Przez najbliższe tygodnie starałam się unikać Mamoru. Wynajdowałam wszelkie z możliwych powodów, aby nasze spotkania nie dochodziły do skutku. Zaczęłam nawet specjalnie długo przesiadywać w pracy, wszystko tylko po to, aby nie mieć z nim żadnej konfrontacji.
Niestety, ku mojej bolączce nie było to łatwe, szczególnie z emocjonalnego punktu wiedzenia. Mamoru i ja znaliśmy się praktycznie całe życie, nasze spotkanie i wspólnie spędzone chwile były czymś tak normalnym i oczywistym jak to, że je się śniadanie czy obiad.
Pamiętam, kiedy pojawiła się Saori-san. Przez pewien czas odczuwałam pustkę, gdyż nasz wspólny czas został znacznie zredukowany, ale nigdy nie było tak jak teraz.
Czułam się dosłownie jakby zabrakło mi powietrza.
Najwidoczniej mój przyjaciel też nie akceptował owej zmiany, ponieważ wykorzystywał wszystkie swej metody i całą wiedzę o mnie, aby mnie przechytrzyć i tak czy siak spotkać się ze mną.
Byłam właśnie w biurze i planowałam spotkanie z naszymi inwestorami, gdy do mnie zawitał.
- Dunka-chan, proszę zarezerwuj też restaurację na wieczór, jakąś elegancką, niedaleko stąd - wydawałam polecenie mej asystentce. Studentka uśmiechnęła się do mnie.
- Dobrze, proszę Pani, czy jeszcze coś. Czy przygotować jakiś specjalny sprzęt na jutrzejsze spotkanie?
- Laptopy i projektor na pewno – przyznałam – miej też w pogotowiu sprzęt zapasowy. Tak, nawet, jeśli Hiroshi-san twierdzi, że ten sprzęt nie jest wadliwy. - dodałam widząc, że formuje już nowe pytanie. Pokiwała głową i spisała moje polecenia.- Chcę teraz już iść, więc się wszystkim zajmij - dokończyłam. Byłam znana z mej zapobiegliwości. Uważam, że to ona doprowadziła mnie tu ,gdzie teraz jestem, miałam zaledwie 25 lat, a już byłam szefową działu. Nie ukrywam, że rozpiera mnie z tego powodu duma.
- Cała Usako, przygotowana na każdą okoliczność - rozległ się nagle głos w drzwiach.
Spojrzałyśmy w tamtą stronę. Serce stanęło mi w miejscu. A Dunka jęknęła z zachwytu. Słysząc to wywróciłam oczyma. Mamoru zawsze wywoływał takie wrażenie na kobietach.
- Mamoru, dzień dobry - przywitałam się formalnie. - Dunko, dziękuje. Możesz iść - poleciłam natomiast swej sekretarce. Nie usłyszała mnie. - Dunko! -powiedziałam o ton głośniej.
Dziewczyna spojrzała na mnie z zaskoczoną na miną, potem na Mamoru, zarumieniła się i wyszła, w kółko powtarzając 'przepraszam, przepraszam'.
Mój przyjaciel zaczął się śmiać. Skrzywiłam się lekko:
- Mamoru, nie możesz tu przychodzić. Przez ciebie moje pracownice odlatują. - skarciłam go, choć z lekką nutką żarciku w głosie.
Czarnowłosy spoważniał jednak na moje słowa.
- Nie byłoby mnie tu, gdybyś od miesiąca mnie nie unikała – skomentował lekko urażonym tonem. Obróciłam się do niego tyłem i udałam, że czegoś szukam w stojącej tam szafce.
- Nie unikam cię. Po prostu nastał w moim życiu przełomowy moment. Muszę dużo pracować - odpowiedziałam. Gdyby on tylko był świadom dwuznaczności mych słów.
- Usako, rozumiem, że jesteś zajęta, ale żeby od razu nie mieć nawet chwili w weekend dla przyjaciela? Przecież się żenię. Potrzebuję cię przy tym wszystkim. Jesteś moją rodziną. - rzekł z rozbrajającą szczerością i podszedł do mnie. -Kocham cię i chcę, abyś pomogła mi, nam, w przygotowaniu tego.
Nie odwracałam się przez dłuższą chwilę. Wiedziałam, że przygotowania do ślubu szybko ruszą. Na kolacji Saori wspomniała, że zaklepali już kościół za dokładnie '5miesięcy i 16 dni' jak raczyła oznajmić.
- Mamoru, posłuchaj - zaczęłam powoli i obróciłam się. Nie wiedziałam, że stał tak blisko, do chwili, gdy mój nos uderzył w silną klatkę piersiową. Od razu do mych nozdrzy trafił jego zmysłowy zapach. Wciągnęłam mocno powietrze. Rety, w tej chwili nienawidziłam swego życia. Otrząsnęłam się i szybko zrobiłam unik w bok, obeszłam biurko. W takiej odległości mogłam z nim mówić.
- Mamoru, ten dzień jest twój i Saori. Nie ma mnie w nim. To wybierzecie ślub - rzekłam i zamilkłam na chwilę. Byłam lekko zaskoczona, że w ogóle wypowiedziałam te słowa.
- Jak to cię nie ma? - spytał nagle, Mamoru zmieszany. Spojrzałam na niego, czym mi się zdaje czy nagle zaczął być smutny.
- Ja będę na… tej uroczystości tylko jednym z wielu gość… - próbowałam wyjaśnić jednak nie zdążyłam, gdyż Mamo-chan mi przerwał.
- Przestań gadać bzdury. Dla mnie inni się nie liczą. Najważniejsze, abyś Ty tam była - rzekł coś dla niego oczywistego - Jak w ogóle możesz porównywać się do innych, wiesz ile dla mnie znaczysz, jaką ważną i specjalną osobą dla mnie jesteś! - dodał na koniec lekko urażonym tonem. Nie dziwię mu się, kiedyś zanim uświadomiłam sobie, że go kocham, też bym go zdzieliła mocno po głowie encyklopedią, za - choćby gdybania o tym, kim dla mnie jest i ile dla znaczy w moim życiu. Teraz byłam w gorszym stanie. Kiedyś znaczył wiele. Teraz –wszystko.
- Mamoru… - wyszeptałam ze zrezygnowaniem.
- Usako, co się stało. Kiedyś byliśmy drużyną. Pamiętasz? - spytał unosząc mój podbródek tak, że musiałam spojrzeć w jego zabójcze, granatowe oczy. - Usako i Mamo-chan. Od zawsze i na zawsze. Pamiętasz? - znów zapytał. Poki wałam twierdząco głową. Och tak, pamiętałam tamte czasy, och, a jak do nich tęsknię.
- Co się zmieniło? - dopytywał. Moje oczy napełniły się smutkiem.
- Wszystko się zmieniło – wyznałam - Ja, ty. Pojawili się nowi ludzie w naszym życiu - 'niestety' - dodałam w myślach. - Zakochałeś się w Saori-san –kontynuowałam 'A ja w tobie' - znów powiedziałam sama do siebie.
- I teraz to ona zostanie twoją rodziną. W tym obrazku po prostu nie ma… nie może być - poprawiłam się - miejsca dla mnie. Dla waszego szczęścia -dokończyłam. A moja dusza i serce umarły. Jak ja go kochałam... Jednak wiedziałam, że dla dobra nas obojga musimy zmienić naszą przyjaźń. Żeby jego małżeństwo mogło istnieć, a ja bym miała jeszcze kiedyś żyć.

Mamoru wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę. Bałam się, że się zdradziłam. Jednak nagle mnie przytulił i rozwiał me obawy.
- Och Usako, jesteś najwspanialszą przyjaciółką na świecie. Wiem, że nie chcesz, aby Saori była zazdrosna, ale uwierz - nie jest. Ona wie, że kocham cię jak siostrę - wyznał, a ja się skrzywiłam. Następnie mnie odsunął, jednak nie puścił. - Zresztą ona też cię uwielbia. Naprawdę. Poświęciłem moje wolne, które zawsze spędzam z nią, aby tu przyjść. Z jej polecenia - przyznał. Zapewne miał dobre intencję. Ja natomiast doskonale wiedziałam, co kryje się za intencjami Saori-san. 'A więc wie' – stwierdziłam w duchu.
- Za 36 minut mamy spotkanie z dekoratorem. Obiecałem Saori-chan, że tam będziesz. Choć jeszcze zdążymy - rzekł i pociągnął mnie w stronę drzwi.
- Mamo-chan, mam jeszcze mnóstwo pracy - próbowałam się wymigać, jednocześnie próbując wyjąć mą dłoń z jego. Mój przyjaciel zatrzymał się i przyoblekł cwany uśmieszek.
- Kochanie, słyszałem, że chcesz iść do domu. Więc nie zmyślaj - rzekł i zrobił swoją najbardziej rozbrajająca minę. Spojrzałam na niego, po czym westchnęłam. -
Poddaję się.

I tak oto zaczęłam brać aktywny udział w planowaniu weseliska. Saori starała się jak mogłabym brała udział we wszystkim. Od wyboru głupich zaproszeń, potraw, tortu, muzyki, nawet bielizny, jaką będzie nosić w noc poślubną, koloru dekoracji, aż po suknię ślubną. Wszędzie oczywiście towarzyszyła nam grupa rozrechotanych psiapsiółek Saori. Tak, więc nie ominęło mnie słuchanie:, 'jaką są piękną parą', 'jak idealnie do siebie pasują', 'jak się kochają', 'jak jest z nim w łóżku' itd.
Koleiny gwóźdź do trumny mego serca dobiła prośba, abym została druhną Saori. TĄ najważniejszą z druhen. O 'zbiegu okoliczności' jak twierdził Mamoru, kiedy go zapytałam, czemu ja, skoro za jego narzeczoną biega stadko psiapsiółek -tylko ja byłam panną, a według jego kochanej Sari, tylko panna może być Maid of Honor. Jeśli ktoś mnie pyta, gówno prawda!
I tak mijały miesiące przygotowań czytaj mojej udręki. W końcu do samego ślubu zostało dokładnie 55 dni.

Był piątkowy wieczór, a raczej noc, gdyż zegar wskazywał grubo po 23. Za oknem lał deszcz. Pogoda w sam raz dla mnie i mojego łkającego serca. Siedziałam na kanapie i popijałam trzeci, nie …. piąty kieliszek wina, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Na początku się trochę przestraszyłam, ten, kto wychodził w taką pogodę musiał być szalony. Powoli wstałam z siedliska i udałam się do drzwi, spojrzałam przez judasza i ujrzałam kogoś kogo zupełnie się nie spodziewałam.
- Mamoru - powiedziałam po cichu zaskoczona. Chyba mnie usłyszał, gdyż doleciało mnie słowo - 'Usako?'

Szybko otworzyłam drzwi i ukazał mi się w całej krasie mój przyjaciel, aka, miłość mego życia. A może raczej powinnam rzec, przemoczona do suchej nitki, miłość mego życia.
- Mamo-chan, jesteś cały mokry – stwierdziłam, choć było to dość głupie, bo zapewne on to zauważył.
- Taa, pada trochę - szepnął nie patrząc na mnie. Zrobiłam zmieszaną minę. Mamoru nigdy nie był taki apatyczny. Zerknęłam w stronę okna, tak dla pewności, na dworze lało.
- Musiałem się przejść - rzekł nagle. Szybko odwróciłam się w jego stronę.
- Szedłeś pieszo od siebie? - spytałam niedorzecznie, to było dobre 2 godziny marszem.
Pokiwał lekko głową. Westchnęłam i złapałam go za rękę – Chodź, trzeba cię wysuszyć - powiedziałam wciągając go do mieszkania i zamykając za nim drzwi. -Nie chcesz chyba mieć zapalenia płuc na ślubnym kobiercu - próbowałam go trochę rozweselić tematem, który kochał. Zdjęłam jego marynarkę i położyłam na szafce, zaczęłam ściągać mu szalik, kiedy rzekł coś, czego się nie spodziewałam.

- Nie ma się, co tym martwić. Ślubu nie będzie- rzekł bez emocji. Dopiero teraz poczułam, że jego oddech przepełniony był whisky.
- Co? - spytałam całkowicie zbita z pantałyku – Mamoru, ty piłeś? – dopytywałam niedorzecznie.
- To proste, jestem urżnięty, a ślubu nie będzie, albo powinien rzec – ślubu nie ma, więc się urżnąłem - rzekł z typowo pijackim humorem. Cofnęłam się o krok i przyjrzałam mu się. Wyglądał strasznie, jak przemoczona kura. Pokiwałam głową. Trzeba było się nim zająć zanim dostanie zapalenia płuc.
- Wiesz, zróbmy tak najpierw cię wrzucimy pod prysznic, a potem mi wszystko wyjaśnisz, okey? - zaproponowałam. On na to wzruszył lekko ramionami. Najwidoczniej było mu wszystko jedno.
Pomogłam mu zdjąć buty, po czym zaprowadziłam go do łazienki. Włączyłam ciepłą wodę pod prysznicem i poleciłam, aby się rozebrał i wykąpał.

Potem przeszłam do sypialni. Pamiętałam, że zostawił kiedyś u mnie dresy. Zawsze to będzie lepsze niż mokre ciuchy. Ich znalezienie nie było łatwe, jako że obraz po tych pięciu kieliszkach lekko mi się rozmywał. Po jakichś 20 minutach wróciłam do łazienki, zapukałam, poczekałam chwilę i weszłam. To, co tam zobaczyłam spowodowało, że chciało mi się płakać. Mamo-chan siedział na podłodze prysznica, ubrany i teraz cały mokry, ale już od wody prysznicowej. Miał podkulone pod brodę kolana i - nie jestem pewna, ale chyba płakał.
- Mamo-chan - wyszeptałam i położyłam ubrania na umywalce.
- To koniec, Usako - rzekł zdruzgotany.
- Mamo-chan? – spytałam, nie do końca pewna, co ma na myśli.
- Ona mnie nie kocha. Jak o tym pomyślę, chyba nigdy nie kochała - wyszeptał z pękniętym sercem. - Dziś się pokłóciliśmy i wtedy ona powiedziała, powiedziała…- próbował mi coś przekazać, ale głos mu się łamał. - To koniec, koniec wszystkiego - dodał i ukrył twarz w dłoniach. A ja po prostu stałam i patrzyłam na niego. Na mężczyznę, którego znałam od dziecka, którego kochałam, podziwiałam, który był moją aspiracją, moim ideałem, bohaterem. Mężczyznę, który nie okazywał swych słabości, walczył zawsze do końca, nigdy się nie poddawał.
Pewna część mnie mówiła, iż powinnam się cieszyć, że Saori może w końcu zniknie. Jednak pozostała 'ja' kazała jej się zamknąć. W końcu tu chodzi o Mamo-chan, mojego najlepszego przyjaciela. O jego szczęście i marzenia i o to, że właśnie siedzi na podłodze mojej łazienki zdruzgotany i pewny, iż jutro nie nastąpi, że nie warto żyć.
Zrobiłam, więc jedyną rzecz, jaką mogłam. Przytuliłam go. Nieważne, że weszłam całkowicie ubrana pod prysznic, nieważne, że miałam zamiar go przekonywać, że jednak nie jest tak źle, że Saori go na pewno kocha, nieistotne, że będę musiała mówić znów coś, co mnie rani. To wszystko było nieważne. Ważny był on i jego szczęście.

To, co wydarzyło się potem na zawsze pozostanie w mej pamięci, jako magiczne. Nie mam pojęcia, czy naprawdę takie było, czy spowodował to wypity przez mnie alkohol. Nie wiem i nie obchodzi mnie to.

Objęłam Mamoru i w miarę możliwości zaczęłam szeptać mu słowa pociechy.
- Ciii - próbowałam uspokoić jego łzy – Ciii, już dobrze. Jestem tu, pomogę. Zawsze tu będę i zawszę ci pomogę - próbowałam poprawić mu nastrój.
Mamo-chan uniósł głowę na tyle, że mogłam spojrzeć w jego czerwone, opuchnięte oczy. Uśmiechnęłam się smutno Nie to, że mnie bawiła jego rozpacz. Chciałam po prostu polepszyć mu samopoczucie.
-Mamo-chan - wyszeptałam, starając się, aby mój głos był jak najbardziej przekonywujący.
Przyglądał mi się przez chwilę, po czym uniósł całkowicie głowę, a ja dotknęłam jego policzka.
- Jesteś tu - rzekł
- Tak - zapewniłam kiwając głową.
- Zawsze byłaś - mówił dalej, ale odniosłam wrażenie, że chyba do siebie, jakby sobie coś uświadamiał. Mimo to potwierdziłam.
- Tak. I zawsze będę - dodałam. Nie byłam świadoma, do czego Mamo-chan zmierzał, mimo to mówiłam szczerze.

- Byłaś, niezależnie od okoliczności. Znosiłaś wszystko, pomagałaś. Dla mnie. A ja tego nie widziałem - stwierdził. To już mnie całkowicie zmieszało. Już chciałam wstać, kiedy złapał moją głowę i zrobił coś, o czym marzyłam od lat.

Pocałował mnie.

ByMisako
Edit Kasia