XXVI

Jego oczy natychmiast podążyły ku różdżce Lucjusza. Jednak to nie Malfoy ją trzymał, a Riddle, jak zwykle całkowicie pozbawiony emocji. Harry przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien rzucić się na Toma i zabić go gołymi rękami, ale przecież zemsta zawsze najlepiej smakuje na zimno, czyż nie?

- Dlaczego? – wyszeptał, nawet nie dbając, że jego głos brzmi słabo i żałośnie.

Riddle bez słowa podał różdżkę Lucjuszowi. Malfoy przyjął ją z godnością, ale zanim odszedł, delikatnie uścisnął Harry'ego za ramię. Chyba chciał jeszcze coś dodać, bo nachylił się bliżej chłopaka, jednak Riddle skutecznie mu przerwał.

- Lucjuszu – wysyczał zimno. – Jesteśmy w trakcie bitwy. Czy nie powinieneś chronić swoich najbliższych? – Głos Toma był nasycony drwiną.

- Tak jest, mój panie – wymamrotał posłusznie Lucjusz i pospieszył w stronę walczących.

Riddle utkwił swoje ciemne oczy w Harrym. Nawet nie próbował udać skruchy.

- Dlaczego? – powtórzył Harry.

- Wampiry są naturalnymi wrogami wilkołaków – wyjaśnił spokojnie Riddle, nic sobie nie robiąc z faktu, że zabójcze zaklęcia mijały ich o cale. – Obiecałem, że nikt nie tknie tych wilkołaków, którzy nie stoją po naszej stronie. Chcieli sami się pobawić – mężczyzna podniósł szyderczo wargi. – Powinieneś uznać to za akt miłosierdzia z mojej strony. Twój wilkołak umierałby w bólu i upokorzeniu.

- Miłosierdzia? – wycedził Harry z furią. – Może jeszcze chcesz, żebym ci złożył cholerne podziękowania?

Oczy Riddle'a pociemniały, a mężczyzna zrobił parę kroków do przodu, znacznie górując na Harrym. Chłopak butnie podniósł głowę, spoglądając na Toma z czystą wściekłością.

- Nie myśl sobie, że nie wiem, co planowałeś – wysyczał Riddle. – A sądziłem, że przeszła ci ochota na uciekanie jak tchórz.

- Ja nie uciekam – odparł szybko Harry. – Ale może rzeczywiście coś w tym jest, skoro wolałem spędzić życie z Remusem w ukryciu niż z tobą. I patrz, podjąłem tę decyzję pięć minut po zobaczeniu go. – Harry zaniósł się histerycznym śmiechem.

Tom spojrzał na chłopaka z obrzydzeniem.

- Gdy tylko do czegoś dochodzimy w naszym... związku, ty uciekasz – warknął Riddle przez zaciśnięte zęby. – W 1947 roku...

- ...nie z mojego wyboru!

- ...potem w Zakazanym Lesie...

- ...pocałowałeś Victora!

- ...następnie, gdy opuściłeś Hogwart...

- ...przez ciebie zginęli moi przyjaciele!

- ...z Mistrzem Kaylem...

- ...RZUCIŁEŚ WE MNIE AVADĄ!

- ...wtedy w łazience...

- ...byłem przerażony!

- ...i teraz, po dzisiejszej nocy – dokończył Riddle. – A wszystko, co powiedziałeś było żałosnymi wymówkami. Jeśli twierdzisz, że dorosłeś, dlaczego nadal zachowujesz się jak przestraszone dziecko, które nie wie, co powinno zrobić?

Harry zamilkł, słysząc w głosie mężczyzny zawiedziony ton. Musiał przyznać, że to, co Tom powiedział, miało sens. Prawie ogarnęły go wyrzuty sumienia, gdy...

- Zabiłeś Remusa – wysyczał. – Dlaczego? Bo byłeś cholernie zazdrosny! I kto tu zachowuje się jak dziecko?

- Czego chcesz dowieść? – Riddle wykrzywił twarz w dezaprobacie. – Twój ukochany wilkołak nigdy nie zaakceptowałby tego, kim się stałeś...

- A kim niby się stałem? – wykrzyknął Harry, czując jak opanowuje go wściekłość. – Nigdy nie zależało ci na zemście, prawda? Nie powiedziałeś mi, że tak naprawdę chcesz obalić całe Ministerstwo! Myślałem, że pogardzasz bezsensownym przelewem krwi! Nie widzisz, co robisz? Czym różnisz się do Voldemorta, do cholery? Zabijasz Aurorów, świetnych czarodziei! W imię czego? Nie powiedziałeś mi, że Bellatrix jest po naszej stronie, a wiesz doskonale, że zabiła mojego ojca chrzestnego! Uważasz, że jest ważniejsza ode mnie? Miałem nadzieję, że w końcu obdarzysz mnie szacunkiem i zaufaniem, ale ty jak zwykle musiałeś wszystko zrobić po swojemu! Nigdy nie będę dla ciebie wystarczająco dobry, prawda?

To wszystko bolało. Bolała go zdradza Riddle'a.

Tak bardzo chciał wierzyć, że może w końcu wszystko się ułoży.

- Nie jestem dobry – wycedził beznamiętnie Riddle. – Nie powiedziałem ci o Bellatrix, bo jej potrzebowałem. Była dobrym szpiegiem – przyznał mężczyzna, jego głos zdradzający jedynie znudzenie. – Ministerstwo jest skorumpowane. Scrimgeour tępi czarną magię i czarnych czarodziei, podczas gdy sam używał zaklęć, którym daleko było do jasnych. Aurorzy rzucają czarnomagiczne klątwy. Otwórz oczy, Harrison. Oni wszyscy są hipokrytami. Chcą żyć w świecie pozbawionym mrocznej magii, ale nie ma dobra bez zła. Niektórzy czarodzieje muszą używać takich, a nie innych zaklęć, bo mają to w swojej naturze. Dajmy na przykład Blacków. Każdy z nich był szalony. Każdy z nich miał w sobie czarną magię. Nawet twój ukochany ojciec chrzestny w ukryciu przed Jamesem Potterem używał czarnomagicznych zaklęć. Chcę to zmienić. Chcę, by czarna magia była na równi z jasną. Czy naprawdę jest to takie złe? – Riddle uśmiechnął się szyderczo. – Nie ma rewolucji bez ofiar, Harrison. Świat nie jest czarno-biały. Jest pełen szarości. Czy po tym, co zrobił ci Dumbledore nazwałbyś go złym? Nie. Oczywiście, że nie. Starzec naprawdę wierzył, że robi to dla większego dobra. Nawet on nie może być całkowicie biały. Voldemort jest zły do szpiku kości, tak, ale to dlatego, że nigdy nie był naprawdę człowiekiem. Ty, Harrison, masz w sobie dużo więcej dobra niż zła. I choć nie wiem, jak bardzo byś próbował, nie możesz nagle stać się czarnoksiężnikiem bez serca. Tak samo jak ja, nie ważne jak bardzo byś próbował, nie możesz zmienić mnie w jasnego czarodzieja. I albo zaakceptujesz takiego, jaki jestem, albo nie. – W oczach Riddle'a błysnęło wyzwanie.

Zanim Harry zdążył otrząsnąć się z czaru przemowy Toma, czas się zatrzymał. Czarodzieje przestali walczyć i podnieśli głowy. Coś błysnęło i rozległy się krzyki. Śmierciożercy zaczęli się deportować, a Aurorzy natarli z większą siłą na Niewymownych. Harry zobaczył kątem oka, że bazyliszek pada martwy na ziemię. Usłyszał syk wściekłości wydobywający się z zaciśniętych ust Riddle'a. Mężczyzna wyszedł na środek sali, jego twarz ukryta w cieniu kaptura. Czarne oczy spoczęły na nowoprzybyłym czarodzieju.

- Dumbledore – wycedził niebezpiecznie Riddle.

- Witaj, Tom – przywitał się spokojnie starzec.

- Tom Riddle? – podniosły się szeptu wśród Aurorów.

Riddle zrzucił kaptur ruchem pełnym gracji. Jego czarne, lśniące włosy opadały mu na plecy, a oczy świeciły szaleńczym blaskiem. Nie był to mężczyzna, którego znali Aurorzy i Minister, ale nikt nie miał wątpliwości, że stoi przed nimi główny zarządca Departamentu Tajemnic, ten sam człowiek, w którym Rufus pokładał tyle nadziei i zaufania.

- Ministrze – zawołał Riddle, nie spuszczając oczy z Dumbledore'a.

Z tłumu wyszedł Scrimgeour. Jego bogata szata była pokryta krwią, a włosy w nieładzie. Kulał, ale nie zdradzał oznak bólu, z nieprzeniknioną miną spoglądając to na Albusa, to na Riddle'a.

- Jeśli chcesz wiedzieć, kim są ludzie, z którymi walczą twoi Aurorzy, wystarczy, że przejrzysz listę osób pracujących w Departamencie Tajemnic. Nazywani są, jak wszyscy wiedzą, Niewymownymi i są oddani jednej osobie – Riddle zrobił efektowną pauzę. – Mi.

W tym momencie w stronę Toma poleciało z dwadzieścia zaklęć, w tym dwa prosto od samego Ministra. Riddle odbił je prawie od niechcenia, zabijając prawie wszystkich, którzy próbowali go zaatakować. Dzięki szybkiemu refleksowi, Scrimgeour uniknął odbitych klątw i zamarł, skupiając swój wzrok na Riddle'u.

Ponownie rozpętała się walka. Harry próbował przecisnąć się w stronę Toma, ale czyjeś zaklęcie zostało posłane dokładnie na niego i gdyby nie Malfoy, prawdopodobnie by go trafiło. Harry nie miał czasu podziękować, bo dostrzegł, kto go zaatakował.

Sam Minister.

- Harrison Shadow – powiedział mężczyzna. – Dużo o tobie słyszałem, chłopcze.

- A wszystko od Riddle'a – zakpił Harry. – Wiarygodne źródło informacji sobie pan wybrał.

Rufus zacisnął zęby, wyglądając na szczerze upokorzonego.

- A jednak Riddle cię wydał – zauważył mężczyzna. – Nie wiem, jak dobrze się znacie, ale Riddle nigdy nie był po stronie Voldemorta. Za to ty, chłopcze, tak.

- Och – Harry przekrzywił głowę na lewo, uśmiechając się szyderczo. – Ale Riddle także nigdy nie był po twojej stronie. Proszę mi powiedzieć, Ministrze, czy taka zdradza bardzo boli?

Harry szybko rozejrzał się po sali. Niewymowni, bez niejakiej „pomocy" Śmierciożerców, przegrywali. Riddle toczył zacięty pojedynek z Dumbledorem, ale chyba też musiał to zauważyć, bo jego ruchy stały się bardziej nerwowe. Harry nie rozpoznawał wszystkich zaklęć, które mężczyzna rzucał, ale od pewnego czasu Tom zaczął używać tylko zabijających.

- To nie ma znaczenia – wycedził Scrimgeour. – Przegrywacie. Śmierciożercy wycofali się zaraz po przybyciu Dumbledore'a, ale ty zostałeś. Dlaczego? Czy Voldemort zlecił ci specjalne zadanie?

- I niby mam panu powiedzieć? – roześmiał się Harry, gorączkowo szukając wzrokiem znajomych twarzy.

Niewymowni także zaczęli się deportować. Z ulgą zobaczył, że Kayle nadal się pojedynkuje, ale „pojedynkuje" mogło być w tym wypadku za dużym słowem. Mężczyzna z łatwością zabijał po trzech Aurorów za jednym razem, ale Harry przejrzał jego świetnie skonstruowaną maskę obojętności. Kayle, mimo niesamowitej mocy, męczył się jak każdy człowiek.

Wampirów było prawie tak samo dużo jak przed rozpoczęciem walki, ale chyba nawet oni zaczęli odczuwać zmęczenie. Wielu z nich krwawiło i choć takie rany były dla wampirów niczym, po godzinach walki, mogły stać się niebezpieczne.

- Na pewno powiesz – odpowiedział zimno Minister. – Każdy się łamie po trzech seriach tortur.

Ostatnie zdanie Rufusa mocno uderzyło Harry'ego i Scrimgeour musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się triumfalnie, ale nie miał pojęcia, że to nie wizja tortur przeraziła chłopaka, a same słowa.

- Tortury? – wymamrotał Harry, próbując zrozumieć. – Myślałem, że Ministerstwo jest przeciwko brutalności.

- Oczywiście – potwierdził Rufus lekceważąco. – Żaden jasny czarodziej nie zostałby poddany torturom. Ale Śmierciożercy nie zaliczają się do jasnej strony, nieprawdaż?

Ministerstwo jest skorumpowane. Scrimgeour tępi czarną magię i czarnych czarodziei, podczas gdy sam używał zaklęć, którym daleko było do jasnych.

- Wy wszyscy jesteście hipokrytami – wyszeptał Harry.

W odpowiedzi Rufus obnażył zęby w prawie drapieżnym geście.

- Obleciał cię strach, Śmierciożerco?

Zdrada Ministra była prawie tak samo bolesna jak zdrada Riddle'a. Oni wszyscy – Aurorzy, Dumbledore, Śmierciożercy, Niewymowni – walczyli dla większego dobra. Oni wszyscy wierzyli, że to, co robią jest odpowiednie i najlepsze. Ministerstwo chciało zagwarantować jasnym czarodziejom spokój, choć sami wcale nie byli tacy dobrzy. Dumbledore był gotów poświęcić pojedyncze osoby, bo w końcu na wojnie ktoś musi bohatersko siebie ofiarować, prawda? Śmierciożercy pragnęli mocy i potęgi, którą gwarantował im szalony Lord. Niewymowni podążali za Riddlem. A Tom... Harry miał wrażenie, że Riddle bawił się nimi wszystkimi.

- Nie – zaprzeczył w końcu. – Nie boję się. Jestem przerażony. Ludzie myślą, że walczą dla dobra, gdy tak naprawdę walczą dla hipokrytów. Stosujecie czarną magię przeciwko ciemnym czarodziejom. I ty to nazywasz sprawiedliwością?

- Ogień można zwalczyć tylko ogniem – warknął Rufus.

Przerwał im czyjś rozdzierający krzyk. Harry podniósł natychmiast głowę, rozpoznając głos Malfoya. Lucjusz leżał na ziemi, a z jego ciała wypływała prawie czarna krew. Nad nim stał Moody, patrząc swoim zdrowym okiem na mężczyznę z obrzydzeniem i chorą radością.

Harry wyminął zdziwionego Ministra i zaatakował Moody'ego od tyłu. Ex-Auror nie dał się zwieść i Harry przeklął się w myślach za swoją głupotę. Całkowicie zapomniał o sztucznym oku mężczyzny. Ledwo zrobił unik przed pierwszym zaklęciem, gdy kolejne trzy pędziły już w jego stronę.

- Cholerny śmierciożerca – zaklął Moody.

Wydał z siebie jęk, czując jak klątwa przecina mu skórę. Rozpoznał w niej typowe czarnomagiczne zaklęcie i opanowała go czysta furia. Zanim jednak zdążył odpowiedzieć atakiem, ktoś wyskoczył przed niego i powalił ex-Aurora szybkim ruchem ręki, rozcinając mężczyźnie tętnicę.

- Wszystko w porządku? – spytał Hexus, pomagając Harry'emu wstać.

Harry nie odpowiedział, klękając przed Lucjuszem. Malfoy nie wyglądał za dobrze, a jednak nadal otaczała go ta typowa dla niego aura dumy i godności.

- Przeżyjesz? – Harry nawet nie próbował wyleczyć rany. Nigdy nie był zbyt dobry w zaklęciach uzdrawiających.

- Dziękuję – wykrztusił Lucjusz, na jego twarz malował się czysty ból, ale oczy świeciły wdzięcznością.

- Musimy się deportować – wycedził Hexus, chwytając Harry'ego za zdrową rękę i podciągając siłą do góry.

Harry rozejrzał się po holu. Z Niewymownych zostały tylko wampiry. Kayle stał ukryty w cieniu, a Harry podążył za jego spojrzeniem i na chwilę zapomniał, jak się oddycha.

W miejscu, gdzie kiedyś była fontanna, ziała czarna dziura. Na jednym krańcu stał Riddle, a na drugim Dumbledore. Chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z przestrzeni jaka ich dzieli, bo gdy krążyli wokół siebie, posyłając coraz bardziej skomplikowane zaklęcia, ani razu nie spojrzeli w dół. Harry powstrzymał krzyk, gdy Riddle zrobił krok do przodu, ale nie natrafił na grunt. Mężczyzna szybko odzyskał równowagę, jednak to wystarczyło, by Dumbledore trafił go zaklęciem. Riddle zamknął oczy, jakby starając się wygrać z bólem, który musiał nim wstrząsnąć. Jego ciało stanęło w ogniu i Harry mógł dojrzeć błysk zadowolenia w oczach Dumbledore'a.

- Idziemy – warknął Hexus, niedelikatnie pociągając Harry'ego do tyłu.

- Nie zostawię Toma! – odkrzyknął Harry, z ulgą obserwując, jak płomienie gasną, a Riddle już posyła kolejną klątwę w stronę Dumbledore'a. Szaty mężczyzny nie wyglądały na spalone, ale Harry widział, jak Tom krzywi się za każdym razem, gdy musiał zrobić jakiś gwałtowny ruch.

- On sobie poradzi – syknął Hexus. – W przeciwieństwie do twojego ukochanego blondyna. – Wampir wskazał na Malfoya, który był już kompletnie biały na twarzy, ale także podążał wzrokiem za Riddlem.

Harry zacisnął gniewnie usta. Nie mógł zostawić Toma. A co jeśli...

- Chodź – usłyszał stanowczy głos Kayle'a i poczuł ucisk w żołądku, typowy dla aportacji.


Był coraz bardziej zmęczony. Bolało go całe ciało i czuł, że magia Victora słabnie z każdym następnym zaklęciem. Przeklął samego siebie. Nigdy nie powinien pozwolić, by ten starzec zastał go bez Victora u boku. Umysłowo próbował kilka razy skontaktować się z wampirem, ale ten miał zbyt potężne mury wokół siebie, a Tom zbyt mało siły i czasu, by marnować je na porozmawianie z przyjacielem.

Na szczęście Dumbledore też nie wyglądał za dobrze. W końcu, do cholery, dyrektor był stary i męczył się szybciej niż Tom.

Kątem oka zobaczył, że Kayle aportuje się z Harrisonem do Malfoy Manor. Wreszcie. Resztka Aurorów, która została, była zbyt zajęta walką z wampirami, by pomóc swojemu ukochanemu czarodziejowi. Tom musiał przyznać, że nie był pewien, czy zdołałby odeprzeć ich atak i Dumbledore'a.

Nie do końca tak to sobie zaplanował, ale przede wszystkim nie spodziewał się, że Dumbledore pojawi się w Ministerstwie. W jakiś sposób starzec musiał domyśleć się, skąd Tom czerpie magię i zaatakował go w chwili, gdy Victora przy nim nie było.

A niech to szlag trafi tego cholernego głupca.

Był wściekły, bo nie chciał zszargać sobie reputacji jasnego czarodzieja, ale cóż, co to za różnica, skoro i tak to nie on będzie zasiadać jako Minister?

Właśnie, a gdzie jest najdroższy Minister?

Ostatni raz widział Scrimgeoura, kiedy ten rozmawiał z Harrisonem. Udało mu się dojrzeć wyraz wściekłości i zaskoczenia na twarzy chłopaka, co musiało tylko znaczyć, że Rufus zdradził brzydki sekret Ministerstwa. Akurat z tego był wyjątkowo zadowolony, Harrison z pewnością był bardziej skłonny uwierzyć Ministrowi niż jemu.

Trzeba nad tym popracować.

Westchnął w myślach. Nie przywykł do nieufności. Przeważnie wszyscy, którzy go poznawali, z miejsca zaczynali mu ufać. Nawet przezorny Rufus Scrimgeour nie poddawał jego lojalności na żadne próby. Był tym trochę zawiedziony, bo liczył na jakieś wyzwanie, ale widać tylko jego Animus potrafił dostarczyć mu rozrywki.

Na myśl o swoim Animusie poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po rozbolałym ciele. Było to jednocześnie pocieszające, jak i żałosne.

Z przewagą na żałosne.

Dumbledore wysłał w jego stronę kolejne czarne zaklęcie i Tom zaczął się poważnie zastanawiać, czy nie powinien przerwać pojedynku. Od powstrzymywanego śmiechu bolał go już brzuch. Doprawdy, jak nisko jasna strona musiała upaść, by stosować sztuczki swoich przeciwników?

- Używasz ciemnych klątw dla większego dobra, Albusie? – zadrwił.

- Boli mnie krzywdzenie mojego starego przyjaciela – odpowiedział smutno Dumbledore, ale Tom nie dał się zwieść i wybuchł krótkim śmiechem.

- Tak samo jak bolało się zabicie Harry'ego Pottera, co?

Wzrok Dumbledore'a pociemniał.

- Nie istnieje wojna bez ofiar – wyszeptał starzec. – Ale to ty mnie do tego zmusiłeś. Zepsułeś tego chłopca, Tom.

- Powtarzaj to sobie do snu, Dumbledore, a nie mi.

- Wierzyłem w ciebie – Albus wyglądał na prawdziwie załamanego.

- Jak mi przykro, że nie chcę żyć w świecie, jaki sobie wymarzyłeś wraz z Gellertem. – Głos Riddle'a był nasączony drwiną.

- Nie! – wrzasnął rozdzierająco Dumbledore i zaatakował z podwójną siłą, czego oczywiście Tom się spodziewał.

Już chciał odeprzeć zaklęcia i wykorzystać chwilową wściekłość starca, gdy poczuł, że magia go opuszcza. Zdjęło go czyste przerażenie i w ostatniej chwili rzucił się na bok, unikając klątw. Zobaczył błysk triumfu w oczach Dumbledore'a, ale odmówił pokazania jakiejkolwiek słabości.

Nawet nie próbował się bronić, gdy trafiło go zaklęcie starca. Oczywiście Dumbledore był zbyt szlachetny, by zadać mu ból czy zabić, ale zamiast tego mógł upokorzyć Riddle'a, który znalazł się w...

- Cholerna klatka? – wybuchł histerycznym śmiechem, odrzucając długie włosy do tyłu. – Jakie to żałosne.

Z niepowodzeniem próbował ukryć zażenowanie.

Ale nagła myśl sprawiła, że zapomniał o swojej beznadziejnej sytuacji.

Coś się stało Victorowi.


Harry był bliski zaczęcia kołysać się w tył i w przód. Riddle'a nie było od dwóch godzin, mimo tego, że wszystkie wampiry już wróciły. Podobno Minister i reszta Aurorów zniknęli z pola walki, pozostawiając samego Toma z Dumbledorem.

Lucjusz był w szpitalnej sali (kiedy Harry odkrył, że mają taką salę w cholernym domu, zaczął się opętańczo śmiać aż Kayle musiał go walnąć, by przestał), ale na szczęście nic nie zagrażało jego życiu. Hexus musiał zebrać wszystkie wampiry w zamku i podliczyć straty, a także zająć się pozostałymi wilkołakami, o czym Harry niekoniecznie chciał wiedzieć. Kayle spokojnie siedział na fotelu i popijał wino, co powoli doprowadzało Harry'ego do szału.

Nagle do pokoju aportował się Hexus. Widocznie na czas walki mury ochronne zostały zdjęte. Wampir wyglądał na prawie chorego. Nawet nie spojrzał na Harry'ego i od razu skupił swój wzrok na Kayle'u.

- Mistrzu... – Harry nigdy nie słyszał Hexusa tak załamanego i natychmiast zesztywniał, czując, jak serce podchodzi mu do gardła. – Victor został porwany przez Śmierciożerców.

Twarz Kayle'a nie zdradzała żadnych emocji, ale w pokoju zrobiło się lodowato i Harry musiał się powstrzymać od szczękania zębami ze strachu i zimna.

- Tylko on? – spytał cicho.

- Tak.

Przerażenie złapało Harry'ego za serce, gdy zobaczył, że Kayle pozwolił, by jego beznamiętna maska opadła, odsłaniając szczere zaniepokojenie.

- Wyjdź – mruknął do Hexusa i wampir bez słowa wykonał polecenie.

Powoli mężczyzna zwrócił swoje granatowe oczy na Harry'ego.

- Harrison – zaczął spokojnie. – Nie tylko Victor jest w niebezpieczeństwie. Obawiam się, że Dumbledore może w jakimś stopniu współpracować z Voldemortem.

- Słucham? – wychrypiał Harry.

- To, o czym teraz ci opowiem, musi pozostać między nami – odparł Kayle, powoli i starannie dobierając słowa. – Nie jestem odpowiednią osobą, od której powinieneś o tym usłyszeć, ale nie ma czasu. Rozumiesz?

Harry bezwiednie skinął głową.

- Dobrze – mruknął Kayle, zamykając oczy i pogrążając się we wspomnieniach. – Jak już wcześniej mówiłem, Toma poznałem dzięki Victorowi. Tom był wtedy bardzo młody i bardzo przestraszony. Jego serce wypełniała żądza zemsty i niesamowita złość. Tom był bardzo uczuciowym młodzieńcem.

Powstrzymał się od parsknięcia. Harry znał Riddle'a już wcześniej i jakoś nie za bardzo mógł uwierzyć w słowa Kayle'a.

- I zanim zdążysz mi przerwać...

- Nie miałem takiego zamiaru – odpowiedział Harry urażonym głosem.

- Teraz to zrobiłeś – zauważył Kayle. – Tom był bardzo uczuciowy. To ja wypleniłem z niego te wszystkie emocje. Nigdy nie byłem i nadal nie jestem zadowolony ani dumny ze swojego czynu, ale nie miałem innego wyboru.

Zawsze masz wybór, przypomniał sobie Harry słowa Kayle'a.

- W Tomie było zbyt dużo nienawiści i złych emocji, których nie mogłem po prostu zignorować i zostawić. Dlatego został moim uczniem. Postanowiłem zaopiekować się nim, ale zrozumiałem, że nauki idą na marne, bo Tom był zbyt rozbity po straceniu swojej magii, by przyswoić jakąkolwiek wiedzę. Mówiąc krótko, dużo czasu poświęciłem na wybicie mu samobójstwa z głowy.

Harry wstrzymał oddech.

Samobójstwa?

Pominę sentymentalne części tej opowieści, jednak musisz wiedzieć, że byłem na skraju szaleństwa.

Kiedy Riddle o tym opowiadał, jego głos był monotonny i nie zdradzał żadnych emocji. Harry nigdy by nie pomyślał, że Tom naprawdę myślał o samobójstwie.

Cholerny Dumbledore.

- Podczas gdy ja próbowałem wszystkich metod, by zaciekawić Toma w jakikolwiek sposób, Victor zaprzyjaźnił się z nim. Oczywiście już wtedy był wampirem, a Tom był o dziwo niesamowicie zafascynowany tym tematem. Potrafili siedzieć przez parę dni sami, tylko rozmawiając. Aż w końcu Victor przyszedł do mnie i oznajmił, że chce oddać Tomowi swoją magię – Kayle zrobił przerwę, spoglądając na Harry'ego, ale widząc niezrozumienie na twarzy chłopaka, kontynuował. – Jest to niebezpieczny rytuał. Łączy się dwie dusze, w tym przypadku Toma i Victora, dzięki czemu mogą oni komunikować się między sobą myślami, a także dzielić się magią. Jednak mało ludzi jest skłonnych zrobić coś takiego, bo przeważnie jednak tylko jedna osoba, która korzysta z takiej wymiany. Załóżmy, że ty i ja łączymy dusze. Ty ciągniesz ode mnie magię, ale ja nie, ponieważ jestem potężniejszy. Gdybyś miał złe zamiary, mógłbyś mnie nawet zabić, wysysając ze mnie magię. Dlatego rytuał ten przede wszystkim bazuje na zaufaniu.

- Czyli... – Harry zamilkł na chwilę, porządkując fakty. – Tom nie jest charłakiem, bo Victor udziela mu swojej magii?

- Tak – potwierdził Kayle. – Ale teraz, ponieważ Victor został złapany, jest też prawdopodobnie zmęczony i ranny. Dlatego, by nie przelewać swojego bólu na Toma, musiał chwilowo zamknąć ich umysłowe połączenie – Kayle zamilkł, spokojnie czekając, by Harry przetrawił jego słowa.

- Rok temu, kiedy Voldemort mnie złapał, Tom pojedynkował się z nim i nagle stracił magię – przypomniał sobie Harry.

- Połączenie może zanikać, gdy Tom wykorzysta zbyt dużo magii lub Victor będzie za daleko. Pewnie oba te powody były w jakimś stopniu prawdziwe i dlatego Tom na chwilę stracił magię. Bo później wróciła, prawda?

- Ta-

Harry zamarł, nagle zdając sobie z czegoś sprawę. Zbladł na twarzy i nie mógł już powstrzymać drżenia zziębniętych dłoni.

- Jeśli Victor zamknął połączenie pomiędzy nimi – wyszeptał. – Czy... czy to znaczy, że Tom nie ma teraz magii?

Mina Kayle'a wystarczyła mu na potwierdzenie swoich słów.