ROZDZIAŁ 8 „Witaj aniele"

Ostatnie miesiące nie należały do najłatwiejszych. Nie dość, że miałam chyba każdy z możliwych objawów ciążowych, od wymiotów, zawrotów głowy, bólów piersi, wzdęć, licznych zgag, senność.
To na dodatek moja proklamacja, iż ojciec dziecka mnie zostawił-teraz żałowałam, że nie wymyśliłam czegoś lepszego- spowodowała falę niemal codziennych telefonów, w tym od mojego taty z pytaniami 'Czy ten drań wrócił?' 'Daj mi jego adres, nie chodzę na siłownie tylko dla picu'. Dziewczyny reszta nie były lepsze. Makoto oznajmiła, że jak spotka drania to mu pokaże co to ból.
Chyba urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, że do dnia dzisiejszego, tylko Rei i mama, mnie odwiedziły. Sądzę, iż w znacznej mierze zawdzięczałam to Rei-chan. Choć i mama pewnie miała nie lada problemy z utrzymaniem ojca w domu.
-Usagi, a gdzie masz bazylię?- zapytała mnie wspomniana. Obróciłam się do swej rodzicielki. Od 5 dni byłam na zwolnieniu, przed porodem. I mama podjęła decyzję, że nie pozwoli bym była sama w tym okresie.
-Jest w szafce, koło kuchenki- wskazałam półkę, a drugą dłonią ujęłam swój gigantyczny brzuch. Dziś czułam się dziwnie. -Wiesz, mamo, że byłabym w stanie zrobić sama obiad- poskarżyłam się na nadopiekuńczość swej matki.
Ta nie obracając do mnie i wsypała zioło do lasagne, którą robiła.
-Och, Usa, przestań jęczeć...
-Ja nie jęcz...- zaczęłam, po czym złapałam się za brzuch, gdyż przeszył mnie straszny ból.
-Usagi?
-Ja...nic mi nie...AAAAAA- zaczęłam spokojnie, po czym z krzykiem złapałam się za brzuch. -Co, do...- spojrzałam na swoje stopy i zorientowałam się, że stoję w kałuży.
-Kochanie !-Usłyszałam krzyk mojej mamy, po czym uświadomiłam sobie, co się dzieje.

Zaczęłam rodzić!

18 godzin później

-Córeczko, ona jest prześliczna- skomentowała moja mama, patrząc na infantkę leżąca w małym szpitalnym łóżeczku. Podniosłam się resztką sił i spojrzałam na mój cud. Była taka malutka i różowa. Jej różowe włoski, były lekko pokręcone (miała wyjatkowo długie włsoki jak na noworodka, jak zauważył lekarz), oczka granatowe typowo dla świeżo narodzonych, paluszki jak serdelki, wszystkie 20. Stópki krzyczały, aby je całować. Była lekko pulchniutka. Uśmiechnęłam się do siebie. Była idealna. Wyglądała jak mały, śpiący aniołek, a te niedrapki na tych maciupcich dłoniach wyglądały po prostu bajecznie.
-Jest wykapaną kopią ciebie- stwierdziła mama. Zerknęłam na nią. Doskonale rozumiejąc podtekst- nie ma nic w sobie z drania, który mnie zostawił.
Spuściłam głowę. Byłam ciekawa, co Mamoru powiedziałby na jej widok. Czy byłaby i dla niego idealna?
-Jak ją nazwiesz?
Spojrzałam na rodzicielkę z zaskoczeniem. Przenosząc swe myśli z ojca na córkę.
-Nie wiem, nie myślałam o tym- stwierdziłam sama, zdziwiona, że nie pomyślałam o tym wcześniej.
-Może Kotono?- zaproponowała
Spojrzałam na córeczkę- Hm, jesteś Kotono?- spytałam i musnęłam palcem policzek maleństwa. Ta jakby słysząc me pytanie, skrzywiła się w swoim, tak potrzebnym śnie.
-Hym, chyba nie- zinterpretowała jej reakcje, mama.- Podpowiedz nam Chibi Usagi, jakie imię do ciebie pasuje?- odezwała się do niemowlęcia. Spojrzałam na nią. Po czym usiadłam wyżej i sięgnęłam do kołyski. Wyjęłam dzieciątko i ujęłam w swe ramiona.
-Chibi Usagi? Chibi-Usa.-rzekłam, a ta jakby usłyszała wołanie, otworzyła swoje duże granatowe oczy. Uśmiechnęłam się.- Witaj córeczko, witaj Chibi-Uso- przywitałam mojej obwiązane w kokonik maleństwo.
-Chyba mamy odpowiedź- skwitowała mama. Kiwnęłam głową.
-Tak.
-Och, twój tata się w niej zakocha- stwierdziła nagle podekscytowana mama. Uśmiechnęłam się do siebie.
-Wszyscy cię kochają Aniołku. Jesteś śliczna, mądra, kochana i wymarzona- rzekłam przytulając niemowlę do siebie.- Jesteś moim marzeniem- wyszeptałam w jej twarzyczkę.
-

W końcu po trzy dniowym przetrzymywaniu w szpitalu, mogłam wrócić do domu. Myślałam, że będę wolna. Jednak rygorystyczne pielęgniarki przekształciły się w dyktatorkę matkę. Położyła mnie w łóżku i zabroniła się ruszać, mówiąc że nie musi się mną znów zająć-, cytując, jakbym znów była dzidzią.
W pewnym sensie byłam jej za to bardzo wdzięczna. Ból poporodowy nadal mi doskwierał. A siadanie kojarzyło się z turecką kolczatką. Miałam ochotę wyć do Księżyca i wrzeszczeć: "Wyjmijcie tą parasolkę ze mnie". Skrzywiłam się na wspomnienie porodu. Nagle z kołyski doszedł mnie małe skomlenie. Wychyliłam się i zajrzałam doń. Moje maleństwo wierzgało nóżkami i rączkami, które były zakryte różowymi, puchatymi skarpeteczkami. Wyciągnęłam rękę i posmyrałam jej policzek.
-Mój aniołku. Moja córeczko- wyszeptałam. I nagle uświadomiłam sobie coś.
-Moja CÓRECZKA- powiedziałam dumnie- Jestem mamą- uświadomiłam sobie nagle. Na moich ustach zagościł uśmiech. Nie wiedząc czemu dopiero teraz 5 dni od jej narodzin, doszła do mnie ta prawda.- Jesteś idealna, wiesz? Jesteś moim największym skarbem, moim marzeniem- kontynuowałam.
Spuściłam wzrok. Chciałabym, aby nie tylko moje serce przepełniała taka radość. Wiedziałam, że Mamoru marzył o rodzinie. Nagle radość, zastąpiona została smutkiem i bólem. Poczułam znów poczułam się samotna i opuszczona. Chciałabym, aby był tu on ze mną, aby były minna. Wiedziałam, że zaraz się rozpłaczę.
Chibiusa znów zagruchała, dzięki czemu wybiła mnie z mojego letargu.
-Ciii, mamusia tu jest- powiedziałam delikatnie łapiąc jej łapkę.- Mamusia- powróciłam do swojej poprzedniej myśli. Mój uśmiech się rozszerzył się. Nie wiedziałam czemu i czy to w ogóle możliwe, ale słowo "mama" było mimo wszystko, obce mi, a zaraz miałam wrażenie, iż jest właściwe. Wychyliłam się tak, aby móc sięgnąć po moje maleństwo. Skrzywiłam się na ból, który poczułam między nogami, jednak mimo wszystko sięgnęłam do łóżeczka. Włożyłam dłoń po jej plecki i uniosłam ją powoli do góry. Kiedy zauważyłam, iż główka jej się odchyla, szybko złapałam drugą dłoń po jej szyję.- Oi,oi. Już cię mam.- rzekłam i przytuliłam ją do piersi.
-Widzę, iż nie boisz się już brać jej na ręce- usłyszałam głos i spojrzałam w stronę drzwi. Mama stała i trzymała w dłoni talerz z obiadem. Podeszła i usiadła na łóżku, po czym postawiła talerz na stoliku obok.- Widzisz, mówiłam ci, że to mija z czasem.- usłyszałam, że się śmieje. Zerknęłam na nią.
-Co?
-Pamiętam, jak byłaś mała. Nie miałam żadnego doświadczenia. I czasy były też inne, nie mówiono o wielu rzeczach głośno. Na początku bałam się, że cię zgniotę- jak byś była jakąś wydmuszką. A potem przerzucałam cię jak worek ziemniaków.-dokończyła wspominki.
Uniosłam brew do góry- Worek ziemniaków?- spytałam udając urażenie.
Nagle coś mi się przypomniało.- Mamo, pamiętasz kiedy po raz pierwszy tak cię nazwałam?- zapytałam z ciekawością. Fioletowowłosa nie zdążyła odpowiedzieć, aż nagle mój mały aniołek wykrzyczała całą swoją irytację.
-Chyba jest głodna- stwierdziła mama. Uśmiechnęłam się na to i przekazałam małą rodzicielce. Zsunęłam szlafrok, po czym rozwiązałam ramiączko koszuli nocnej. Mama oddała mi dziecko, a ja przyłożyłam ją do piersi, tak jak pielęgniarka pokazywała mi w szpitalu.
-O tak. Szybko się uczcie- skwitowała. Rzuciłam jej krótkie spojrzenie. W szpitalu pielęgniarka pomagała mi, gdyż ani ja ani dzidzia nie byłyśmy kooperatywne. Poczułam jak ssie pokarm i jakoś się uspokoiłam.
-To co czujesz, to co cię czeka, to co poczuje słysząc słowo "mama", to jaką dumę będziesz czuła z każdym jej sukcesem i jaki ból z każdym jej bólem- mówiła szeptem- Usagi, nie ma słów, nie ma bólu, nie ma ceny, jaka byłaby równa temu co cię czeka.-teraz patrzyłam już na nią.- Więc odpowiadając na twoje pytanie. Tak kochanie pamiętam. Tak jak każdy dzień twojego życia- dokończyła uśmiechając się i ujmując mój policzek w dłoń. Zamknęłam oczy. Wcześniejsze troski poszły w zapomnienie. Na teraz byłam spokojna i szczęśliwa.
Bo kto by czuł ból czując miłość matki i miłość do swojego dziecka? Dwie najpiękniejsze miłości świata.