-Wiesz jaki dziś dzień? - milczę. Przecież i tak było to pytanie retoryczne. Właściciel nie oczekuje na nie odpowiedzi. Przecież to oczywiste, że nie mam zielonego pojęcia jaki jest dzisiaj dzień. Nie lubię gdy ktoś uświadamia mi moją niewiedze. To przykre. Ale najczęściej robi się to, aby po prostu podbić sobie ego. Czyżby mój pan miał mały interes i musi po wyżywać się na mnie? Smutne.
Naprawdę, wzruszyła mnie jego historia.
-14 luty... - pada w końcu odpowiedź, wciąż rozbawionym tonem. Słyszę jak odbija małą piłeczkę, prawdopodobnie tenisową, o podłogę. Gdyby ON tu był, nie pozwoliłby na to. Wkurzało go takie niepotrzebne hałasowanie. - Taaa... Masz 18 lat i ani razu nie miałeś okazji przeżyć jakoś dobrze tego dnia. To smutne, Alexnadrze... Gdyby nie wojna...
-Raczej, gdyby nie Camille. - przerywam mu, zirytowany. O tak, lubi poruszać te tematy. Uwielbia mnie drażnić, ranić wspomnieniami, nowościami ze świata i powtarzaniem, że...
Muszę wziąć kilka głębszych wdechów aby się uspokoić. Zaciskam i rozluźniam palce, wyobrażając sobie, że zaciskam je na szyj Sebastiana. Tego padalca. Skurwysyna. Od kiedy pojawił się w naszym życiu, zawdzięczam mu kilka nowo odkrytych pokładów nienawiści. Level hard, normalnie. Nie dla amatorów. Dla zawodowców.
Słyszę śmiech mężczyzny, tak dźwięczny i cichy. Na myśl przychodził mi od razu dźwięk dzwoneczków. No dobra, zabrzmiało to tak poetycko, ale to naprawdę trafne określenie. Gdy się śmieje, ten dźwięk jest po prostu piękny.
Nie to co u ludzi, których nie widać, a słychać na drugi końcu Nowego Jorku.
-Jesteś zdenerwowany, co? Nie dziwię ci się, też chciałbym na Twoim miejscu uwolnić się, wstać i mi przywalić. Tak o, aby sobie ulżyć. No ale... nie możesz. I nie będziesz mógł. Tak jak wielu innych rzeczy. Chociaż, gdyby to ode mnie zależało... - znieruchomiałem, słysząc jego słowa. Gdyby? A więc... jest ktoś nad nim? Ktoś, kto ma jakieś inne plany względem mnie?
Myśl, że moim właścicielem kieruje ktoś inny była intrygująca. Oznaczałoby to, że jestem komuś potrzeby do czegoś innego niż samego trzymania w klatce.
Pytanie brzmi – do czego?
-...to już dawno bym przywiązał cię na stałe do łóżka i gwałcił o każdej porze dnia. Chociaż kto wie? Może by ci się nawet podobało? Mógłbym sprawić, że wyglądałbym jak ten Twój martwy kochaś... - mruczał cicho, a ja miałem wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Wszystkie wspomnienia stanęły mi przed oczami.
Alec warknął cicho, zabijając kolejnego demona i rozglądając się dookoła. Nigdzie nie widział Jaca ani Magnusa. Cholera jasna, wszędzie tylko demony i zwolennicy Sebastiana! Rozmnażają się jak króli, Alec był tego pewien. I gdyby nie sytuacja, pewnie zacząłby z tego porównania chichotać. Ale nie miał na to czasu. Znajdował się w środku bitwy, nie żarty mu były teraz w głowie. Musiał. Musiał znaleźć Magnusa. Po tym co się stało dzisiaj rano... Musiał mu to powiedzieć. Rozejrzał się dookoła i po chwili znieruchomiał, czując jak nagle oblewa go zimny pot i strach. Nie był pewien skąd te uczucie, skąd przekonanie, że za chwilę stanie się coś naprawdę, naprawdę złego.
Zauważył kątem oka, jak mija go jakaś zakapturzona postać. Odwrócił się za nią i miał wrażenie, że od tego momentu wszystko dzieje się w zwolnionym tempie.
Postać szła przez tłum niezatrzymywana przez nikogo, jakby niezauważona. Ale i ona nie zwracała na nikogo uwagi, szła przed siebie, do swojego celu. A tym celem był Magnus.
Magnus.
Alec zerwał się z miejsca, próbując dogonić osobę ukrywającą się pod czarnym płaszczem. I która zdecydowanie kierowała się na Magnusa. Czarownik był niczego nieświadomy, skupił się na walce i nie miał szans dostrzec tego zagrożenia. Ale Alec je dostrzegł, mógł wszystkiemu zapobiec. Wszystkiemu co miało się zdarzyć, o czym wiedział, nim to jeszcze nastąpiło.
-MAGNUS! - wrzasnął, mając nadzieje, że mężczyzna usłyszy go przez dźwięki walki. Że odwróci się i uchroni przed atakiem. Bo chłopak wiedział, że nie zdąży. Musiał przetrzeć się przez wrogów i przyjaciół, którzy wcale nie ułatwiali mu zadania. A postać była coraz bliżej i bliżej. Przesuwała się jak cień, nie niepokojona przez nikogo.
Dostrzegł błysk sztyletu, wysuwającego się z rękawa i wiedział, że już za późno. Ale krzyczał, krzyczał w dalszym ciągu imię Magnusa. Jego Magnusa... W końcu to dostrzegł.
Czarownik odwrócił się powoli w stronę Aleca, ale zamarł z szeroko otwartymi oczami. Było w nich widać szok i ból, ale nie patrzyły na Aleca. Patrzyły prosto w oczy zakapturzonej postaci, która objęła go ramieniem w pasie. Wyglądało to na czuły gest, jakby chciał dać mu oparcie, gdy nogi zaczęły uginać mu się w kolanach. Ale i tak po chwili go puścił, pozwalając aby ciało mężczyzny upadło na podłogę.
-MAGNUS~! - Alec krzyknął ponownie, nie mogąc uwierzyć, że znów widzi ciało ukochanego opadające na ziemie. Niecałe 2 miesiące temu był w tej samej sytuacji.
Zaczął przepychać się ze zdwojoną siłą, dobywając miecza. Spojrzał z rządzą mordu na postać, która odwróciła się w jego kierunku powoli. Spod kaptura dostrzegł iskrzące się złote oczy i uśmiech, którego pozazdrościłby największy psychopata. Chłopak jednak nie potrafił się na tym teraz skupić, zamachnął się z zamiarem odrąbania mu głowy. Niestety, miecz przeszedł gładko jak przez dym, sprawiając, że wróg rozpłynął się dosłownie w powietrzu. Alec zamrugał zaskoczony, opuszczając ręce i oddychając szybko. Może... Może to była tylko iluzja?
Gdy jednak spojrzał w dół, zrozumiał, że to wcale nie była jego wyobraźnia. Magnus leżał na ziemi, trzymając się za ranę, w której wciąż tkwił sztylet. Tuż pod sercem, znów to samo miejsce.
Klęknął szybko obok mężczyzny, podnosząc go lekko, aby oprzeć go o swój tors.
-Spokojnie... Tylko spokojnie... - szepnął, bardziej próbując uspokoić siebie samego niż milczącego Magnusa.
-Nie sądzisz... że to dość ironiczne? - usłyszał tuż przy uchu słaby głos. Tak bardzo uwielbiany przez niego szept. Niebieskooki wyciągnął ostrożnie sztylet i spojrzał na jego ostrze. Było pokryte krwią i czymś jeszcze. Czymś, czego nie mógł nazwać.
-Co masz na myśli? - spytał cicho, odrzucając od siebie sztylet i naciskając na ranę, aby powstrzymać krwawienie. Chwycił mocno jego dłoń, czekając, aż mężczyzna weźmie jego siłę. Pozwalał mu na to. Chciał, aby ją wziął. Tylko czemu on tego nie robi?
-Tyle wysiłku włożyłem w to, abyś myślał, że cię nie kocham... Że już mi nie zależy... - szepnął czarownik, patrząc zamglonym wzrokiem na swojego młodego towarzysza. - A tu proszę... Umieram właśnie w Twoich ramionach... - zaśmiał się cicho, ale po chwili zaczął kaszleć. Alec spojrzał na niego spanikowany.
-Co ty mówisz? Magnus, weź moją siłę. Pozwalam ci ją wziąć... - ponaglił, nie chcąc teraz rozmawiać. Najpierw mężczyzna musi się wyleczyć. Potem będą rozmawiać.
-Nie, Alec... - Magnus pokręcił głową, ściskając słabo jego dłoń. - jestem już zmęczony... Zbyt zmęczony... - mruczał, mając problem z wypowiedzeniem każdego kolejnego wyrazu.
-Magnusie? - Lightwood otworzył szeroko oczy, patrząc w jego zielonozłote tęczówki. - O czym ty mówisz? Czym zmęczony? Proszę cię... nie możesz tak po prostu teraz zrezygnować! Nie po tym co rano zrobiłeś! Nie po tym, jak mnie pocałowałeś, na Anioła! Nie odbieraj mi siebie, rozumiesz? Nie masz prawa tego robić! - podniósł głos zdenerwowany. Wiedział... Cały czas wiedział, że Magnus kłamał. Widział te spojrzenia, czułe drobne gesty... A gdy rano tak nagle przyciągnął go do siebie, całując namiętnie, dziko... wygłodniale, Alec miał pewność, że się nie mylił. Magnus nadal go kochał i nie mógł bez niego żyć, tak samo jak Alexnader nie mógł żyć bez Bane'a. Dlatego nie mógł pozwolić mu umrzeć. Nie teraz. Nie tak.
-Tak... pocałowałem cię... I nie żałuję tego. Nigdy nie żałowałem, że pojawiłeś się w moim życiu... Dziękowałem losowi, że pchnął cię pod moje drzwi... Ale byłem głupi i odrzuciłem Cię. A moja duma... nie pozwalała mi nic zrobić. Aż do dzisiaj... - Magnus znów przerwał, kaszląc. Wyciągnął dłoń i pogłaskał Aleca po policzku, zmuszając go do pochylenia się jeszcze bardziej. Spojrzał w te niebieskie oczy, pewne miłości i bólu, gdy w końcu dotarło do chłopaka, że to prawdziwe pożegnanie. - Tak rozpaczliwie się do mnie przytulałeś... Miałem wrażenie, że moje życie ponownie się zaczyna, gdy usłyszałem, że wciąż mnie kochasz... I teraz kończy się w Twoich ramionach. Jesteś całym moim światem. Jego początkiem i końcem. Zawsze byłeś moją przyszłością... - czarownik ostatkami sił, chwycił chłopaka za kark i pociągnął w dół, całując go delikatnie. Alec oddał pocałunek, przytulając go mocno do siebie. Zaszlochał żałośnie, gdy dłoń mężczyzny opadła, a usta znieruchomiały. Ułożył go delikatnie pod ścianą, głaszcząc po policzku i próbując się uspokoić.
-Sebastian... - szepnął nagle, otwierając szeroko oczy. Tak. To jego wina. To on odebrał mu Magnusa. Najpierw zabił Maksa, teraz Magnusa. Podniósł się powoli, ściskając miecz w dłoni i oddychając ciężko. Nie chciał się uspokoić. Nie o to chodziło. Odwrócił się w kierunku bitwy, która nadal trwała. Nikogo nie obchodziła jego prywatna tragedia. Nikogo.
Rzucił się w wir walki, zabijając każdego kogo napotkał. Byle dostać się do Sebastiana.
Byle go zabić.
Nie zdołał jednak do niego dostrzec. Stracił przytomność tuż po tym, gdy ktoś uderzył go w tył głowy.
Ze wspomnień wyrwał mnie głośny, śmiech. Śmiech pełen drwiny.
-Płaczesz za nim, co? Za tym swoim mały czarownikiem... - powiedział rozbawiony, a ja dopiero teraz sobie uświadomiłem, że miał racje. Płakałem, nie mając nad tym kontroli. - Biedny, mały, nieszczęśliwy Aluś... Zabrali mu Magnusia... Jacy wy ludzie jesteście żałośni. To takie zabawne! Czemu wcześniej nie sprawiłem sobie takiej małpki?
-Weź mnie... - mruknąłem cicho, nie zważając na jego słowa. Nie mogłem dostrzec jego wyrazu twarzy, ale musiał być co najmniej zaskoczony, bo milczał dłuższą chwilę.
-Mógłbyś po...
-Weź mnie. - powiedziałem głośniej i pewniej, przerywając mu. Miałem w dupie, co ze mną zrobi. Nie chciałem być trzymany wciąż w klatce bez celu. Skoro taką ma na mnie ochotę, proszę bardzo. Może przy okazji mnie zabije.
-Oh ho ho! Nie wiedziałem, że jesteś taki chętny! Mała ździra się w tobie budzi, co? - zaśmiał się, wstając z krzesła. Słyszałem jak je odsuwa i podchodzi do mnie. - Dobrze... skoro tak ładnie mnie prosisz... - zamruczał zadowolony, podnosząc mnie za ramie jednym szarpnięciem. Pchnął mnie w kierunku sypialni, rozwiązując międzyczasie mojego dłonie. Ale wciąż miałem opaskę na oczach, więc ostrożnie przesuwałem się do przodu, aby przypadkiem nie wejść w ścianę. Muszę powiedzieć, że nawet pomógł mi bez problemowo dojść do łóżka, na którym kazał mi się położyć. Uczyniłem jak kazał, przygotowując się. Gdy tylko Pochylił się nade mną, mrucząc coś w całkowicie nie znanym mi języku, chwyciłem go za włosy jedną ręką, drugą ściągnąłem przepaskę. Musiałem dać oczom chwilę, aby przyzwyczaiły się do półmroku, ale i bez tego rozpoznałbym te oczy. Zielonozłote, kocie. Rysy twarzy... Nawet włosy układające się w tak specyficzny sposób.
Problem polegał na tym, że to było całkowicie niemożliwe.
Musiałem już całkiem ześwirować.
Nim zdążyłem się powstrzymać, usłyszałem swój głos.
-Magnus...?
Hmm... Muszę przyznać, że całkowicie nie planowałam tego rozdziału. Po prostu... postanowiłam przybliżyć nieco postać Właściciela, ale potem doszłam do wniosku, że lepiej rozdzielić to na dwie części i właśnie tak powstało powyższe coś xD
W razie czego bić, nawet mocno ;)
