dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział.


XX

Harrison,

rusz tyłek i przyjeżdżaj. Wiem, że jest trochę po twoich urodzinach, ale nie mogliśmy zrobić przyjęcia dokładnie tej daty, bo ktoś mógłby zacząć coś podejrzewać, czyż nie?

Victor.

I Hexus.

Ostatnie dwa słowa były napisane niezgrabnie, jakby wampir musiał wyrywać Victorowi list, w co Harry był skłonny uwierzyć. Uśmiechnął się lekko, po raz ostatni spoglądając na mugolską wioskę. Nie mógł powiedzieć, że spędził tu szczęśliwe chwile, ale na pewno dużo się nauczył i nawet zaczął dogadywać się z Kaylem. Mężczyzna właśnie sprzedawał konie, bo nie mieli czasu, by przebywać znowu całą drogę do zamku. Harry stwierdził, że na pewno nie będzie tęsknić za jazdą konną.

- Gotowy? – poczuł rękę Kayle'a na ramieniu.

- Nie może mi pan powiedzieć, co to jest w ogóle za okazja? – jęknął Harry.

- Nie – odpowiedział zimno mężczyzna, ale jego głos zdradzał rozbawienie. – Bo widzisz – Kayle nachylił się, tak, że Harry poczuł na szyi ciepły oddech – wtedy na pewno byś nie przyszedł.

I zanim Harry zdążył uciec z uścisku mężczyzny, aportowali się.


Omiótł wnętrze zamku lodowatym spojrzeniem, po czym ponownie zwrócił wzrok na niewzruszonych mężczyzn przed nimi. Lucjusz musiał przyznać, że wampiry były niezwykle urodziwymi kreaturami, a szczególnie dobrze wyglądali w odświętnych szatach i bez kapturów na głowie. Skłonił się prawie niezauważalnie, ale to wystarczyło, by zdobyć uznanie ze strony wampirów. W końcu był Malfoyem. Draco podążył jego przykładem i Lucjusz poczuł napływającą dumę. Jego syn wyrósł przez te wakacje na wspaniałego, młodego mężczyznę. Zgubił swoją butę i arogancję, zastąpioną przez chłodną wyniosłość.

Weszli do głównej sali i prawie usłyszał przyspieszające bicie serca Draco. Lucjusz uśmiechnął się nieznacznie, przyznając, że kiedy już wampiry organizowały przyjęcia, były one jak żadne inne. Kiedyś ponura, pogrążona w ciemności sala została zmieniona na niesamowicie wytworne pomieszczenie. Lucjusz nie miał wątpliwości, że w oknach mieniły się prawdziwe diamenty. Podłoga była z pięknie wyglądającego marmuru. Sufit zdobiły wielkie, srebrne żyrandole, a na środku sali stała ogromna fontanna, wyrzucająca z siebie długie strumienie ognia na przemian z wodą. Stoły były zastawione jedzeniem i napojami z każdego zakątka świata, a i tak było jeszcze sporo miejsca na tańce i swobodne poruszanie się między ludźmi. Po sali krążyli niesamowicie przystojni kelnerzy i Lucjusz zaczął się zastanawiać, czy ich pracą może być coś innego niż podawanie gościom przystawek.

Jego wzrok spoczął na mężczyźnie, który otoczony przez tłumy ludzi, swobodnie siedział na skraju fontanny, jego twarz nie zdradzająca żadnych uczuć oprócz łagodnego zainteresowania. Lucjusz zawsze lubił podziwiać piękno, ale mężczyzna przed nim był zbyt niebezpieczny, by Malfoy w ogóle brał pod uwagę taką kontemplację. Przede wszystkim wabiła go moc Riddle'a i to, co z nią robił. Czuł mimowolny szacunek przed mężczyzną, a opowieści krążące wokół niego mogłyby równie dobrze zostać uznane za legendy.

Riddle musiał zauważyć Lucjusza, bo kiwnął na pożegnanie swoim rozmówcą i odszedł w innym kierunku, czekając aż Malfoy do niego podejdzie. Lucjusz złapał Draco za kołnierz, rzucając synowi ostrzegawcze spojrzenie i zbliżył się do Riddle'a.

- Wreszcie – mruknął ciemnowłosy mężczyzna, prawie nie poruszając wargami. – Rozmowy z nimi sprawiają, że chcę jak najszybciej wszystkich pozabijać.

Draco zbladł i Riddle uśmiechnął się szyderczo. Twarz ukrytą miał pod kapturem, ale Lucjusz doskonale widział jego błyszczące niebezpiecznym blaskiem ciemne oczy, które bystro przeszukiwały salę.

- Ah, witaj Draco – przywitał się pozornie sympatycznym tonem, choć głos ociekał sarkazmem. – Wyrosłeś – zamruczał mężczyzna.

- Dzień dobry – wychrypiał Draco i Lucjusz nie miał serca, by winić chłopaka za taką reakcję, on sam zdawał się tracić wszelkie wdzięki przy tym mężczyźnie.

- Czy wiesz już, kto będzie waszym nowym nauczycielem obrony? – spytał uprzejmie Riddle, jednak nie odrywając wzroku od drzwi. – Bo chyba nie zatrzyma Walny'ego na tej posadzie? A może Hogwart spadł aż tak nisko?

- Nie wiem, proszę pana – odpowiedział spokojnie Draco, wracając do swojej oziębłej postawy.

- Szkoda – mruknął Riddle, ale w jego głosie nie dało się wyczuć ani krzty żalu. – Chciałbym omówić coś z twoim ojcem, czy mógłbyś nas opuścić? – spytał cicho, jednak brzmiało to bardziej jak polecenie niż prośba.

Draco zdołał pokiwać głową i jak najszybciej ulotnił się z zasięgu wzroku.

- A myślałem, że nie ma dla niego nadziei – skomentował zimno Riddle.

- Panie – odpowiedział cicho Lucjusz, delikatnie skłaniając głowę, choć magia mężczyzny sprawiała, że musiał walczyć z samym sobą, by nie uklęknąć przed Riddlem na kolana.

- Nie bądź idiotą – syknął Riddle, ale właściwie wydawał się być zadowolony.

Już od kilkunastu lat Tom Riddle zbierał popleczników, którzy uformowali grupę zgoła podobną do Śmierciożerców, a jednak która działała dużo sprawniej. Do tej grupy należeli tylko wybitni czarodzieje, wybrani przez samego Riddle'a, a ona sama liczyła tylko mniej więcej sto osób, poza wampirami, którzy od dawna popierali Riddle'a. Lucjusz szczycił się statusem jednego z bardziej zaufanych członków. Malfoy nigdy nie powiedziałby, że mógłby zwracać się do kogoś per 'panie', nie ważne jak bardzo potężną byłby osobą i to był jeden z powodów, dla którego nigdy nie popierał Lorda Voldemorta. Jednak zaraz po pierwszym spotkaniu z Riddlem, po prostu poczuł, że musi służyć mężczyźnie i powierzyłby mu własne życie. Z pewnością dla Riddle'a nic to nie znaczyło, Lucjusz nie był głupi, ale to jeszcze bardziej go zachęcało. W grupie tej znalazł się także Severus Snape, choć był dzisiaj nieobecny, bo, jak twierdził, od przebywania z ludźmi bolała go głowa. Riddle uznał jego wymówkę za bardzo zabawną i pozwolił mu zostać w Hogwarcie. Snape został potrójnym szpiegiem i mimo tego, że Lucjusz był dość blisko z Mistrzem Eliksirów, nie miał pojęcia, komu tak naprawdę był lojalny. Choć Malfoy wątpił, że Riddle mógłby być przez kogoś oszukany. Mężczyzna zadawał się wiedzieć wszystko.

Grupa działał pod nazwą Niewymowni, ponieważ wszyscy pracownicy Departamentu Tajemnic do niej należeli. Lucjusz uznał to za niesamowicie ironiczne, bo Ministerstwo myślało, że to oni zatrudnili ludzi jako Niewymownych, choć tak naprawdę nad całą sprawą trzymał pieczę Riddle. Malfoy, jako że nie pracował w Departamencie Tajemnic, nie wiedział, nad czym pracują członkowie Niewymownych, a oni sami tylko uśmiechali się szyderczo i obiecywali, że Ministerstwo nie spodziewa się, co ich zaatakuje.

- Przepraszam – poprawił się szybko Lucjusz.

Zanim Riddle zdążył odpowiedzieć, pomiędzy nich wpadł Macadamian Trzeci. Malfoy zmusił się, by nie skrzywić się z dezaprobatą. Wampir zachowywał się żałośnie i Lucjusz nie miał pojęcia, co Riddle w nim widział. Victor jak gdyby nigdy nic roześmiał się głośno i wyszeptał coś na ucho Riddle'owi, ignorując obecność Malfoya, co jeszcze bardziej go zdenerwowało. Czarnowłosy mężczyzna wysłuchał przyjaciela z kamienną twarzą, choć jego oczy zabłysły ogniem.

- Nie upij się – syknął w końcu w odpowiedzi, na tyle głośno, by Lucjusz mógł usłyszeć, na co Malfoy uśmiechnął się szyderczo.

- Ja? – spytał wampir, udając oburzenie, dopóki jego wzrok nie spadł na blondyna.

Victor wygiął usta, z obrzydzeniem spoglądając na Malfoya.

- Zastanawiam się, jak ty mogłeś się nie upić, biorąc pod uwagę, w czyim towarzystwie spędzasz czas.

- Przypomnij mi, dlaczego jeszcze cię nie zabiłem? – mruknął niewinnie Riddle, ale z obsesyjną fascynacją wpatrując się w drzwi.

- Ponieważ-

- To było pytanie retoryczne. Możesz odejść.

Wampir westchnął ciężko.

- Nie ma z tobą zabawy, gdy pracujesz – rzucił ze złością na pożegnanie i zniknął Lucjuszowi z oczu.

- Wybacz mu, źle znosi takie przyjęcia.

- Ma na nazwisko Macadamian i jeszcze się nie przyzwyczaił? – Malfoy podniósł brew.

W odpowiedzi Riddle tylko wygiął usta w parodii uśmiechu, ale Lucjuszowi nadal było trudno oderwać wzrok od mężczyzny. Czarodziej był przerażająco przystojny, nieważne, jaką przybrał minę.

Jego przemyślenia przerwało czyjeś głośne wejście. Lucjusz podążył wzrokiem za spojrzeniem Riddle'a, które wcześniej tak obsesyjnie obserwowało drzwi do sali. Na wejściu stała niewysoka, zakapturzona postać. Nieznajomy niespiesznie zdjął z siebie podróżną pelerynę, odkrywając skórę tak białą, że Malfoy przez chwilę zastanawiał się, czy to nie ubranie. Jednak nie, młody mężczyzna miał na sobie skromną, czarną szatę z dodatkami niebieskiego, co podkreślało jego przenikliwie zielone oczy. Chłopak mógł być prawdopodobnie w wieku Draco, a może nawet młodszy, choć Lucjusz stwierdził, że wzrost nieznajomego był mylący. Wzrok chłopaka od razy spoczął na Riddle'u, odpowiadając mężczyźnie równie zimnym spojrzeniem. Jego biała skóra sprawiała wrażenie naciągniętej na wystające kości policzkowe chłopaka.

Lucjusz Malfoy właśnie znalazł nowy obiekt piękna do podziwiania.


Oczywiście Kayle oznajmił, że nie przyjdzie. Harry został dosłownie wepchnięty do sali, bo w ogóle nie miał zamiaru wchodzić, mówiąc, że bez Kayle'a nigdzie się nie rusza. Jego plany popsuł Victor.

Jeszcze przed wejściem do zamku, poczuł znajomą aurę Riddle'a, ale tym razem była ona jeszcze bardziej zauważalna, jakby mężczyzna był czymś bardzo podekscytowany. Teraz, patrząc mu w oczy, Harry mógł spokojnie stwierdzić, że to on był powodem przesadnego podniecenia mężczyzny. Nie miał czasu na zanalizowanie, dlaczego Riddle tak bardzo wyczekiwał jego powrotu, gdy zrozumiał, na czyim przyjęciu się znalazł.

A należało ono do samego Toma Riddle'a.

Co prowadziło do pytania – z jakiej okazji?

I oczywiście Kayle miał rację, gdyby Harry wiedział, co to za typ przyjęcia, natychmiast by odmówił. Nienawidził polityki. Ani ludzi pokroju Malfoya. Ani Malfoya, który patrzył się na niego drapieżnym wzrokiem. Ale musiał też pamiętać, że skoro chce zaistnieć w tej wojnie, nie może zachowywać się jak rozkapryszony nastolatek, z którego Harry miał nadzieję, że już wyrósł. Choć Kayle pewnie by stwierdził co innego. No i najważniejsze, nikt go nie znał. Harry Potter nie żył. A na wojnie nawet jedna, samotna postać może zmienić jej losy.

Tą postacią stanie się Harrison Shadow.

Przypomniało to Harry'emu, że Kayle drwił z jego nowego nazwiska. Przez chwilę Harry nawet zastanawiał się, czy nie powinien przyjąć dawnej propozycji Victora tylko po to, by zdenerwować Kayle'a.

Zobaczymy.

- Lucjusz Malfoy – przywitał się zimno mężczyzna.

Harry podniósł wzrok, przeklinając swój niski wzrost i uśmiechnął się nieznacznie. Nie był w nastroju na cieszenie się sytuacją. W końcu sam Malfoy podszedł do niego i się przedstawił. Przed nim! Harrym Potterem!

Może jeszcze powinienem zaprzyjaźnić się z Draco?

I to akurat nie była taka zła myśl. W końcu już raz miał za przyjaciela Malfoya, nieprawda?

- Harrison... – Harry urwał, czując obecność Riddle'a za jego plecami. – Tak? – spytał sucho, odwracając się w stronę mężczyzny.

Był pewien, że Lucjusz uważnie obserwował ich wymianę spojrzeń. Aura Malfoya, silna, ale prawie niezauważalna z powodu jasnego koloru, buzowała teraz zaciekawieniem zmieszanym z podziwem. Harry nie był pewien, którego z nich Lucjusz tak szanuje, ale miał swoje podejrzenia.

- Nie chciałem się wtrącać – mruknął Riddle jedwabistym tonem, a jego oczy, jedyna część twarzy widoczna pod kapturem, zwęziły się nieznacznie.

- Nie wątpię – zadrwił zimno Harry.

- To – Lucjusz odrząknął z godnością, przypominając o swojej obecności – wy się znacie, jak mniemam?

- Słabo – odpowiedział Harry.

- Oh? – kąciki ust Riddle'a zadrżały, czego oczywiście żaden z nich nie zauważył, ale Harry rozpoznał szyderczy ton mężczyzny.

- Proszę mi wybaczyć, ale towarzystwo pewnych osób sprawia, że mam mdłości – wycedził Harry i, skłaniając się nieznacznie przed Malfoyem, wyminął Riddle'a i szybko wmieszał się w tłum.

Nie kłamał. Ze zdenerwowania i złości miał ochotę wymiotować. Ale najpierw musiał znaleźć Victora i zabić go. Jego plany pokrzyżowała czyjaś silna ręka, zaciągająca Harry'ego w kąt korytarza, gdzie pogrążyła go ciemność. W mroku świeciła para dobrze znanych mu żółtych ślepi.

W sumie Hexusa też mogę zabić. Co to za różnica.

- Nie odzywam się do cie-

Przerwał mu gwałtowny pocałunek. Od mocnego zapachu wampira Harry'emu zakręciło się w głowie i pomyślał, że zaraz upadnie. Na szczęście Hexus trzymał go pewnie w talii. Harry pozwolił, by język wampira brutalnie badał jego podniebienie. Mężczyzna ssał i przygryzał język i wargi Harry'ego, a chłopak w odpowiedzi tylko jęczał i przesuwał rozgorączkowanymi dłońmi po ciele Hexusa. Wydał z siebie cichy okrzyk, gdy wampir podniósł kolano do góry i potarł nim o erekcję Harry'ego. Czując, że zaraz się udusi, Harry odsunął się nieznacznie od Hexusa.

- Naprawdę nie musisz się odzywać – wymamrotał mężczyzna, dobierając się do szyi Harry'ego.

- Hexus – wychrypiał chłopak w słabej próbie zaprotestowania, ale w tym samym czasie bezwiednie odchylił głowę do tyłu, dając Hexusowi większy dostęp.

- Hmmm? – mruknął wampir. – Chcesz – ugryzienie – żebym – mężczyzna wessał się w obojczyk Harry'ego – przestał?

W odpowiedzi Harry wydał z siebie zduszony jęk, łapiąc Hexusa mocno za biodra i przyciskają je bliżej siebie.

- Czy na pewno powinniśmy? – spytał Harry, zaciskając mocno oczy, gdy poczuł rękę wampira błądzącą wokół jego silnie zarysowanej erekcji.

- A masz jakieś przeciwwskazania? – zadrwił mężczyzna i choć zdawał się być zrelaksowany, głos drżał mu od pożądania.

- Tak – wydusił w końcu Harry i szybko odskoczył od wampira.

- Co dokładnie? – spytał groźnie mężczyzna.

- Ja... już raz popełniłem błąd i dałem się wykorzystać-

- Porównujesz mnie do Riddle'a? – Hexus brzmiał na nie tylko zirytowanego, ale i zranionego, a jego głos stał się lodowaty.

- Nie – zaprzeczył szybko Harry. – Jesteśmy przyjaciółmi. Ale nikim więcej, tak?

- Tak.

- Nie chcę stracić i ciebie – wyszeptał Harry, podchodząc bliżej, ale zachowując odpowiedni dystans. – Żałuję, że pozwoliłem na to, co było między mną a Riddlem. Teraz dobrze wiem, że była to dla niego tylko głupia gra – przez te miesiące z Kaylem, Harry doszedł do wniosku, że nie wierzy w słowa Victora o domniemanej zazdrości Riddle'a.

- Harrison...

- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale to, co zaszło na początku roku między mną a Riddlem było jedną wielką pomyłką. Nakarmił mnie bajką o tym, jaki był nieszczęśliwy i naprawdę myślałem, że jest inny... Nie wiem... że się zmienił. Ale on, w odróżnieniu od ciebie czy Victora, czy nawet Kayle'a, on nie ma uczuć. Jest jak pusta skorupa i żałuję, że kiedykolwiek myślałem, że mogę go zmienić – Harry nie panował już nad słowami. – A teraz-

- Ciii – przerwał mu niespodziewanie Hexus. – Rozumiem – bez zbędnych słów, przytulił do siebie kruche ciało Harry'ego i pozwolił, by chłopak uspokoił oddech. – Obiecaj, że już nigdy więcej nie będziesz przede mną niczego ukrywać.

W odpowiedzi Harry niepewnie skinął głową.

- Wszędzie wasz szukałem! – warknął Victor, wychodząc nagle z cienia korytarza. – Co do cholery?

- Umh – mruknął Harry niezdarnie, odsuwając się natychmiast od Hexusa.

- Zrobiliście sobie kolejną orgię i znowu mnie nie zaprosiliście? – jęknął Victor, spoglądając na znacząco wybrzuszone krocze mężczyzny.

- Kolejną? Znowu? – spytał Hexus drwiącym tonem.

- Czyli nie zaprzeczasz?

W tym czasie Harry wycofał się niezauważalnie z korytarza, pozostawiając wampirów samych. Przez te parę miesięcy spędzonych w ich towarzystwie nauczył się, że gdy rozmowa zaczynała sprowadzać się do seksu, powinien być jak najdalej.

Chciał znaleźć Kayle'a, ale ponieważ nie wyczuwał aury czarodzieja, mężczyzna musiał opuścić zamek.

Drań.

Z ciężkim sercem postanowił wrócić na przyjęcie i dowiedzieć się, z jakiej to dokładnie okazji Tom Riddle wydaje tak ekstrawagancką imprezę, ale najpierw mądrze udał się do toalety, by doprowadzić się do porządku. A wyglądał... cóż... okropnie byłoby odpowiednim słowem. Jego blada skóra była nienaturalnie czerwona na policzkach i niestety nie był to typowy, dodający uroku rumieniec. Odkąd stracił dawną skórę, jego rumieniec wyglądał jak zderzenie się z drzewem, brzydko kontrastując się z resztą białej twarzy. Z każdym dniem nienawidził swoich włosów coraz bardziej, które teraz wyglądały na przetłuszczone. Na szczęście zaklęcie Glamour doskonale zakrywało jego sławną bliznę i Harry uznał to za jedyny pozytyw obecnego wyglądu. Nawet zielone oczy straciły dawny blask, ledwo przebijając się przez warstwę mroku, który zdawał się owinąć wokół dawnego koloru jak pajęczyna.

Ochlapał twarz zimną wodą, a gdy podniósł głowę, jego spojrzenie napotkało w lustrze drapieżny wzrok pary czarnych oczu Riddle'a. Harry musiał przywołać całą swoją samokontrolę, by nie wzdrygnąć się pod intensywnym spojrzeniem mężczyzny. Nie wiedział, skąd się tu wziął, ale wątpił, że Riddle przyszedł skorzystać z toalety. Odwrócił się, nienawidząc tego, jak łatwo dawał się zaskoczyć. Na pocieszenie mógł pomyśleć, że na pewno nie był jedynym.

Wygląd Riddle'a zaparł mu dech w piersiach. Szybko zauważył brak czarnej peleryny, co odsłoniło czerwony garnitur mężczyzny. Jednak Harry nie dał się zwieść, mimo tego, że szaty były dużo bardziej popularne wśród czarodziejów, garnitur na pewno nie był mugolski. Sam materiał musiał pochodzić ze skóry smoka, który idealnie układał się na długim ciele Riddle'a, przez co mężczyzna wyglądał na jeszcze wyższego. Jego chude nogi świetnie współgrały ze szkarłatnym kolorem, a dodatki czarnego na marynarce podkreślały ciemne oczy Riddle'a. Włosy mężczyzny były spięte w ciasny kucyk, a były tak czarne, że w świetle wyglądały na ciemnoniebieskie. Jeszcze bardziej wyostrzały rysy twarzy Riddle'a i zwracały uwagę na jego wystające kości policzkowe. W odróżnieniu od Harry'ego, blada cera pasowała do Riddle'a i nadawała mu drapieżnego wyglądu.

I nagle Harry zapragnął uciec jak najdalej stąd.

- Złoty Chłopiec nie ma nic do powiedzenia? – spytał szyderczo mężczyzna.

- Nic, co chciałbyś usłyszeć – przyznał Harry zgodnie z prawdą.

- Nawet Draco dorósł przez te wakacje, a ty... – Riddle podniósł brwi, wyglądając na co najmniej rozbawionego. – Ciągle bezczelny, hm?

- Specjalnie dla ciebie – zapewnił Harry, a jego głos ociekał sarkazmem. – A może powinienem powiedzieć, mój Lordzie? Eminencjo? O Panie? Myślałem, że światu wystarczy jeden szalony Lord, ale widocznie ty masz inne plany.

Riddle chyba nie podzielał jego poczucia humoru, bo przyszpilił go do ściany, chwytając mocno za gardło Harry'ego. Nachylił się blisko, tak, że chłopak prawie czuł mokry język na swoim uchu. Jego ciało niestety uznało sytuację za bardzo erotyczną i musiał zacisnąć zęby, by nie wydać z siebie żadnego jęku. Oczy Riddle'a płonęły chorym blaskiem.

- Daj mi jeden powód – wycedził mężczyzna.

- Żebym żył czy nie żył?

- Oh, tych do tego drugiego mam aż za wiele – wyszeptał groźnie.

- Co ty nie powiesz – mruknął Harry, jedną ręką trzymając za dłoń Riddle'a i próbując odepchnąć go od siebie, a drugą ściskając różdżkę pod szatą.

- Czekam.

- Jesteś żałosny – wyrzucił z siebie Harry i szybko tego żałując.

Oczy mężczyzny zabłysły niebezpiecznie, a ciało chłopaka przeszył niewyobrażalny ból.

Płonął.

Znowu.

Wspomnienia tortur napłynęły i Harry nie był już pewien, czy ból, który czuł był prawdziwy, czy to tylko szare wspomnienie dawnych katorg. Spadł na posadzkę, rzucając się konwulsjach.

Śmiech Bones'a.

Jego skóra stojąca w płomieniach.

Przestań!

Ciemność otaczająca go ze wszystkich stron.

Błagam!

Krew lejąca się z niego na podłogę.

Pozwól mi umrzeć...

- Harrison – czyjś znajomy głos przebił się przez falę wspomnień.

Powoli Harry zaczął odzyskiwać wzrok i resztę zmysłów. Zimna posadzka przyjemnie chłodziła rozpaloną skórę chłopaka. Nie chcąc patrzeć na Riddle'a, Harry przyłożył policzek do ściany, odwracając się do mężczyzny tyłem. Czuł się upokorzony. Na kafelki spadły czerwone krople krwi i Harry po chwili zrozumiał, że należały one do niego.

Prawie z wdzięcznością przyjął chusteczkę od Riddle'a, dopóki nie przypomniał sobie, komu zawdzięcza bycie w tym stanie.

- Nie wiedziałem, że... - Riddle urwał, po chwili dodając ciężko. - Przepraszam.

- Wyjdź – zdołał wychrypieć.

W odpowiedzi mężczyzna usiadł koło Harry'ego, ale go nie dotknął.

- Twoi goście z pewnością już się niecierpliwią.

Niespodziewanie Harry poczuł na plecach delikatny dotyk. Natychmiast zesztywniał, przygotowując się do ataku, ale dłoń mężczyzny tylko spokojnie zataczała kółka wokół zmęczonych barków Harry'ego. Nie mając siły na protest, Harry przymknął oczy, powoli zaczynając się odprężać. Zimne palce wsunęły się pod szatę chłopaka, błądząc po jego plecach, w górę i w dół. Nagle dłoń zatrzymała się na wysokości końca kręgosłupa, złośliwie balansując nad linią bokserek. Harry wstrzymał oddech, czując jak paznokcie mężczyzny podnoszą materiał, a palce lekko ocierają się o pośladki chłopaka.

- Przestań – wymamrotał.

Ku jego zdziwieniu Riddle spełnił polecenie, a jego dłoń leniwie powróciła na plecy Harry'ego.

- Nie chcę tego.

Ciepły oddech Riddle'a owiał szyję chłopaka.

- I dlaczego miałoby to mnie obchodzić? – zadrwił zimno mężczyzna.

Gotując się ze złości, Harry odwrócił się i spojrzał prosto w lodowate oczy Riddle'a. Prawie stykali się nosami. Riddle nawet w tej pozycji siedział z gracją i dumą, co tylko jeszcze bardziej rozjuszyło Harry'ego.

- Czego ode mnie chcesz? – wycedził. – Raz prosisz mnie o przebaczenie. Potem grozisz śmiercią. Teraz torturujesz, a chwilę później stwierdzasz, że może jednak będziesz łagodny. Masz jakiś problem z rozdwojeniem jaźni?

Riddle zmierzył go uważnym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, czy w ogóle powinien odpowiedzieć na zadane pytanie.

- Uwierz mi, że z chęcią bym cię po prostu zabił – syknął mężczyzna, starannie dobierając słowa.

- Ale? – ponaglił Harry.

- Ale jesteś taki czarujący, że nie mogę ci się oprzeć – zadrwił Riddle.

Zanim Harry zdążył się odciąć, mężczyzna złapał go mocno za brodę i przycisnął głowę chłopaka do ściany, uniemożliwiając Harry'emu uniknięcie swojego intensywnego spojrzenia. Ciemne oczy błyszczały tryumfalnie.

- Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Voldemort miał taką obsesję na twoim punkcie – wymruczał cicho. – Czy to z powodu sławnej blizny? – Riddle przejechał palcem po miejscu, w którym powinna widnieć blizna Harry'ego. – A może głupia przepowiednia sprawiła, że Voldemort porzucił resztki rozsądku i rzucił się w pogoń za nastolatkiem? – spytał samego siebie.

Harry nie był w stanie wydusić słowa, nie walcząc ze spojrzeniem Riddle'a, które powoli wypalało go od środka.

- Emocje są dla słabeuszy – wyszeptał mężczyzna. – I masz rację, mimo, że nie podzieliłem swojej duszy na części, jestem bardzo ograniczony, gdy przychodzi do uczuć. Choć niespecjalnie mi ich brakuje – tu Riddle przerwał, a jego spojrzenie pociemniało. – A jednak... – prawie z czułością przejechał ostrymi paznokciami po policzku Harry'ego, pozostawiając po sobie parę czerwonych kresek. – Czy wierzysz w bratnie dusze?

Pytanie zabrzmiało tak niedorzecznie w ustach Riddle'a, że Harry parsknął śmiechem. Mężczyzna odsunął się, z obrzydzeniem wycierając z twarzy krople śliny.

- Powinieneś być już pod Crucio – wysyczał, a jego oczy zabłysły niebezpiecznie. – I zakładam, że była to odpowiedź negatywna.

- Czytałem o bratnich duszach – przyznał Harry, przypominając sobie cienki tom, z którym Kayle kazał mu się zapoznać.

Mimo, że lektura była niedługa, Harry musiał przeczytać tekst parę razy, by w końcu cały zrozumieć. Bratnie dusze nie występowały wśród czarodziejów, a nawet jeśli, były to skrajne przypadki, w których czarodzieje zabijali się nawzajem. Wampiry były nielicznymi z kreatur, które potrafiły normalnie funkcjonować po spotkaniu swojej bratniej duszy, inaczej zwanej Animus. Harry dowiedział się od Hexusa, że Regulus jest właśnie w odwiedzinach u swojej „drugiej połówki". Przeważnie bratnie dusze nie mogły funkcjonować blisko siebie, bo zaczynały doprowadzać siebie nawzajem do szału. Dlatego czarodzieje ginęli, ponieważ nie mieli spokoju i opanowania wampirów. Było wiele przypadków, które pokazywały, że bratnie dusze mogą się nigdy nie rozpoznać i spokojnie wieść życie seksualne i romantyczne z kimś zupełnie innym. Jednak gdy dwie osoby zostały już uświadomione o posiadaniu bratniej duszy, przede wszystkim stawały się wobec siebie bardzo zaborcze. Często zdarzało się, że jeden z partnerów jest bardziej frywolny, a drugi zabija pierwszego w akcie zazdrości.

Sam Harry uważał, że posiadanie bratniej duszy było upokarzające dla obu stron.

- To dobrze – mruknął zamyślony mężczyzna. – Mój Animus.