Tak... Tak, wiem. Wielkie przeprosiny dla tych, co czekają jeszcze na kontynuacje tego opowiadania... Naprawdę bardzo was wszystkich przepraszam. Ciężko było mi pisać , nie miałam czasu, wany... Znaczy pomysłów było dużo, ale... Gdy siadałam do komputera, wszystkie znikały. Więc przepraszam was jeszcze raz.

ZANIM PRZECZYTASZ TEN ROZDZIAŁ.

Zmieniła nieco poprzedni rozdział, nie za dużo, ale myślę, że lepiej do niego wrócić. Pomysł mi się trochę zmienił więc starałam się w poprzednim rozdziale nieco naprostować, co pewnie mi nie wyszło. No ale teraz już zapraszam do czytania i bić mocno po głowie za taką przerwę :)


Wojna była czymś wciąż trzymającym się ludzkości. Nigdy nie potrafiono jej uniknąć tak do końca. Wielu zawsze w niej ginęło, młodzi i starzy, kobiety i dzieci... Całe pokolenia. Ludzkość nigdy nie potrafiła się nauczyć, że z wojny nie rodzi się nic dobrego.

Ale wojna Nocnych Łowców była najważniejszą wojną ludzkości. To właśnie oni, Nocni Łowcy, chronili ludzi przed ciemnością. Codziennie oddawali życie za nieznajomych. Byli do tego szkoleni całe życie. Śmierć w bitwie była honorowa i jak najbardziej pożądana. Woleli umrzeć w bitwie, zostać okrzykniętymi bohaterami, niż umrzeć ze starości.

Całe swoje życie poświęcali dla walki o lepsze jutro, o dobro i jasną stronę.

A tak przynajmniej miało być.

Jak zawsze w przyrodzie, znalazła się jakaś czarna owieczka i wśród Nocnych Łowców. Valentine Morgenstern... Większość Nocnych Łowców wciąż czują lęk przed tym imieniem, nawet po jego pewnej śmierci. Trzeba było mu przyznać, że był zdolny do wielkich rzeczy. Niestety, nie podążył odpowiednią ścieżką, co sprowadziło na niego zgubę. Po wielu latach, ale jednak w końcu został zabity raz na zawsze.

Gdyby Valentine nie był tak bardzo zaślepiony nienawiścią... Zapewne historia potoczyła się całkiem inaczej. Nie powstałby Krąg, nie zginęłoby tak wielu Podziemnych, tak wielu Nocnych Łowców nie miałoby koszmarów i wyrzutów sumienia...

Nie byłoby Sebastiana. A dokładnie Jonathana Christophera Morgensterna.

I dzięki temu nie było by tej wojny.

Zapewne mogłoby być też tak, że historia za bardzo by się nie zmieniła. Pewnie pojawiłby się inny, potężny wróg, nawet jeśli Valentine nie sprawiłby, że jego pierworodny został potworem.

Magnus jednak nie mógł wiedzieć, co by było gdyby. Nikt nie miał możliwości tego sprawdzenia.

Magnus nie żałował niczego w swoim długim życiu. Miał swoje lepsze i gorsze dni, ale zawsze w ostatecznym rozrachunku uważał, że jego prawie 800-ne życie było atrakcyjne i nic by w nim nie zmienił. No, była jedna taka rzecz... Ale teraz nie było sensu o tym myśleć.

Miał inne plany. Nie zamierzał budzić tak szybko Aleca. Nie, dopóki nie miał pewności, ze uda mu się go uratować. Jeśli by mu się to udało, z czystym sumieniem mógł obudzić chłopaka, wszystko mu wyjaśnić i żyć nadzieją, że niebieskooki Nefilim wybaczyłby mu to, co zrobił.

Niestety ta śpiączka była konieczna.

Alec zwariował. On zastanawiał się, jak wszyscy mogli być tak ślepi, aby nie zauważyć tego co się z chłopakiem dzieje. Wszyscy to zwalali na smutek po ich rozstaniu. Fakt, mogło to być jednym z czynników, ale… Alec był silny. Naprawdę silny. To nie mogła być jedyna przyczyna. Było coś jeszcze, znacznie potężniejszego, o czym nie wiedzieli. Obawiał się, że mogło w tym być więcej jego winny niż chciał się przyznać. Miał równie dużo wrogów co Nocni Łowcy.

Alexander Gideon Lightwood był jego najsłabszym punktem, a zarazem źródłem nowej siły, nowej motywacji do działania.

Paradoks, ale właśnie tak było.

Jednak musiał w końcu się przełamać i ściągnąć z niego zaklęcie. Clary miała racje, Alec mógłby go znienawidzić jeszcze bardziej, gdyby wciąż zwlekał.

Czuł wściekłość, gdy usłyszał od rudowłosej, że Alec go nie obchodzi. Że się nim nie przejmuje. Chciał chwycić ją za te kudły i uderzać jej tępą, pustą głową o ścianę, póki nie opuszczą ją te myśli.

Magnus siedział przy chłopaku każdej nocy. Trzymał go za rękę i mówił do niego, opowiadając mu wszystko. Wiedział, że chłopak i tak go nie słyszy, nie wie o jego obecności. Ale był przy nim.

Bolało go serce, gdy patrzył na jego spokojną twarz, te odwiedziny były jak tortury. A jednak ani jednej nocy nie przepuścił, aby tam pójść.

Alec zasłużył na prawde. Zwłaszcza po tym, co Magnus mu zrobił... Dlatego w końcu poddał się pod naciskiem dziewczyny i wziął się za przygotowanie wszystkiego. Wypędził z pokoju dwójkę niepotrzebnych mu Nocnych Łowców, zostawiając przy sobie jedynie Tesse. Ona od samego początku znała obawy czarownika, pomagała mu znaleźć odpowiednie zaklęcie. Była nawet królikiem doświadczalnym...

I to właśnie jemu powiedziała o swoich obawach w związku z młodym Lightwoodem.

Na początku nie chciał jej wierzyć, przecież zaklęcie było idealne. Alec miał spać, śnić słodkie i puchate rzeczy, śnić to o czym najskryciej marzy. Magnus miał nadzieje, że będzie śnił o swoim czarowniku, że są razem, ale potem doszedł do wniosku, że Lightwood śnił o tym, jak Maks dorasta wraz z nimi i żyje. Bo wiedział, że Alec nade wszystko pragnie, aby jego młodszy braciszek po prostu był przy nich.

Ale Tessa uważała, że coś jest nie tak. Funckcje życiowe były zachowane, ale Alec był jej mniemaniu martwy. Nie mogła się dostać do niego, wszystkie wspomnienia kończyły się nagle, szybko a po nich była już tylko pustak. Czerń otaczająca jego umysł, jego świadomość. Dziewczyna wiedziała, co to znaczy. Miała zbyt duże doświadczenie z takimi sytuacjami. Męczyła go tym kilka dni, aż w końcu się poddała, widząc upór mężczyzny. Wiedziała, że z nim nie wygra.

A Magnus nie chciał po prostu przyjąć do wiadomości swojej porażki. Tego że zawiódł, że zrobił coś źle, a jego ukochany prawdopodobnie jest już jedynie pustą skorupą. Zostało ciało, ale bez właściciela, którego tak bardzo Magnus kochał.

Dlatego bał się próbować wybudzić chłopaka. Nie miał pojęcia co się stanie, nie miał pojęcia jak będzie miał im wszystkim wytłumaczyć, że Alec nie jest już Alekiem, że coś poszło nie tak, a czarownik nie miał pojęcia co. I jak to naprawić.

Ale dzisiaj już nie miał wyjścia. Nie mógł dłużej przed tym uciekać. Niestety.

Przygotowania zajęły mu cały dzień. Musiał zregenerować siły, wiedział, że będzie potrzebował dużo magii. Proces budzenia wcale nie był taki prosty, jakby się komuś wydawało. Był jeszcze trudniejszy niż założenie na osobę zaklęcia snu. Czy może wegetacji, chyba lepsze określenie. Podczas tej śpiączki nie musiał jeść ani pić, ale podejrzewał, że po tak długim okresie snu, młody mężczyzna na pewno będzie głodny. Dlatego zatroszczył się o dużo dobrego jedzenia. Wszystkie ulubione przez Alexandra potrawy czekały na niego w kuchni, gdy cała siódemką skierowali się do pokoju chłopaka. Na początku nie chciał, aby wszyscy z nim znajdowali się w pokoju. Alec mógł być zdezorientowany, mógł się przestraszyć… Z drugiej strony mógł nie być obecnie najbardziej pożądanym widokiem, więc może lepiej, aby otaczała go rodzina.

Westchnął cicho podchodząc do łóżka chłopaka, czując na sobie wzrok wszystkich wokół. Trochę było to w tym momencie irytujące, ale nie było czasu na jakiekolwiek wahanie i odkładanie tego nawet o kilka minut.

-Cokolwiek by się nie działo, nie macie prawa podejść, jasne? – powiedział, spoglądając na bandę dzieciaków uważnie, aby upewnić się, że dotarło. Widząc minę blondyna, wiedział, że nie do wszystkich. - Chyba że wyraźnie poproszę o pomoc. Potrzebuję skupienia i spokoju, żadnych krzyków i niepotrzebnego ruchu. Inaczej będziecie odpowiedzialni za skutki uboczne nieudanego rzucania czaru. – dodał, aby ich trochę nastraszyć i trzymać ich z dala. Wszyscy odsunęli się pod ścianę, jak na komendę. I dobrze, posłuszne bachorki.

Magnus znów spojrzał na Aleca, wstrzymując na chwilę oddech. Wiedział już jak odwrócić działanie zaklęcia usypiającego, ale zawsze mogło pójść coś nie tak i… I to byłby koniec. Alec mógł już nigdy się obudzić. Był tego świadom, od samego początku. Więc musiał wziąć na siebie całą odpowiedzialność za stan chłopaka.

Poruszył palcami, z których posypały się niebieskie iskry, zamykając oczy. Nie potrzebował żadnej księgi, słowa zaklęcia znał już na pamięć. Dlatego też po chwili zaczęły z jego ust padać słowa w tylko jemu znanym języku. Wymawiał je powoli, wyraźnie i zdecydowanie, czując jak jego cała magia uwalnia się, kieruje się tam, gdzie jej właściciel tego chcę.

Kieruje się do Alexandra, który teraz potrzebował jego siły.

Wszystko szło dobrze, panowała cisza i spokój, Magnus zmierzał już do końca zaklęcia, czując się coraz słabszym. Musiał naprawdę wykorzystać dużo pokładów magii. Musiał przywrócić chłopakowi wszystkie funkcje życiowe, zmusić jego organizm do prawdziwej pracy. Każdy nerw, każdą komórkę chłopaka wypełniała teraz jego magia, budząc go powoli.

A przynajmniej tak było w planie.

Słysząc jednak cichy okrzyk przerażenia ze strony Clary, otworzył oczy, ale nie pozwolił sobie przerwać zaklęcia. Ostatnia faza, ostatnie linijki… Gdyby przerwał, skutki byłyby katastrofalne.

Widział jak ciało chłopaka zaczyna wyginać się na wszystkie strony, w nienaturalnych pozycjach. To za pewne było powodem okrzyku dziewczyny, co pewnie i sam Magnus by uczynił, gdyby nie to, że nie mógł przerwać potoku słów. Ale miał ochotę krzyczeć wraz z Alexandrem, czując się tak, jakby przez żyły przepływał płomień a nie krew. Jakby ktoś go podpalał. Przez chwilę zastanawiał się, czy Alec czuje to samo, bo krzyczał tak głośno, tak przeraźliwie głośno. Rzucał się na łóżku, jakby nie mógł się wybudzić lub jakby przed czymś uciekał. Magnus spojrzał szybko na Jace'a, mając nadzieje, że zrozumie jego nieme polecenie. Nie pomylił się, blondyn od razu, gdy napotkał wzrok czarownika, pokiwał głową ze zrozumieniem. Podszedł do łóżka szybko, łapiąc Aleca za ramiona i próbując go przytrzymać w jednej pozycji. Nie chodziło o to, że Magnusowi przeszkadzało to w rzucaniu zaklęcia. Raczej chodziło o zdrowie chłopaka. To jak przy ataku epilepsji. Należy przytrzymać chorego, aby się bardziej nie uszkodził.

Magnus już teraz wiedział, że coś jest nie tak. I to bardzo nie tak. Nie powinien się na razie ruszać, a jednak to robi… Powinien obudzić się jak ze zwyczajnego snu, po prostu otworzyć oczy. Nic więcej. Miał nadzieje, że nie spełnią się jego najgorsze przypuszczenia.

Gdy tylko skończył zaklęcie, pokój wypełnił się głośnym śmiechem chłopaka. A był to zdecydowanie śmiech szaleńca.

-NIE POZBĘDZIESZ SIĘ MNIE! – Magnus odsunął się na krok od łóżka słysząc ten głos. Nie był to głos Aleca, zdecydowanie był zniekształcony, a między zdaniami chłopak wciąż krzyczał. Wyginał się, próbując uwolnić się od rąk blondyna, podnieść się. Meble trzęsły się, a żarówki po prostu eksplodowały, powodując że pokój pokrążył się w ciemność. – NIE UDA CI SIĘ, CZAROWNIKU! ZOSTANĘ W JEGO CIELE NA ZAWSZE, TEN CHŁOPAK JESTM MÓJ~! NIE ODDAM GO! – po tych słowach nastała cisza, a ciało chłopaka opadło na łóżko bezwładnie. Ktoś w końcu zapalił świecznik, dając trochę świtała.

Wszyscy byli przerażeni. Włączając w to zawsze opanowanego Magnusa. Obecnie czarownik bał się zrobić cokolwiek. Te słowa… były skierowane do niego. Wiedział, że miał być ich adresatem. Wiedział, że cokolwiek opętało Aleca, zrobiło to z jego powodu. Lista istot zdolnych i chcąca dokonać zemsty na czarowniku była zbyt długa, aby teraz się nad tym zastanawiać. Chłopak wciąż był nieprzytomny. Nie wiedział jedynie z jakiego powodu. Czy nie udało mu się ściągnąć zaklęcia czy chłopak był po prostu zbyt wykończony.

Jace wciąż pochylał się nad przyrodnim bratem, głaszcząc go po głowie, mówiąc do niego cicho. Jakby chciał i jednocześnie nie chciał go budzić. Sprzeczne emocje pochłaniały teraz każdego w tym pokoju. I każdy bał się odezwać. Magnus zbliżył się do łóżka, pochylając się nad chłopakiem i wszystko co nastąpiło później działo się tak szybko.

Nikt nie zdążył zareagować, nawet Jace. Po prostu poczuł jak ktoś wyrywa mu za pasa sztylet, który zawsze tam nosił i na łóżku już nie było Aleca. Tak samo jak nie dostrzegał już Magnusa, który leżał obecnie na podłodze przygniatany przez chłopaka. Chłopaka, który trzymał go za gardło, podduszając i unosząc wysoko sztylet. Wszyscy obecni wstrzymali oddech, patrząc na nieruchomą dwójkę.

Magnus patrzył w te niebieskie oczy, które tak kochał. Tylko nie wiedział w nich już miłości. Zasadniczo, nie wiedział w nich już nic. Były puste, jak u martwych. Alec patrzył na niego niewidzącym okiem, jakby nie docierało do niego to co się dzieje. Jakby jeszcze nic nie rozumiał, jakby nie wiedział co ma robić.

Poruszył się nagle, jakby coś usłyszał i w ułamku sekundy podjął decyzje. Opuścił szybko dłoń, w której trzymał sztylet, ktoś krzyknął jego imię, a Magnus nie miał siły zrobić cokolwiek. Był wyczerpany i wiedział, że nie jest w stanie się obronić.

Jace tym razem jednak zdążył zareagować, tylko czekał na ruch chłopaka. Chwycił go szybko pod ramionami, podnosząc z Magnusa i rzucając na łóżko. Zawsze był silniejszy, a chłopak i tak już był osłabiony. Zanim jeszcze wylądował na łóżku z krzykami, zdążył w akcie desperacji kopnąć Magnusa w bok, machając na oślep nogami. Czarownik jęknął cicho, nie podnosząc się z podłogi. Nie chciał na razie ryzykować ponownym pokazaniem się na oczy czarnowłosemu. Czuł tylko jak ktoś do niego podbiega i odciągając go pod ścianę.


Poczułem jak ktoś mnie podnosi i rzuca na łóżko uniemożliwiając mi zabicie pierwszego demona. Teraz wiedziałem, że będzie ich znacznie więcej i będę musiał zabić ich wszystkich sam. Usiadłem wyciągając przed siebie sztylet i patrząc na postać przed sobą. Wyglądała jak Jace, ale wiedziałem, że nim nie jest. Był demonem.

-Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknąłem, oddychając szybko. Czułem jak moje gardło pali, jakbym krzyczał przez wiele godzin. Dodatkowo było wysuszone i wypowiedzenie każdego słowa sprawiało mi trudność. Nie zamierzałem tego jednak pokazać. – Nie zbliżaj się, bo cię zabije! – ostrzegłem, wiedząc jak demon nie posłuchał mojej pierwszej rady. Wyciągnął do mnie rękę, patrząc na mnie tymi dużymi, jasnymi oczami mojego brata.

-Alec, posłuchaj mnie… To ja, Jace. – powiedział głosem blondyna. Pokręciłem lekko głową. Jace nie powstrzymałby mnie przed zabiciem demona. I nie byłby pokryty krwią. Nigdy. Jace nie pozwalał sobie na coś takiego. To nie był Jace.

-Nie próbuj na mnie tych sztuczek, nie uda Ci się! Wiem, że jesteś demonem! Próbujesz tylko mnie podejść! – powiedziałem twardo, patrząc mu w oczy bez strachu. Miałem małe szanse na wygraną, ale przynajmniej nie dam im tej satysfakcji i nie umrę ze strachem. Będę walczyć do końca. – I wiesz co? Nie uda ci się. Nie nabierzesz mnie… - dodałem, kręcąc głową. Zarejestrowałem jeszcze tylko jak demon spogląda na coś nade mną i kręci głową.

-Clary, nie! – powiedział zdecydowanie, a ja odwróciłem się w stronę nowego zagrożenia.

Ostatnim co pamiętam był tępy ból głowy, a później nastała już ciemność.