Rozdział 4
Scott Summers szedł wzdłuż zdewastowanego rynku Hammer Bay, nazywanego niegdyś Magda Square na cześć zmarłej żony Erika Lehnsherra. Jego drużyna pomagała rannej Karimie Shependar, odnalezionej zaraz po wylądowaniu na zniszczonej wyspie. Cyclopsowi towarzyszyła jedynie Amelia Voght, będąca gwarancją bezproblemowej rozmowy z byłym władcą państwa mutantów. Zadaniem X-Men było odnalezienie Xaviera a także dzieci Magneto odpowiedzialnych za zmianę rzeczywistości a później pozbawienie nadludzkich zdolności setek tysięcy mutantów. Scott domyślał się, że Erik mógł chronić Wandę i Pietro i wiedział, że jeśli mężczyzna nadal posiadał moce magnetyczne, nie miał najmniejszych szans w starciu nim w pojedynkę. Rudowłosa kobieta była kiedyś członkinią drużyny wyznającej ideologię Magneto, dlatego jej obecność mogła złagodzić pierwszy kontakt z władcą Genoshy. Cyclops był zdziwiony ogromną pustką otaczającą go, wiedział bowiem doskonale, że wraz z Xavierem i Magneto na wyspie żyło kilka grup mutantów, próbujących uratować wszystko to co pozostało z dawnej cywilizacji. W pewnej chwili odebrał przekaz telepatyczny od Emmy Frost.
- Scott, on jest w tym dużym budynku z tarasem. Mam złe wieści, Karima została zaatakowana. Henry i Katherine próbują jej pomóc, ale nie mamy ze sobą sprzętu, aby zbadać jej osobliwą fizjologię.
- Dzięki Emma, czy widzieliście kogoś jeszcze?
- Nie. Dookoła pustki. Fever Pitch obserwuje teren z góry. Piotr sprawdza okoliczne gruzowiska.
- Nie rozdzielajcie się! Musicie być gotowi na każdą ewentualność. - Scott odpowiedział telepatycznie.
- Co się stało? - zapytała Amelia widząc skupienie Scotta sugerujące, że jego myśli poszybowały gdzieś daleko.
- To Emma. Erik jest w tym budynku. - wskazał palcem na rezydencję z tarasem.
- Musimy uważać, bo Karima została zaatakowana.
- Myślisz, że to Erik?
- Nie wiem, musimy być przygotowani na wszystko.
Cyclops i Voght weszli po schodach na rozległy taras a stamtąd do wnętrza rezydencji Magneto. Mężczyzna siedział przy dużym, drewnianym biurku. Zauważył zbliżających się do niego mutantów, ale nie zareagował na ich pojawienie się. Nadal siedział nieruchomo wpatrując się w ścianę poprzecinaną przez propagujące pęknięcia. Kiedy Scott zbliżył się na tyle, że cień ściany zasłonił jego twarz, Erik spojrzał na niego i się uśmiechnął.
- Wizjer na oczach. To znaczy, że moja córka cię oszczędziła. - powiedział. Po chwili wstał z krzesła.
- Widzę, że jest z tobą moja stara znajoma. - dodał patrząc na Amelię.
- Zmieniłaś strony, ale teraz nie ma to najmniejszego znaczenia. Walka się skończyła. Moje dzieci się o to postarały.
- Wyglądasz okropnie. - Voght skomentowała nieogoloną twarz mężczyzny i jego potarganą pelerynę.
- Tak jak państwo, którego jestem władcą. - Erik odparł wskazując na okna za którymi widać było ruiny Hammer Bay.
- Scott, czy dołączysz do mnie, aby wznieść toast za marzenie, które umarło? - zapytał pokazując na butelkę wina leżącą na stole.
- Erik, nie mam czasu na rozmowy. Po decymacji sytuacja mutantów jest gorsza niż kiedykolwiek przedtem. Nadeszła pora, aby zapomnieć o wszystkich różnicach jakie nas dzielą i połączyć siły, aby ratować to co ocalało.
- Scott, moja pomoc nie przyda ci się na nic. Jestem tylko starym, zmęczonym człowiekiem, który utracił cel w życiu. Wanda odebrała mi wszystko. Dziwię się, że nadal musisz nosić na oczach wizjer. Czyżby klątwa Scarlett Witch dosięgła tylko nas mieszkających w Genoshy?
- Nie Erik. Mutanci na całym świecie stracili swoje zdolności. Czary Wandy dotknęły także szkoły. Szacuje się, że na świecie pozostało około 198 czynnych mutantów.
Erik usiadł na krześle. Zamyślił się po czym kontynuował.
- Przez te wszystkie lata wierzyłem, że jesteśmy czymś wyjątkowym. Wierzyłem, że to nam będzie dane odziedziczyć Ziemię i robiłem wszystko, aby moja wizja spełniła się. Wszystkie moje poświęcenia i krew przelana w obronie mojej rasy... wszystko poszło na marne. Wieszczyłem upadek ludzkości a to my jesteśmy teraz gatunkiem na wymarciu, to my jesteśmy ślepym zaułkiem ewolucji...
- Erik, mutanci którzy stracili zdolności w Dniu M znikają w tajemniczych okolicznościach. Ktoś na nich poluje nie wiadomo w jakim celu. - Amelia wtrąciła się do rozmowy. Była zniecierpliwiona przeciągającą się konwersacją mężczyzn.
- Nie jestem zdziwiony. Ludzie mszczą się teraz, gdy jesteśmy bezsilni. Pamiętasz jak uczyłem cię, że w przyszłości tak się stanie, jeśli nie zaczniemy działać i zmusimy ich do posłuszeństwa? - Magneto odparł uśmiechając się.
- A ty Amelio, czy ty także zostałaś odarta z niezwykłości? - zapytał.
- Nie, nadal mam swoje moce. Ale pozostali Acolytes... Sarah, Carmella, Spoor... stracili je. A późnej zostali uprowadzeni na moich oczach. Byłam zupełnie bezsilna, nie mogłam im pomóc. Moje moce uratowały mi życie. Chcemy odnaleźć Xaviera. Nie wiemy czy nadal jest mutantem, bo nie jesteśmy w stanie wykryć jego obecności za pomocą Cerebry. Charles mieszkał tutaj tuż przed Dniem M, prawda?
- Erik, powiesz nam gdzie jest Charles? - Scott zapytał stanowczo.
- Scott, nie mam pojęcia gdzie on jest. Kiedy świat zrobił się biały a ja obudziłem się odarty ze swego daru, nie było go przy mnie. Nie było także moich dzieci, Pietra i Wandy. Może Wanda chciała zadać mi największy ból wymazując Charlesa z rzeczywistości a później także siebie i brata? Może już nie istnieją. Jestem pewien, że moja córka byłaby zdolna do czegoś takiego.
- Jeśli coś ukrywasz, mam ze sobą grupę X-Men... możemy przeszukać całą wyspę. - Scott spojrzał na siwego mutanta surowym wzrokiem.
- Jaki byłyby mój cel ukrywania Charlesa? Nie mam na sobie hełmu, widzisz? Przyprowadź tutaj pannę Frost i niech upewni się, że nie mam przed tobą żadnych tajemnic.
- Dobrze. Pomożesz nam w naszych poszukiwaniach?
- Nie. Zostanę na wyspie, która stanie się moim grobem tak jak stała się grobem marzenia Xaviera. Weźcie ze sobą Callisto i resztę mutantów. Nawet jeśli nie posiadają już swoich zdolności, to na pewno łatwiej im będzie zacząć życie w Ameryce niż w tym piekle.
- Resztę mutantów? - Amelia zdziwiła się.
- Znaleźliśmy tylko ranną Karimę. Nikogo poza nią nie spotkaliśmy. - powiedział Cyclops. Magneto wstał z krzesła. Podszedł do barierki tarasu i zaczął rozglądać się dookoła tak jakby chciał wypatrzeć kogoś lub coś w rozległych pustyniach czerwonego piasku i gruzu ze zburzonych budowli.
- Może twój tajemniczy porywacz dotarł nawet tutaj. - Erik oznajmił patrząc w kierunku ogromnej rzeźby przedstawiającej jego osobę a zbudowanej przez Polaris, jego najmłodszą córkę, przed kilkoma miesiącami.
- Wracam do drużyny. Może udało im się dowiedzieć czegoś więcej. - Cyclops ruszył do wyjścia.
- Idziesz z nami? - zapytał, ale nie doczekawszy się odpowiedzi wyszedł z budynku. Amelia została ze swym dawnym nauczycielem.
- Nie pomożemy im? - spytała.
- Dołączyłaś do X-Men? - zapytał Erik zmieniając temat i zupełnie ignorując jej pytanie.
- Byłam ranna i przerażona. Pierwszą osobą o której pomyślałam był Charles Xavier. Niestety nie zastałam go, ale Scott zaoferował mi swoją pomoc.
- W jednym Cyclops ma rację. Nie jesteśmy w stanie naprawić tego co zepsuła moja córka, ale właśnie dlatego nie może być między nami żadnych podziałów. Musimy trzymać się razem i nie pozwolić, aby ludzie uderzyli w chwili naszej największej słabości. Kiedy to wszystko się skończy, dołącz do X-Men Amelio. Będziesz tam bezpieczna.
- Czy ty wrócisz z nami?
- Nie. Ja nie pasuję do nowej rzeczywistości. Moja rola w świecie wymarzonym przez Wandę nie miałaby żadnego sensu. Jak można walczyć o prawa rasy, która praktycznie nie istnieje? Pomogę wam odnaleźć zaginionych mutantów z Genoshy, ale zaraz po tym nasze drogi się rozejdą. Na zawsze.
- Przeniosę nas tam w gazowej formie. Tak będzie szybciej. - zaproponowała. rudowłosa kobieta Nie chciała kontynuować rozmowy, gdyż smutny ton wypowiedzi mężczyzny, który kiedyś potrafił zatrzymywać asteroidy w locie, sprawiał, że przeczucie zbliżającej się katastrofy jakie miała od chwili kontaktu z tajemniczym porywaczem byłych mutantów, powróciło. Użyła swoich zdolności na samej sobie a także Eriku i teleportowała się pod postacią chmury zabarwionego na różowo gazu.
Cyclops wrócił do pozostałych X-Men. Beast i Kitty pomagali rannej Karimie, zajmując się jej biomechanicznym ciałem a Emma stała nieopodal próbując telepatycznie dosięgnąć do wnętrza jej umysłu i przywrócić jej świadomość w sposób bezbolesny i nie powodujący żadnego trwałego uszczerbku w zdrowiu mentalnym. Fever Pitch zauważył zbliżającego się lidera X-Men i wylądował na piętrzącym się rumowisku gruzu.
- Fever Pitch, zauważyłeś coś niezwykłego? - zapytał Scott.
- Ja nie należę do twojej bandy harcerzyków! Nie muszę słuchać twoich rozkazów. - odparł płonący szkielet. Cyclops bardzo się zdenerwował. Nie był w nastroju na jakiekolwiek żarty ani zaczepki.
- Odpowiedz na pytanie albo zetnę ci głowę promieniem optycznym. - powiedział ze złością.
- Dobrze. Nikogo w promieniu kilku mil. Zadowolony? - odparł Fever Pitch.
- Piotr, a u ciebie? - Scott spytał zbliżającego się Colossusa.
- Nic, ale jest tu wiele nienaruszonych budynków. Mogą mieć podziemia w których ktoś może się ukrywać.
- Zacznij poszukiwania. - Scott rozkazał swojemu koledze a chwilę później doszedł na Beasta i Kitty Pryde klęczących przy nieprzytomnej Karimie.
- Co z nią?
- Jej organizm jest naprawiany przez nano-mechanizmy w krwiobiegu. Nie mogę ocenić jak długo będzie przebywać w takim stanie, Scott.
- Postarajcie się ją szybko obudzić. Tylko ona może powiedzieć nam coś więcej o tym co się tutaj wydarzyło.
- Czy spotkałeś się z Magneto? Wiesz gdzie jest Charles?
- Nie. Magneto także jest ofiarą dnia M, stracił swoje zdolności. On nie ma pojęcia co się stało z profesorem. Prawdopodobnie Charles również już nie jest mutantem albo został całkowicie wymazany z istnienia przez Scarlett Witch.
W tym samym momencie pojawiła się chmura gazu i wyłoniły się z niej dwie osoby - rudowłosa Amelia i Magneto. Henry przerwał oględziny ciała kobiety cyborga, szybkim krokiem podszedł do swojego lidera.
- Czy nie uważasz, że powinniśmy go aresztować Scott? - McCoy spytał patrząc jednocześnie na siwego mężczyznę.
- Nie po tu tutaj przybyliśmy. Mamy dużo ważniejsze sprawy, znalezienie Charlesa.
- I grupy moich mutantów. - Erik powiedział, podchodząc do pozostałych członków X-Men.
- Podobno razem z Karimą było kilku młodych mutantów, którzy stracili zdolności. Prawdopodobnie ktoś ich porwał. Być może nawet było to ta sama osoba, która zaatakowała mnie i moich byłych kolegów. - Amelia wtrąciła się do rozmowy.
- To mógł być Dark Beast, twoje złe alter ego doktorze McCoy. Albo ludzie Unusa. Nie wiem, czy zachowali swoje zdolności. - Magneto włączył się do rozmowy.
- Scott, dlaczego stoisz w miejscu nic nie robiąc? Ten człowiek zabił setki ludzi w Nowym Yorku! On zabił Jean, czy już zapomniałeś? - Henry był bardzo zdenerwowany.
- Henry, przecież wiesz doskonale co mówił Charles. Erik nie jest odpowiedzialny za to co stało się w Nowym Yorku. To był ktoś inny, nadal nie wiemy kto, ale nie Erik. - Scott powiedział podchodząc do Beasta.
- Nie ma tu Charlesa, aby mógł potwierdzić twoją wersję wydarzeń. - Henry nie ustępował.
- McCoy... w podziemiach mojej byłej rezydencji leżą bezgłowe zwłoki tego potwora, o którym opowiadasz. Chcesz dowodu? Idź do podziemi i sam zobacz. Możesz go pokroić na drobne kawałki i samemu zbadać rany zadane przez Wolverine'a i Cyclopsa.
Magneto był gotowy do konfrontacji z mutantem. Pomimo utraty zdolności, nie stracił swojej dumy i nie mógł sobie pozwolić, aby ktoś oskarżał go o coś czego nie zrobił. Przez chwilę panowała cisza, ale wkrótce została przerwana przez głos Shadowcat.
- Karima dochodzi do siebie! Chodźcie tutaj wszyscy!
- Fever Pitch! Colossus! Wracajcie! - Krzyknął Scott. Rosjanin o metalicznej skórze zbliżył się do niego informując, że znalazł kilka zamkniętych wejść do podziemi.
- To korytarze prowadzące do starych schronów z czasów gdy wyspą rządzili magistraci. Jeśli moi podopieczni zostali tam zabrani to na pewno sprawka Dark Beasta. Wiedziałem, że nie można zaufać tej kreaturze. - powiedział Erik.
- Dziwię się, że pozwoliłeś mu się tutaj zadomowić. - Henry wtrącił po chwili zastanowienia.
- Każda para rąk była na wagę złota. Nikt z X-Men, oprócz Charlesa, nie interesował się tym, co działo się z tą wyspą.
- Kiedy byliśmy tu po raz ostatni, nie było tu żadnych śladów życia, tylko wiadomość pozostawiona przez ciebie, skąd mogliśmy wiedzieć... - Henry po raz kolejny został sprowokowany przez Magneto.
- Uspokójcie się, lepiej posłuchajcie tego co Karima ma do powiedzenia! - Kitty znów musiała zareagować stanowczo, aby przerwać starcia słowne jej znajomych.
Karima siedziała na niewielkim murku a właściwie małym fragmencie ogrodzenia, który przetrwał atak zabójczych robotów na wyspę. Wyglądała na osłabioną i psychicznie nieobecną, ale z każdą minutą czuła się lepiej i była gotowa do rozmowy.
- To ludzie Unusa. Zaskoczyli nas gdy próbowaliśmy znaleźć drogę poza wyspę. Zaatakowali mnie pierwszą, bo wiedzieli, że pozostali nie mogli się bronić. Nie wiem co działo się po tym, jak straciłam przytomność, ale wiem jedno. Oni żyją i są gdzieś niedaleko.
- Gdzie? Możesz określić dokładniej? - spytał Scott.
- Nie... moje sensory nadal nie działają tak jak trzeba.
- Emma? - Scott zwrócił się do blondynki.
- Nie łapię niczyich myśli. Ale mam coś ciekawszego. Badając wszystkie podziemne bunkry natrafiłam na coś bardzo ciekawego. Jeden z nich jest chroniony przed telepatią.
- Wiemy, gdzie ich szukać. - wtrąciła się Amelia.
- Nie czekajmy dłużej. - dodała Kitty.
- Kto zostaje z Karimą? - Scott spytał wszystkich zgromadzonych. Ciemnoskóra kobieta wstała z murku.
- Ja też idę. Jestem za nich odpowiedzialna i muszę naprawić swój błąd.
- Jesteś w stanie walczyć? Przed chwilą byłaś w naprawdę złym stanie.
- Za kilka minut będę w pełnej gotowości bojowej. Nie martw się o mnie Cyclops.
- Dobrze. Przygotujcie się, za chwilę schodzimy do podziemi!
W tym samym czasie w podziemnych schronach, Dark Beast przygotowywał się do eksperymentów. Patrzył na ekran jedynego działającego komputera w całym pomieszczeniu na którym przesuwały się wzory reprezentujące jakieś organiczne związki chemiczne. Otaczała go aparatura medyczna i laboratoryjna, wyglądająca jakby zabrano ją z kilku zupełnie różnych miejsc. Fragmenty dziwnych urządzeń wydawały się zupełnie do siebie nie pasować, tak jakby każda aparatura była zszyta z wielu różnych maszynerii wziętych wprost z jakiegoś elektronicznego złomowiska. Kable wiszące na ścianach i suficie, krzesła z paskami do wiązania przymusowych pacjentów, leżące wszędzie strzykawki i porozbijane szkło laboratoryjne a także sama osoba głównego laboranta przywodziły na myśl kryjówkę szalonego doktora Frankensteina. Beast miał na sobie potargany fartuch a jego zręczne ręce pisały coś na komputerze, aby za chwilę wprowadzić wyliczone parametry do jednego z dziwacznych aparatów. W tym samym momencie do pracowni wyglądającej jak izba tortur wkroczył Unus.
- Jesteś już gotowy? - spytał mężczyzna. McCoy odwrócił się gwałtownie, wziął do ręki stojącą nieopodal kolbę i rzucił nią z całych sił w czarnowłosego byłego mutanta. Unus uchylił się a szklane naczynie rozbiło o ścianę.
- Nie wołałem cię, więc nie miałeś tu po co przychodzić! Wynoś się stąd! - McCoy był wściekły. Najwyraźniej eksperymenty które sobie zaplanował nie przyniosły mu oczekiwanych rezultatów. Unus szybko uciekł z królestwa szalonego naukowca. Tymczasem Hub, Shola i Freakshow powoli dochodzili do siebie w jednym z pomieszczeń podziemi. Zostali zamknięci w magazynie, w którym nie było już niczego poza dwiema skrzyniami i dziesiątkami pajęczyn na ścianach i na suficie. Wszystkie lampy jakie kiedyś rozświetlały komnatę zostały rozbite albo wyniesione do innych pomieszczeń, gdzie były dużo bardziej potrzebne, dlatego panowała tam nieprzenikniona ciemność. Freakshow siedział na podłodze oparty o ścianę a Hub i Shola byli blisko siebie starając się dodać sobie nawzajem odwagi do przetrwania tej trudnej dla nich chwili. Nigdzie nie było Callisto, która kilkanaście minut wcześniej została wyprowadzona z celi przez Unusa w nieznanym kierunku. Nikt z obecnych nie wiedział co się z nią stało, nikt nie miał odwagi również podjąć jej tematu. Book leżała nieprzytomna w kącie pomieszczenia. Kobieta próbowała powstrzymać ludzi Unusa przed wyprowadzeniem Callisto i przypłaciła to ciosem prosto w twarz. Młodzi mutanci stracili nadzieję na jakikolwiek ratunek.
- Zastanawiam się, czy Magneto przyjdzie nam z pomocą... - powiedziała Hub. Łzy w jej oczach zdradzały, że nie wierzyła w to co mówiła. Chciała poczuć się lepiej, rozbudzić nadzieję w sobie i jej kolegach.
- Jeśli tak, dołączy do nas w tej ciemnicy. - odparł Shola, obejmując dziewczynę. Hub zamknęła oczy i delikatnie położyła swoją głowę na jego ramieniu.
- Ciekawe, czy z Wicked stało się to samo. Ciekawe czy zrobili z nią to samo co z Callisto... - blondyn siedzący po drugiej stronie celi dołączył do rozmowy.
- Skąd mamy wiedzieć co stało się z Callisto? Może zaraz przyprowadzą ją z powrotem... może uciekła i nas niedługo uratuje... nie pomyśleliście o tym? Może pojawi się tutaj razem z Wicked? - Shola próbował podtrzymać na duchu przyjaciół. Był najstarszy z całej trójki i czuł się zobowiązany pełnić rolę przywódcy, gdy Callisto była nieobecna. W pewnym momencie poczuł, że siedząca przy nim murzynka szlochała, trzęsła się.
- Hub... - chciał coś powiedzieć, ale sam się powstrzymał.
- Nie mogę w to uwierzyć... nie mogę uwierzyć w to co zrobili Hack i Purge! - dziewczyna nie potrafiła już dłużej tłumić w sobie swoich emocji.
- Ja znam ich od dzieciństwa... spędziliśmy ze sobą tyle czasu a oni...
- Kiedy ludzie walczą o przeżycie są czasami zmuszeni do robienia straszliwych rzeczy... - chłopak próbował uspokoić swoją koleżankę.
- Jeśli mamy przetrwać tą walkę to powinniśmy trzymać się razem! Powinniśmy pomagać sobie nawzajem a nie walczyć ze sobą! Nie rozumiem dlaczego oni mnie zdradzili i nigdy tego nie zrozumiem!
- Teraz przynajmniej wiesz, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem a kto nie.
Hub znów zaczęła płakać i mocniej przytuliła się do ramienia kolegi. Freakshow nie odzywał się. Myślał o Wicked i zastanawiał się, czy ona zdradziła go tak samo jak Purge i Hack zdradzili jego czarnoskórą koleżankę. W tym samym czasie grupa Unusa zgromadziła się wokół Callisto przywiązanej do słupa i pobitej do nieprzytomności. Lighting Rod i Caiman patrzyli z zadowoleniem na krew kapiącą z rozbitego nosa i rozciętej wargi kobiety. Ich radość została przerwana przez pojawienie się Glamour. Rudowłosa kobieta była przerażona, tak jakby przed minutą zobaczyła ducha.
- Oni tutaj są! - wykrzyczała patrząc na Unusa.
- Kto? Kto tu jest?
- X-Men! Są tuż nad nami! - dziewczyna powiedziała głosem w którym dało się usłyszeć strach.
- Cholera jasna! Idą do McCoya! Pilnujcie, żeby wam ta wiedźma nie uciekła! - Rozkazał patrząc na związaną mutantkę. Unus po raz kolejny pojawił się w laboratorium Dark Beasta. McCoy znów nie był gotowy na przyjęcie pacjenta i nie krył niezadowolenia z pojawienia się mężczyzny. Tym razem, w całkowitym milczeniu, wziął ze stolika skalpel a po chwili rzucił nim w Unusa. Mężczyzna zdołał uchylić się dosłownie w ostatniej chwili. Ostre narzędzie chirurgiczne wbiło się w twardą framugę drzwi.
- McCoy! Ty świrze! X-Men są na górze! Szukają nas!
Beast nie mógł uwierzyć w słowa kolegi, dlatego podszedł do komputera i włączył widok z kamer śledzących teren w bliskiej okolicy wejścia do podziemi. Przekonał się, że Unus mówił prawdę.
- Niedobrze. Nie mogą mi teraz przeszkodzić. Przyprowadź Callisto. Przygotuj pozostałych. Ja mam dla X-Men małą niespodziankę. - oznajmił znikając w mniejszym pomieszczeniu tuż za głównym laboratorium. W tej samej chwili jeden z budynków na powierzchni zatrząsł się i wkrótce z jego wnętrza zaczęły wynurzać się stalowe behemoty. Przed oczami drużyny Scotta pojawiły się wielkie maszyny bojowe, Sentinele. Nie były to modele robotów z jakimi mutanci walczyli w przeszłości a raczej egzemplarze robione w warunkach garażowych, w pośpiechu i z części, które zostały odrzucone z fabryk wielkich robotów. Ogromne maszyny powoli zbliżały się do mutantów zwracając w ich kierunku wszystkie swoje sensory.
- Co to za diabelstwo? - zapytał Fever Pitch. Cyclops uśmiechnął się.
- To Sentinele. Właśnie stałeś się pełnoprawnym członkiem X-Men. - dodał po chwili.
W tym samym czasie druga grupa mutantów znalazła się na lotnisku należącym do Departamentu H, Kanadyjskiej organizacji finansującej grupę superbohaterów znaną jako Alpha Flight. Havok, Polaris, Iceman, Rogue, Gambit, Wolverine a także niedawno dołączeni do składu Mammomax i Arclight szli wzdłuż pasa startowego otoczeni przez kilku uzbrojonych, umundurowanych mężczyzn. Naprzeciwko nich stali dobrzy znajomi Logana z dawnych czasów, James i Heather Hudsonowie oraz Michael Twoyoungmen znany lepiej pod pseudonimem Shaman.
- Logan, dziękuję że zdecydowałeś się nam pomóc. - czarnowłosy mężczyzna oznajmił witając się z mutantem.
- Gorszego czasu nie mogliście wybrać. Jesteśmy zdziesiątkowani po Dniu M, w Stanach ktoś wysadził w powietrze supermarket zwalając wszystko na jakiegoś mutanta a my musieliśmy wymknąć się z Instytutu otoczonego przez wojsko i wielkie maszyny bojowe. Jesteśmy pewnie na pierwszym miejscu na liście poszukiwanych terrorystów. - Logan odparł zdenerwowany.
- Tym bardziej jesteśmy wdzięczni, że nam pomagasz i zebrałeś ze sobą drużynę.
- W Stanach też znikają byli mutanci, nie robię tego dla was tylko po to, żeby zbliżyć się do rozwiązania tej zagadki.
- Znam twoich znajomych, ale widzę wśród was nowe twarze. - Indianin stojący obok spojrzał na wielkiego człowieka-słonia i nieznaną mu kobietę.
- Nowi rekruci. Nie pytaj o więcej. - Wolverine zakończył rozmowę, jednocześnie ucinając wszelkie spekulacje swojego przyjaciela.
- Chodźmy do środka. - powiedziała Heather zapraszając wszystkich zebranych. Havok zbliżył się do lidera Alpha Flight.
- Czy porwali od was wielu ludzi? - spytał.
- Wszystkich, którzy stracili zdolności po Dniu M. Znikli Radius, Flex, Murmur a także Stitch. Ghost Girl jest w jednym z naszych bunkrów, strzeżona przez 24 godziny. Co ciekawe, zniknęła także Pathway, chociaż ona nie straciła zdolności. Podobnie jak jej siostra. A u was?
- Nikt nie odważył się zaatakować X-Men bezpośrednio. Ale wiemy, że wielu naszych dawnych wrogów zostało porwanych. - odparł Alex.
- I prawdopodobnie profesor. - Rogue wtrąciła się do konwersacji.
- Xavier został porwany? Stracił zdolności? - James zdziwił się.
- Nie wiemy. Zniknął po Dniu M i nie jesteśmy w stanie w żaden sposób go zlokalizować. Scott i jego drużyna polecieli do Genoshy zacząć poszukiwania. - Logan odpowiedział na jego pytanie.
- I nie jest rejestrowany przez Cerebrę, czyli nie jest już mutantem.
- Sytuacja jest poważna... - James powiedział patrząc na przesuwające się po niebie chmury.
- Co wywołało Dzień M? Moja magia podpowiada mi, że było to coś bardzo potężnego, coś czego nie da się odwrócić. - spytał Michael.
- Nie możemy tego zdradzić. Nie teraz, gdy sytuacja na świecie jest tak strasznie poważne. - odparł Logan.
- Czyli wiecie?
- Tak, ale jak sam powiedziałeś, tego nie da się odwrócić. Możemy tylko walczyć z konsekwencjami.
Cała drużyna znalazła się w wewnątrz jednego z budynków należących w całości do Departamentu H. Otaczały ich sterylne korytarze oświetlone jasnym światłem padającym z świetlówek wiszących na suficie oraz dziesiątki ludzi ubranych w garnitury, fartuchy laboratoryjne oraz mundury wojskowe. Arclight rozglądała się dookoła patrząc na uzbrojonych mężczyzn. Uśmiechała się. Mammomax spojrzał na nią zagadkowo.
- Myślisz o tym samym co ja? Rozwaleniu tego wszystkiego? Gdybyś się postarała, nawet Polaris i Havok nie mogliby cię powstrzymać.
- I po co miałabym to robić, ty idioto? Nie byłoby z tego żadnego pożytku! Taka ilość wojska przypomina mi o przeszłości. Ja... a może któraś moja kopia, albo oryginał służyła w armii... wspomnienia z tamtego czasu są najbardziej wyraźne. Wszystko inne się zamazuje z każdą kolejną iteracją mojego ciała i umysłu. - Kobieta zamyśliła się. Mammomax, niezadowolony z tego, że Philippa nazwała go idiotą, przeszedł na drugą stronę korytarza o mało nie tratując jakiejś siwej kobiety w fartuchu laboratoryjnym. Lorna nadal była cicha i trzymała się na uboczu. Gambit próbował z nią porozmawiać.
- Co się dzieje? Odkąd wylądowaliśmy starasz się unikać rozmów. - spytał.
- Nic mi nie jest. Mówiłam już, że źle się czuję i boli mnie głowa. Te cholerne lampy jeszcze to potęgują. Chciałabym, żeby to wszystko skończyło się jak najszybciej.
- Może powinnaś zostać w instytucie? Może nie jesteś w stanie uczestniczyć w misji.
- Przecież jestem członkiem tej drużyny, tak jak i ty i cała reszta! - Lorna zdenerwowała się na kolegę.
- Zostaw mnie, proszę. Może po naradzie poczuję się lepiej, to porozmawiamy. - Kobieta zakończyła rozmowę wracając do swej cichej wędrówki przez mocno oświetlony, nieprzyjemny dla niej korytarz. Wkrótce drużyna znalazła się w dużej sali narad. Pomieszczenie było dużo ciemniejsze niż pozostała część bazy a jego centralnym punktem był wielki ekran przedstawiający mapę Kanady oraz Stanów Zjednoczonych. X-Men spotkali tam innych starych znajomych takich jak Puck, Walter Langkowski i Snowbird a także kilku nowszych członków drużyny z którymi nie mieli jeszcze okazji się spotkać, czyli Zuzhę Yu i Majora Mapleleafa. Puck przywitał się z Loganem przedstawiając jednocześnie dziewczynę o niebieskich włosach jako swoją córkę.
- Na szczęście nie jest podobna do ojca. - Wolverine powiedział patrząc na karłowatego mężczyznę.
- A gdzie jest twoja? Chodzą słuchy, że jest tak sama dzika jak jej ojciec. - odparł Eugene.
- Laura nie jest moją córką. To dużo bardziej skomplikowane.
- Ale chroniła cię jak jakieś dzikie zwierzę. A może nic takiego się nie stało w waszej sali ćwiczeń?
- Ciekawe skąd to wiesz... - Logan spytał retorycznie zamyślając się.
- Będę musiał uciszyć Northstara... - dodał po chwili.
- Zacznijmy już to po co tu przybyliście. - powiedziała Heather. Kiedy wszyscy członkowie Alpha Flight i X-Men zajęli miejsca na krzesłach stojących wszędzie w ciemnej sali, Guardian przystąpił do omawiania problemów jakie spotkały kanadyjskich super bohaterów.
- Cały świat został dotknięty tajemniczą plagą pozbawiającą mutantów ich zdolności. Także my nie mogliśmy uniknąć jej efektów. Nasi najlepsi, najbardziej obiecujący agenci zostali brutalnie pozbawieni swoich mocy. - W tym samym czasie na ekranie pojawiły się podobizny Murmur, Flexa, Ghost Girl, Radiusa a także Stitch. Po chwili na twarzach wszystkich z nich, za wyjątkiem Ghost Girl pokazały się napisy "Kidnapped". Hudson kontynuował przemowę.
- Kilku z naszych ludzi zostało uprowadzonych. Nie wiadomo przez kogo i w jakim celu, po prostu zniknęli tak jakby ktoś wymazał ich z istnienia. Każdy z członków Alpha Flight ma pod skórą wszyty nadajnik, który działał nawet po tym jak nasi rekruci stali się zwykłymi ludźmi. W tej chwili nie odbieramy sygnałów od Radiusa, Stitch, Flexa i Murmur. Ich sygnały urwały się nagle i niespodziewanie, w przeciągu kilkunastu godzin, dosłownie jeden po drugim.
- Czy możliwe jest, że nie żyją? - spytał Gambit.
- Nie. Ich śmierć także by się zarejestrowała na naszych komputerach. A sygnał po prostu zniknął.
- Może oni sami pozbyli się tych pluskiew. - do rozmowy wtrąciła się Arclight.
- To także braliśmy pod uwagę. Stres po utracie zdolności na pewno zrobił swoje. Ale każda próba uszkodzenia urządzenia zostałaby przez nas wykryta. Nie wykryliśmy niczego, zupełnie niczego. Co więcej zniknęła także Pathway i jej siostra. Najdziwniejsze jest to, że one nie straciły zdolności.
W tym samym momencie zabrzmiał sygnał alarmu. Na monitorze wiszącym za plecami Hudsona pojawiła się mapa Kanady i zaznaczony na czerwono punkt z wielkim wykrzyknikiem. Po chwili na ekranie ukazała się twarz jakiegoś siwego mężczyzny w mundurze.
- Wszyscy Alpha Flight muszą natychmiast stawić się w hangarze. Pojawiło się zagrożenie Omega, powtarzam pojawiło się zagrożenie Omega! - mówił przestraszony mężczyzna.
- Co to oznacza? - spytał Logan podnosząc się z krzesła.
- Kłopoty, ogromne kłopoty... powiedziała Heather.
- Na terenie Alaski pojawił się bardzo niebezpieczny mutant. Przemieszcza się w stronę kanadyjskiej granicy. Wszystkie dotychczasowe próby powstrzymania mutanta okazały się bezskuteczne. Powtarzam wszystkie dotychczasowe próby powstrzymania mutanta okazały się bezskuteczne... Mutant pozostawia za sobą pas zniszczeń, nie udało się ustalić liczby ofiar... - mówiły równocześnie trzy osoby, których twarze ukazały się na ekranie.
- Jeśli to mutant, to także nasza sprawa. X-Men pomogą twojej drużynie powstrzymać mutanta. - Havok oznajmił patrząc na wszystkich zgromadzonych członków swojej grupy.
- Wy także! - dodał spoglądając na Arclight i Mammomaxa stojących na uboczu.
- Pewnie, mam ochotę bardzo mocno komuś przywalić. - odparł człowiek o wyglądzie słonia.
- Dziękuję. Sądząc po raportach nadchodzących z Alaski będziemy potrzebować każdej pary rąk do pomocy. - James powiedział uśmiechając się. Zaraz po tym odwrócił się do pozostałych bohaterów z Alpha Flight.
- Nie ma czasu na zebranie reszty grupy. Wylatujemy natychmiast. Właśnie powiadomiono mnie przez radio, że ostatnia barykada amerykańskiej policji została doszczętnie zniszczona przez mutanta. Prawdopodobnie nikt nie przeżył.
- Ile? - spytał Logan.
- Około 35 ludzi, może dużo więcej. - poinformował Guardian.
- Musimy go powstrzymać za wszelką cenę. I pamiętajcie, nie możemy sobie pozwolić na bycie delikatnymi. On nie może dojść do żadnego większego miasta, bo będziemy mieli masakrę na skalę światową.
- Doskonale rozumiem o co ci chodzi. - powiedział Gambit jednocześnie patrząc w stronę dwóch kryminalistów. Alpha Flight opuściła pokój, podobnie jak część grupy mutantów. Remy zwrócił się do Phillipy.
- Jeśli ktokolwiek z nas będzie zagrożony, możesz działać tak jakbyś nie miała żadnych ograniczeń. Masz zupełnie wolną rękę w starciu z tym gnojem.
- I tak nie zamierzałam być delikatna. Męczy mnie powstrzymywanie się przed działaniem przeciwko wam. - odparła kobieta.
- Masz okazję spożytkować swą nienawiść w słusznym celu. - oznajmił Remy wychodząc przez uchylone drzwi.
Dark Beast przywiązał Callisto do łóżka używając grubych, czarnych pasów i zakneblował jej usta. Spojrzał na jej twarz uśmiechając się.
- Moi ludzie doskonale przygotowali cię do eksperymentu, ale muszą podjąć odpowiednie środki bezpieczeństwa. Nie wiadomo jak moja terapia na ciebie zadziała. Muszę spodziewać się najgorszego. To co zamierzam ci zrobić może okazać się zbawieniem dla nas wszystkich. Może będziesz pierwszą osobą u której odwrócę efekty działania Dnia M. Powinnaś czuć się zaszczycona! - McCoy zbliżył się do dziwacznej aparatury a po chwili wyjął z niej strzykawkę z jakąś zieloną substancją.
- Moja formuła nie jest doskonała. Nie miałem czasu na jej dokończenie. Możesz zachorować, nawet umrzeć w strasznych męczarniach, ale wiesz kto będzie winny? Twoi znajomi, X-Men! Bo to ich pojawienie się przerwało moje obliczenia, przez ich interwencję musiałem przejść do testów praktycznych. Wiem, że moje Sentinele nie powstrzymają ich na długo. To kupa złomu nad którą także nie miałem czasu popracować! Ale czas jaki zajmie im ich pokonanie będę mógł wykorzystać na moje testy, najpierw na tobie a później na twoich młodych przyjaciołach!
Tymczasem na zewnątrz X-Men walczyli z śmiercionośnymi maszynami bojowymi. Cyclops strzelał promieniami optycznymi do nóg pająkowatego robota a Colossus uderzał w potężne nogi ogromnego humanoidalnego Sentinela kierującego swą dłoń w kierunku Emmy i pozostałych mutantów. Fever Pitch wzbił się wysoko w powietrze a chwilę później zaatakował dwa stalowe monstra strumieniami czerwonego płomienia. Karima także włączyła się do walki, pomimo tego, że jej systemy nie wróciły jeszcze do stuprocentowej sprawności. Kitty przybrała niematerialną formę a później pobiegła w kierunku robota z którym walczył Piotr. Fazując przez układy elektromechaniczne jego nogi sprawiła, że maszyna zachwiała się a później przewróciła ulegając sile Rasputina. Scott zwrócił się do Amelii.
- Amelia, weź ze sobą Hanka i spróbujcie dostać się do środka. Widziałem kratki wentylacyjne, w gazowej formie nie powinny stanowić dla ciebie żadnej przeszkody.
- Scott, a co z wami?
- Poradzimy sobie. To chyba najgorsze roboty z jakimi kiedykolwiek walczyliśmy. - odparł mężczyzna. Rudowłosa podeszła do Beasta.
- Doktorze McCoy...
- Dobrze, idziemy tam. Mam nadzieję, że twoje teleportacja jest bardziej przyjemna niż skoki Kurta.
- Mój gaz jest bezwonny. - Amelia powiedziała śmiejąc się.
Erik patrzył na grupę mutantów walczącą zaciekle z mechanicznymi przeciwnikami. Był wściekły a jego dłonie same zwinęły się w pięści.
- Jeszcze niedawno zakończyłbym tą farsę jedną myślą. A teraz... kim się stałem... - mówił sam do siebie.
Beast i Voght zamienieni w obłok białego gazu dostali się do wnętrza podziemnego bunkra. Wkrótce okazało się, że wentylacja prowadziła prosto do laboratorium złej wersji Beast z równoległej rzeczywistości. Amelia bardzo szybko zmaterializowała się razem z włochatym pasażerem. Dark Beast uśmiechnął się widząc swój odpowiednik ze świata 616.
- Ach, świetnie się składa, że świadkiem mojego sukcesu będzie ktoś, kto potrafi zrozumieć wagę mojej pracy. - powiedział zbliżając strzykawkę do szyi półprzytomnej Callisto.
- Co robisz! - Henry krzyknął szykując się do ataku.
- Zaczekaj! Jestem pewien, że nie chcesz mi teraz przerywać!
- Skąd ta pewność! Porwałeś ludzi, zraniłeś jedną z moich przyjaciółek. Nasłałeś na moją drużynę Sentinele. Nie mam mowy, abyś uniknął odpowiedzialności.
- Za chwilę dokonam pierwszej próby specyfiku nad którym pracowałem od wielu tygodni. Możesz rzucić się na mnie jak jakiś barbarzyńca i przez chwilę będziemy gryźć się i drapać jak wielkie koty a może i twoja ruda znajoma do nas dołączy. Ale to nie jest jedyne rozwiązanie! W zamian proponuje usiąść wygodnie i obserwować jak mój geniusz odwraca efekt Dnia M! - Mroczny McCoy powiedział będąc przekonanym, że Beast nie będzie mógł przerwać jego chwili triumfu.
W opuszczonej rezydencji Mistrza Magnetyzmu samotna osoba była świadkiem walki przebiegającej w oddali, w zniszczonym mieście. Wicked stała na balkonie obserwując rozbłyski promieni optycznych Cyclopsa i strumieni ognia generowanych przez niezwykłą fizjologię Fever Pitcha, nasłuchując odgłosów uderzeń organicznej stali o zardzewiały metal i dźwięku wyładowań energetycznych kobiety cyborga. Dziewczyna miała założony hełm Magneto, który chronił ją przed telepatycznym wykryciem przez Emmę Frost. Był to prezent, który przekazał jej były władca wyspiarskiego państwa. Myślała tylko o tym, aby starcie się skończyło, obojętne z jakim skutkiem. Chciała, aby intruzi wreszcie opuścili jej ojczyznę, aby znów mogła być sama ze swoimi myślami i duchami wszystkich tych którzy zginęli. Wiedziała, że było to niemożliwe a każda myśl o tym, że już do końca życia będzie miała zupełną ciszę w głowie sprawiał, że nachodziły ją myśli samobójcze. Pomimo braku jakichkolwiek nadludzkich zdolności dziewczyna intuicyjnie przeczuwała, że wkrótce miało wydarzyć się coś zupełnie niezwykłego.
