XXVII
Zanim zdążył aportować się do Ministerstwa, Kayle'owi udało się wcisnąć mu pelerynę niewidkę do ręki. Gdyby nie szybkie myślenie mężczyzny, Harry prawdopodobnie znalazłby się w klatce tak jak Riddle.
Opustoszały hol główny całkowicie różnił się od pola bitwy, które toczyło się tu jeszcze kilka godzin temu. Fontanna wróciła na swoje miejsce, ale zwłoki bazyliszka nadal leżały na środku sali, jak jakiś rodzaj ostrzeżenia. Widok wielkiego węża wywołał u Harry'ego nieprzyjemne dreszcze. Dopiero potem pomyślał, że Kayle musi być wściekły. W końcu bazyliszek przeżył tyle lat.
Choć chyba jest to godniejsza śmierć niż zabicie przez dwunastoletniego chłopca gryfońskim mieczem.
Dzięki pelerynie mógł niezauważalnie przemknąć się przez hol, ale zatrzymał się w ostatnim momencie, wyczuwając nikły zapach Riddle'a.
Pachniał jak mugol, co przeraziło Harry'ego bardziej niż wszystko, co dziś zobaczył.
Niepewnie podążył za zapachem, pamiętając, że Dumbledore potrafił widzieć przez pelerynę. A jeśli starzec dostrzeże pelerynę, na pewno skojarzy ten fakt ze Złotym Chłopcem, który-powinien-być-martwy-ale-wcale-nie-jest.
Cóż, Harry spodziewał się krwi i rzeźni, ale zamiast tego zobaczył siedzącego jak zwykle z wielką gracją i dumą Riddle'a, całkowicie nienaruszonego i wyglądającego na prawie odprężonego. Mężczyzna miał zamknięte oczy i Harry pomyślał, że medytuje co rzeczywiście często robił w Malfoy Manor. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że Riddle był zamknięty w klatce i musiał schylać głowę, by nie dotykać nią o sufit.
Musi być to dla niego bardziej upokarzające niż tortury.
Nagle Riddle otworzył oczy i przeszukał uważnym spojrzeniem salę, zatrzymując wzrok na Harrym. Przez jego twarz przemknęło coś, co Harry w przypływie optymizmu mógłby nazwać zdziwieniem lub po prostu uczuciem.
- Ty idioto – syknął Riddle w końcu. Mężczyzna ponownie zamknął oczy, a jego twarz przybrała niewzruszony wyraz, ale Harry dobrze wiedział, że to tylko pozory.
Stwierdzając, że Dumbledore zobaczy go tak czy tak, zdjął pelerynę zamaszystym ruchem, ale trzymał ją blisko siebie.
Podszedł bliżej i kucnął, tak, by jego oczy znalazły się na tym samym poziomie, co Riddle'a. Z pewnością Tom byłby jeszcze bardziej upokorzony, gdyby Harry spoglądał na niego z góry.
Choć bardzo wątpił, że kiedykolwiek zostanie mu to wynagrodzone.
- Ja jestem idiotą? – zadrwił cicho Harry. – Nie wiedziałem, że siedzę w klatce na pastwie moich dwóch największych wrogów. W dodatku bez magii. – No dobrze. Może troszeczkę go upokorzy.
Riddle spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek, wyglądając na całkowicie spokojnego. Na jego ustach czaił się szyderczy uśmiech.
- Choć raz mógłbyś zachować się jak na każdego normalnego człowieka przystało i się zdziwić – westchnął Harry, na co Tom pochylił głowę do przodu, czołem dotykając krat i Harry nagle zapragnął przeczesać ręką jego czarne włosy, ale szybko zdusił w sobie to beznadziejne pragnienie.
- Na wojnach zdarzają się ofiary – wymruczał Riddle, nie odrywając wzroku od twarzy Harry'ego. – Sam dobrze o tym wiesz.
- Haha, i jeszcze mi powiedz, że zamierzasz się poświęcić? – Harry roześmiał się ponuro, ale czując nieprzyjemny skręt w żołądku, słysząc słowa mężczyzny.
- Oh, nie – odpowiedział lekko Tom. – Nie – powtórzył ciszej. – Najpierw muszę zabrać z sobą pewnego starca, który żyje już zdecydowanie za długo. Dopiero wtedy mogę pogodzić się z wizją śmierci.
- Jakiej śmierci? – spytał Harry ostro.
Czasami nawet wolał, by Riddle był bardziej podobny do Voldemorta. Lord przynajmniej bał się śmierci, w przeciwieństwie do Toma, który przyjął tę informację z nadzwyczajnym spokojem.
Bo Tom Riddle pogodził się ze śmiercią już lata temu, gdy chciał popełnić samobójstwo.
Na tę myśl Harry'ego oblała fala przerażenia
- Zakładam, że nie masz żadnego planu wyrwania mnie z tej klatki, prawda? – Tom uśmiechnął się zimno. – Jak gryfońsko z twojej strony. Piękny koniec. Tom Riddle umiera ze wspomnieniem, że jego ukochany Animus zdołał się z nim pożegnać. O nie. Nie, nie, nie. Jakie to żałosne. Musisz dopilnować, żeby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Niech mówią, że zginąłem w samotności.
- O czym ty mówisz? – warknął Harry, teraz nawet nie kontrolując swojej twarzy, na którą wypłynęły wszystkie emocje.
Strach. Zagubienie. Wściekłość. Niepewność.
Riddle uważnie obserwował chłopaka, ale w odpowiedzi tylko sięgnął przez kraty i złapał za włosy Harry'ego, zbliżając go do siebie. Jego ciepły oddech owiał twarz gryfona.
- Uratuj Victora, słyszysz? – głos Riddle'a był stanowczy i czysto profesjonalny. – Poproś Kayle'a o pomoc. A zresztą, on i tak nie pozwoliłby ci pójść samemu. Zabiję Dumbledore'a, o to się nie martw. Ale nie wiem, gdzie jest Rufus. Chcę, żeby Lucjusz został kolejnym Ministrem. Powiedz, że to obiecana nagroda. Niech wampiry odbywają rajdy na mugoli raz w miesiącu, nie więcej. I mają nie zdradzić, kim są, do cholery. Kayle zajmie się Niewymownymi. Chcę, żeby później wyjaśnił ci, jakie dokładnie są moje plany względem szlam – Harry drgnął, ale Tom zignorował jego reakcję. – Nie martw się, nic złego. Początkowo miałem inny pomysł, ale stwierdziłem, że nie przypadłby ci do gustu. Zostawiam świat w twoich rękach, Harrison. To twoje dziedzictwo. Spróbuj spieprzyć moją ciężką pracę, a dopilnuję, żeby Victor cię mocno ugryzł – Riddle puścił Harry'ego i zdjął z palca czarny pierścień. Bez wahania podał go zszokowanemu chłopakowi. – Horkruks Voldemorta. Pilnuj go jak własnego życia, słyszysz?
- Chcę zabić Lorda, a nie-
- Pod żadnym pozorem – wycedził Riddle, a jego oczy zabłysły niebezpiecznie. – Później.
- Jakie później? – zaprotestował Harry.
- Po prostu rób, co mówię. Choć raz – warknął Tom, ale jego głos zdradzał zmęczenie. – Prosiłeś mnie o szacunek i równość. Nigdy nie dałem tego horkruksa nikomu innemu. Nawet Victorowi. Wierzę, że nie złamiesz mojego zaufania.
Harry nie wiedział, co odpowiedzieć. Czuł się skołowany. Co się działo? Co Tom wygadywał? Przecież on nie może umrzeć.
Prawda?
- Jesteś nieśmiertelny – wymamrotał, szukając potwierdzenia.
Riddle zamilkł na chwilę.
- Idź już – odpowiedział cicho.
- Nie – Harry zauważył, że jego głos zaczął się trząść, ale zignorował to. – Nie rozumiem, o czym ty mówisz. Jakie dziedzictwo do cholery? Nie chcę tego! Nigdy nie chciałem! To było twoje marzenie, twoja chora ambicja! Nie możesz mnie teraz tak zostawić z tym... z tym wszystkim.
Tyle razy wyobrażał sobie, jak zabija Toma.
Tyle razy.
Ale nigdy tego nie chciał.
Cholera.
- Nie – powtórzył Harry. Twarz Riddle'a była rozmazana przez łzy, które napływały do oczy chłopaka. – Ty draniu! Nie możesz!
Usłyszał ponury śmiech Toma.
- Dumbledore zaraz przyjdzie ze swoim katem – mruknął mężczyzna. – Sam nie może sobie ubrudzić rączek, cholerny hipokryta. Nie trać czasu i uwolnij Victora, on już będzie wiedział, co zrobić.
- Oczywiście! – Harry westchnął z ulgą. – Kiedy tylko uratujemy Victora, twoja... jego... – chłopak zmarszczył brwi – magia powróci i będziesz mógł się stąd wydostać – Harry popatrzył na mężczyznę z nadzieją.
- Wierz, w co chcesz – Riddle uśmiechnął się szyderczo. – A teraz już idź.
- Jak to...
- Idź – warknął ostro Tom i Harry też usłyszał zbliżające się kroki.
Harry zacisnął dłoń na pierścieniu.
- Uwolnię cię – wyszeptał, na co Riddle tylko pokręcił głową z uśmiechem.
- Lepiej nie, bo wtedy będę musiał żyć ze świadomością, że zawdzięczam ci życie – parsknął. – Co za straszna wizja.
Ale kiedy Harry się aportował, ogarnęły go złe przeczucia.
Kayle podniósł wzrok, wyczuwając pojawienie się chłopaka. Harrison zdołał wyrwać go z przeklętych myśli o Victorze.
Nigdy nie chciał mieć syna. Nie pasował na ojca. Był zimny i wyniosły, na zawsze zastygły w ciele pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Ale nawet on był kiedyś młody. Matka Victora zmarła podczas porodu. Panowały wtedy ciężkie czasy. Czarodzieje zabijani przez mugoli. Paleni na stosie. Ich najpotężniejsze różdżki niszczone bez litości. Merlin, Mistrz Kayle'a, zabity przez cholernego mugola. Na myśl o przyjacielu coś w nim drgnęło, ale lata praktyki skutecznie powstrzymały napływ wspomnień.
Victor.
Jedyna osoba, która znała go prawie na wylot. Jego syn nigdy z tego nie korzystał, oczywiście. Nie, Victor był mądry, a Kayle odczuwał dumę, gdy myślał o tym lekkomyślnym stworzeniu, które było... cóż.. jego.
Pamiętał ten wieczór, gdy usypiał małego Victora i obiecał samemu sobie, że nie pozwoli mu umrzeć. Dzieciak mógł mieć wtedy z pięć lat. Kayle był młody i och, jak głupi. Myślał, że nieśmiertelność da mu wieczne szczęście. Po tym, jak zobaczył śmierć swojego mentora, Merlina, postanowił żyć wiecznie. Niedługo później urodził mu się syn. Kayle był kompletnie zakochany w malcu. Ale to uczucie stało się niebezpieczne. Mężczyzna miał zbyt wielu wrogów pośród czarodziei, którzy byli zazdrośni, że to właśnie on uczył się u wielkiego Merlina. Dlatego porzucił Czarodziejski Świat i udawał mugola. Zbadał ich tok myślenia i wysłuchał krążących legend. Usłyszał opowieść o Drakuli i natychmiast postanowił odwiedzić zamek, o którym mówiono. Srodze się rozczarował, gdy zastał w nim tylko parę duchów.
Jednak nie zaprzestał swoich eksperymentów nad nieśmiertelnością. Chciał stworzyć istoty na miarę tych z opowieści mugoli. Victor miał siedem lat, gdy przez przypadek odkrył odpowiedni rytuał. Długo potem nie mógł zasnąć. Czuł się inaczej. Zimny wiatr nie sprawiał, że miał gęsią skórkę, a gorące powietrze nie ocieplało jego ciała. Nie potrzebował jeść ani pić. Robił to z przyzwyczajenia. Jednak szybko się męczył i musiało minąć parę lat zanim przespał osiem godzin bez przerwy.
Victor miał być pierwszym wampirem, ale Kayle nie chciał, by cokolwiek poszło nie tak, więc najpierw spróbował na mugolu. Starzec zginął po drugim dniu, wykończony przez zaklęcia, które rzucił na niego Kayle. Następnym razem mężczyzna wykorzystał czarodzieja, ale nie obdarzył go przekleństwem nieśmiertelności. I rzeczywiście, niedługo później czarodziej wyruszył na swoje pierwsze polowanie. Był zawładnięty potrzebą wypicia krwi i Kayle to wykorzystał, zabijając pierwszego wampira z łatwością.
Usatysfakcjonowany, kiedy Victor osiągnął wiek męski, Kayle przyzwał syna do siebie z zamiarem odprawienia rytuału. Ufne oczy chłopca spojrzały na niego z tą dziecinną radością i Kayle nadal potrafił je przywołać, nawet teraz. Choć musiał przyznać, że spojrzenie Victora od tamtego czasu wcale się tak nie różniło.
Nie odprawił rytuału ani wtedy ani parę lat później. Dopiero gdy Victor spytał, dlaczego Kayle się nie starzeje, mężczyzna postawił syna przed wyborem. Victor miał wtedy trzydzieści jeden lat i doskonale rozumiał, jak ważne będzie to, co wybierze. Kayle spodziewał się, że chłopak odmówi. Dzieciak od małego był uparty i przekorny, co często prowadziło do kłótni pomiędzy synem a ojcem. Mimo tego, Victor kochał Kayle'a całym sercem. Oh, tak, mężczyzna dobrze o tym wiedział, ale nie wymówił tych dwóch słów od kiedy Victor był małym dzieckiem i z pewnością nie mógł tego pamiętać. Kayle był zbyt stary, by powiedzieć, że miłość nie istnieje. Starał się wpoić tę prawdę swojemu synowi do głowy i pozostało mu mieć nadzieję, że Victor, mimo tkwiącego w nim wampira, zastosował się do słów ojca.
Żeby zmienić kogoś w wampira, najpierw trzeba było go zabić. Tylko dzięki opanowaniu Kayle nie przerwał wtedy rytuału. Victor był dla niego kimś najważniejszym, osobą, bez której całe życie straciłoby sens. Bo co robić przez wieki nieśmiertelności, jeśli nie opiekować się ukochanym, trochę idiotą, ale jednak ukochanym dzieckiem.
Oczywiście Victor, po pięćdziesięciu latach spędzonych z ojcem, chciał zakosztować trochę wolności i Kayle nie miał nic przeciwko. Sam mógł podczas tego czasu rozwijać swoje zainteresowania i magię, a także eksperymenty nad wampirami. Nie widział syna przez prawie sto lat, a gdy ten wrócił, nie zmienił się ani na jotę.
Dopiero po kolejnym wieku Kayle zrozumiał, że dla nich sto czy nawet tysiąc lat to nic w porównaniu do wieczności.
Victor nigdy nie miał przyjemności spotkać założycieli Hogwartu, ale dla Kayle'a byli bardzo bliskimi przyjaciółmi. Przez pewien czas nawet rozważał podzielenie się z nimi darem (przekleństwem) nieśmiertelności, ale powstrzymał się. Musiał przyzwyczaić się do samotności i zaakceptować, że nie może mieszać się w bieg wydarzeń. Merlin wie, co Slytherin mógłby zrobić, gdyby nie umarł.
A potem Kayle na chwilę wycofał się ze społeczności, opłakując w spokoju śmierć przyjaciół. Nie trwało to długo, ale na zawsze pozostawiło ślad na jego charakterze. Kayle już nigdy później nie zawarł z nikim takiej przyjaźni jak z założycielami. Do Czarodziejskiego Świata przywołał go pierwszy Czarny Lord, daleki krewny Darkhelda pierwszego, pradziadka Roberta, Śmierciożercy. Victor był akurat bardzo znudzony i postanowił samemu pokonać Lorda, co zaalarmowało Kayle'a, jako że czarnoksiężnik był dużo potężniejszy niż Voldemort. Tak, Kayle zauważył, że z biegiem czasu czarodzieje stali się coraz słabsi. Winił mugoli i ich cholerne mieszane związki. W czasach Merlina nikt nie potrzebował różdżki do czarowania, a te były przeznaczone tylko dla naprawdę potężnych.
Głupi dzieciak prawie stracił rękę w pojedynku z Czarnym Lordem i gdyby nie ratunek Kayle'a, Victor mógłby nawet przegrać. Kayle nigdy nie chciał być zbyt zauważalną postacią w Czarodziejskim Świecie, ale niestety po tamtym pojedynku już na zawsze krążyły legendy o niepokonanym Keliosie (zależnie od opowieści, Kayle'owi nadawało się różne imiona, ale zawsze każde zaczynało się na literę 'K').
Pierwsze spotkanie z Tomem pamiętał równie doskonale, co każde usypianie małego Victora. Tom wyglądał wtedy... źle. Źle to może nie było odpowiednie słowo, bo chłopak miał wyjątkowy talent do wyglądania zawsze dobrze, niezależnie od stanu psychicznego. Jednak tak, Tom był prawie boleśnie chudy i miał w oczach prawdziwe szaleństwo. Victor spotkał go na klifie, gdzie często przychodził, by podziwiać fale uderzające o zabójcze skały. Kayle nigdy nie dowiedział się, czy Tom próbował popełnić samobójstwo, bo Victor strzegł tajemnicy przyjaciela nawet przed własnym ojcem.
Kayle nigdy nie miał ucznia, bo posiadanie takiego łączyło się z emocjonalną więzią, a on nie wytrzymałby kolejnej śmierci kogoś mu bliskiego. Jednak gdy zobaczył Toma, załamanego chłopaka, którego jedynym celem była zemsta, a serce wypełnione miał nienawiścią, postanowił, że zrobi wyjątek. Dostrzegł w Tomie dni jego dawnej świetności, ale także mroczną tajemnicę, o której dowiedział się dopiero wiele lat później. Na początku nie zwrócił uwagi na Voldemorta, Czarni Lordowie byli na tym świecie odkąd Kayle sięgał pamięcią, ale dzielili się oni na ludzi z krwi i kości i mroczne dusze, których jedynym celem było sianie paniki i śmierci.
Ci pierwsi byli dużo mniej groźniejsi, ponieważ nawet oni nie mogli wyzbyć się z siebie tej cząstki ludzkości, którą posiadali. Mroczne dusze natomiast nie wiedziały, co to współczucie czy miłość. Nie wiadomo było, jak powstały i dlaczego wybierają sobie takie ciała a nie inne, ale Kayle nigdy nie słyszał, by ktoś pozostał przy zdrowych zmysłach przez tyle lat. Przeważnie mroczne dusze zaczynały przejmować ciało w czasie dorastania i fakt, że nawet wtedy Tom potrafił się przeciwstawić Voldemortowi zrobił na Kayle'u duże wrażenie.
Dlatego chciał na nowo wzbudzić magię w tym fascynującym, z pewnością przerażonym chłopaku, ale w żaden sposób nie potrafił do niego dotrzeć. Ku jego najgłębszemu zdziwieniu Tom szybko zaprzyjaźnił się z Victorem, mimo tego, że różnili się jak ogień i woda. Victor był lekkomyślny i bardzo głośny, a Tom skrupulatny, spokojny i cichy. Victor za dużo mówił, Tom prawie w ogóle się nie odzywał. Victor często wybuchał śmiechem, Tom tylko drwiąco krzywił wargi.
Ale obaj mieli to same, chore poczucie humoru, które czasem obrzydzało nawet niewzruszonego Kayle'a. Mężczyzna winił za to rytuał, który odprawił, by zmienić Victora w wampira. Od tamtego czasu stworzył z Victorem przyzwoitą liczbę krwiopijców i Kayle zauważył, że mieli oni bardzo pokręcone żarty. A Riddle... cóż. Miał ciężkie dzieciństwo, musiało one zostawić jakiś uraz na psychice.
Dla Victora magia nigdy nie była zbyt ważna, chłopak i tak więcej czasu spędzał wśród mugoli niż czarodziei. Nie żeby ich lubił, nie. Victor w ogóle raczej za ludźmi nie przepadał. Był bardzo wybuchowy i łatwo się irytował. Kayle nie miał ambicji, by jego syn został tym najzdolniejszym. Sam trzymał się z dala od tłumów, a ufał Victorowi na tyle, by wiedzieć, że chłopak na pewno nie zaniedba nauki. Wręcz przeciwnie, Victor pochłaniał książki, choć niekoniecznie o magii. Dużo czasu spędzał nad doskonaleniem sztuki walki i aktywności fizycznej, a Kayle nie oponował. Zauważył, że większość czarodziei, którzy zostali zmienieni w wampiry porzucali magię, bo w porównaniu z ich możliwościami, wydawała im się po prostu nudna. Uśmiechnął się na wspomnienie o Hexusie. Dla Kayle'a, wampir był jak drugi syn, a dla Victora... cóż... prawdopodobnie jak rywal. Na szczęście w tym pozytywnym sensie i Kayle lubił obserwować jak ta dwójka razem walczy. Byli porównywalni mocą, i choć Hexus miał mniej doświadczenia, przeważnie wygrywał, bo Victor zbyt łatwo dawał się sprowokować.
Więc kiedy Victor przyszedł do niego z książką w ręku i opowiedział, co chce zrobić, pierwszą myślą Kayle'a było: ale czy to na pewno bezpieczne? Nigdy nie ingerował w życie Victora i nigdy niczego mu nie zabraniał. Jednak wtedy... bał się. Znał Toma dopiero od pół roku i nie był pewien, czy młody czarodziej jest na tyle stabilny, by powierzyć w nim takie zaufanie.
Victor wierzył w Toma. I Kayle nie miał podstaw, by wątpić w słowa własnego syna, dlatego zgodził się. Efekty rytuału były niesamowite. Tom musiał ciężko pracować, by wrócić choć do cienia dawnej świetności, ale sama świadomość, że odzyskał magię zdziałała cuda.
A teraz, cała ich praca miała pójść na marne przez jakiegoś beznadziejnego Lorda Jasności, który wcale nie był taki jasny. Kayle znał prawdziwych dobrych czarodziei, choćby Merlin czy Godryk. Dumbledore do nich nie należał, nie. Miał w sercu zło, które zalęgło się po stracie kochanka i przyjaciela, ostatniego Czarnego Lorda przed Voldemortem, Gellerta Grindelwalda.
Kayle podniósł głowę, przerywając przemyślenia i spoglądając na Harrisona, który właśnie się aportował. Ten chłopak był niezwykły, bez wątpliwości. O tym, że jest Toma parą (ku rozbawieniu Kayle'a Tom bardzo wzbraniał się przed użyciem tego słowa i uparcie mówił Animus) wiedział od zobaczenia chłopca. Mina Toma była bezcenna, bo oczywiście mężczyzna całkowicie zaprzeczał („Ja? Ja nie mogę mieć cholernej pary! Para. Jakie to uwłaczające. Ja do nikogo nie należę!..."), a gdy w końcu postanowił pogodzić się z tym faktem, zdecydował, że po prostu zabije Harrisona. Kayle darował sobie trud tłumaczenia, że to mało możliwe, bo Tom tak naprawdę darzył chłopaka dużym uczuciem i spokojnie poczekał aż mężczyzna sam dojdzie do takiego wniosku. Trochę się przeliczył, bo Tom nadal nie wierzył, że może kogoś lubić, broń Merlinie, kochać, ale Kayle pozostał dobrej myśli. I tak zrobili ogromne postępy.
- I jak się trzyma? – spytał, dobrze pilnując, by żadne emocje nie wypłynęły na jego nieprzestępną twarz.
Osądzając po wyglądzie Harrisona, Tom musiał znowu palnąć coś głupiego. Typowe. Czy ten idiota chce, żeby chłopak zszedł na zawał? Harrison był bledszy niż zwykle, a Kayle już myślał, że nie może być bardziej biały. Oddychał szybko, a prawą dłoń zaciskał na czymś, tak mocno, że knykcie mu zszarzały. Normalnej osobie by pobielały, ale cóż...
- Powiedziałeś, że Tom jest nieśmiertelny – wychrypiał chłopak. Jego oczy biegały nerwowo po pokoju, jakby chciał być w pięciu miejscach na raz.
Typowy gryfon, zadrwił w myślach Kayle, ale nie odmówił sobie dozy czułości.
Zastanawiał się nad odpowiedzią. Owszem, Tom był nieśmiertelny, ale gdyby zależało to od Kayle'a, nigdy nie pozwoliłby na to temu idiocie. Niestety, chłopak nie miał wtedy nikogo, kto mógłby zdrowo walnąć go w głowę i wybić ten beznadziejny pomysł z pustego łba.
Ale co Tom chciał uzyskać, pozwalając wierzyć Harrisonowi, że może umrzeć?
- Co trzymasz w ręku? – szybko zmienił temat, próbując zyskać na czasie.
- Nic takiego – Harrison skrzywił się teatralnie i otworzył dłoń, ukazując pierścień... Toma. – Były horkruks Voldemorta.
- Były? – Kayle'a zdjęło przerażenie, ale starannie ukrył je pod maską obojętności i zdziwienia. Dopiero gdy podszedł, dojrzał na ciemnym krysztale rysę. Niepewnie ujął pierścień, a ten na jego oczach złamał się na dwie części. – Co ty zrobiłeś? – wyszeptał groźnie.
Harrison zatoczył się i Kayle zdawał sobie sprawę, że musi wyglądać zatrważająco, ale nie miał ochoty ani siły, by kontrolować swój gniew. Włożył mu rozbity pierścień w dłonie, a chłopak zrobił ruch, jakby chciał go odrzucić.
- Tom zabił Remusa – warknął Harrison, butnie podnosząc podbródek.
- Więc ty stwierdziłeś, że możesz zniszczyć jego horkruksa? – wycedził Kayle, cudem jeszcze nie pozbawiając chłopaka przytomności.
- Czy ty wiesz, ile Remus dla mnie zna... Co? – Harrison zamilkł w pół słowa, a jego twarz natychmiast wykrzywiła się w horrorze. – To był horkruks Voldemorta. To był horkruks Voldemorta. On tak powiedział!
A więc chłopak nie wiedział. A Tom po raz pierwszy komuś ślepo zaufał. I co z tego wynikło?
- Podejrzewam... Podejrzewam, że Dumbledore domyślił się, czym jest pierścień. Z pewnością obiecał Voldemortowi odzyskanie horkruksa w zamian za porwanie Victora, czym osłabił Toma. Ale pewnie, tak jak ty, nie wiedział, że to nie był tylko horkruks Lorda – Kayle posłał Harrisonowi uważne spojrzenie, który siedział na łóżku ze ściągniętą gniewem i przerażeniem twarzą. – Nie mógł ci o tym wspomnieć, bo... – bo nie ufał ci wystarczająco, pomyślał Kayle. – Bo... rozmowa mogła być podsłuchiwana. O prawdziwym znaczeniu pierścienia wiedziałem tylko ja. Nie powiedział nawet Victorowi.
Spodziewał się wybuchu gniewu, ale Harrison milczał. Po chwili podniósł głowę, a w jego oczach tliła się czysta, zimna determinacja.
- Jeśli nie uwolnimy Victora, on zginie – wycedził chłopak. – Nie ma czasu do stracenia.
Nawet nie zdążył zaprotestować. Harrison po prostu się aportował, ale przed zniknięciem upuścił pierścień na podłogę. Jego dwie części poturlały się w zupełnie innych kierunkach.
Kayle spojrzał w lustro. Ujrzał znajomą twarz, niezmienną i zimną przez tyle lat. Teraz jednak w oczach miał coś tak dziwnego i niepodobnego, że aż zrobił krok w tył. Zacisnął powieki. Co się z nim działo, do cholery, przecież w życiu napotykał już trudniejsze sytuacje.
Nieprawda, pomyślał.
Jego syn.
Jego pierwszy uczeń.
Byli zagrożeni.
Jego drugi uczeń szedł prosto w pułapkę Czarnego Lorda, a on stał tutaj, jak jakiś tchórzliwy idiota.
Bo bał się.
Nie o swoje życie oczywiście. Nigdy nie przerażało go widmo śmierci. Ale wiedział, dobrze wiedział, jak ciężko Tom pracował nad tym wszystkim, co miał teraz prawie w zasięgu ręki. Victor też nie bał się śmierci, żył niemal tak długo jak Kayle i był gotowy.
Ale ja nie jestem gotowy, by umarł, pomyślał Kayle i aportował się za Harrisonem.
Większa część pierścienia poturlała się pod łóżko.
Chyba od stulecia nie czuł takiego bólu. Na początku było to całkiem odświeżające i właściwie nie miał nic przeciwko, ale po spędzeniu w celi ponad godziny, trzęsąc się z zimna i czując, jak jego ciało opływa w krwi i brudzie, zaczynał się trochę niecierpliwić. Jeśli to był kolejny zabawny żart Toma, Victor przysiągł sobie, że odgryzie mu co najmniej jeden palec.
No bo naprawdę, ile potrzeba czasu, żeby uwolnić go z tej cholernej celi?
Nie raz pomyślał, że może Tom siedzi gdzieś w środku Ministerstwa bez magii, ale dawno już opracowali plan na taki wypadek. Tom musiał zauważyć, że nie ma z nim Victora, więc na pewno nie był aż takim idiotą, by nadal uczestniczyć w bitwie.
Niewymowni i wampiry doskonale sobie bez niego poradzą, dziękuję bardzo.
Jedynym wyjątkiem był Dumbledore. O tak, Victor świetnie zdawał sobie sprawę, że Tom nie straciłby takiej okazji, ale wszyscy wiedzieli, że starzec ma na pieńku z Ministrem. Nie mógłby nagle się pojawić na środku sali, wykrzykując z radością „Niespodzianka", prawda?
Nagle pojawiła się przed nim twarz Harrisona. Zdziwiony podniósł głowę, ale wizja zniknęła. Westchnął ciężko i oddalił od siebie majaczenia.
To pewnie przez ten ból.
- Psssyt – usłyszał i już tym razem nie mógł tego tak po prostu zignorować.
Rozejrzał się po celi, ale ponownie nikogo nie zobaczył. Jego wampirze zmysły były co prawda stępione przez ból i zmęczenie, ale przecież nie mógłby nie zauważyć Harrisona.
- Tutaj, ty idioto.
Odwrócił się tak nagle, że na chwilę go zamroczyło. Gdy otworzył oczy, stał przed nim Harrison w całej swej drobnej i kruchej postaci. Victor za każdym razem, gdy widział chłopaka miał ochotę objąć go i nie puszczać. Był tak cholernie delikatny, nawet jeśli sam o tym nie wiedział.
- Harrison – mruknął, oceniając wzrokiem stan młodego Blacka.
Chłopak był zdecydowanie zbyt chudy. W dodatku miał podkrążone oczy, ale mimo zmęczenia błyszczały one jak dwa cenne klejnoty.
- Taa, chodź, podziękujesz mi kiedy indziej – sarknął Harrison i pociągnął go za ramię. Victor dopiero teraz zauważył, że w lewej ręce chłopak trzyma pelerynę niewidkę swojego ojca. A raczej ojca Pottera.
Victor nigdy nie pomyślałby, że ten zdeterminowany młodzieniec był kiedyś rozpuszczonym bachorem, pieprzonym Wybrańcem czy Złotym Gryfiątkiem czy jak mu tam leciało.
Ledwo trzymał się na nogach i Harrison musiał to zauważyć, bo zatrzymał się i spojrzał na niego z troską.
- Jeszcze raz zobaczę takie spojrzenie, a powyrywam ci wszystkie palce, a potem penisa i będę trzymać go w butelce – zagroził, odsłaniając zęby, ale chyba nie wyszło tak przerażająco, jak miało, bo Harrison mimo całej powagi sytuacji parsknął śmiechem.
- Lepiej nie. Tom by się wściekł – rzucił i już ruszył dalej, pozostawiając Victora w szoku.
- Że co ty powiedziałeś? – wychrypiał wampir, kompletnie zapominając o bólu. – To wy... już... ten...
- Nie mogę w to uwierzyć – Harrison roześmiał się szyderczo. – Victor Macadamian III stracił język w gębie, gdy tematem jest seks? No, no, muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem, nawet zważywszy na twój obecny stan.
Zanim Victor zdążył porządnie odpowiedzieć, budynek zatrząsł się, jakby przeszło trzęsienie ziemi. Harrison spojrzał w górę i cudem uskoczył przed spadającym na niego wielkim odłamem sufitu.
- Oho – mruknął. – Chyba twój ojciec przyszedł – szczerząc zęby w szalonym uśmiechu, puścił się biegiem na górę.
Victor, chcąc nie chcąc, pokuśtykał za nim.
Na pewno nie spodziewał się wielkiej walki i buchając zewsząd śmiercionośnych zaklęć. Westchnął głośno, ale w tym harmidrze nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Nie żeby nie lubił zabijać, czasem było to zabawne, ale teraz chciał po prostu iść spać.
Pieprzony Tom i te jego pieprzone bitwy.
Jego bystre oczy szybko zlokalizowały najważniejszych w tej potyczce. Kayle z niesamowitą gracją pojedynkował się z Voldemortem, jakby od niechcenia rzucając zabójcze zaklęcia w stronę czarnoksiężnika, który wyglądał na co raz to bardziej wściekłego i zdeterminowanego. Tymczasem Harrison z powodzeniem odwracał uwagę Śmierciożerców, nie pozwalając im na pomoc swojemu ukochanemu Lordowi.
Victor ruszył w stronę chłopaka, ale drogę zagrodziło mu jakieś wysokie cielsko. Wydał z siebie zirytowany syk i spojrzał na swojego przeciwnika.
- Darkheld – warknął znudzonym głosem. Chętnie oddałby mężczyźnie za te tortury, którym był poddany, ale nie miał czasu ani siły. – Jestem zaszczycony twą osobą, ale bądź tak miły i zejdź mi z drogi do cholery.
- Pożegnaj się z życiem, zasrany wampirze – wycedził Darkheld i Victor poczuł rozdzierający ból w policzku.
- Nie bądź śmieszny – syknął, czując wzbierającą wściekłość. Mimo tego, że odciął się od magii, nadal mógł zabić mężczyznę gołymi rękami.
Opadł na kolana, gdy Darkheld posłał w jego stronę zaklęcie tnące. Drżał na całym ciele i czuł, że strużki potu spływają wzdłuż jego kręgosłupa, w połowie swojej wędrówki łącząc się z ciepłą krwią wypływającą z rozcięcia na boku.
No dobrze. Może jednak nie mogę go zabić.
Kątem oka zobaczył, jak Kayle sztywnieje, widząc swojego syna w tak poniżającej pozycji przed jakimś cholernym czarodziejem.
Przepraszam.
Nigdy nie chciał go zawieść.
To stało się w ułamku sekundy. Kayle był otoczony przez Voldemorta i Śmierciożerców, ale nie patrzył na nich. Jego wzrok był skupiony na Victorze, który spokojnie czekał na wyrok. Darkheld mówił coś do niego, ale on o to nie dbał, teraz liczył się tylko on i Kayle, jego ojciec.
Nikt nie miał wątpliwości, że Kayle był potężny. Z łatwością obronił się przed zaklęciami Śmierciożerców i Voldemorta, ale gdy Darkheld posłał zabijającą klątwę na Victora, na jego syna, nie przyszło mu do głowy inne rozwiązanie niż to najłatwiejsze. Mimo aportacyjnych murów mógł aportować się w miejsce Victora, odpychając go na bok. Z radością zaakceptował śmierć, bo przecież właśnie tego pragnął.
Victor wrzasnął i ból pozbawił go wszystkich innych zmysłów. Jeszcze zdążył zobaczyć upadające ciało swojego ojca i usłyszeć krzyk Harrisona, a potem wszystko odpłynęło, a on oddał się cierpieniu.
Po śmierci Kayle'a Harry był w jakimś amoku, nie do końca świadom swoich czynów. Ciągle miał przed oczami bezwładne ciało swojego Mistrza i rozdzierający, niekończący się wrzask Victora. Wampir rozerwał ciało Darkhelda na strzępy, zostawiając po Śmierciożercy tylko kawałki mięsa i kości.
Voldemort był tak zaaferowany wygraną, że w swojej arogancji nie zauważył mknącego w jego stronę zaklęcia zabijającego. Harry czuł zimną satysfakcję, gdy człowiekopodobna istota stała się niczym więcej jak czarną kupką pyłu.
Ciekawe, kiedy zorientuje się, że nie ma już żadnego horkruksa?
I tak przepowiednia się spełniła.
Ostatkami sił Harry chwycił wijącego się Victora i zniknęli. Śmierciożercy jeszcze długo potem wyli z bólu, gdy Czarny Znak wypalał im skórę, powoli zabijając głupców, którzy podążyli za szalonym Lordem.
Z niepokojem spojrzał na Victora, który siedział w kącie pokoju. Wzrok miał zamazany, jakby nic nie widział, mimo otwartych oczu. Nie odzywał się i nie reagował na słowa Harry'ego i chłopak naprawdę zaczynał się martwić, ale nie winił wampira. Sam czuł obezwładniające go zmęczenie i zniechęcenie.
Kayle był dla niego jako ojciec.
Harry mógł liczyć na swojego Mistrza w każdej chwili, nie ważne, czy był po stronie Riddle'a czy może pałał beznadziejnym pragnieniem zemsty.
Czuł, jakby przegrali wojnę. Mimo śmierci Voldemorta. Mimo pokonania Śmierciożerców i Ministerstwa.
Wstał, z zamiarem odszukaniem Hexusa. Riddle był ich ostatnią cholerną nadzieją, a na razie nie mógł liczyć na pomoc Victora.
Zrobił zaledwie trzy kroki w stronę drzwi, gdy te otworzyły się, a do pomieszczenia wszedł Lucjusz. Jakaś chora część Harry'ego zaczęła się opętańczo śmiać, gdy zobaczył, że lśniące włosy Malfoya były teraz brudne, poplątane i prawie tak samo tłuste jak Snape'a.
Ale na widok miny Lucjusza, przeszła mu ochota na żarty.
- Ministerstwo ogłosiło śmierć Dumbledore'a – powiedział mężczyzna grobowym tonem i Harry chciał zatkać uszy, by nie słyszeć kolejnej wiadomości; wiadomości, która miała zniszczyć całe jego życie. – Riddle został znaleziony tuż przy nim. Martwy.
Bolesny jęk wydarł się z piersi Victora.
to nie jest koniec. przed Wami jeszcze jeden rozdział i mam dziwne wrażenie, że będzie najtrudniejszym do napisania.
postaram się dodać go równo za tydzień. do zobaczenia ;)
