4.
Merlin nie przestawał zerkać na przyjaciela. Kiedy szli wzdłuż korytarzy, poinformował go o dacie i ostatnich wydarzeniach, ale sam Artur nic nie mówił o przyszłości i nawet jeśli Merlin wiedział, że to dobrze, to nie mógł zaprzeczyć, iż zżera go ciekawość. Artur idąc, ciągle wyglądał przez okna na dziedziniec. Wkrótce wyszli na zewnątrz, zmierzając do miasta.
— Merlinie, jeśli nadal będziesz się tak na mnie gapił...
— Aghh! — Niespodziewanie chłopak potknął się o własne nogi i Artur złapał go w połowie drogi do ziemi.
— ...to upadniesz — dokończył.
Wyprostowali się i czarodziej uśmiechnął się szeroko, teraz bardziej przekonany niż kiedykolwiek.
— Jesteś taki nie arturowaty.
Król Artur tylko się zaśmiał.
Merlin spędził resztę popołudnia, podążając tropem przyjaciela. Artur rozmawiał z pięcioma kupcami, rozstrzygając ich spór i doradzając jak najlepiej rozwiązać inne problemy. Jeden z kupców, bliski bankructwu, otrzymał od niego małą sakiewkę z monetami. Czarodziej zagapił się z otwartymi ustami na wracającego do niego Artura. Ten widząc wyraz twarzy Merlina, zmarszczył brwi i zapytał:
— Co się stało, Merlinie? Wyglądasz, cóż, wyglądasz ohydnie. Wiesz, co mówią matki do dzieci o robieniu dziwnych min zbyt długo? — Uśmiechnął się, a Merlin zmienił minę na normalną.
— Dlaczego dałeś mu pieniądze?
Pendragon spojrzał na niego w zamyśleniu.
— Ma troje dzieci, wszystkie są chorowite i jeśli nie podniesie swoich obrotów, to tej zimy utraci zarówno towar jak i ziemię na poczet podatków dla mojego ojca. Nie mogę pozwolić swoim ludziom cierpieć, gdy mam możliwość uczynić ich życie lepszym. Zwłaszcza tak niewielkim nakładem z mojej strony.
Merlin kiwnął głową oniemiały po raz pierwszy w życiu. Potem Artur pomógł następnym kupcom, obszedł tkaczy i budowniczych. Większość ludzi była wstrząśnięta księciem — rozmawiającym z nimi w taki sposób — inni byli po prostu w szoku, odkrywając jak zmienił się z napuszonego palanta, jakim zwykle był — którym był zaledwie tego ranka.
Po kilku godzinach przebywania w dolnym mieście, skierowali się w kierunku placu treningowego. Czarodziej niósł kosze upominków, których książę naprawdę nie potrzebował ani nie chciał, ale niemożliwym było ich nie przyjąć od wdzięcznych mieszkańców miasta.
Artur nadal się śmiał z żartu, który opowiedziała mu jakiś czas temu mała dziewczynka. Merlin nie mógł się nie uśmiechnąć.
— Wiesz, to wcale nie było takie zabawne.
W odpowiedzi Artur przełożył ramię przez barki przyjaciela i przyciągnął go bliżej siebie.
— Merlinie, jeśli musiałbym żyć jedynie z twoim głupim poczuciem humoru, umarłbym z nudów, zanim nawet zostałbym królem.
— Czy ja wiem. Wydaje mi się, że rozśmieszam cię każdego dnia.
Pendragon wciąż się uśmiechając, powiedział:
— Tylko swoją głupotą. Merlinie, kiedy ostatni raz powiedziałeś mi dowcip? — Z tym pytaniem ruszył naprzód, a mag pozostał w miejscu, myśląc.
— A znasz...
— Nawet nie próbuj, Merlinie, słyszałem je już wszystkie wcześniej.
— Widzisz, to nie w porządku... — przerwał, kiedy doszli w zasięg słuchu rycerzy.
— Cóż, to będzie dla nich dziwne. — Usłyszał szept Artura, który w następnej chwili powiedział głośno: — Dobra, wszyscy gromadzą się wokół mnie. Dziś zrobimy coś innego. Chcę, by każdy rycerz z dłuższy stażem niż trzy lata spotkał się ze mną poza murami zamku. Po wszystkich atakach na Camelot, jakie widziałem, wiem, że każdy z was jest najlepszym rycerzem jakiego król może mieć, ale proszę, byście byli jeszcze lepsi. Będąc królem, chcę by moi rycerze byli tak samo legendarni jak ja. — Artur usłyszał kilka rżeń i śmiechów. Przeszedł wolno wśród swoich ludzi, spoglądając każdemu w oczy i pozwalając im, by się dowiedzieli, że był poważny. — Rycerze Camelotu będą inspirować pokolenia mężczyzn, będziemy honorowi, rycerscy, godni zaufania i lojalni ponad wszystko, o co nas poproszą. Będziemy wzbudzać strach w naszych wrogach, ale w naszych ludziach wzniecimy miłość. To jest coś, do czego każdy z nas musi teraz dążyć, gdyż mogę powiedzieć, że nasi ludzie boją się nas tak samo jak ludzie Cedrica. — Gdy jeden z rycerzy spróbował przemówić, Artur uniósł rękę. — Wiem, że walczyliście za Camelot i wszystkich jego ludzi, ale mieszkańcy widzą sprawy w całkiem odmienny sposób. Do czasu, kiedy zrozumiecie inne perspektywy, będziecie po prostu walczyć za mojego ojca i mnie. — Wielu wyglądało na zmieszanych, próbując zrozumieć, o czym prawi książę. Pendragon zatrzymał się w środku kręgu rycerzy i dodał: — Proszę każdego z was, byście zajrzeli w swoje dusze i zapytali siebie samych, dlaczego dla mnie walczycie. A teraz, Kay... — brunet stał prosto, nadal ze zmarszczonymi lekko brwiami, ale gotowy do działania — ...idź po resztę rycerzy — polecił, a następnie pochylając głowę, cicho wezwał Merlina. Chłopak zaczynając biec do niego, prawie upuścił cały bagaż, który miał przy sobie, ale udało mu się go utrzymać, gdy zwolnił do marszu.
— Arturze, to było… cóż, to było zdumiewające. To znaczy, wiem, że niektórzy rycerze są ambitnymi-żądnymi-chwały-bogatymi-dziecinnymi... — Przy tych słowach Artur podniósł brwi, czekając, aż dokończy. — ...palantami jak ty, ale sądzę, że byłeś poważny, mówiąc, że w przyszłości będą...
Mężczyzna westchnął.
— Merlinie, moi rycerze są moją bronią. Oni są moimi przyjaciółmi, moimi braćmi, są moim Camelotem. Jednak w czasach, gdy jestem królem, oni muszą też widzieć ludzi, bo dla ludu są również Camelotem.
Czarodziej zmrużył oczy i przechylił głowę zakłopotany, chcąc coś powiedzieć, kiedy tuż przed nimi pojawiła się Gwen.
Starała się ukryć uśmiech, kiedy ujrzała chłopaka walczącego z nadbagażem.
— Merlinie, co robisz z tym wszystkim?
Mag posłał jej wdzięczny uśmiech, gdy wzięła od niego kilka koszy.
— Zapytaj jego. — Wskazał głową. — To jego wina. — Po czym spojrzał na oboje i odszedł na bok.
Artur próbował zachować neutralny wyraz twarzy. Czuł tak wiele emocji, patrząc na Gwen jako służącą. To było tak dawno, gdy widział ją wyglądającą tak nieśmiało, ulegle.
— Więc znów torturowałeś Merlina, panie?
Pendragon zaśmiał się.
— Pewnego dnia odbierze sobie za to zapłatę.
Gwen wyglądała na nieco zdezorientowaną, ale uśmiechnęła się ponownie. Myśląc o dniu, kiedy książę krył ją na bankiecie, żeby mogła zobaczyć swojego brata, powiedziała:
— Chciałabym ci podziękować za tamten dzień. Wiem, że to było spore utrudnienie dla ciebie.
— Nie, Ginewro. Kiedy chodzi o ciebie, nic nie jest zbyt trudne.
Uśmiechnęła się, patrząc na niego usatysfakcjonowana.
— Dziękuję, pójdę już. Muszę zobaczyć co u Morgany.
Artur kiwnął głową. To było dziwne, kiedy zarumieniła się przed nim i musiał się powstrzymywać, żeby się nie roześmiać. Jak dawno to było, pomyślał, kiedy Gwen była dla mnie kimś więcej niż tylko przyjaciółką? Jego uwagę przykuł Merlin, który rozmawiał z jakąś szwaczką. Wyglądał jakby wiedział. Artur naprawdę rozumiał, co Lancelot czuł przez wiele lat. To było coś, co ich połączyło. Zanim dziewczyna odeszła, zapytał jej:
— Mogłabyś wziąć te kosze i zanieść do moich komnat? Nie chcę, żeby Merlin upadł i stracił swoją wspaniałość na około miesiąc, podczas gdy będzie zmuszony pielęgnować złamaną kość.
Gwen nie mogła powstrzymać uśmiechu, który zakwitł na jej twarzy, gdy wyobraziła sobie Merlina w takich okolicznościach.
— Oczywiście, Wasza Wysokość.
— Chodź, Merlinie, mamy wiele do zrobienia, zanim zajdzie słońce — zawołał do chłopaka.
Czarodziej podziękował Gwen wylewnie i pobiegł, aby dogonić przyjaciela. Nie wiedział, dlaczego, ale miał wrażenie, jakby tego poranka zrobił cudowną pomyłkę. Czar sam w sobie nie był zaklęciem podróży w czasie, pomylił jego wymowę, co każdemu mogło się przecież zdarzyć. Jednak z jakiegoś powodu magia w nim zaśpiewała i poczuł, jakby to było przeznaczenie. Szkoda, że to może się zmienić w każdej chwili.
