Dziękuję Jasmin Kain za zbetowanie odcinka 333

I przepraszam, ze to tyle trwało :)

Rozdział 21

Ulica Pokątna

Czwartek, trzydziesty pierwszy sierpnia, 1995

Severus usiadł ciężko na krześle w kuchni. Machnął kilka razy różdżką, a woda w czajniku zaczęła się grzać, chleb zaczął się kroić, a jajka same wskoczyły na patelnie. Tego dnia nie miał ani czasu, ani ochoty, by przygotować śniadanie własnoręcznie. Przed chwilą wrócił z zebrania Zakonu, które odbywało się kolejny dzień z rzędu. Tej nocy Sturgis Podmore, będąc pod wpływem zaklęcia Imperius, został złapany na próbie włamania do Departamentu Tajemnic. Zdawało się, że Voldemort zaczynał działać coraz bardziej otwarcie.

Severusa nie opuszczało przeczucie, że wkrótce coś miało się wydarzyć. Ostatnie kilka dni naprzemiennie spędzał na zebraniach Zakonu i śmierciożerców, a oprócz tego jedynym miejscem, gdzie można było go zastać, było laboratorium. Kiedy Voldemort zlecał mu warzenie trucizn i eliksirów torturujących, zaraz po nich Mistrz Eliksirów przygotowywał antidota i odtrutki dla jasnej strony. Oprócz tego robił eliksiry lecznicze, oczyszczające krew, przeciwgorączkowe, uspokajające i przeciwbólowe dla obu stron oraz do skrzydła szpitalnego. Było jasne, że zbliżał się czas, kiedy każda ich ilość będzie na wagę złota. Na jego nieszczęście, w Mrocznym Dworze znajdowało się małe laboratorium i Severus, nie mając innego wyjścia, przynajmniej kilka godzin dziennie musiał spędzać w budynku, w którym przebywał Sam-Wiesz-Kto. Mistrz Eliksirów był wykończony, a towarzystwo Czarnego Pana i stres z tym związany zdecydowanie nie pomagały, jeśli chodziło o jego temperament.

Dlatego też nie mógł się doczekać początku roku szkolnego. Miał nadzieję, że chociaż wtedy trochę odetchnie. Z dwojga złego wolał użerać się z bandą nastoletnich półgłówków niż z Czarnym Panem, a z racji tego, że Voldemort był pewien, że to dla niego Severus szpiegował, wezwania powinny być zdecydowanie rzadsze.

Obowiązki względem swoich dwóch „lordów" nie pozostawiały mu zbyt wiele wolnego czasu, przez co Theo był pozostawiony sam sobie, a i Pottera nie mógł mieć na oku. Miał nadzieję, że dzieciak miał się dobrze. Z tego, co przekazał mu Theo, Potter spędzał popołudnia poza domem w towarzystwie innych dzieciaków ze Spinner's End, najwyraźniej unikając ojca. Severus westchnął. Dom powinien być miejscem, do którego chce się wracać, powinien dawać spokój i bezpieczeństwo. Niestety, Potterowi nie było to dane.

— Dzień dobry. — Głos Theo wyrwał go z zamyślenia. Ślizgon jak zwykle przyszedł do kuchni idealnie przygotowany do dnia, jak na dobrze wychowane dziecko ze szlachetnego rodu przystało. Oczywiście, Severus był pełen uznania i zadowolenia, że zarówno Nott, jak i większość mieszkańców domu Slytherina była zdyscyplinowana i miała doskonałe maniery. Jednak nawet on, fan wszelkich zasad, uważał, że chociaż w wakacje chłopak mógłby sobie czasem trochę odpuścić.

— Dzień dobry, Theo — odpowiedział, spoglądając znad Proroka Codziennego. — Przyszedł do ciebie list z Hogwartu.

— W końcu! Wyjątkowo dużo czasu zajęło im to w tym roku. — Theo czym prędzej sięgnął po kopertę, rozerwał ją i szybko przeskanował listę książek.

— Jak zwykle był problem ze znalezieniem nauczyciela obrony — rzekł Severus z przekąsem, nadal bocząc się na dyrektora, który już po raz jedenasty odmówił mu tej posady. Poza tym zarówno on, jak i Minerwa próbowali przekonać Albusa, że powinien wysłać listy z książkami przynajmniej miesiąc wcześniej, a tytuł podręcznika z OPCM, który mógłby być równie dobrze zamówiony pocztą, dosłać później. Dyrektor wstrzymał się jednak do ostatniego momentu. Mistrz Eliksirów mógł sobie tylko wyobrazić tłumy, które odwiedzą Magiczny Londyn.

— Pójdziemy dzisiaj na Pokątną? — Theo spojrzał na niego z nadzieją.

— Nie. Nie ma takiej potrzeby. — Severus potrząsnął głową. — Zamówimy wszystko pocztą. Będzie tam zbyt tłoczno. — Nastolatek zrobił rozczarowaną minę, a Severus widząc to, przewrócił oczami. — Wiesz, że to głupota narażać się bez sensu. Ale jeśli masz ochotę, możemy po południu gdzieś pójść… Na przykład na kręgle. — Kręgielnia znajdowała się po drugiej stronie miasta, więc był pewien, że Tobiasz nie dowiedziałby się, jeśli Potter by do nich dołączył i chłopak nie miałby problemów z tego powodu. A on mógłby się upewnić, że dzieciakowi nic nie jest. — Weźmiemy ze sobą Harry'ego. Zjedz śniadanie i idź mu powiedzieć. — Theo uśmiechnął się, a jego uśmiech był pełen satysfakcji. Severus rzucił mu zimne spojrzenie. — Co pana tak ucieszyło, panie Nott?

— Nic. Po prostu pierwszy raz podczas naszej rozmowy nazwał go pan Harrym.

Mężczyzna zmrużył oczy.

— Rozumiem, że nie muszę ci mówić, żebyś się nie afiszował waszą znajomością? — To sprawiło, że Theo zasępił się. Odwrócił wzrok i skinął niechętnie głową. — Wiem, że się dogadujecie, a w niedziele Potter stanął nawet w twojej obronie…

— I w pana.

— Wolałbym jednak, żeby nie wdawał się w bójki z mojego powodu… A w zasadzie z żadnego powodu. Zmierzam do tego, że nieważne jak bardzo Draco, czy inny Ślizgon będzie go obrażał, ty nie możesz się za nim wstawiać. Rozumiesz? Na ten moment nie możesz sobie na to pozwolić.

— Wiem. Tylko…

— Ja nie każę ci go atakować. Masz się tylko nie wtrącać.

— Co jeśli tego nie zrozumie? Poczuje się zdradzony i będzie miał mi to za złe? Zresztą, nawet nie będzie w tym nic dziwnego, jeśli tak się stanie.

— Porozmawiaj z nim o tym, jak będziecie się zachowywać wobec siebie w szkole. Potter wcale nie jest taki głupi, jak czasem wskazuje na to jego zachowanie.

— To chyba najmilsza rzecz, jaką pan kiedykolwiek powiedział na głos o jego inteligencji. — Chłopak się w końcu trochę rozchmurzył.

— No, kończ śniadanie i idź na Spinner's End. Tobiasz powinien być już w pracy. Powiedz Potterowi, żeby przyszedł tutaj i niech weźmie ze sobą swoją sowę. Wyślemy wasze zamówienia na książki i szaty. A jutro rano zabiorę was na Kings Cross. — Theo skinął głową. Nagle Severus poczuł promieniujący z Mrocznego Znaku ból. Przeklął w myślach. — Muszę wyjść. Powinienem wrócić koło południa. Jeżeli nie zdążę, zamówcie sobie pizzę. I proszę cię, nie róbcie niczego, co mogłoby sprowadzić na was kłopoty — powiedział, wyciągając z kieszeni pieniądze i położył je na blacie, po czym skierował się do pokoju, żeby założyć swoje szaty śmierciożercy.

HPHPHPHP

— Harry! Harry, pospiesz się!

— Już idę! — krzyknął chłopak, słysząc dobiegający z dołu głos Tobiasza. Wrzucił do kufra ostatnie kilka koszulek, które leżały zwinięte na dnie szafy i zatrzasnął wieko, po czym otworzył klatkę Hedwigi i wypuścił ją. — Leć, dziewczynko. Zobaczymy się w Hogwarcie — wyszeptał.

Cały poprzedni tydzień, po tym feralnym weekendzie, przebiegł wyjątkowo spokojnie. Tobiasz nadal pił, jednak Harry pilnował się, by nie powiedzieć nic, co mogłoby wyprowadzić go z równowagi, a kiedy zauważał, że mężczyzna miał zły nastrój, starał się całkowicie schodzić mu z drogi.

Udało mu się również w końcu odrobić prace domowe, ale jako że pomiędzy malowaniem, treningami z Rikim i wychodzeniem z kolegami wieczorem nie zostawało mu dużo czasu, nie mógł zaświadczyć o ich jakości. Oczywiście z wyjątkiem eseju z eliksirów, do którego tym razem naprawdę się przyłożył. A'propos Mistrza Eliksirów – Harry nie widział go, od kiedy Tobiasz zabronił mu się z nim kontaktować. Natomiast kilka razy rozmawiał z Theo, kiedy spotkał go w parku. Za każdym razem musiał zapewniać go o tym, że wszystko było u niego w jak najlepszym porządku, co nie było kłamstwem. Ślizgon zaopatrzył go także w eliksir, którym polecił mu smarować skręconą kostkę.

Najciekawszym punktem dnia były treningi z Rikim. Mężczyzna był świetny – zabawny, inteligentny i w ciągu tak krótkiego czasu zdążył nauczyć Harry'ego wielu zaklęć i sztuczek przydatnych w walce. Mimo że przez kilka pierwszych dni koncentrowali się tylko na medytacji i Oklumencji, ponieważ z powodu Tobiasza Harry nie był w najlepszej formie. Mężczyzna wytłumaczył mu teorię tworzenia w wyobraźni barier-labiryntów, które utrudniałyby dostanie się legilimecie do jego wspomnień. Natomiast jeżeli chodziło o Ghosta i Dianę, to spotkał ich tak naprawdę tylko kilka razy. Za każdym razem wypytywali go o rzeczy matki i za każdym razem Harry odpowiadał, że nie znalazł niczego, co by do niej należało.

— Spakowany? — zapytał Tobiasz, kiedy Harry z ledwością zniósł swój kufer do przedpokoju i wszedł do kuchni.

— Uhmm — przytaknął.

— Na pewno wszystko wziąłeś?

— Tak, na pewno.

— Dobrze. Zrób sobie śniadanie i kanapki na drogę. Ja nie zdążyłem. I chyba nie muszę ci przypominać o tym, żebyś się zachowywał w tej swojej szkole? Nie chcę dostać na ciebie żadnych skarg, zrozumiałeś? — Harry skinął głową. — Radzę ci się też wziąć za naukę. — Harry skrzywił się. Miał nadzieję, że Tobiasz nie będzie już wracał do tematu. Wątpił, że będzie w stanie sprostać jego oczekiwaniom pod względem ocen, jednak nie widział sensu, by już teraz uświadamiać o tym mężczyznę. Widząc jego minę, ojciec dodał: — Słuchaj, dzieciaku, wiem, że jeszcze jesteś młody i uważasz, że dorosłość to jeszcze bardzo odległa rzecz, ale od tego, jak się teraz uczysz i jak zdasz egzaminy zależy, czy dostaniesz robotę, z której będziesz mógł sobie normalnie żyć. Spójrz, nawet Severus, który jest jaki jest, ale szkolił się dalej, został profesorem i nie martwi się, że nie ma za co zrobić zakupów na koniec miesiąca. Ty też masz się wziąć za siebie. I nie mam problemu z tym, żeby cię sprać, jeśli nie rozumiesz, kiedy mówię po dobroci. — Słysząc groźbę, Harry'ego przeszedł zimny dreszcz. Wiedział, że miał tylko kilka miesięcy, żeby wymyśleć sposób, by przechwycić list semestralny z Hogwartu, a na razie nie miał najmniejszego pojęcia, jak mógłby to zrobić. — To dla twojego własnego dobra. Rozumiesz? — Harry o mało nie prychnął, jednak spuścił głowę i zagryzł wargi, żeby nie powiedzieć nic głupiego. Siniaki na jego ciele już prawie zupełnie wyblakły i nie chciał zarobić kolejnych tuż przed wyjazdem do Hogwartu. — Słyszysz, co do ciebie mówię czy gadam do słupa? — warknął Tobiasz, kiedy Harry się nie odezwał.

—Tak, rozumiem, przepraszam — powiedział szybko Harry, starając się utrzymać dobry nastrój mężczyzny.

— Umówiłeś się z Noah?

— Tak, podjedzie tu za chwilę. — Harry z ulgą przyjął zmianę tematu.

— Dobrze. Dasz radę sam kupić, co potrzebne, nie?

— Tak, jasne. — Jeszcze tego mu brakowało, żeby Tobiasz wybrał się z nim na Pokątną.

— Masz tu pieniądze. Oddasz mu za paliwo — rzekł, podając mu kilka banknotów. — I przenocujesz w tym pubie przy wejściu na tą główną, magiczną ulicę.

— W Dziurawym Kotle?

— Tak. I za resztę kup sobie książki i ubrania. I bądź w pokoju hostelowym, zanim się ściemni. Nie chcę, żebyś się sam wałęsał w nocy po Londynie. Wcale nie jest bezpiecznie dla takich dzieciaków. Ja niestety muszę już wychodzić. Nie mogę z tobą poczekać na Noah. — Harry zesztywniał, kiedy Tobiasz podszedł i uściskał go niezręcznie. — No, to do zobaczenia w święta i pamiętaj, żeby nie przynieść mi wstydu. I żadnych głupstw.

— Obiecuję. Pa — pożegnał się Harry, pomimo że tak naprawdę nie miał pojęcia, przed kim Tobiasz miałby się wstydzić przez jego oceny czy zachowanie. To nie tak, że komukolwiek musiał o nich mówić.

Kiedy tylko mężczyzna wyszedł, Harry założył buty, odczekał kilka minut, aż jego ojciec wystarczająco się oddali i z pieniędzmi w ręku, pobiegł odkupić wisiorek Eileen. Okazało się, że nikt inny nie był zainteresowany jego kupnem i Harry bez problemu go nabył. Sam nie mógł uwierzyć we własne szczęście - że poszło tak łatwo. Kiedy tylko jego palce dotknęły naszyjnika, po ciele przeszedł go dreszcz. Założył go na szyję i pobiegł z powrotem na Spinner's End, gdzie czekał już na niego Oasis.

— Hej, Młody, gdzie byłeś?

— Musiałem coś załatwić. Zaraz wracam — rzucił, dysząc ciężko z wysiłku. Niecierpliwiąc się, by otworzyć kufer, wpadł do domu i zbiegł do piwnicy.

To była ta chwila, na którą czekał przez całe wakacje. W końcu będzie mógł dowiedzieć się, co Eileen tak bardzo chciała przed wszystkimi ukryć. Odsunął zawleczkę i przyłożył wisiorek, który na szczęście pasował idealnie do wgłębienia. Usłyszał cichy trzask otwieranego zamka. I czym prędzej otworzył wieko.

Może nie był do końca zaskoczony tym, co ujrzał, jednak trochę się rozczarował. Mimo wszystko miał cichą nadzieję na coś bardziej ekscytującego — jakiś kolejny kamień filozoficzny, miecz Godryka czy nawet sztylet Salazara Slytherina. Jednak zawartość kufra wyglądała zupełnie tak, jak zawartość kufra należącego do przeciętnego ucznia Hogwartu.

W środku znajdowało się kilka książek i zapisanych pergaminów (miał nadzieję, że miały one związek z badaniami, które Eileen prowadziła dla Departamentu Tajemnic, o których wspominał Ghost) ubrań i różnych innych przedmiotów. W tym momencie za bardzo się spieszył, żeby przyjrzeć się im dokładniej, więc wziął wszystko oprócz starych szat, zaniósł na górę i włożył do swojego kufra. Postanowił przejrzeć książki i notatki wieczorem w pokoju w Dziurawym Kotle.

Kiedy Oasis pomagał mu włożyć jego kufer do bagażnika samochodu, Harry spojrzał jeszcze raz na brzydki, zniszczony budynek przy Spinner's End i westchnął. Dużo złych, bolesnych rzeczy wydarzyło się tego lata – śmierć ciotki i Dudleya, atak Vernona, czy przesłuchanie w ministerstwie. Tobiasz również nie był ojcem, jakiego Harry sobie wymarzył. I mimo że Harry wiedział, że mężczyzna na swój sposób się o niego troszczył, to nie miał już złudzeń - był świadomy, że się nie zmieni i nie stanie się miłym, kochającym człowiekiem, na którego będzie mógł liczyć.

Mimo wszystko to i tak było najlepsze lato w jego życiu, jeśli nie liczyć oczywiście tych krótkich letnich tygodni, które spędzał w pełnym ciepła rodzinnego domu Weasleyów. Harry był wdzięczny losowi, że ciotka Petunia znalazła pergamin z jego Aktem Urodzenia i oddała go Tobiaszowi. Dzięki temu poznał Oasisa, Małego i Pele, grał w piłkę nożną, dowiedział się o przepowiedni, którą Dumbledore przed nim ukrywał i uczył się obrony z Rikim, zaprzyjaźnił się z jednym ze Ślizgonów (co nigdy nie przyszło mu do głowy, że mogło być w ogóle możliwe), a na dodatek poznał inną, lepszą stronę okropnego Nietoperza z Lochów Hogwartu. Właśnie, Snape… Mężczyzna zmienił swoje nastawienie względem niego i rzeczywiście traktował go lepiej. Harry w końcu pozwolił sobie zaufać, że nastawienie Mistrza Eliksirów nie zmieni się, kiedy tylko przekroczy próg Hogwartu. Chłopiec uśmiechnął się. Już nie będzie musiał panicznie bać się lekcji eliksirów i może w razie jakiegoś większego problemu, takiego jak kamień filozoficzny na pierwszym roku, zamiast do McGonagall, będzie mógł się zwrócić do niego. Swojego brata. Harry zaśmiał się. Nadal brzmiało to nieprawdopodobnie.

Tak, to było jednak dobre lato i nigdy w życiu nie zamieniłby go na wakacje na Privet Drive, gdzie pracował w pocie czoła, siedział zamknięty w pokoju bez niczego, co mogło go oderwać od ponurych myśli lub samotnie wałęsał się po ulicach Little Whinging.

Harry wsiadł do auta i ruszyli w drogę. Do Londynu mieli niecałe dwie godziny.

— Wiesz, Młody, fajnie, że przyjechałeś na Spinner's End.

— Taa, właśnie myślałem o tym, że to było całkiem ciekawe lato. Cieszę się, że poznałem ciebie, Małego i Pele. — Uśmiechnął się do kolegi. — Ale nie Dredda. Jego wolałbym nie poznawać — dodał po chwili.

Oasis zaśmiał się.

— No, koleś ma nasrane we łbie. A teraz co, wracasz dopiero na święta? — dodał po chwili.

— Może... Chyba tak — powiedział niepewnie. Potrząsnął głową, nie chcąc wracać do wspomnień ze świąt u Dursleyów, które w tym momencie go uderzyły. Od kiedy rozpoczął naukę w Hogwarcie, święta były czasem, który szczególnie sobie cenił. Do tej pory co roku towarzyszył mu Ron, a czasem nawet Hermiona i reszta Weasleyów, więc nigdy nie czuł się samotny. Szkoła zawsze była pięknie udekorowana z cudnie ubranymi choinkami, pysznym świątecznym obiadem, prezentami i bitwami na śnieżki. Niestety, był pewien, że w tym roku jego przyjaciele pojadą w końcu do swoich domów i to nie będzie już to samo. Tobiasz również zażyczył sobie, żeby Harry wrócił. Gryfon westchnął. Nie miał pojęcia, jak jego ojciec obchodził ten czas, ale wątpił, żeby kłopotał się z ubieraniem choinki.

— To super, to ja też postaram się przyjechać.

Harry spojrzał zdziwiony na Oasisa.

— Skąd? Wybierasz się gdzieś?

— Tak.— Chłopak skinął głową. — Tak popatrzyłem na ciebie, na Theo czy nawet na twojego brata. Jesteście tacy… inni niż ci wszyscy ze Spinner's End. I tak sobie pomyślałem, że ja może też nie jestem skazany na to miejsce? Może też mogę się wyrwać? — powiedział Oasis, nie spuszczając wzroku z drogi.

— Pewnie, że nie jesteś skazany na mieszkanie tu — przytaknął pewnie Harry. — Możesz robić, co tylko zechcesz.

— No, tak jakby. W sensie nie chcę tu utkwić i być jak mój czy twój stary. A że ja nie umiem za bardzo w szkołę, to pomyślałem, że zaciągnę się do wojska.

— Do wojska? Nie boisz się, że wyślą cię gdzieś na wojnę? — Wojna w czarodziejskim świecie jeszcze na dobre się nie zaczęła, a on już miał dosyć. Tylko w przeciwieństwie do żołnierza wyjeżdżającego na obce wojny za granicę, Harry wiedział, że będzie walczył za siebie i za swoich przyjaciół. Jednak bycie żołnierzem zawodowym i z własnej woli podporządkowywanie się rozkazom jakiegoś losowego dowódcy, było zupełnie czymś innym.

Oasis wzruszył ramionami.

— Jak wyślą to trudno. Chociaż mam nadzieję, że raczej na misję pokojową. Zresztą chodzi o to, że ja, no… chce być w życiu kimś, a nie przegrańcem ze Spinner's End. Czaisz, nie? — Harry kiwnął głową. — No, ziomek, ale będziesz pisał, co tam u ciebie?

— Tak, pewnie. Jeśli ty też będziesz pisał, co tam u ciebie w wojsku.

Oasis wyszczerzył się do niego.

Nim się obejrzeli, byli na miejscu. Harry pożegnał się z Oasisem i jeszcze raz obiecali sobie, że będą w kontakcie.

HPHPHPHPHP

Kiedy Harry wszedł do Dziurawego Kotła, Tom przywitał go jak starego przyjaciela, i od razu zaproponował ten sam pokój, w którym Gryfon spędził cały miesiąc po incydencie z ciotką Marge. Chłopiec się zgodził, a kiedy powiedział, że musi najpierw odwiedzić Gringotta, mężczyzna pokazał mu świstek papieru, na którym była nazwa hostelu, usługi i należna kwota. W dolnym rogu znajdował się miejsce na odbicie kluczyka i podpis. Dzięki temu pieniądze miały się przetransferować od razu do skrytki, pod którą był zarejestrowany Dziurawy Kocioł. Harry uważał, że to bardzo sprytne. Kiedy mężczyzna zaproponował, że weźmie od niego kufer i klatkę Hedwigi, żeby wnieść na górę, zapytał, czy ten mógłby je zmniejszyć tak, by zmieściły się do kieszeni, pamiętając jak Snape zrobił to z jego torbą przed przesłuchaniem. Nie chciał zostawiać rzeczy Eileen, do których nawet jeszcze nie zajrzał, w pokoju hostelowym bez nadzoru. Nie wiedział jakie informacje się tam znajdowały, więc wolał mieć je cały czas przy sobie. Mężczyzna oczywiście nie miał nic przeciwko.

Harry uśmiechnął się szeroko, kiedy podszedł do ściany prowadzącej na ulicę Pokątną. Magiczny Londyn był według niego kwintesencją Czarodziejskiego Świata. Uwielbiał to miejsce i już za chwilę, po długich dwóch miesiącach spędzonych wśród mugoli, wróci do siebie, tam, gdzie było jego miejsce.

W tym momencie jednak, przypomniały mu się słowa Snape'a o tym, że ma się nie ruszać z Cokeworth i jego zapał trochę ostygł. Był świadomy, że Mistrz Eliksirów pewnie wolałby, żeby Harry udał się do jego domu, by mógł zabrać jego i Notta prosto na peron 9 i ¾, bez odwiedzenia Pokątnej. Nie mógł jednak jechać do szkoły bez książek i przyborów. Poprzedniego wieczora Harry nawet zrobił sobie listę wszystkich za i przeciw. Punktów na korzyść tego, że powinien dostać się na peron bez pomocy Snape'a było dużo więcej. Tak naprawdę jednak przesądził fakt, że Gryfon po prostu bardzo chciał odwiedzić Pokątną. Chciał zjeść lody u Floriana Fortescue'a, pooglądać nowe miotły, a nawet wejść do księgarni Esy i Floresy. Musiał też wyciągnąć pieniądze z banku. Poza tym, Tobiasz kazał mu jechać z Oasisem. Jego ojciec zabronił mu też kontaktu z Mistrzem Eliksirów, a przecież Snape sam mówił, żeby był posłuszny i nie pyskował mężczyźnie. Jedynym argumentem przeciw było to, że Snape kilka razy ostrzegał go, że jak opuści Cokeworth bez opieki to mu urwie głowę. Z drugiej strony wcale nie opuścił miasta sam, tylko w obstawie armii brytyjskiej (Oasis był już prawie żołnierzem). Harry zaśmiał się cicho. Zdawał sobie sprawę, że było to mocno naciągane, ale naprawdę tęsknił za klimatem Magicznego Londynu. A następną okazję, by odwiedzić Pokątną będzie miał dopiero za rok. Poza tym, co mogłoby mu się stać? Dwa lata temu spędził tu cały miesiąc, mieszkając sam w Dziurawym Kotle. Na wszelki wypadek postanowił jednak, że będzie trzymał się z dala od Śmiertelnego Nokturnu... Być może.

Mimo wszystko Gryfon miał nadzieję, że Snape po prostu się nie dowie o tym wszystkim i stwierdził, że nie było sensu zastanawiać się nad tym dłużej. I tak już był na miejscu i nie mógł cofnąć decyzji.

Pierwszym punktem wycieczki był oczywiście bank Gringotta. Musiał wziąć trochę galeonów ze swojej skrytki. Zaraz potem postanowił udać się do Esów i Floresów. Na zwykle zatłoczonej ulicy Pokątnej dzisiaj było zdecydowanie więcej osób. Nie powinien być tym jakoś szczególnie zdziwiony, skoro listy z książkami wysłane zostały w ostatni możliwy dzień i pewnie cały Hogwart robił teraz zakupy. Miał nadzieję, że gdzieś w tłumie spotka Rona i Hermionę. Zdecydowanie ciekawiej byłoby mieć jakieś towarzystwo.

Gdy wszedł do księgarni, jęknął, przerażony tłumem. Ledwo można było przejść między półkami.

Po godzinie, kiedy udało mu się znaleźć wszystkie podręczniki, które miały być potrzebne w nowym roku, oraz kilka dodatkowych książek dotyczących quidditcha oraz OPCM, stanął w kolejce, a po chwili usłyszał znajomy głos:

— Harry! — Odwrócił się i zobaczył Neville'a kierującego się w jego stronę. Chłopak urósł przez lato, a jego twarz stała się bardziej pociągła i nie była już taka pucołowata.

— Cześć, Neville! — Uśmiechnął się do kolegi. — Jak wakacje?

— Super! Zresztą, jak może być, kiedy ma się dwa miesiące wolne od eliksirów ze Snape'em. — Harry uśmiechnął się ze współczuciem. Być może w nadchodzącym roku szkolnym jemu będzie trochę łatwiej, jednak wątpił, żeby zachowanie Snape'a w stosunku do Neville'a chociaż odrobinę się zmieniło. — Nie uwierzysz, udało mi się wyhodować Mimbulus Mimbletonie!

— To świetnie. Gratulacje — powiedział Harry, próbując brzmieć entuzjastycznie, domyślając się, że musi to być jakaś roślina.

— Neville! Powiedziałam, że masz się trzymać blisko mnie! — Harry odwrócił się i zobaczył starszą kobietę w ogromnym kapeluszu z wypchanym sępem na jego czubku. Ubrana była w zieloną suknię i szal z lisa, a w ręku trzymała dużą czerwoną torbę. Chłopiec uśmiechnął się pod nosem, od razu ją rozpoznając. Strój, w który Neville ubrał swojego bogina-Snape'a na trzecim roku, był rzeczywiście specyficzny.

— Och, przepraszam, babciu.

— Gdzie twoje maniery. Przedstaw mnie swojemu koledze — zbeształa go kobieta.

— Babciu, to Harry Potter, Harry to…

— Augusta Longbottom. — Starsza pani przerwała wnukowi, wyciągając rękę do Harry'ego. — Wiele o panu słyszałam.

— Dzień dobry — Harry uścisnął jej dłoń. — Miło mi panią poznać.

— Rozumiem, że również przyszedłeś po książki. To straszna głupota ze strony Albusa, czekać tak długo z wysłaniem listy podręczników. Szczególnie po wydarzeniach z czerwca. To się samo prosi o kłopoty, tyle ludzi w jednym miejscu w tym samym czasie. Na szczęście my już wszystko inne kupiliśmy wcześniej. Ale wiele osób zostawia takie rzeczy na ostatnią chwilę.

— Taak — zająknął się Harry. — Zgadzam się.

— Pospiesz się, Neville, znajdź swoje książki i wracamy do domu. Nie ma co się niepotrzebnie narażać. A gdzie są pana opiekunowie, panie Potter, chyba nie przyszedł pan tu sam? — Spojrzała na niego ostro.

— Nie, oczywiście, że nie. Są w sklepie ze składnikami do eliksirów — odpowiedział szybko i dopiero po tym, jak słowa wypłynęły z jego ust, zastanowił się, dlaczego w ogóle skłamał. Przecież miał pozwolenie od ojca, żeby przyjść na Pokątną, a tą kobietę widział po raz pierwszy i wcale nie musiał się przed nią tłumaczyć.

— Dobrze, dobrze, jesteście za młodzi, żeby teraz samemu szwendać się po ulicach i niech pan się nie przejmuje, panie Potter, tym co piszą w tym szmatławcu. Prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw.

— Dziękuję — powiedział niepewnie.

— Neville, co ty się tak guzdrzesz! Ile można wybierać kilka książek?

— Jeszcze chwila, babciu — odpowiedział spokojnie chłopak, jednak wyglądał na trochę speszonego zachowaniem kobiety.

Na szczęście była już kolej Harry'ego. Kiedy zapłacił za książki, pożegnał się z panią Longbottom i Nevillem, i skierował się w stronę drzwi, po raz kolejny słysząc, jak starsza pani strofuje biednego chłopaka.

Kolejnym celem Harry'ego była apteka Sluga i Jiggera, gdzie kupił składniki eliksirów i nową wagę do ważenia. Stara została zalana eliksirem, który wykipiał z jego kociołka i przestała działać jeszcze na długo przed końcem roku i musiał dzielić jedną z Ronem.

W końcu zostały mu tylko szaty oraz przybory do pisania. Zrobił się trochę głodny, więc zanim udał się do sklepu Madame Malkin, postanowił pójść do Floriana Fortescue'a, gdzie zamówił swój ulubiony, ogromny czekoladowo-karmelowy deser lodowy.

Usiadł w kącie, delektując się lodami i obserwując przechodzących ludzi. Nagle znowu usłyszał znajomy głos należący to ucznia Hogwartu, jednak tym razem nie był to ktoś, do kogo Harry pałał chociaż odrobiną sympatii.

HPHPHPHP

Draco nie był w najlepszym nastroju. To lato było najgorszym latem w całym jego życiu. Odkąd Czarny Pan powrócił, blondyn był… znudzony. Owszem, dzięki temu, że to właśnie jego ojciec był prawą ręką jednego z najpotężniejszych czarodziei, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi, jego pozycja w Slytherinie jeszcze bardziej wzrosła. Na ten moment nikt w jego domu nie chciał się mu narazić. Zarówno przeciwnicy, jak i poplecznicy Voldemorta bali się konsekwencji, jeśliby powiedzieliby o kilka słów za dużo. Jednak Draco wcale nie był zadowolony. Jego ojciec prawie kompletniego ignorował, całe dnie poświęcając na załatwianie spraw związanych z powrotem Czarnego Pana. A jemu brakowało wspólnych przejażdżek konno, partii szachów czy pojedynków. Poza tym, nie dość, że został praktycznie zostawiony sam sobie w posiadłości, to jeszcze ojciec niechętnie się zgadzał, by ją opuszczał. Tylko jeden jedyny raz, w połowie lipca, pozwolił mu na wyjście na Pokątną.

Jego matka jak zwykle zajęta była brylowaniem w towarzystwie, większość czasu spędzając w Paryżu z Parkinsonami, a kiedy łaskawie pojawiała się w domu, truła mu jedynie, że ma gorsze oceny od Granger. Musiał przyznać, że owszem, szlama miała dobrą pamięć, mając wykute całe podręczniki, jednak jego umiejętności praktyczne były równie dobre, a często nawet lepsze niż jej. Większość nauczycieli była po prostu uprzedzona. McGonagall czy ten idiota Hagrid traktowali Gryfonkę jak chodzący ideał. Vector i Flitwick wcale nie byli lepsi. Sprout nie przepadała za żadnym Ślizgonem. Już nie mówiąc o Sinistrze. Ale czy jego matkę to obchodziło?

Pansy również spędzała wakacje we Francji i odwiedziła go tylko raz. Blaise dopiero wczoraj wrócił z Włoch. Także przez całe wakacje Draco był skazany na towarzystwo Crabbe'a i Goyle'a. To nie tak, że ich nie lubił, ale nie należeli do najbystrzejszych. Czasami po prostu chciał porozmawiać z kimś na swoim poziomie, a rozmowy z nimi nie były ani trochę stymulujące intelektualnie. Draco już na początku lipca skończył odrabiać swoje prace domowe, więc skoro i tak nie miał nic do roboty, powtórzył z nimi materiał, który mieli dotychczas. Chociaż był pewien, że jeśli ich rodzice nie zapłacą wystarczająco, będą mieli marne szanse na zaliczenie SUMów.

Kilka razy w tygodniu wybierał się też na przejażdżkę na miotle, jednak i to nie cieszyło go specjalnie. Jak mogło, skoro Potter latał na Błyskawicy, a on miał starego Nimbusa 2001? Dopóki nie dostanie nowej miotły nie ma szans pokonać Gryfona. I oczywiście ani ojca, ani matki nie obchodził jego problem. Tak, obiecali, że kupią mu Błyskawicę na koniec wakacji, tylko że przed rozpoczęciem roku szkolnego nie będzie miał już czasu na niej poćwiczyć.

Na szczęście to straszne lato dobiegało już końca i następnego dnia miał wrócić do Hogwartu. I mimo że jedzenie nie umywało się do tego w jego posiadłości, święty Potter z resztą Gryfonów panoszyli się po szkole, nauczyciele traktowali ich niesprawiedliwie, a dyrektor był szajbniętym wielbicielem mugoli, to wciąż nie mógł się doczekać, kiedy przekroczy mury szkoły. Przynajmniej nie będzie się już tak śmiertelnie nudził jak w domu.

— Obiecałaś, że kupisz mi Błyskawicę. Niby jak mam bez niej pokonać Pottera w quidditcha.

— Na Merlina, Draconie, miej trochę klasy. — Narcyza Malfoy zacisnęła wargi w niezadowoleniu.

— Ale Potter…

— Skończ. — Draco natychmiast zamknął usta, a na jego twarzy pojawił się grymas. — Powiedziałam, że coś nam nagle wypadło i niestety musimy iść. Zróbcie zakupy i wróćcie przez kominek w Dziurawym Kotle — powiedziała Narcyza, po czym wraz z inna kobietą deportowała się.

— Draco, czemu nie możesz sam sobie jej kupić? — zapytał Crabbe, po czym wepchnął czubatą łyżkę lodów do ust.

Na policzkach Dracona pojawił się rumieniec.

— Ojciec ustawił mi limit wydatków po ostatniej wizycie na Pokątnej.

— Czyżby zrobiony na zamówienie kufer z dziesięcioma komorami, wysadzany szmaragdami i wygrawerowanymi w białym złocie inicjałami o wartości małego europejskie kraju stanowił jakiś problem? — Zabini uniósł brew.

— Szmaragdy były tylko na zamku. Zresztą niby dlaczego mam się zadawalać czymś, co jest mniej niż doskonałe? — Rzeczywiście, jego ojciec nie był zachwycony zakupem, mimo że nawet nie odczuł wydatku.

— A jednak nadal latasz na Nimbusie. — Przystojny chłopak o śniadej cerze uśmiechnął się złośliwie.

W tym momencie usłyszeli parsknięcie. Odwrócili się i zobaczyli Pottera, siedzącego samotnie przy stoliku.

— Potter — powiedział Malfoy lekko zaskoczony, widząc chłopaka. — Gdzie jest twoja obstawa? — wycedził.

— Nie twój interes. W przeciwieństwie do ciebie, nie potrzebuję nikogo, kto by mnie przyprowadzał za rączkę na zakupy.

— Przynajmniej mnie ma kto przeprowadzać. — Draco spojrzał na niego z wyższością. Chociaż Potter miał trochę racji, jako sierota mógł robić, co chciał, nie musiał błagać ojca o to, żeby puścił go na Pokątną. Dodatkowo fortuna Pottera praktycznie dorównywała jego, ale Złoty Chłopiec mógł odwiedzać Magiczny Londyn codziennie i codziennie kupować nową Błyskawicę. A on? Przez matkę wyglądało na to, że po raz kolejny pojedzie do Hogwartu ze starym Nimbusem.

— Jasne, dopóki nie wylądują w Azkabanie. — Draco zacisnął pięści.

— Szybciej ty dołączysz do swojej szlamowatej matki — warknął Draco.

Na twarzy Pottera pojawiła się złość, zacisnął pięści i wyglądał, jakby miał się zaraz rzucić na blondyna. Pierwszy raz od początku wakacji Draco poczuł satysfakcję. Niestety, w tym momencie pojawił się właściciel restauracji, który podszedł do Gryfona i zaczął z nim rozmawiać. Oczywiście. Nawet w głupiej lodziarni Potter miał specjalne względy. Swoją drogą, Złoty Chłopiec naprawdę był idiotą, wałęsając się sam w miejscu publicznym. Mimo że Czarny Pan nie afiszował się ze swoim powrotem, to wciąż było tylu zapaleńców wśród śmierciożerców, którzy chcieliby się wkupić w łaski swojego Lorda, że nie zawahaliby się zabić Pottera w środku dnia. Samotne spacerowanie po Pokątnej wydawało się czystą głupotą z jego strony. Gdzie się podziewała jego ochrona? Nie to, żeby go obchodziło, gdyby temu gamoniowi coś się stało. Przyjrzawszy się mu bliżej, zauważył, że chłopak był ubrany w dziwne mugolskie ubrania, był blady i ewidentnie jeszcze bardziej stracił na wadze. Znając Pottera, przeżywał śmierć Digorry'ego. Ojciec opowiedział mu o wszystkim. Ta namiastka czarodzieja, Glizdogon zabił czarodzieja czystej krwi, zanim reszta śmierciożerców przybyła na miejsce. I mimo że Diggory był w pewnym sensie zdrajcą krwi, to nie obnosił się z uwielbieniem do mugoli aż tak bardzo. Nie powinien był zginąć.

— Hej, Draco! — zawołał go Blaise, po raz kolejny próbując zwrócić jego uwagę. — Odpuść sobie.

— Co?

— Daj sobie spokój. Jak tylko Potter pojawia się na horyzoncie, nie widzisz nic poza nim.

— Zamknij się, Blaise.

— Mówię tylko, że zaczepianie go jeszcze nigdy nic dobrego nie przyniosło.

Draco założył ręce na piersi, obserwując Pottera. Fortescue mówił coś do niego, gestykulując ożywiony, a cholerny Złoty Chłopiec uśmiechał się niewinnie.

— Po prostu nie cierpię, jak ktoś jest tak bardzo uprzywilejowany.

— I na dodatek, jak jest w pobliżu to cała twoja inteligencja gdzieś znika.

Draco rzucił mu groźne spojrzenie, jednak jego kąśliwą odpowiedź zagłuszył wybuch i nagle cała ulica pogrążyła się w chaosie.