Ostrzeżenia: w rozdziale występują tortury.
XVII
Zimny wiatr przyjemnie chłodził jego rozpaloną skórę. Mimo bólu i wycieńczenia, Harry zagłębiał się coraz bardziej w las. Wciągał złamanym nosem rześkie powietrze nocy, rozkoszując się otaczającą go ciemnością. W lesie odnajdywał spokój. Mógł pomyśleć, z dala od czujnych oczu wampirów.
Hexus miał dzisiaj zły dzień. Harry przyzwyczaił się już, że po treningu mężczyzna musiał ochłonąć, a dopiero potem przyjdzie przeprosić. Przeważnie podczas ich lekcji Harry wychodził z sali poobijany, ale tym razem wampir stracił panowanie nad sobą i chłopak musiał dosłownie uciekać z pokoju. Regulus będzie wściekły.
Minęły prawie trzy miesiące i im bliżej było do maja, tym bardziej zły stawał się Hexus. Harry wcale nie chciał wracać do Hogwartu, ale miał zadanie do wykonania. Wampiry nauczyły go już wszystkiego, czego mógł się nauczyć. I choć zostanie jednym z nich było kuszącą myślą, jeszcze przed wyjazdem obiecał Victorowi, że wróci żywy.
Mieszkając z wampirami, praktycznie odizolował się od świata, ale nie pozwolił sobie na zapomnienie powodu, dla którego tu jest. Trenował, by zabić trójkę najpotężniejszych czarodziejów tego wieku. Victor jeszcze nie wiedział o jego planach związanych z Riddlem, ale Harry był gotów poświęcić przyjaźń z wampirem. Po spełnieniu swojej powinności, chłopak chciał wrócić do Hexusa i Regulusa, ponieważ tylko tu czuł się prawdziwie dobrze.
Hogwart nadal przypominał mu o straconych przyjaciołach i nie chciał spędzić w zamku więcej niż miesiąc. W tym czasie zdąży zabić Dumbledore'a, a zaraz potem Voldemorta. Wiedział, że zamordowanie Riddle będzie najtrudniejszym zadaniem. Był pewny swoich umiejętności, w walce w ręcz przewyższał umiejętnościami każdego człowieka, szczególnie Toma, który był ignorantem, gdy przychodziło do sztuk walk. Victor podzielił się z Harrym tą informacją, którą chłopak miał zamiar wykorzystać na swoją korzyść. Większość wampirów nie władała magią, jako że oni sami byli magicznymi stworzeniami; byli stworzeni z magii. Victor był jednym z wyjątków.
Jednak wampiry też miały parę sztuczek, których Harry nie mógł się doczekać, by użyć przeciwko Voldemortowi.
Oprócz tego, nauczył się dostrzegać aury. Każdy czarodziej i magiczne stworzenie ją miało, ale to, jak mocna była, zależało od potęgi danej osoby. Wampiry otaczała ciemna, nieprzyjemna aura o silnym zapachu palącego się ognia. Hexus pachnął też czekoladą, a Regulus świeżo skoszoną trawą. Black roześmiał się, gdy usłyszał, co Harry czuje przy starszym wampirze i powiedział, że to zapach arogancji. Hexus wyglądał jakby miał zaraz skoczyć Regulusowi do gardła.
Jeszcze zanim zobaczył cień nadchodzącej postaci, wyczuł zapach typowy dla wilkołaków. A przynajmniej założył, że jest to ich zapach, Hexus mówił o magicznych stworzeniach i określił wilkołaki jako odór spoconych ciał. Harry uśmiechnął się lekko, czując w powietrzu przyjemną woń męskiego zapachu. Oczywiście, że Hexus przesadzał, w końcu był wampirem, oddanym wrogiem wilkołaków.
Równie dobrze można powiedzieć, że jest sobą i to by wystarczyło.
Zamarł, wyczuwając w zapachu coś znajomego...
- Nie ruszaj się – warknął zachrypniętym głosem wilkołak, ukryty w cieniu i Harry był pewien, że mężczyzna wyciągnął już różdżkę.
Nadal jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że już kiedyś spotkał tego nieznajomego...
- Jestem nieuzbrojony – skłamał Harry, w rękawie ukrywając różdżkę, gotową do natychmiastowego użycia.
- Co tu robisz? – spytał wrogo mężczyzna, nadal nie wychodząc z ciemności.
- Przechadzam się.
- O tej porze?
- Mógłbym spytać się o to samo – wycedził ze złością Harry i gdyby nie to, że był osłabiony, od razu by zaatakował.
Hexus mnie zabije.
- Śmierdzisz wampirami – stwierdził mężczyzna, nie ukrywając obrzydzenia w głosie.
- Cóż, w przeciwieństwie do ciebie, ja nie jestem żadnym magicznym stworzeniem – wytknął złośliwie Harry. – Wilkołaku.
Poczuł, że mężczyzna się spiął i przygotował do obrony, ale Harry pozostał na swoim miejscu, spokojnie spoglądając w stronę cienia, w którym ukrywał się nieznajomy.
W końcu wilkołak zbliżył się, pozwalając, by światło półksiężyca oświetliło jego pokrytą bruzdami twarz. Harry wstrzymał oddech, poznając w mężczyźnie Lupina, ostatnią osobę, którą chciał teraz spotkać. Remus z pewnością nie zauważył podobieństwa pomiędzy chłopakiem stojącym przed nim a Harrym Potterem, z czego gryfon był bardzo zadowolony. Sam Lupin wyglądał gorzej niż ostatnio, schudł i miał cienie pod oczami.
- Nie jesteś wampirem, więc skąd wiesz?
Harry w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Zmarszczył brwi, widząc zaschnięte łzy na policzkach wilkołaka.
- Kogo opłakujesz? – spytał cicho i choć bardzo nie chciał przyznać, dbał o Remusa, pamiętając o tym, że dawny nauczyciel dbał także o niego.
Lupin powtórzył ruch Harry'ego, na co chłopak uśmiechnął się szczerze.
- Jestem w odwiedzinach u mojego przyjaciela, wampira. Uczy mnie przy okazji paru przydatnych rzeczy – odpowiedział lekko, nie spuszczając wzroku z Remusa.
- Ah – mruknął Lupin, bardziej do siebie niż do Harry'ego. – Prawdopodobnie o tym słyszałeś. Harry Potter nie żyje.
Nie mogąc powstrzymać swojej reakcji, Harry syknął cicho. Delikatnie wejrzał w umysł mężczyzny, doszukując się kłamstwa, ale Remus mówił prawdę. Zobaczył Dumbledore'a i Zakon Feniksa, wszyscy opłakujący stratę Złotego Chłopca.
Nisko pogrywasz, stary głupcze.
- Jak? – wycedził Harry.
- Znałeś go? – spytał Lupin, widocznie bardzo zainteresowany zachowaniem nieznajomego chłopaka.
- Nie – Harry roześmiał się zimno. – Miałem tylko nadzieję, że to ja będę tym, który go zabije.
Reakcja wilkołaka była natychmiastowa. Mężczyzna obnażył zęby i warknął głucho, wyciągając przed siebie różdżkę.
- Kim jesteś? Pracujesz dla Sam-Wiesz-Kogo?
- Dla tego głupca? – zadrwił Harry, co trochę zbiło z tropu Lupina. – Dlaczego wy, „jaśni", jesteście tacy pewni, że jedynym zagrożeniem jest Voldemort? Doprawdy, interesujące.
- Więc nie zaprzeczasz tego, że jesteś zły? – warknął Remus, a z jego różdżki posypały się czerwone iskry.
- Nie ma dobra i zła. Jest tylko władza i potęga oraz ci, którzy są zbyt słabi, by do niej dążyć – zacytował śpiewnie Harry.
Nawet w ciemności chłopak zauważył, że oczy Lupina otwierają się szeroko.
- Ale tak, skoro wnosisz taki podział, niech będzie, że jestem zły – odpowiedział lekko. – Przekaż Dumbledore'owi pozdrowienia od Harrisona, jego bratanka – dodał na pożegnanie i zanurzył się w mroku nocy.
Żałosne.
Tak więc Dumbledore chciał, by ludzie myśleli, że Harry Potter nie żyje. Dlaczego? Na pewno sam w to nie wierzył. Czy założył, że Złoty Chłopiec już nie wróci? Starzec niewątpliwie miał jakiś cel. Dyrektor siał panikę. Ludzie potrzebowali wierzyć, że mają szansę wygrać, więc dlaczego Dumbledore osłabił jasną stronę?
Zrozumiał poczynania starca zbyt późno, nie zdążając, by uchylić się przed uderzeniem.
Dumbledore nie kłamał. Harry Potter niedługo będzie martwy.
Tydzień wcześniej.
Uczniowie usuwali się z drogi, czując w powietrzu magię, która wręcz buzowała wokół ich nauczyciela. Zaraz koło niego szedł, a raczej sunął, Victor z równie nieprzeniknioną miną. Riddle zaciskał ręce ze złości, a jego oczy błyszczały niebezpiecznie.
Miał zamiar rozpętać piekło.
Wpadł do gabinetu dyrektora, nie troszcząc się nawet, by zapukać. Dumbledore z pewnością wiedział, że przyjdzie.
- Nie żyje, co? – spytał, śmiejąc się histerycznie.
Jego włosy były w nieładzie, a czarne kosmyki opadały mu na zarumienione policzki. Ciemne oczy wpatrywały się w starca z nieukrywanym obrzydzeniem. U jego boku Victor odsłaniał przednie kły, w połowie ukryty w cieniu.
- Przykro mi... – zaczął Dumbledore, ale wampir warknął ostrzegawczo.
- Jeszcze trzy dni temu Victor dostał od niego list! Nie wmawiaj mi, że Potter nie żyje, ty kłamco – wycedził Riddle.
- Tom...
- Jaki masz w tym cel?
- Tom! – Dumbledore podniósł się z krzesła, nie spuszczając wzroku z dawnego przyjaciela. – Rozumiem, że jest to dla ciebie trudne, ale musisz mnie wysłuchać. Gdy tylko Harry oznajmił mi, że odchodzi, wysłałem za nim jednego z członków Zakonu, by go pilnował. Dzisiaj znalazł Harry'ego, zamarzniętego na kość – dyrektor westchnął ze smutkiem. – Przykro mi. Widocznie wampiry nie okazały się takie wspaniałe, jak myślałeś.
- I jeszcze śmiesz zwalać winę na nas – syknął Victor, a jego oczy pociemniały. – Ty pieprzony starcze, nawet nie masz pojęcia z kim właśnie zadarłeś. Osobiście dopilnuję, by jasna strona przegrała tę bitwę i z radością będę przechadzać się nad twoim martwym ciałem – wampir zniżył głos do lodowatego szeptu, ale Dumbledore nawet nie drgnął.
- Tom, proszę byś dziś spakował swojego... przyjaciela.
- Albusie – zadrwił zimno Riddle, przeczesując ręką długie włosy. – W takim razie musisz poszukać nowego nauczyciela obrony.
Dyrektor zmarszczył brwi, robiąc parę kroków do przodu.
- Tom, nie możesz...
- Tom, Tom, Tom – roześmiał się lodowato Riddle. – Wiesz co to jest, starcze? – spytał, zdejmując zaklęcie i pokazując Dumbledore'owi pierścień na swoim długim palcu.
Po raz pierwszy od długiego czasu Dumbledore zbladł, spuszczając maskę łagodnego zainteresowania i spojrzał na mężczyznę z prawdziwym przerażeniem.
- Myślałem, że się go pozbyłeś – wyszeptał dyrektor.
- A ty się zastanawiałeś przez tyle lat, czym może być siódmy Horkruks Voldemorta i patrz! Od początku roku miałem go na palcu – z sadystyczną satysfakcją i zadowoleniem obserwował, jak na spokojnej twarzy Dumbledore'a odmalowuje się zgroza.
- Dlaczego... Tom, jak mogłeś się do niego przyłączyć?
- Znowu się mylisz – syknął cicho Riddle. – To Voldemort przyłączył się do mnie. Widzisz, gwarantuję mu nieśmiertelność.
- Nie, Tom... Przecież nigdy nie chciałeś... nie byłeś taki jak on – Dumbledore wyglądał na szczerze załamanego, co jeszcze tylko spotęgowało dobry humor Riddle'a.
- Przez te pięćdziesiąt lat moje priorytety się zmieniły – przyznał lekko Tom. – Przede wszystkim ty mnie zmieniłeś. Doprawdy, wspaniały był z ciebie przyjaciel. Zrobienie ze mnie charłaka było bardzo pomysłowe. Szkoda, że nie wyszło, co?
Dumbledore nie odpowiedział, wpatrując się w Riddle'a z przerażeniem, ale mężczyzna dobrze wiedział, że starzec ściska pod biurkiem różdżkę, gotowy do ataku.
- Oh, tak, musiałeś być istotnie niezwykle zdziwiony, gdy przyszedłem do ciebie dwa lata temu i powiedziałem, że przez twoje zaklęcie zostałem charłakiem. Prawie jakbyś tego wszystkiego nie planował – zadrwił Riddle, a Victor zawarczał ponownie, uśmiechając się drapieżnie. – I na pewno się ucieszyłeś, że jednak udało mi się wrócić do dawnej formy, nieprawdaż drogi przyjacielu?
- Proszę, daj mi wyjaśnić...
- Nie potrzebuję twych kłamliwych słów – wycedził Riddle. – Nie mogę cię teraz zabić, to by wzbudziło za dużo podejrzeń – Tom westchnął, prawdziwie zawiedziony, na co Victor zarechotał zimno. – Trudno. Do zobaczenia, przyjacielu.
Po tych słowach odwrócił się na pięcie, ale w ostatniej chwili uchylił się przed zaklęciem Dumbledore'a. Wampir rzucił się na starca, przyciskając dyrektora do ściany i odrzucając jego różdżkę, którą Riddle złapał z łatwością.
- Jak nisko upadłeś – roześmiał się Tom.
- Nie wygrasz – wyszeptał Albus.
- Skoro tak mówisz – Riddle wzruszył lekceważąco ramionami.
- Myślisz, że jesteś taki potężny.
Tom zmrużył oczy, patrząc z satysfakcją na duszącego się dyrektora. Czuł magię starca, napierającą na niego, ale Dumbledore był zbyt słaby.
- Liczę, że gdy się ponownie spotkamy, będę miał szansę zabić cię w godnym pojedynku – warknął w końcu, robiąc parę kroków i powstrzymując swoją magię.
Victor rzucił Dumbledore'owi ostatnie spojrzenie, po czym podążył za przyjacielem, zostawiając dyrektora samego.
Albus westchnął ciężko, masując obolałą szyję. Musiał znaleźć źródło magii Toma i zniszczyć je. Tymczasem miał jeszcze na głowie Harry'ego. Nigdy nie życzył chłopcu śmierci, ale Harry nie pozostawiał mu wyboru, czyż nie? Co mogło być gorsze od martwego Złotego Chłopca?
Złoty Chłopiec po złej stronie.
- Fineusie? – rzucił do obrazu. – Trzeba trochę przyspieszyć plany. Wyślij zabójcę już dzisiaj.
Nie wiedział, gdzie był. Już nie przeszkadzało mu zimno, przyzwyczaił się do tego przebywając z wampirami, ani ciemność, która panowała w pomieszczeniu. Stracił poczucie czasu jakieś parę dni temu i gdy w końcu usłyszał kroki, poczuł przyjemny dreszcz podniecenia. Nudził się niewyobrażalnie. Ze zdziwieniem zauważył, że się nie bał. Został dobrze przygotowany.
Ból przyszedł bez ostrzeżenia. Zwinął się w kulkę, ale zdusił w sobie jęk. Kolejne kopnięcie było jeszcze brutalniejsze. Czyjeś silne ręce podniosły go i przykuły zaklęciem do ściany.
- Kim jesteś? – syknął Harry, szukając wzrokiem swojego oprawcy.
Nikt nie odpowiedział i chłopak już chciał coś dodać, ale zamiast tego musiał użyć wszystkich swoich sił, by nie wrzasnąć. Jeszcze nigdy nie doświadczył takiego bólu, jakby ktoś otworzył go i podpalił od środka. Dopiero wtedy zauważył, że jego brzuch rzeczywiście jest otwarty. Przerażenie chwyciło Harry'ego za gardło i skutecznie powstrzymało krzyk. Palce oprawcy jeździły z prawie delikatnością po okrytych krwią żebrach chłopaka. Harry usłyszał plask, a to, co spadło na podłogę sprawiło, że zwymiotował. Była to jego własna skóra. Oprawca, niewątpliwie mężczyzna, przeklął głośno, ale nie przestał pracować. Mężczyzna niespiesznie pozbywał się kolejnych plastrów skóry, nadal nic nie mówiąc. Ciemność otaczała chłopaka i Harry zadrżał, wrzeszcząc, prawdziwie przerażony i półświadomy, tego co się dzieje wokół niego. Jego świat ograniczył się do bólu. Czuł, że płonie i nic nie mógł na to poradzić. Oprawca nie zatrzymał się tylko na brzuchu, ale przez chwilę nic nie robił, podziwiając swoje dzieło. Z boku mógł doskonale zobaczyć śnieżnobiałe żebra chłopaka, pokryte zaczerwienionym mięsem i krwią. Doszedł już do bioder, które z łatwością oskubał z tłuszczu i mięsa, pozostawiając samą kość.
A chłopak nie przestawał krzyczeć, co jeszcze bardziej go podniecało. Cóż za piękną muzykę z siebie wydawał.
- Szkoda takiego ciała – przyznał, po raz pierwszy zwracając się do swojej ofiary. – Pieprzony Śmierciożerca.
Harry zamarł, słysząc słowa mężczyzny. A więc Dumbledore przysłał po niego kogoś z jasnej strony. Co za ironia, umrze z ręki członka Zakonu. Nie miał już sił, by krzyczeć, a przynajmniej tak myślał, dopóki jego oprawca nie złamał mu po kolei każdego palca. Mężczyzna na chwilę odszedł i Harry już miał nadzieję, że to koniec, ale ból jaki później poczuł, sprawił, że wydał z siebie zwierzęcy wrzask, próbując wyrwać się z kajdan. Jego oprawca przyniósł narzędzie podobne do mugolskiego młotka i uderzył nim z całej siły w pokaleczoną dłoń Harry'ego. Chłopak był pewny, że wszystkie kości miał już potrzaskane i zmiażdżone, ale mężczyzna chyba chciał się upewnić, bo ponowił uderzenie.
- Błagam – wydusił Harry, nie dbał już o dumę, chciał tylko umrzeć.
- To słowo często powtarzały twoje ofiary, co? – syknął mężczyzna.
- Nie – zdołał wymamrotać.
Jednak jego oprawca raczej mu nie uwierzył, bo uderzył narzędziem w drugą dłoń Harry'ego. Chłopak wrzasnął, wyprostowując się, a po chwili opadając bezsilnie. Kręciło mu się w głowie i miał nadzieję, że zaraz zemdleje, ale widocznie mężczyzna musiał rzucić jakieś zaklęcie, które nie pozwalało Harry'emu na pogrążenie się w przyjemnej ciemności. Wstrząsały nim drgawki, a całe jego ciało było spocone, pokryte krwią i brudem. Nawet nie dbał o to, że jest nagi.
- Skoro jest tak ciemno, nie przydadzą ci się już te twoje śliczne oczy, co? – zarechotał mężczyzna.
Fala przerażenia oblała Harry'ego, który mimo obezwładniającego bólu, zaczął się wyrywać z kajdanek, jeszcze bardziej raniąc ręce. Poczuł spocone dłonie na swojej twarzy i syknął z obrzydzenia ku uciesze oprawcy. W jednej ręce mężczyzna trzymał mały, zakrzywiony nóż. Powoli zaczął robić nim kółka wokół lewego oka Harry'ego, pozostawiając po sobie krwawy ślad. Krople gorącej krwi opadły chłopakowi na ciemne rzęsy, sklejając je z sobą. Mężczyzna niespiesznie zaczął zdejmować skórę z okolic oka, a gdy skończył, Harry mógł przysiąc, że jego oprawca napawał się swoim dziełem. Chłopak zobaczył błysk srebrnego noża, teraz okrytego ciemną krwią, który zbliżał się coraz bardziej. Zacisnął powieki, na co mężczyzna roześmiał się głośno.
- Prawie bym zapomniał o wycięciu ci powiek. Dziękuję za przypomnienie – parsknął.
Harry poczuł zimny metal na skórze.
Oh, jak bolało.
Mężczyzna powoli zrobił cięcie.
Proszę, nie.
Krew spłynęła wzdłuż jego policzka.
Zabij mnie.
I nagle pogrążył się w ciemności, tracąc przytomność.
Nie chcę już się obudzić.
Strach i panika przeszyły jego serce, gdy piąty dzień poszukiwań Harry'ego nie przyniósł żadnych rezultatów. Pomysł, by sprawdzić, czy chłopakowi na pewno nic nie jest należał do Victora. Od razu po przekroczeniu murów budynku należącego do wampirów, zostali zaatakowani. Z łatwością by się obronili, ale bitwa została przerwana przez przybycie Hexusa, ich Mistrza. Riddle syknął z obrzydzeniem, sama myśl o tym wampirze go odpychała. Wyczuwał na nim zapach Harry'ego.
A chłopak był jego.
Victor twierdził, że jeszcze nigdy wcześniej Hexus nie był tak wyprowadzony z równowagi. Okazało się, że Potter niedawno zniknął, ale nawet wampiry nie potrafiły go wytropić.
Teraz wracał do umówionego punktu spotkań, by znowu wysłuchać raport o tym, że chłopaka nadal nie ma. Cała sytuacja go frustrowała. Przez te pięćdziesiąt lat tylko raz był bezsilny i było to wtedy, gdy stracił magię. Przysiągł sobie, że już nigdy więcej, a jednak nic nie mógł poradzić na powoli obezwładniające go uczucie przerażenia. Był pewien, że chłopaka porwał ktoś pracujący dla Dumbledore'a. Starzec musiał w końcu zauważyć, że Potter przestał być taki jasny, a Tom dobrze wiedział, że lepszy jest martwy symbol dobra niż nagła zmiana stron. Śmierć chłopaka wzbudzi jeszcze większą nienawiść do Śmierciożerców i Voldemorta. Nagła przemiana Pottera mogłaby spowodować niezrozumienie i panikę.
Wtedy go poczuł. Zamarł, ale zapach chłopaka nadal był bardzo wyraźny. Harry pachniał desperacją, przerażeniem i śmiercią. Chciał natychmiast zerwać się i podążyć za zapachem, ale powstrzymał się. Potrzebował wziąć z sobą wsparcie. Z ciężkim sercem, aportował się do budynku wampirów.
- Victor – wysapał, przeklinając siebie w myślach.
Dlaczego brzmiał tak słabo?
Jego przyjacielowi wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, co chciał przekazać, choć nie mógł znaleźć odpowiednich słów.
Gdy dotarli do kryjówki oprawcy Pottera, zapach chłopaka był coraz niklejszy. Dusząc się z przerażenia, Tom uświadomił sobie, że Harry umiera. Victor chyba musiał zauważyć stan Riddle'a, bo za pomocą ich myślowego połączenia przesłał mu spokój i delikatne słowa pocieszenia. Tom nie mógł zdobyć się na odpowiedź, pozwalając, by magia i wściekłość go opętała.
Kryjówka była jednopokojowym pomieszczeniem pod ziemią. Otwierając przejście, wkroczył w ciemność, szybko, ale bez hałasu przemierzając korytarz. Czuł, że wampiry podążają za nim. Widział doskonale w nocy, więc i teraz nie miał problemów, by zobaczyć co jest na końcu korytarza, a widok ten zmroził mu krew w żyłach.
Mężczyzna, oprawca chłopaka, stał tyłem do Toma, pochylając się nad Harrym. Riddle syknął ze złością, nie mogąc uwierzyć, że tak beznadziejny czarodziej mógł doprowadzić Harry'ego, jego Harry'ego, do takiego stanu. Mężczyzna zdołał tylko się odwrócić, zanim trafiła go klątwa. Tom nie miał zamiaru go zabijać, oh nie. Czuł, że zaklęcie, które nie pozwalało Harry'emu na stracenie przytomności, przestało działać.
Przez buzującą w nim wściekłość, usłyszał cichy krzyk Victora i ryk wściekłości Hexusa. Widocznie zobaczyli już Harry'ego, a raczej to, co z niego zostało. Pod chłopakiem leżały tony skóry, niewątpliwie kiedyś należącej do Pottera. Sam Harry oddychał ciężko, a jego czerwona klatka piersiowa unosiła się, odsłaniając pokryte krwią żebra. Praktycznie każda część ciała Harry'ego była pozbawiona skóry, ale w najgorszym stanie znajdowały się biodra i nogi chłopaka. Przez cienką warstwę mięsa, Tom mógł zobaczyć kości. Wiedział, że jeśli szybko czegoś nie zrobią, Harry może stracić nogi. Podniósł wzrok i podszedł blisko, uwalniając bezwładne ciało chłopaka z kajdanek. Dzięki zaklęciu podtrzymywał go nad ziemią, ale nie musząc dotykać, pewny, że sprawiłby Harry'emu jeszcze więcej bólu. Dopiero teraz zauważył, że wokół lewego oka chłopaka nie było skóry, a na powiece widniało nacięcie. Wydał z siebie syk wściekłości. Drań chciał pozbawić Harry'ego oczu.
- Tom, chodź – powiedział Victor drżącym głosem, delikatnie chwytając przyjaciela za ramię.
- Nie czekajcie na mnie – wycedził lodowato. – Ja zajmę się tym śmieciem – okropny uśmiech wykrzywił jego przystojną twarz.
Wampir posłał mu ostatnie, zaniepokojone spojrzenie i zaczął wycofywać się wraz z resztą grupy. Został tylko Hexus. Mężczyzna miał w oczach błysk prawdziwego szaleństwa, ale Tom nie miał wątpliwości, że on mógł wyglądać jeszcze gorzej.
- Zaczynamy? – spytał cicho wampir, pokazując przednie kły.
Riddle przytaknął, a obłąkańczy uśmiech błądził po jego ustach.
