Animus (łac.) - dusza, umysł.
XXI
- Nie wierzę ci.
Riddle zachichotał cicho. Cały czas nie spuszczał wzroku z Harry'ego, opuszkami placów błądząc po bladym policzku chłopaka.
- Powiedz mi – zamruczał. – Dlaczego miałbym kłamać? – nie dał Harry'emu czasu, by odpowiedzieć, przesuwając leniwie językiem po tylnej części ucha chłopaka. – Jesteś mój.
Harry zadrżał, doskonale słysząc nieukrywane pożądanie w głosie Riddle'a. Oczy mężczyzny błyszczały z podekscytowania.
- Myślałem... myślałem, że nie miewasz erekcji – wychrypiał.
- To tylko kolejny dowód, że jesteś moim Animus – Riddle uśmiechnął się drapieżnie, odsłaniając perfekcyjnie białe zęby.
- Świetnie – warknął Harry, podrywając się do góry. – Nie interesuje mnie, czy mówisz prawdę, czy nie. To nie ma znaczenia. Nienawidzę cię, Riddle. Nic tego nie zmieni, rozumiesz? – głos chłopaka przesycony był odrazą i złością.
Spoglądając z góry na Riddle'a, Harry zauważył, że mężczyzna spokojnie wysłuchuje jego tyrady z twarzą nie zdradzającą żadnych emocji.
- Jesteś mój – powtórzył zimno Riddle, także wstając i znacznie górując nad Harrym. – A teraz i ty o tym wiesz. Niedługo przekonasz się, że nie znajdziesz szczęścia w innych ramionach.
Harry świetnie zdawał sobie sprawę, że Riddle ma rację. Oczywiście, jeśli wszystko nie było kłamstwem, jednak trudno my było w to uwierzyć. Gdyby nie konkretny powód, Riddle już dawno by go zabił. Tom z pewnością nie był sentymentalny i to, co kiedyś ich łączyło, nie przeszkodziłoby mu w pozbyciu się Harry'ego. Ale na pewno nie zabiłby swojego własnego Animus. Harry dobrze wiedział, że mężczyzna był bardzo zaborczy i z pewnością dbał o to, co... jego.
- Niech i tak będzie – Harry wzruszył ramionami, siląc się na lekceważący ton. – Wolę samotność od ciebie.
Oczy Riddle'a zaświeciły z ledwo powstrzymywanej furii, a jego aura pociemniała. W łazience natychmiast zrobiło się lodowato.
- Niedawno skończyłeś ile? Siedemnaście lat, czyż nie? – spytał groźnie. – Więc dlaczego nadal zachowujesz się jak dziecko? Nie możesz zapomnieć o swoich głupich przyjaciołach, hmm? Jakie. To. Żałosne.
- Nie waż się ich obrażać! – wycedził Harry z wściekłością.
Tracąc kontrolę, rzucił się na Riddle'a, który jednak był przygotowany na atak. Chłopak poleciał na drugi koniec łazienki, mocno uderzając głową o ścianę. Czego Riddle się nie spodziewał, to że Harry zdąży tak szybko podnieść się z podłogi, a dzięki treningom z Hexusem, chłopak dorównywał zwinnością nawet wampirom. Dwa zaklęcia poleciały w stronę Riddle'a, ale ten z łatwością je wyminął. Mężczyzna syknął ostrzegawczo, jednak nie podniósł różdżki i właśnie to przywołało Harry'ego do porządku. A Kayle mówił mu tyle razy, by nie tracił nad sobą kontroli.
- Przeszło ci? – warknął Riddle.
- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
- Jesteś mój. Im szybciej to zaakceptujesz, tym lepiej. I tak w końcu będziesz musiał – obiecał cicho mężczyzna, a jego słowa zabrzmiały jak niedopowiedziana groźba.
Harry czuł się spętany. Wiedział, że wszystko, co Riddle powiedział było prawdą i to bolało najbardziej. Nienawidził być zależny od ludzi. Zbyt długo pozwalał Dumbledore'owi na planowanie każdej minuty jego życia. Czy teraz miał stać się bezwolnym pionkiem w grze Riddle'a? To, jaki związek tworzyły bratnie dusze było stricte związane z charakterem obojga. Czasem stawali się oni jak prawdziwy bracia lub powstawała relacja ojciec-syn. Jednak Harry nie miał wątpliwości, co do natury jego związku z Riddlem. A i Tom, i Harry byli osobami, które lubiły dominować. Gdyby nie chłodne opanowanie Riddle'a, Harry był pewien, że szybko by się nawzajem pozabijali. Teraz nie miał siły, żeby analizować, jak będzie wyglądać ich związek.
- Powodzenia, Tom – powiedział w końcu zmęczonym głosem, spoglądając po raz ostatni w te intensywne, ciemne oczy Riddle'a i aportował się.
Miał wrażenie, że usłyszał krzyk wściekłości.
Upadł ciężko na ziemię. Jeszcze nie przyzwyczaił się do aportacji. Tę umiejętność posiadł całkiem niedawno. Kayle był szczególnie wściekły, gdy po raz dwudziesty Harry rozszczepił się w locie i ponownie nie udało mu się aportować na miejsce w jednym kawałku. Rzadko chłopak miał taki problem z nauczeniem się czegoś, więc i on był tym sfrustrowany. A jeszcze gorzej radził sobie z tą sytuacją Kayle, który wprost nienawidził powtarzać czegoś dwa razy, a co dopiero dwadzieścia. Dlatego pewnego dnia zepchnął Harry'ego z klifu i obserwował jak chłopak spada do wody. Harry w ostatnim momencie aportował się i wylądował z nieukrywaną satysfakcją na swoim Mistrzu. Przez kolejny tydzień nie dostawał jedzenia.
Wstał i rozejrzał się. Był w lesie.
Sukces, Harry. Potrafisz rozpoznać, że te zielone to drzewa, a kiedy jest ich dużo to znaczy, że znalazłeś się w lesie. Pięć punktów dla Gryffindoru.
Postanowił zignorować głos w swojej głowie, który był niepokojący podobny do Riddle'a.
Zakup teraz! Własny Riddle do nękania już tylko za dziesięć galeonów!
A teraz brzmiał jak Hexus.
Zdajesz sobie sprawę, że stoisz na środku lasu, rozmawiając sam ze sobą?
O, i Kayle.
Ja pieprzę.
To było łatwe. Victor.
Na ile procent jesteś szczęśliwy, Harry?
Wciągając głośno powietrze, Harry zamknął oczy, próbując wyciszyć umysł, tak, jak uczuł go Kayle, ale nie na wiele się to zdało. Natychmiast zaatakowały go wyrzuty sumienia i obraz zmasakrowanej kobiety. Rozmawiał z nią tylko raz. A jednak to wystarczyło, by Dominika przypłaciła spotkanie życiem. Przypadek? Czy może rzeczywiście sprowadzał pecha? Jego przyjaciele nie żyli. Przez niego. Gdyby nie dał się złapać, gdyby nie poleciał za Riddlem do Zakazanego Lasu, gdyby nie uświadomił Riddle'a, że nazywał się kiedyś Harrison Dumbledore...
Gdyby nie zmiana w czasie, którą spowodował nie kto inny jak Albus Dumbledore.
Jak bardzo chciał zacząć wszystko od początku. Ale czy mógł? Miał na karku Riddle'a, który nie spocznie dopóki Harry mu się nie podporządkuje. A co z Czarodziejskim Światem? Od urodzenia jego zadaniem było uratowanie magicznej społeczności. Co jeśli Harry wcale nie chce tego robić? Dlaczego miałby? Dla kogo? Dumbledore'a? Ha. Mugoli? Takich jak Dursleyowie? Dla zemsty? Czy to jest to, czego Harry pragnął?
Nie.
Zabicie mordercy Dominiki nie dało mu szczęścia. Całkiem odwrotnie, przez pół nocy siedział nad ciałem mężczyzny, próbując znaleźć w sobie radość, ulgę czy satysfakcję ze swojego czynu, ale zamiast tego czuł tylko obrzydzenie. Pamiętał, że siedział na deszczu parę godzin, nawet nie zauważając, że całkiem przemókł. W końcu odnalazł go Kayle. Nigdy nie spytał, co się stało. Harry podejrzewał, że mężczyzna nie musiał, bo wiedział, ale i tak czuł wdzięczność.
Może jednak nie był stworzony do zabijania.
Kierował się umysłem. Podejrzewał, że wampir zabezpieczył swoje miejsce zamieszkania murami, które nie pozwalały aportować się prosto do niego, ale dla potrafiących wyczuwać aury, nie stanowiło to żadnego problemu. Doszedł do licho wyglądającego namiotu. Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz, gdy przypomniał sobie, jak zaskoczony był trzy lata temu, na mistrzostwach świata w Quidditchu. Zaraz potem jego wzrok pociemniał.
Już nigdy więcej nie usłyszysz śmiechu Rona.
Otrząsając się z ponurych myśli, Harry wszedł do namiotu, zaraz jednak zmuszony do uchylenia się przed pędzącym zaklęciem.
- TO JA, TY SKOŃCZONY IDIOTO!
Kolejna klątwa przemknęła tuż nad jego głową.
- Jaki ja? – warknął mężczyzna z końca namiotu, nadal trzymając różdżkę w pogotowiu.
- Harrison – Harry westchnął z irytacją i strząsnął kaptur z głowy.
Regulus natychmiast znalazł się tuż przy nim, wdychając zapach chłopaka. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie.
- Nie poznałeś mnie po aurze?
W odpowiedzi mężczyzna niepewnie dotknął bladego policzka Harry'ego.
- Wiesz, co się stało, prawda? – spróbował chłopak ponownie, trochę zażenowany całą sytuacją i uważnym wzrokiem Blacka.
- Hexus mi powiedział, tak – wychrypiał Regulus. – Twoja aura. Zmieniła się.
- Ah – mruknął Harry, zastanawiając się, dlaczego wampir wyglądał na tak zszokowanego.
Chyba nie może być ze mną aż tak źle.
Prawda?
- Szczerze mówiąc, myślałem, że to Riddle.
- Słucham? – spytał ostro Harry.
- Jestem z nielicznych wampirów... cholera, jestem jedynym wampirem, który go nie popiera – przyznał powoli Regulus. – Pachniesz jak on. Twoja aura wygląda jak jego. Choć nie. Teraz zaczyna trochę bardziej przypominać swoją dawną wersję.
Harry milczał, czekając aż Black sam dojdzie do wniosku.
- Merlinie – Regulus natychmiast odsunął się od Harry'ego. – Jesteś jego Animus.
- Dlaczego nikt nie mówi, że on jest moim Animus? – obruszył się chłopak, ignorując reakcję wampira.
- Bo to twoja aura się zmieniła – wyjaśnił spokojnie mężczyzna, w końcu zaczynając się uspokajać. – Jesteś mniej...
- ...mniej potężny – wycedził Harry. – Taaak, wiem.
Regulus nie odpowiedział, ostrożnie siadając na ladzie biurka. Sam Harry niezręcznie oparł się o ścianę namiotu i poleciał do przodu. Usłyszał parsknięcie śmiechu i poczuł, że jego policzki czerwienieją. Zażenowany, usiadł na puchatym dywanie, starając nie patrzeć się na wampira.
- Kiedy ci powiedział?
- Jakieś pół godziny temu – mruknął niechętnie Harry. – Nie chciałem ci przeszkadzać, wiem, że sam jesteś w odwiedzinach u swojego Animus, ale pomyślałem, że lepiej będę się czuł, zdając pytania tobie niż jemu. Mogę wyjść...
- Harrison – przerwał Regulus łagodnie. – Moja... emmm... wizyta, jak to zgrabnie ująłeś, już dawno się skończyła. Emily nie przepada do końca za moim towarzystwem. Choć w porównaniu z tobą, nie mogę narzekać.
- Dlaczego więc nie wróciłeś?
- Riddle jest w zamku prawie codziennie. Wolałem przeczekać ten okres w lesie – odpowiedział szczerze mężczyzna.
Czasem tak bardzo przypominasz Syriusza.
- Harrison?
- Przepraszam – Harry szybko wrócił do rzeczywistości, zastanawiając się przelotnie, czy Regulus wie o śmierci swojego brata. – Ale przecież to twój dom – dodał ostro. – Nie możesz z niego rezygnować tylko z powodu tego...
Niespodziewanie Harry'emu zabrakło słowa na określenie Riddle'a.
Drania? Potwora? Bezuczuciowego drania? Obrzydliwego potwora?
- Przeżyję – roześmiał się zimno Regulus. – Riddle i tak nie zostanie tam długo. Słyszałem, że ma wieeeelkie plany – mruknął ironicznie, przeciągając głoski. – Podobno zorganizował nawet przyjęcie?
- Tak – potwierdził smętnie Harry. – Chyba musiałem je popsuć.
- Oh, to impreza już się zaczęła? – ucieszył się Black. – No, to niedługo wracamy do zamku.
- Dlaczego?
- Hmm, nie powiedział ci z jakiej okazji wydaje przyjęcie? – Regulus zmarszczył brwi, drapiąc się po brodzie. – Cóż, Hexus napisał, że Riddle od jutra zaczyna wprowadzać swój plan w życie. Podobno ma już nawet spotkanie umówione z Ministrem.
- Znasz te plany? – spytał Harry z nadzieją.
- Nie, przykro mi, mały – Regulus musiał zobaczyć minę Harry'ego na określenie „mały", bo roześmiał się szczerze. – Nie za dużo urosłeś – dodał na swoją obronę.
- Dzięki. Dobij leżącego – zachęcił chłopak sarkastycznie, po chwili jednak spoważniał. – Dlaczego nie popierasz Riddle'a?
- Bo nienawidzę Voldemorta.
- Aha... – Harry nie do końca widział związek pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, więc spojrzał pytająco na Regulusa.
- Riddle jest taki sam jak Lord – wyjaśnił zimno Black.
- Nie zgadzam się – odpowiedział automatycznie Harry. – Voldemort jest zaślepiony własną mocą, przez co nie docenia swoich wrogów. Poza tym uważam go za szaleńca. Ma chore idee. Zabija czarodziejów tylko dlatego, że są z mugolskich rodzin, kiedy sam... Eee, nieważne. Riddle chce tylko naprawić system, który ma poważne luki. I nie stosuje brutalności.
Na razie.
- Proszę, proszę – mruknął zamyślony Regulus. – Jesteś jego prawdziwym Animus.
- Nieprawda – wycedził Harry z furią.
- Oczywiście, że tak – odpowiedział spokojnie mężczyzna. – Wszystko, co powiedziałeś o Voldemorcie jest prawdziwe. Ale naprawdę myślisz, że Riddle chce naprawić system? – Regulus uśmiechnął się szyderczo. – Z jakiego powodu jesteś zaślepiony? Czy to dlatego, że jesteś jego Animus? A może naprawdę dałeś sobie wmówić, że Riddle jest skrytym... bohaterem? Wiem, czym Riddle się kieruje. I na pewno nie jest tym moralność – wampir z odrazą wypluł z siebie ostatnie słowo. – Voldemort jest bliski wygranej. Właśnie w tym momencie na scenie pojawia się Riddle. Najpierw będzie oczywiście musiał zabić Dumbledore'a. Prawdopodobnie niedługo, bo starzec z pewnością go przejrzał. Po pozbyciu się Dumbledore'a, Riddle pokona Voldemorta w spektakularnym pojedynku. Czarodziejski świat będzie go wielbić. A potem... Szlamy i mugole nie będą mieli szans. W tym pomogą mu wampiry, dzięki czemu Riddle nadal pozostanie „złotym bohaterem". To one wybiją co do jednego mugola. Większość z nas jest bardzo podekscytowana perspektywą takiego... rajdu. Riddle daje wampirom to, czego jasna strona nigdy nie będzie mogła zaoferować. Pożywienie – Regulus przerwał, skupiając wzrok na Harrym, który poszarzał na twarzy, czując, że zaczynają targać nim mdłości.
- Kayle się na to zgadza? – wychrypiał chłopak w końcu.
- Mistrz widział już tyle wojen, że to dla niego tylko kolejna rozrywka – przyznał ostrożnie Regulus. – Ja sam nie mam nic przeciwko zabijaniu mugoli. Jestem Blackiem. Ale niepokoi mnie, co stanie się potem. Żeby utrzymać swój wizerunek, Riddle będzie musiał „powstrzymać" wampiry.
- Przecież ich nie zabije.
Regulus nie odpowiedział.
- Oh, nie wmawiaj mi, że jest aż tak potężny – parsknął zdenerwowany Harry.
- Riddle stworzył grupę... nazywają się Niewymowni... tak, pracują w Ministerstwie. Ironiczne, co? Płacą im za wymyślanie urządzeń, które w końcu zniszczą cały Czarodziejski Świat – mruknął Regulus zgorzkniałym tonem. – Sądzę, że jeden z ich projektów polega na zabiciu wampirów jednym zaklęciem.
- A co na to Hexus? Victor? – spytał Harry ze zgrozą w głosie.
- Nie wiem – zrezygnowany mężczyzna pokręcił głową. – To tylko moje przypuszczenia. Powody, dla których go nie popieram. Nie sądzę, by Hexus naiwnie uwierzył w bajki Riddle'a, więc mam nadzieję, że jestem w błędzie.
- Dlaczego nie uświadomisz reszty?
- Riddle od razu by mnie zabił – odpowiedział zimno Regulus. – I każdego, kto by choć pomyślał o buncie.
- Nie dowiedziałby się – warknął Harry.
- Naprawdę? – zadrwił Black. – Harrison, mimo wszystko, wysoko cenię swoje życie. Wierzę, że Hexus ma sytuację pod kontrolą.
- Skoro Riddle jest taki wszechwiedzący, dlaczego nadal żyjesz?
- Bo on na to pozwala – Regulus wzruszył ramionami. – Nie chcę mieszać się w tę wojnę, rozumiesz?
- Jesteś tchórzem – wycedził Harry.
Wampir rzucił Harry'emu ostrzegawcze spojrzenie.
- A ty co robisz, hm? – syknął Black. – Jakoś nie widzę cię na polu walki. Której strony byś bronił? Złoty Chłopiec powraca? Zabity przez własnego mentora? – mężczyzna roześmiał się szyderczo.
- Nie masz pojęcia, przez co przeszedłem – warknął Harry, zrywając się z podłogi i czując, że krew zaczyna w nim buzować.
- Oh, doprawdy? Oświecisz mnie w takim razie?
- Od małego jestem ścigany przez cholernego zabójcę moich rodziców, a wszyscy oczekują, że to ja go zabiję! Nigdy nie miałem prawdziwej rodziny, a moi jedyni krewni brzydzą się mnie. W wieku trzynastu lat poznałem swojego ojca chrzestnego, a dwa lata później został zamordowany na moich oczach! Wiedziałeś? – wysyczał Harry, obserwując z satysfakcją niknący uśmiech Regulusa.
- Syriusz... Syriusz nie żyje? – wyszeptał wstrząśnięty wampir.
- Boli? – zadrwił zimno Harry.
- Nie... nie wiedziałem.
- Co za szkoda.
Jednak Regulus szybko otrząsnął się z żałoby, spoglądając na Harry'ego z nienawiścią.
- Długo jeszcze będziesz użalać się nad sobą? Mam lepsze rzeczy do robienia niż wysłuchiwanie twoich bezużytecznych jęków. Jesteś żałosny – słowa mężczyzny cięły serce Harry'ego do żywego, ale chłopak pozostał niewzruszony.
- Świetnie. Wielkie dzięki za pomoc.
- Idź w cholerę! – wrzasnął za nim wampir.
Harry wyszedł z hukiem z namiotu i szedł tak przed siebie przez dobre pół godziny dopóki łzy kompletnie nie zamazały mu wzroku.
Merlinie, jak to bolało.
Nie zastanawiał się długo nad decyzją. Z cichym pyk aportował się, pozwalając, by dalej Los pokierował jego życiem.
Mężczyzna przed nim miał krótkie, ciemno rude włosy, starannie zaczesane do tyłu i karnację koloru jasnej kawy. Jego przeszywające, czarne oczy nie odrywały od Ministra wzroku, a na twarzy mężczyzny czaił się delikatny uśmiech, zakrawający prawie o szyderczy. Scrimgeour uważnie go obserwował zanim zdecydował się odezwać. Dużo słyszał o swoim nowym sprzymierzeńcu i wierzył, że dzięki niemu w końcu zaczną wygrywać.
Jasna strona nie może przegrać.
- I sądzisz, że... ten chłopiec mógł stać się Śmierciożercą? – spytał powoli.
- Oh, jestem tego pewien – odpowiedział mężczyzna z doskonale słyszalną arogancją w głosie.
Byłby dobrym politykiem, pomyślał Scrimgeour przelotnie.
- Dlaczego powinienem w ogóle uważać go za jakieś zagrożenie? Mam Czarnego Lorda na karku – zauważył, niepewien, jak daleko może się posunąć.
Mężczyzna miał w sobie coś niepokojącego, a jednak Scrimgeour nie wahał się mu zaufać. Dumbledore bardzo naciskał na spotkanie, gdy tylko dowiedział się, że Minister przyjmuje u siebie siedzącego przed nim mężczyznę. Scrimgeour oczywiście nie zgodził się. Od dawna twierdził, że dyrektor, choć był na pewno bardzo potężnym czarodziejem, nie powinien wtrącać się w sprawy związane z polityką ani z wojną. Ludzie doskonale pamiętali jego sławny pojedynek z Grindelwaldem, ale Rufus nie zapominał także o czasach sprzed pokonania czarnoksiężnika. Teraz, patrząc na Dumbledore'a, widział w jego oczach tą samą iskrę, co którą miał, gdy mówił o „większym dobrze" i innych planach Grindelwalda.
- Ministrze? – spytał cicho mężczyzna i choć miał na twarzy wyraz łagodnego zainteresowania, w jego głosie pobrzmiewała irytacja.
- Przepraszam, zamyśliłem się – mruknął Rufus na swoją obronę.
- Oczywiście – mężczyzna posłał w jego stronę czarujący uśmiech. – I uważam, że nie powinieneś nie doceniać chłopaka. Harrison Shadow potrafi bardzo zaskoczyć. Choć... na pewno nie mnie.
- Mm – mruknął Scrimgeour, taksując swojego gościa badawczym spojrzeniem. – Mogę posłać za nim paru Aurorów...
- Ja się zajmę chłopakiem – odparł ostro mężczyzna.
- Dlaczego mam wrażenie, że robisz to z powodów zupełnie innych niż moje? – spytał Rufus, nieznacznie mrużąc oczy.
- A jakie są twoje powody? – czarodziej nachylił się do Ministra, opierając łokcie na biurku, jego ciemne oczy błyszczały inteligencją i czymś... innym, ale zanim Rufus zdążył zidentyfikować to coś, mężczyzna przymknął oczy.
- Dobro czarodziejskiego świata – odparł Scrimgeour bez wahania.
- Świetnie – odpowiedział mężczyzna, gwałtownie otwierając oczy i wstając z krzesła. – Dlatego proponuję, byś całą swoją uwagę skupił na Voldemorcie. Tymczasem ja wyeliminuję jego prawą rękę.
- Myślałem, że Darkheld jest najbardziej zaufanym Śmierciożercą – zauważył szybko Rufus, także wstając, ledwo dosięgając mężczyźnie wzrostem.
- Kiedy mówiłem o prawej ręce, miałem na myśli... partnera w łóżku – mruknął lekceważąco mężczyzna, ale jego oczy błyszczały szyderczo.
- Czarny Pan dopuszczający kogoś do swojego łoża? – spytał sceptycznie Scrimgeour z zadowoleniem dostrzegając krótkie zdziwienie na twarzy swojego rozmówcy.
Będąc Aurorem, Rufus musiał poradzić sobie z bardziej zatrważającymi wiadomościami niż informacja o tym, że młody chłopak jest prawdopodobnie wykorzystywany seksualnie przez Lorda. Z czasem Scrimgeour stracił sumienie, co w walkach było dużą zaletą, bo nie współczuł swoim wrogom, choć w prawdziwym życiu... niekoniecznie. Wiele razy jego brutalne metody były krytykowane przez media, ale Rufus z lat doświadczenie mógł spokojnie stwierdzić, że ogień można zwalczyć tylko ogniem.
- Ależ Ministrze – mruknął mężczyzna, szybko przybierając nieprzeniknioną minę. – Lord to też człowiek – jego głos był nasączony sarkazmem.
Rufus krótko skinął głową.
- Jeszcze dziś wygłoszę oświadczenie – obiecał.
- Do widzenia, Ministrze – pożegnał się sucho mężczyzna i, nie czekając na odpowiedź, zniknął z cichym pyk.
- Do widzenia, panie Riddle.
