-Uważam, że powinniśmy już go obudzić. - Clary westchnęła ciężko, zamykając za sobą drzwi do jednej z sypialni. - Będzie wściekły, gdy dowie się wszystkiego... Boże, prawdopodobnie popełni kilka morderstw. - rudowłosa spojrzała po wszystkich obecnych, marszcząc brwi. Widziała w ich oczach, że się z nią nie zgadzają. Nie rozumiała jedynie dlaczego. O co dokładnie chodziło? Ukrywali się, praktycznie od prawie dwóch miesięcy żadne z nich nie wychodziło z Instytutu... Potrzebowali każdego Nocnego Łowce, którego mogli zwerbować. Więc dlaczego jego własna rodzina tego nie chciała? Alec był im potrzebny, do cholery!
Izzy poruszyła się nieco nerwowo, spoglądając na Clary, próbując jej coś przekazać. Widząc, że rudowłosa nie rozumie, prychnęła zirytowana.
-Magnus. To jest cały problem! - powiedziała wściekła, kręcąc głową. - Jak niby chcesz mu wytłumaczyć, co się stało z Magnusem? Przecież był przy jego śmierci, do cholery! O ile śmiercią to można nazwać…
-Wiem! - Clary też zaczynała podnosić głos, słysząc słowa dziewczyny. - Wiem o tym, sama to widziałam! I tym bardziej uważam, że nie powinniśmy dłużej trzymać tego w tajemnicy przed nim. Nie powinniśmy dłużej pozwalać mu spać. Magnus sam mówił...
-I co z tego? - Jace przerwał jej szybko, przeczesując dłonią włosy. - Powiedział również, że Alec znajduje się w świecie, gdzie żyją wszyscy dla niego ważni. Gdzie Maks dorasta, żyje... Uważam, że nie powinniśmy go budzić z tego słodkiego kłamstwa. Zasługuje na to...
-Alec zasługuje na to, aby żyć. Naprawdę żyć! - Clary nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Jak... jak rodzeństwo czarnowłosego może tak po prostu pozwolić, aby chłopak tak długo spał? A gdy będą chcieli go w końcu obudzić, a ten nie będzie mógł do nich wrócić? Co wtedy? Przecież istnieje taka możliwość! Że nie będą w stanie sprowadzić go z powrotem. Albo... Gdy ich dopadnie, nie będzie nikogo, kto zadba o śpiącego chłopaka. Zostawią go na pastwę losu? Naprawdę? Nie mogła w to uwierzyć. To zbyt okrutne.
-Zgadzam się z Clary... - Simon odepchnął się lekko od ściany, którą do tej pory podtrzymywał i spojrzał uważnie na swoim towarzyszy. - Alec ma prawo do życia w świecie realnym. Nie w swoich majakach. Uważam... że będzie wściekły na nas, gdy dowie się, że nie chcieliśmy go wybudzać. Że chcieliśmy go tak po prostu zostawić, nie dając mu żadnego wyboru. Chłopak ma prawo do wiedzy, ma prawdo zdecydować czy wciąż będzie z nami walczyć, czy jednak odejdzie. To jego decyzja. Nie możemy mu odbierać możliwości jedynie dlatego, że boicie się, że odejdzie z wiadomych względów. Ja osobiście byłbym wściekły, gdybym wiedział, że chcielibyście mi coś takiego zrobić... - po jego słowach zapadła cisze, nikt nie potrafił znaleźć słów do dalszej dyskusji.
Izzy i Jace wiedzieli, że ich przyjaciele mają racje. Ale żaden z nich nie miał serca budzić Aleca i powiedzieć mu wszystkiego. Powiedzieć o tylu śmierciach, o szaleństwie, jakie go ogarnęło. Nie mieli również pojęcia, czy Alec wciąż będzie sobą, gdy się obudzi. Czy zrozumie ich postępowanie.
Clary westchnęła ciężko, kręcąc głową, z niedowierzaniem.
-To i tak nie nasza decyzja... Nie do końca. Przecież i tak sami go nie wybudzimy. Pójdę z nimi porozmawiać. - powiedziała cicho, wymijając wszystkich, kierując się schodami w dół, nie chcąc przebywać w takim towarzystwie. Zaglądali do Aleca codziennie, ale ona już nie mogła patrzeć na jego nieruchomą postać. To było tak nie sprawiedliwe... Nawet jeśli śni o szczęściu, nie powinni go tak zostawiać. Nie i koniec.
Zapukała cicho do jednych z drzwi, a słysząc pozwolenie, weszła do środka. Rozejrzała się dookoła, zauważając, że kogoś brakuje. Już miała zadać pytanie, ale Tessa była szybsza.
-Wyszedł. - powiedziała tylko, odkładając książkę na stolik. - Coś się stało, Clary? Jesteś zaniepokojona. - dodała, przyglądając się postaci rudowłosej. Dziewczyna westchnęła ciężko, podchodząc do niej i siadając obok, na kanapie. Spojrzała na Jemiego, który również obserwował ją uważnie.
-Mogłabyś zamienić się w Aleca i powiedzieć mi szczerze, czy jest szczęśliwy? - spytała cicho, spoglądając na kobietę niemal błagającym wzrokiem. Tessa westchnęła ciężko, słysząc jej prośbę.
-Dobrze wiesz, że nie mogę. Znaczy, mogłabym, ale obiecałam, że tego nie zrobię... nie łamię żadnych obietnic, jestem też wina Magnusowi parę przysług.
-Dobrze wiesz, że nie ty, tylko Will był mu coś winien. - powiedział spokojnie czarnowłosy, spoglądając na ukochaną spokojnie. - Wiem dlaczego Clary o to zapytała. Ja też zaczynam się nad tym zastanawiać. To za długo trwa. Dlaczego mamy wciąż czekać z przebudzeniem go? Jest najlepszym łucznikiem, jakiego mamy. A właściwie nie mamy, bo jest zaklęty... nie mamy nawet pewności, co się z nim dzieje.
-Dokładnie! Jem ma całkowitą racje. - powiedziała Clary, uśmiechając się do czarnowłosego. - Musimy mieć pewność, że jest z nim wszystko dobrze! A jeśli ma koszmary? Nie możemy nawet tego sami sprawdzić...
-I ja też nie wiem, czy będę mogła. - powiedziała zmęczona Tessa, zamykając oczy i masując sobie skronie. - Znaczy... próbowałam. Naprawdę próbowałam zajrzeć do jego umysłu. Problem polega na tym, że napotykam na mur, którego nie mogę obejść. Mogę dowiedzieć się wszystkiego o jego przeszłości, niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć, uwierzcie mi. Poza tym, jak się dowie, to chyba spali się ze wstydu. Ale mniejsza teraz o to. Nie mogę dowiedzieć się tego, co się z nim dzieje teraz. Wiem wszystko do momentu na trzy tygodnie przed walką... to koniec. Jakby... - zaczęła, ale szybko pokręciła głową, nie chcąc tego mówić na głos. Gdy przemieniła się w Aleca po raz pierwszy, niemal od razu odwróciła przemianę. Nie chciała uwierzyć w to, co poczuła. Było tak samo jak z każdą zabitą osobą, w którą się zmieniała. Wspomnienia napływały do jej umysłu do pewnego momentu i później się urywały. Ponieważ nie było możliwości dalszego tworzenia wspomnień, skoro było się martwym. Tylko on wtedy nadal żył. Nie rozumiała dlaczego tak się dzieje. Przed wprowadzeniem go w śpiączkę żył i powinna mieć możliwość spojrzenia na jego wspomnienia. Tylko on ich nie posiadał.
Clary spojrzała na nią przerażona, domyślając się co chce powiedzieć.
-Jakby Alec był już martwy... - powiedziała cicho, a po jej słowach zapadła dość wymowna cisza. Nikt w pomieszczeniu nie potrafił spojrzeć na drugą osobę.
Clary ukryła twarz w dłoniach, kręcąc głową. Nie. To nie mogła być prawda. Nie mogła, nie chciała aby tak było. Na Anioła, co oni zrobili?! Alec... Ten nieśmiały, zamknięty w sobie, o dziwnym poczuciu humoru Alec.
Jak ona ma powiedzieć to reszcie? Izzy, Jace... będą załamani!
Cała trójka podniosła głowy, słysząc jak drzwi od pokoju otwierają się. Stał w nich zmęczony, czarnowłosy mężczyzna, mamroczący pod nosem przekleństwa w nieznanym dla nich języku. Spojrzał na nich, jakby dopiero ich zauważył i wywrócił oczami, wzdychając ciężko.
-Jeszcze wy... Czego chcecie? Nie przypominam sobie, abym pozwolił wam siedzieć w mojej sypialni pod moją nieobecność. Dlaczego traktujecie ten pokój jako salon? Salon mamy trzy piętra niżej, wiem, ze trochę to schodów, ale na pewno jest w nim wygodniej niż tu. I na pewno nie naruszacie tam czyjejś prywatności... - mężczyzna podszedł do wolnego fotela i opadł na niego zmęczony. Clary spojrzała na pozostałych. Właściwie... nie zapytała ich, co robią w tym pokoju. Czyżby oczekiwali na mężczyznę, tak samo ja ona? Gdy nikt się nie odezwał, a od strony fotela dało się słyszeć kolejne westchnienia, rudowłosa wstała ze swojego miejsca i spojrzała na nowo przybyłego twardo i zdecydowanie.
-Budzimy Aleca. Dzisiaj. Najlepiej to zaraz. - powiedziała, próbując ukryć swoje zdenerwowanie.
-Nie. Nie budzimy go. - padła prosta odpowiedz, nawet nie podparta żadnymi argumentami. Nie i koniec.
-W dupie mam Twoje zdanie! - krzyknęła dziewczyna, nie chcąc już dłużej ukrywać swoich emocji. - Masz go totalnie w dupie! Nie obchodzi Cię co się z nim dzieje, nic cię nie obchodzi! Zresztą nie tylko ciebie, Jace i Izzy też uważają, że powinniśmy go tak zostawić! To może od razu zakopmy go gdzieś, spalmy jego ciało, skoro i tak zachowujecie się tak, jakby był martwy! - krzyczała, chodząc po pokoju i kopiąc napotkane przedmioty. - Nie... Nie mogę was zrozumieć, nie potrafię! Dlaczego to ja, najbardziej przez niego nielubiana osoba, przejmuję się nim bardziej niż jego rodzina? Dlaczego nie chcecie go mieć znów przy sobie?
-Nie chodzi o nas. A o niego. - powiedział mężczyzna kręcąc głową. - Pomyśl jak się poczuje, gdy zaczniesz mu wszystko tłumaczyć... Jaką masz pewność, że to co mu powiemy nie spowoduje więcej szkód? - Clary otworzyła szeroko oczy, słysząc jego słowa. – Musimy mieć wszystko przemyślane, każde słowo, które do niego skierujemy może odwrócić się przeciwko nam. Do tej pory nie mam pojęcia co się z nim stało. Kiedy to się zaczęło…
-Ha! Więc o to ci chodzi! Po prostu chcesz zataić fakty, które są dla ciebie nie wygodne! Ty stary... – mężczyzna spojrzał na nią ostrzegawczo, a na końcówkach jego palców pojawiły się niebieskie iskry. Był co najmniej podirytowany jej zachowaniem oraz brakiem zrozumienia dla siebie. - Mam nadzieje, że gdy go obudzimy, znienawidzi cię całym sercem! Ja bym tak uczyniła, nawet jeśli to Jace by mi coś takiego zrobił! - Zapewniła, kierując się szybkim krokiem do drzwi. Już miała nimi trzasnąć, gdy w końcu usłyszała to czego chciała.
-Obudzimy go. Dzisiaj...
Siedzenie w salonie i oglądanie telewizji z Lucyferem było ostatnio... moją największą rozrywką. I nie żartuję w tym momencie. Trzeba było przyznać, mężczyzna był całkiem dobrym towarzyszem. Zwłaszcza gdy miało się do wyboru albo jego albo samotność.
W takiej sytuacji wybór był prosty.
Co prawda, mówiłem, że oglądamy telewizje, ale.. to za dużo powiedziane. Lucyfer z jakiegoś powodu starał się, aby mój dzień wyglądał jak dzień zwykłego nastolatka, który umawiał się ze starszym facetem.
Tak, chodzi o picie, pieprzenie, udawanie poważnych rozmów, pseudo romantycznych kolacji i oglądanie głupich serialów dla nastolatków. Albo pornoli.
Nie dało mu się przetłumaczyć, że ani nie jestem zwykłym nastolatkiem, ani nie umawiam się z nim, ani że pornole to nie jest odpowiedni film na pseudo romantyczny wieczór.
Przecież łatwiej by mu było po prostu od razu powiedzieć na co ma ochotę, a nie robić jakieś śmieszne podchody. Przecież... nie odmówiłbym mu.
Nie, nie odmówiłbym. Nigdy nie odmówiłem. Mam wrażenie, że się nawet... uzależniłem od niego. Od tego co ze mną robi. Sprawia mi ból, fizyczny i psychiczny, a ja jęczę aby dał mi więcej.
Tak, Alexander Gideon Lightwood jest oficjalnie masochistą.
Kogo to niby obchodzi?
Mi to pasuje, zapominam o wszystkim i jest mi po prostu dobrze. Nie widzę powodu, aby się tym martwić, robić sobie wyrzuty sumienia. Osoba, którą kochałem i na której mi zależało nie żyje. A ja pieprze się z jego mordercą, z jego ojcem.
No dobra, jest to cokolwiek nienormalne.
-O czym tak rozmyślasz? - usłyszałem tuż przy uchu, jednocześnie rejestrując, że jedną dłonią obejmuje mnie w pasie, drugą bawi się moimi włosami. Spojrzałem na niego, znów dostrzegając twarz jego syna. Położyłem na niej dłoń, odsuwając go od siebie.
-Mówiłem ci już, że masz tak nie robić... - mruknąłem cicho, znów spoglądając na ekran telewizora. Nie lubię, gdy tak się mną bawi. Już wystarczająco się męczyłem z tym wszystkim. Rozdrapywanie od nowa tej rany do niczego nie prowadzi.
Lucyfer zaśmiał się cicho, przyciągając mnie na swoje kolana. Chwycił mocno w dłonie moje pośladki, masując je.
-Gdy jestem obok, powinieneś się mną zajmować. A nie bujać w obłokach, myśląc o Magnusie. Sprawiasz, że robię się przez to zazdrosny... - mruczał cichym, niskim głosem, patrząc na mnie uważnie. Po chwili jednak skrzywił się, jakby zobaczył lub usłyszał coś naprawdę nie przyjemnego. Zignorował to jednak, przyciągając mnie do zaborczego pocałunku. Poddałem mu się ufnie, obejmując za szyje. Przystosowałem się do tego wszystkiego, do mojej sytuacji. I egoistycznie czerpałem z niej jak najwięcej.
Dlatego jęknąłem niezadowolony gdy Lucyfer odsunął mnie od siebie tak mocno, że wylądowałem na podłodze.
-Za co? Co tym razem zrobiłem źle? - spytałem, podnosząc się z podłogi powoli. Gdy robiłem coś, co mu się nie podobało, najczęściej zwalał mnie na podłogę. Ale przecież tym razem nie zrobiłem nic, co mogło mu przeszkadzać.
Lucyfer również wstał, rozglądając się po pokoju. Również to uczyniłem i dostrzegłem to, co mogło być przyczyną jego niezadowolenia.
Meble drżały, jakby zbliżało się trzęsienie ziemi.
Naprawdę potężne trzęsienie ziemi.
-Cóż, najwidoczniej na mnie już czas. - Mężczyzna uśmiechnął się do mnie lekko, niby zadowolony, ale widziałem, że był o coś zły. Widziałem to w jego oczach. Złapał w dłonie moją twarz, całując mnie, zanim zdążyłem coś powiedzieć. - Nie martw się niczym... jeszcze się spotkamy, Alec, mój słodki. I obiecuję, będzie to niezmiernie owocne spotkanie... - mruczał mi w usta, wciąż patrząc w oczy. Czułem jak chęć zrobienia czegokolwiek, nawet stania na prostych nogach opuszcza moje ciało. Rozchyliłem usta, poruszając nimi, ale nie wydobywałem z siebie żadnego dźwięku. I nie powodowało to u mnie żadnej paniki, co powinno już mnie zmartwić. Oczy kleiły się niemiłosiernie, a Lucyfer powoli położył mnie na kanapie. Patrzyłem na niego cały czas, odrętwiały, nie mogąc nic zrobić. Powoli znikał, rozpływał się w powietrzy, jak zawsze, zostawiając mnie samego z przewracającymi się meblami i zapadającym sufitem. Zostawił mnie tu samego, na śmierć. Przymknąłem oczy, mając ochotę śmiać się z ironii. Nocny Łowca zginie pod gruzami starego budynku. I nawet nie ma się jak bronić. Godna śmierć, nie ma co.
Puk, puk.
Puk, puk, puk, puk.
PUK! PUK!
To już nie było grzeczne pukanie. To było dobijanie się jakiegoś nosorożca, który usilnie próbował się do mnie dostać. Ale dlaczego? I jak? Przecież... powinienem nie żyć, mieszkanie powinno się zawalić po taki trzęsieniu.
Więc dlaczego jeszcze myślę?
Co było nie tak? Próbowałem otworzyć oczy, ale nie potrafiłem odnaleźć się w tym narastającym hałasie. Nie czułem też żadnego bólu, co wskazywałoby na to, że nic poważnego mi się nie stało.
A przynajmniej nie zostałem zgnieciony przez sufit.
Ale też mogła wpływać na to adrenalina, którą właśnie czułem w sobie aż za bardzo.
Muszę się uspokoić. Odizolować się w jakiś sposób od natarczywego pukania i skupić się na równomiernym oddychaniu. W tej chwili to było najważniejsze. Nie do końca jestem pewien co Lucyfer mi zrobił, ale wciąż czułem się sparaliżowany, tak samo jak w momencie gdy mnie zostawił. Poruszenie nie było możliwe, przynajmniej według mojego umysłu. Muszę go przekonać, że naprawdę powinienem zacząć się ruszać.
Nie wiem ile tak leżałem, przestałem liczyć przy 1578 sekundzie, ale w końcu mój zmysł dotyku zaczął wysyłać informacje do mózgu o tym, że leże na miękkim kocu, którym była posłana kanapa. Czułem również narastające ciepło, którego jeszcze nie mogłem zlokalizować. Kolejny obudzony zmysł podpowiedział mi, że w mieszkaniu czuć spalenizną. No tak. Gorzej być nie mogło. Nie dość, że pewnie leże pod gruzami, to jeszcze niedaleko coś się pali!
Raziel chyba naprawdę chce się mnie pozbyć z tego świata. Nie wiem tylko, czy powinno mnie to martwić.
W końcu zacząłem zmuszać się do podniesienia powiek. Szło mi to dość ociężale, ale w końcu się udało! Widziałem nad sobą popękany sufit, ale mimo wszystko jeszcze w całości. Rozejrzałem się dookoła, powoli podnosząc się na łokciach. Nie mogę ryzykować, że zakręci mi się w głowie czy stracę znów przytomność.
Salon wyglądał jakby odwiedziło go tornado. Wszystko poprzewracane, ściany były udekorowane siecią pęknięć, tak jak sufit. Spojrzałem na drzwi, prowadzące do kuchni. To właśnie było źródłem pożaru, mogłem wcześniej się domyśleć. Podniosłem się z kanapy, która chyba jako jedyna przeżyła trzęsienie. No oprócz mnie, ale ja jeszcze mogę spłonąć tu żywcem lub się zaczadzić. Kanapa już nie, w końcu i tak nie żyje.
Spojrzałem na nią uważnie, jakby zaraz miała do mnie przemówić. W końcu to mieszkanie czarownika z dość dobrym poczuciem humoru. Wszystko jest możliwe, pewnie nie wiem jeszcze wiele o tym miejscu.
PUK PUK!
No tak, ktoś próbuje się tu dostać... Może to sąsiedzi? I chcą mnie uratować?
Tylko skąd oni mieliby wiedzieć, że tu jestem? I na pewno by tak długo nie czekali, skoro nie dawałem żadnego odzewu.
Dźwięk dobiegający za drzwi powtórzył się, ale tym razem nie było to pukanie. Raczej skrobanie. Wystraszony cofnąłem się o kilka kroków do tyłu. Gdyby ktoś tu teraz wpadł i rzucił się na mnie, nie miałbym żadnych szans. Zabiłby mnie pierwszym ciosem. Może to i lepiej, może byłaby to najmniej bolesna śmierć jaka mnie czeka.
Przez chwilę przestałem szukać jakieś broni – instynkt Nocnego Łowcy nigdy nie znika – i przyjrzałem się drzwiom. Ktoś wyskrobał na nich jakiś napis.
-Otwórz... drzwi.. - przeczytałem, patrząc na piękne, pochylone i schludne pismo. Znane mi pismo.
Alec, znów zaczynasz? Miałeś już przestać o Nim myśleć!
Tak, właśnie. To pewnie jest tylko podobne pismo.
W każdym razie, ktoś nieźle powinien się namęczyć aby wyryć w tych drzwiach cokolwiek. Zwłaszcza, gdy stoi po drugiej ich stronie.
Nawet gdybym chciał, nie jestem wstanie otworzyć. Już nie raz próbowałem. Nie dało się ich ruszyć, zwłaszcza gdy ledwo stoję na nogach.
Nieznajomy nie dawał jednak za wygraną, wybierając za cel dobranie się do mnie przez te cholerne drzwi. Szarpał za klamkę, pukał, wciąż na powierzchni drzwi pojawiało się polecenie „otwórz drzwi!" Do skrobania doszedł ten nieprzyjemnie piskliwy dźwięk kredy przejeżdżającej po tablicy. Aż poczułem dreszcze na całym ciele, nienawidzę tego!
Spojrzałem na ściany, na których też pojawiły się napisy.
„Alec, otwórz!" „Otwórz te cholerne drzwi!" „Uwierz w siebie, dasz radę"
W końcu nie było milimetra wolnej przestrzeni bez tych napisów.
Czułem się okropnie, zamknięty w klatce i zmuszany do tej dźwiękowej tortury. Mojej uwadze już umknął pożar, wszystko skupiło się na dobiegającym głośnym pukaniu.
-Nie mogę ich otworzyć! - usłyszałem, z dużym opóźnieniem uświadamiając sobie, że zacząłem krzyczeć. Chciałem przekrzyczeć tą kakofonie. Zasłoniłem uszy dłońmi, krzycząc, powtarzając, że nie mogę nic zrobić. Prosiłem i błagałem, aby ten ktoś odszedł, zostawił mnie już w końcu. Że chcę tu zostać i umrzeć, uwolnić się od hałasu i tego ciepła. Uwolnić się od wszystkiego.
-Zabij go... - cichy szept w mojej głowie, sprawił że otworzyłem szeroko oczy, które do tej pory mocno zaciskałem. - Zabij go... nie wahaj się. To tylko iluzja... Zabij go w końcu... - to było jak syczenie. Syczenie węża. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego było dla mnie to takie kuszące. - Zabij go. Zadźgaj. Uduś. Alexandrze to tylko demon. Zabij go w końcu, uwolnij się... Uwolnij, słyszysz? - pokręciłem głową, znów zamykając oczy. Nie rozumiem, nie wiem o co chodzi. Kogo mam zabić? Dlaczego mam kogoś zabić? Czyżby... za drzwiami był demon? Jeśli go zabije, czy uwolnię się od tego wszystkiego?
Robię parę kroków ku drzwiom, w głowie wciąż słyszę te syczenie. Podjudza mnie, wiem o tym. Wiem, że powinienem mieć wątpliwości, zastanowić się nad tym. Ale... chciałem się przekonać. Jeśli stoi tam demon, zabije go. Nie wiem jeszcze jak, ale zrobię to.
Kładem dłoń na rozdygotanej klamce, a ta w jednej sekundzie się uspokaja. Nagle wszystko zamiera, hałasy cichną zupełnie, syczenie jest niemal niesłyszalne. Słyszę za to wyraźnie swój oddech, szybki i ciężki, jakbym przebiegł przed chwilą maraton. Zaciskam palce na chłodnym metalu, nieco tym zaskoczony. Przy takiej temperaturze powinna być ciepła.
Daję sobie jeszcze kilka sekund, zamykając oczy. Naciskam klamkę i otwieram z łatwością drzwi, jakby nigdy nie były zamknięte.
Gdy otwieram oczy mam wrażenie że trafiłem w do całkiem innej rzeczywistości. Nie jestem w salonie, lecz w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Widzę jedynie kątem oka, że gdzieś niedaleko stoi świecznik, jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Jestem świadomy obecności jakiś ludzi w pokoju, słyszę jak kilkoro z nich ze świstem nabiera powietrze.
Uświadamiam sobie, że siedzę komuś okrakiem na piersi, uniemożliwiając mu poruszenie się. Zaś moja dłoń nie zaciska się już na klamce, lecz na szyj człowieka. Mocno, w dość jasnych celach. Spoglądam w dół, trzymając drugą rękę wysoko uniesioną nad głową. Patrzę w zielonozłote oczy, widzę w nich ból, cierpienie i wyczerpanie.
-Zabij go! - syczenie, które swoim pojawieniem się sprawiło, że podskoczyłem wystraszony, jest tak władcze i tak zaskakujące, że nie waham się. W końcu to demon. Dlatego opuszczam rękę szybko, ściskając w niej sztylet.
Opuszczam ją by zabić.
-ALEC!
