryfona na rękę i pomógł mu wstać.
- Cholera, szkoda, że musisz umrzeć – powiedział.
- Przykro mi – wymamrotał Harry.
Przez chwilę wydawało mu się, że skądś zna te ciemne oczy, które błyszczały czystym szaleństwem, ale zaraz mężczyzna odwrócił wzrok.
Robert obserwował całą scenę z niedowierzaniem, po czym parsknął z irytacją i brutalnie popchnął chłopaka w stronę wyjścia. Harry stwierdził, że musi być w jakimś zamku, bo gdy wyszedł z lochów, jego oczom ukazał się rozległy korytarz, który wiódł do ogromnych drzwi. Ściany były pokryte obrazami, które teraz szeptały do siebie, spoglądając na Harry'ego z nieukrywaną nienawiścią.
- Czyj jest ten zamek?
Darkheld zrobił już ruch jakby chciał uderzyć gryfona, ale drugi Śmierciożerca rzucił mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie i spokojnie odpowiedział:
- Mój.
- Oh. A ty jesteś kto? – spytał głupio Harry, nie potrafiąc dojrzeć twarzy Śmierciożercy, która była dobrze ukryta pod kapturem.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale Harry mógł przysiąc, że usłyszał cichy chichot.
Zanim Harry zdążył zadać kolejne pytanie, które niewątpliwie przekroczyłoby limit cierpliwości Darkhelda, doszli do drzwi, a te otworzyły się natychmiast. Harry'ego zdjęło przerażenie.
- HARRY? – krzyknął Ron.
Hermiona tylko pisnęła ze strachu. Jego przyjaciele wyglądali strasznie, byli cali zakrwawieni i siedzieli w klatce. Harry zacisnął zęby ze złości, próbując się wyrwać, ale Śmierciożerca tylko zacisnął uścisk.
- Nie bądź idiotą – syknął mężczyzna.
- Harry Potter – przeciął powietrze lodowaty głos.
Harry podniósł głowę i spojrzał prosto w czerwone oczy Voldemorta. Jego bliznę przeszył niewyobrażalny ból i chłopak z cichym krzykiem opadł na kolana. Lord uśmiechnął się zimno, co groteskowo wykrzywiło jego wężowatą twarz.
- Czekaliśmy na ciebie – wycedził czarnoksiężnik.
- My? – wymamrotał Harry, czując łzy na policzkach.
Dlaczego to tak bolało?
Blada dłoń dotknęła jego policzka, a Harry wrzasnął, mając wrażenie, że głowa zaraz mu wybuchnie. Jego wzrok był już rozmazany, ale doskonale widział płonące z satysfakcji, szkarłatne oczy wroga.
- Tak, Potter – wyszeptał Voldemort, nachylając się do ucha Harry'ego. – Ja i mój przyjaciel.
Przyjaciel? Nie dość, że muszę cię zabić, to sobie jeszcze znalazłeś pieprzonego przyjaciela? Jesteś Czarnym Panem, nie możesz mieć przyjaciół!
- Puść go. Nie chcemy przecież, żeby stracił rozum, prawda? – zadrwił Tom Riddle.
Voldemort niechętnie zrobił parę kroków w tył, dzięki czemu Harry mógł zobaczyć Riddle'a w pełnej krasie. Jego ciemne oczy błyszczały z zadowolenia, ale oprócz tego w ogóle nie przypominał siebie. Rude włosy sięgały mu zaledwie do szyi i nie był już tak blady, wręcz przeciwnie, jego cera przybrała kolor jasnej kawy. Harry był pewny, że to przebranie, by Ron i Hermiona nie rozpoznali w nim nauczyciela obrony.
Co znaczyło, że mężczyzna nie chciał ich śmierci.
Riddle niespiesznie podszedł do chłopaka i uśmiechnął się okrutnie. Prawie łagodnie, acz stanowczo uderzył Harry'ego w biodro. Harry osunął się na zimną posadzkę, patrząc na Riddle'a z niedowierzaniem.
- Nie.
- Coś nie tak? – spytał niewinnie mężczyzna.
- Nie lubię rudych – wymamrotał Harry, na co Riddle odpowiedział zimnym śmiechem.
- Crucio – syknął.
Przygotowany na ból, chłopak ze zdziwieniem stwierdził, że klątwa przypominała łaskotki.
- Krzycz, ty idioto – wycedził Riddle w wężomowie i Harry spojrzał z obawą na Voldemorta, ale ten wyglądał na nieświadomego słów Toma.
- Nie rozumie nas? Chwila... skąd wiesz, że-
- KRZYCZ – uciął ostro mężczyzna.
Harry zaczął się rzucać i wrzeszczeć, prawie zdzierając sobie gardło. Voldemort nagle podszedł, odsuwając Riddle'a na bok. W tym czasie Harry doszedł do wniosku, że dar wężomowy należał do Toma Riddle'a, a nie Lorda Voldemorta.
Dlaczego wydaje mi się to takie zabawne?
- On jest mój – warknął czarnoksiężnik.
Riddle tylko podniósł brew w odpowiedzi.
- A teraz, Potter... – Voldemort prawie wył z uciechy.
- Chwila, chyba nie zamierzasz mnie zabić? – jęknął Harry, ale patrzył z frustracją na Toma, który pozostał niewzruszony.
- Dlaczego miałbym cię nie zabić? – roześmiał się zimno Lord.
- Ponieważ... Ponieważ... Ponieważ chcę zostać Śmierciożercą! – wykrzyknął w końcu chłopak z radością, po czym zmarszczył brwi, niepewny, czy naprawdę to powiedział.
- Harry! – odezwała się Hermiona.
- Zamilcz, ty brudna szlamo – wycedził Voldemort i rzucił na dziewczynę zaklęcie, które posłało ją na koniec klatki i pozbawiło przytomności. Ron wydał z siebie ryk wściekłości. – Wracając do tematu... – zaczął czarnoksiężnik, nie spuszczając wzroku z Harry'ego. – Myślisz, że naprawdę się na to nabiorę?
- Cholera, czyli jednak nie jesteś aż tak głupi? – warknął Harry przez zaciśnięte zęby.
Riddle syknął i zanim Voldemort zdążył zareagować, stanął pomiędzy nim a Harrym.
- Zejdź mi z drogi, albo zabiję i ciebie – wycedził Lord.
- Nie zapominaj się, Voldemort – powiedział cicho Tom, a jego oczy zabłysły drapieżnie. – Musimy poczekać do końca roku. Nie chcę mieć starca na karku.
- Nie. Ma. Mowy – wysyczał Voldemort ze złością. – Avada Kedavra!
Z łatwością Riddle uniknął zaklęcia, przy okazji posyłając Harry'ego na drugi koniec sali. Harry usłyszał ryk Darkhelda i zobaczył jak Śmierciożerca posyła klątwy w stronę dawnego przyjaciela. Riddle wyglądał na zirytowanego całą sytuacją.
- Odwołaj Roberta albo go zabiję – warknął do Voldemorta, ale ten roześmiał się zimno.
- Lord Voldemort nie przyjmuje od nikogo rozkazów, głupcze!
Riddle już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale musiał stworzyć tarczę wokół siebie, bo kolejne zaklęcie śmignęło mu koło ucha. Mężczyzna ze złością posłał klątwę w Darkhelda, który nie miał nawet szans, by jej uniknąć. Nieprzytomny upadł na podłogę. Drugi Śmierciożerca prawie niezauważalnie wymknął się z pomieszczenia. Harry dostrzegł, że przedtem wymienia spojrzenia z Riddlem.
- To było zabawne, ale teraz czas na poważną rozmowę – rzucił lekko Tom, uśmiechając się z wdziękiem do wściekłego Voldemorta. – Zabieram chłopaka do Hogwartu. Zobaczymy się za pół roku.
- W takim razie od dziś jesteśmy wrogami – wycedził Lord.
Voldemort wydał z siebie wojenny ryk i posłał w stronę Riddle'a pięć klątw, w tym trzy zabijające. Harry wstrzymał oddech, patrząc jak chuda sylwetka Toma unika każdej z nich. Riddle syknął groźnie i odpowiedział atakiem. Kiedy Harry zobaczył pojedynek pomiędzy Dumbledorem a Voldemortem, pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział niczego tak pięknie, a jednocześnie niebezpiecznie wyglądającego i szczerze wierzył, że nic nie przebije tamtego wspomnienia. Teraz, z zapartym tchem obserwując Riddle'a i Voldemorta, mógł spokojnie stwierdzić, że nie było na świecie niczego bardziej fascynującego niż wymiana zaklęć pomiędzy tą dwójką. I choć Voldemort był potężny, nie dorównywał Riddle'owi szybkością i zgrabnością. Ciemnowłosy mężczyzna ruszał się z nieprawdopodobną gracją, sprawiając, że Harry nie mogł oderwać od niego wzroku. W końcu jednak jego oczy zaczęły się męczyć i Harry przerwał swego rodzaju trans, spoglądając na przyjaciół w klatce. Ron leżał przy Hermione, także nieprzytomny. Ogarnęła go niepowstrzymana wściekłość. Chciał podnieść się i podejść do nich, ale magia Riddle'a skutecznie mu to uniemożliwiła. Nagle Harry usłyszał zimny śmiech Voldemorta i podniósł natychmiast głowę, tak szybko, że poczuł ból w szyi, ale nie zadręczał się tym długo. Zmroził go strach, gdy zobaczył Riddle'a, klękającego przed Voldemortem. Mężczyzna nie krwawił, jednak oddychał ciężko, a oczy miał półprzymknięte, twarz wykrzywioną w bólu. Wyglądał, jakby zmagał się z jakimś wielkim, psychicznym cierpieniem. Nad nim górował Lord, jego wężowa twarz wykrzywiona w chorym, radosnym uśmiechu. Harry wstrzymał oddech, czując nagle, że magia Riddle'a go opuszcza i znów może się ruszać.
Jakby wyparowała.
- Jesteś na mojej łasce, Riddle. Jak zawsze, co? – zadrwił zimno Voldemort. – Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie możesz mnie pokonać? Nigdy nie mogłeś. Zawsze byłeś zbyt słaby.
- Ciągle mam nad tobą przewagę, Voldemort – wymamrotał cicho Riddle, pokazując coś czarnoksiężnikowi, czego Harry nie mógł dojrzeć.
Voldemort warknął ze złości.
- I jak powstrzymasz mnie od zabrania ci tego? – spytał szyderczo.
Harry już miał wstać, ale tak nagle jak zniknęła, tak nagle magia Riddle'a się pojawiła, przygwożdżając go do podłogi. Mężczyzna natychmiast zerwał się na równe nogi i odskoczył od zaskoczonego Voldemorta, który jednak nie pozostał w tym stanie zbyt długo. Lord posłał kolejne klątwy w stronę Riddle'a, ale ten był już na to przygotowany i jego tarcza ochronna z łatwością pochłonęła zaklęcia czarnoksiężnika. Riddle złapał Harry'ego mocno za ramię i chyba chciał się aportować, ale gryfon szybko odskoczył do mężczyzny.
- Co ty robisz? – wycedził Riddle, prawą ręką, w której trzymał różdżkę, miotając klątwy w Voldemorta, drugą ręką szukając Harry'ego po omacku.
- Nie ruszam się stąd bez Rona i Hermiony!
Ku przerażeniu Harry'ego Voldemort skupił na nim wzrok, a zaraz potem na jego przyjaciołach. Mężczyzna uśmiechnął się okrutnie, co groteskowo wykrzywiło jego wężowatą twarz.
- Nie! – wrzasnął Harry, próbując wyrwać się z uścisku Riddle'a.
- Zostaw ich – wycedził Tom do Harry'ego, opuszczając różdżkę i odwracając się w stronę gryfona. – Na trzy – ostrzegł.
- Jeśli z nim znikniesz, zabiję ich – warknął Voldemort, a jego kolejne zaklęcie zostało odbite przez tarczę Riddle'a.
- Nigdzie nie idę! – Harry był bliski płaczu, a ból w ramieniu, który powodował mocny uścisk nauczyciela sprawił, że ręka zaczęła mu drętwieć.
- Dwa... – mruknął Riddle, nawet nie spoglądając w stronę Rona i Hermiony.
Ostatnimi siły Harry desperacko pociągnął do przodu i wyrwał się zaskoczonemu Riddle'owi. Nie zważając na zaklęcia śmigające mu tuż koło ucha, rzucił się w stronę nieprzytomnych przyjaciół. Jednak było już za późno. Voldemort roześmiał się zimno i wystrzelił w Hermionę zaklęcie zabijające. Harry z dzikim okrzykiem skoczył do przodu, chcąc zakryć dziewczynę własnym ciałem, ale Riddle pociągnął go w ostatniej chwili i zniknęli. Ostatnie, co Harry zobaczył to zielona smuga światła pędząca w stronę Rona i śmiech, lodowaty śmiech Voldemorta, który jeszcze przez długi czas później pobrzmiewał mu w uszach.
Wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego godzinę później. W korytarzu minął Weasleyów, błyskawicznie znikając im z oczu, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć. Widział łzy na policzkach Ginny i czuł na plecach oskarżające spojrzenie matki Rona. Bliźniacy wyglądali, jakby już nigdy nie mieli się zaśmiać. Za nimi szedł Dumbledore, sprawiając wrażenie jeszcze starszego i zmęczonego niż gdy Harry ostatni raz go widział.
Czy rodzicie Hermiony już wiedzieli?
Mimo beznadziejnej pogody, wyszedł na dwór. Za chwilę miała odbyć się ceremonia ku pamięci Rona i Hermiony. Harry nigdzie się nie wybierał. Riddle na pewno tam będzie, a chłopak nie był pewien, czy powstrzymałby się przed zabiciem mężczyzny. I oh, jak bardzo chciał go zamordować! Prawdopodobnie jeszcze bardziej niż Voldemorta. To wszystko była wina Riddle'a, ale nauczyciel nawet nie starał się udawać pogrążonego w żalu. Zaraz, gdy wrócili do Hogwartu, Tom oddalił się do swoich komnat. Rzucił tylko szybkie „przykro mi". Harry dobrze wiedział, że wcale nie było mu przykro. Riddle był takim samym potworem bez uczuć jak Voldemort.
Nigdy więcej o tym nie zapomnę.
Bezwiednie usiadł pod drzewem, nie zważając na deszcz, który zaczął właśnie padać. Nie przeszkadzało mu zimno ani gorąc, ani ból, ani płacz. Czuł tylko wielką dziurę w swoim sercu, którą na zawsze będzie z sobą nosić, by pamiętać o okrucieństwie życia, o tym, ile stracił, o tym, że nie miał już nikogo.
- Harry, nie chcę widzieć cię tak smutnego – wyszeptała mu do ucha Hermiona.
- Tak bardzo za wami tęsknie – odpowiedział, próbując złapać kosmyk włosów dziewczyny, ale był on jak chmura, uciekał przed jego dotykiem i rozmywał się pod wpływem palców. – Gdzie... gdzie jest Ron?
Twarz Hermiony posmutniała, a ona zrobiła ruch, jakby chciała objąć przyjaciela, ale przypomniała sobie, że nie mogła.
- On... nie chciał... patrzeć na swoją rodzinę.
- Kłamiesz – wymamrotał łagodnie Harry. – Jest na mnie zły, prawda?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale chłopak nie potrzebował potwierdzenia. A może to wszystko było jego winą? Obwiniał Riddle'a, ale to on wpadł w pułapkę Śmierciożerców. Gdyby nie on, jego przyjaciele siedzieliby teraz w pokoju wspólnym i świętowali zwycięstwo.
- Nie powinniście mnie szukać...
- Harry, nie możesz się obwiniać! To była nasza decyzja!
- Hermiono, co ty tu w ogóle robisz? – spytał cicho Harry.
- Gdzie? Przecież ja nie żyję.
Harry zacisnął oczy, czując ciepłe łzy na policzkach. Hermiona jak zwykle miała rację. Jej wcale tu nie było...
- To wszystko twoja wina – szeptała.
- Co powiesz moim rodzicom, Harry? – śmiał się chłodno Ron.
- Nie... nie wiem...
- Mam nadzieję, że zginiesz – mruczała lodowato Hermiona. – Nie jesteś wart życia. Wszyscy giną przez ciebie. Dla ciebie. A ty...
- A ty nawet nie jesteś w stanie go pokonać – kończył cicho Ron. – Pewnie w końcu Dumbledore zabije tego drania. Dlaczego zaprzyjaźniłeś się ze mną w pociągu? Od tamtego czasu same złe rzeczy się przydarzały...
- Proszę... zostawcie mnie – jęczał Harry, trzymając się kurczowo za włosy.
- Prawie zabiłeś nas w pierwszej klasie...
- ...moja siostra umierająca w Komnacie Tajemnic...
- NIE! NIE MOŻESZ TEGO WIEDZIEĆ!
- ...szukanie zbiegłego uciekiniera z Azkabanu...
- ...morderstwo Cedrica... I czyja to wina, co Harry? – drwił Ron.
- Ja nie chciałem... – powtarzał Harry, krztusząc się łzami.
- ...zabiłeś nawet własnego ojca chrzestnego – syczała Hermiona.
Nagle czyjeś mocne dłonie potrząsnęły jego rozdygotanym ciałem i Harry obudził się, zakrywając rękami uszy i mamrocząc coś cicho.
- Harry? – spytał łagodnie wampir.
Chłopak dopiero teraz zarejestrował, że mężczyzna pochyla się nad nim, a srebrne włosy Victora opadają na jego policzki. Macadamian bez słowa usiadł przy gryfonie, delikatnie go obejmując. Harry nie miał siły na sprzeciw.
- Wiem, co czujesz.
- Naprawdę? – spytał cicho Harry, próbując nadać swojemu głosu drwiący ton, ale chyba mu nie wyszło.
- Jestem wampirem. My żyjemy od wieków. Widziałem jak moi przyjaciele rodzą się i umierają. Za każdym razem było coraz ciężej aż w końcu przywykłem do bycia samotnikiem – wyjaśnił cierpliwie Victor.
Harry podniósł głowę i spojrzał w niebieskie, ciepłe oczy wampira.
- Przykro mi – odpowiedział szczerze, na co mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając przednie kły.
- Wiesz, gdy poznałem Toma... Pomyślałem, że może już nigdy nie będę musiał być samotny. Był dla mnie wtedy małym, niecierpliwym bachorem, niewiele starszym od ciebie. Ha – mruknął do siebie Victor. – Nadal jest. On nie wie, jak straszna jest utrata przyjaciela. Kiedy Dumbledore go zdradził, był wściekły i pragnął zemsty. Nigdy nie poznał bólu po prawdziwej stracie.
- To go nie tłumaczy – wysyczał Harry.
- Prawda – przytaknął łagodnie wampir. – I ja nie staram się go bronić. To, jak lekceważąco podszedł do całej sytuacji, doprowadziło do śmierci twoich dwóch najlepszych przyjaciół. Nie proszę cię o wybaczenie ani zapomnienie.
- Więc dlaczego tu jesteś?
Victor uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Chcę cię poprosić, byś nie stracił samego siebie w smutku i żałobie. Musisz żyć dalej. Nieważne jak bardzo nie chcesz, zrób to dla nich. Przybyli po ciebie, bo nie chcieli, żebyś zginął. Nie zmarnuj tego – z tymi słowami mężczyzna podniósł się i odszedł, zostawiając Harry'ego samego.
A przynajmniej tak myślał, dopóki nie zobaczył Riddle'a na horyzoncie. Chłopak z wściekłością zerwał się z trawy i ruszył w kierunku nauczyciela.
Zacznę moje nowe życie od zabicia tego pieprzonego idioty.
- Harry... – zaczął Riddle, ale gryfon nie dał mu dokończyć.
- Avada Kedavra – warknął przez zaciśnięte zęby i choć wiedział, że mężczyzna uniknie klątwy, jaką satysfakcję dało mu wypowiedzenie tych dwóch, krótkich słów!
- Nie chciałbyś naprawdę mnie zabić – roześmiał się sucho Riddle.
- Założymy się? – wycedził Harry.
Mężczyzna przez chwilę rozważał propozycję, po czym wzruszył ramionami.
- Strzelaj w takim razie. Nie ruszę się. Masz do tego prawo – odpowiedział w końcu.
Harry wahał się tylko przez chwilę, zaraz później posyłając w stronę Riddle'a trzy, bardzo bolesne klątwy. Tom chyba instynktownie ominął dwie z nich, ale ostatnia trafiła go prosto w policzek, rozcinając mu skórę aż do mięsa. Mężczyzna zachwiał się i z cichym jękiem opadł na kolana.
- Co za idiota cię tego nauczył? – wymamrotał.
Nie mogąc się powstrzymać, Harry uśmiechnął się. Riddle bardzo dobrze wiedział, że była to jedna z pierwszych klątw, jakie omawiali na ich dodatkowych lekcjach. Harry niechętnie podszedł do Toma, klękając przy nim. Mężczyzna nie spuszczał z niego oczu.
- Przepraszam – wyszeptał Riddle, ale jego twarz pozostała zimna, a ciemne oczy chłodno kalkulowały każdy ruch Harry'ego.
- Przepraszam nie wystarczy.
- To co mam zrobić? – warknął nauczyciel z frustracją.
Harry pokręcił głową, wstając.
- Po prostu... już nigdy więcej nie wchodź mi w drogę – odpowiedział cicho i skierował się w stronę zamku, przełykając łzy.
- Harrison! – zawołał za nim Riddle.
Chłopak zatrzymał się, ale nie odwrócił.
- Bardzo mi na tobie zależy – przyznał cicho mężczyzna.
- Wiem. Dlatego odchodzę.
