AA mi takie śliczne crossovery pisze, to jakże się bym mogła nie odwdzięczyć. Gościnnie występują Polacy, a raczej wzmianki o nich, co czyni tę część kawałkiem "Od fandomu do fandomu".


Ten lokaj, wybrzydza


Sebastian, mierzwiąc włosy – poklepawszy wcześniej po głowie, jak jakiego małego psiaczka! – jednemu z najbardziej obowiązkowych starszych shinigami, był nieznośny i pozwalał sobie na za dużo. A przynajmniej do takiego wniosku doszedł rzeczony shinigami. W końcu spotkali się, doskonale pamiętał, po to, by porozmawiać o sprawie Lilit… Lily… Virginii: w ramach spraw służbowych, znaczy. Dla dobra porządku. Czyi dla celu, dla którego Will mógł znieść dużo, ale nie aż tyle.

Odkaszlnął więc z godnością i spróbował odchylić do tyłu, wycofać korpus z przestrzeni restauracyjnego stolika na bezpieczniejsze terytorium krzesła – nawet demon nie sięgnąłby tak daleko.

Sebastian natychmiast zacisnął palce, czy raczej, zważywszy na to, że zachowywał dzisiaj niektóre atrybuty swojej naturalnej formy, szpony. Drapiąc mocno i prawie wyrywając przy tym sporą garść włosów Spearsa, który heroicznie zbył rzeczone tortury jedynie skrzywieniem.

— Och, wybacz, przepraszam. — Demon, zabierając dłonie, miał czelność posłać mu uśmiech tak skruszony, iż musiał być fałszywką. — Ale prosiłem cię, żebyś się nie rzucał. Gwałtowne ruchy shinigami zwykle oznaczają dla mojej rasy kłopoty. Zareagowałem odruchowo.

Nie ma to jak wyrzut w przebraniu przeprosin, pomyślał zgryźliwie shinigami. Sebastian kontynuował, przyglądając się swoim krogulczym paznokciom:

— Skaleczyłem cię? Naprawdę przepraszam. Będę ci to musiał jakoś wynagrodzić… — zawiesił znacząco głos (ten przeklęty aksamitny głos, poprawił w duchu William, w innym zakątku umysłu klnąc długo a bogato).

Demon nie oblizał palców z krwi, ale za to uśmiechał się na tyle sugestywnie, by czynić ten drobny ukłon w stronę decorum właściwie niebyłym.

— Możesz mi pomóc w sprawie Lilit alias Virginii Potts w ramach rekompensaty — oznajmił bożek śmierci tonem pełnym urażonej godności. Urzędniczej urażonej godności.

Sebastian zaprzeczył potrząśnięciem głowy.

— Ależ, taki był cel naszego spotkania w ogóle! To żadna rekompensata, skoro się umówiliśmy na rozmowę przed powstaniem szkody!

Spears zaczął nerwowo układać w głowie interpretacje prawne, którymi mógłby odeprzeć tezę rozmówcy. Po kilku sekundach uświadomił sobie wszakże daremność wysiłków – to w końcu demon. Ład, struktura, prawo, nic dla niego nie znaczą. Znaczy estetyka, podobno, jednak z używaniem tej chaotycznej, zmiennej, opartej na subiektywizmie konwencji shinigami miał zawsze problemy.

Dlatego wcale a wcale nie chciał trafić do tej drogiej, modnej, organicznej restauracji w centrum Pragi. To, iż jego przełożeni nalegali, powołując się na jakieś „wzajemne zrozumienie na gruncie prywatnym", jakie rzekomo miał z Sebastianem, uważał za dowód upadku departamentu. Kiedyś takie mieszanie prywatnego z publicznym, służbowym nawet, byłoby niedopuszczalne.

Aczkolwiek, trzeba uczciwie dodać, sam lokal był jego wyborem. Sebastian wolałby knedliki i pohani syr, i piwo, a najlepiej w ogóle wódkę zza północnej granicy, ale William od kilku dekad był fanem zdrowego żywienia, zakazu picia w pracy przestrzegał od zawsze, a pijał obecnie praktycznie jedynie yerba mate – dawała więcej energii niż kawa, nie obciążając tak nerek oraz układu nerwowego – takich zaś specjałów w tradycyjnych knajpach nie serwowano. Na szczęście podawano tutaj wino, więc i jego demoniczny rozmówca miał co sobie wybrać. Białe, lekkie, zagryzane obrzydliwie ciężkostrawnym makaronem.

— Możemy o tym porozmawiać po zakończeniu oficjalnej części spotkania? — zaproponował teraz, w rozpaczliwej próbie powrotu do tematu, odsuwając na bok talerz po sałatce.

— Sądziłem, że całe nasze spotkanie jest tak właściwie nieoficjalne — odparował Sebastian, unosząc brew.

Tu mnie ma, jęknął w duchu William. Spotkanie było, co prawda, również nieoficjalne zaaprobowane przez jego przełożonych, lecz nadal należało do strefy zdecydowanie szarej. Wygrywasz, jesteś bohaterem i nikt nie wypomina ci nagięcia procedur, przegrywasz i nagle jesteś renegatem, pozbawionym szans na awans, podwyżkę czy ordery za wierną służbę przez następne dwa stulecia – najmniej dwa.

— Kto ma wiedzieć, wie — bąknął niemrawo, nawet nie licząc na to, że zdawkowa odpowiedź wystarczy rozmówcy.

— Pepper, na przykład — stwierdził ów z podejrzaną radością – może raczej ubawieniem – w głosie. — Na pewno jakoś nas podsłuchuje. Może nawet za pomocą technologii tego tam, jak mu tam, Starka.

Bożek był dziwnie pewny, iż akurat imię oraz nazwisko kontraktora „panny Potts" zanotowane jest w pamięci demona wielką, żałobną czcionką. W końcu kobieta zwinęła mu ofiarę sprzed nosa. Zresztą, sama nonszalancja w tonie Sebastiana była wskazówką: brzmiała nieco nienaturalnie, co u tak doskonałego aktora stanowiło znak. Niewątpliwie celowy.

— Nie odważyłaby się — prychnął Spears, zdegustowany samą wizją: używanie ludzkiej technologii do śledzenia bytów nadnaturalnych było nie tylko zabronione, ale również uważane za wyjątkowo niegrzeczne, nieeleganckie wyjście.

Głównie zresztą dlatego, że większość duchów nie umiała się takową posługiwać, a ewentualną naukę uważała za rzecz poniżej swojej godności.

— Wiesz, jak ona jest. Nawet jak na nasze standa rdy wyjątkowo lubi łamać reguły. — Brunet wzruszył ramionami.

— Złamałaby nie regułę, a prawo — przypomniał shinigami rozpaczliwie.

— Daj spokój, Will. Żeby dopaść Starka musiała złamać setki, do dzisiaj jej nie macie w rejestrach. Na tym tle niczym jest drobne naruszenie rozporządzenia numer dwa tysiące trzy o używaniu technologii niedopuszczonej do powszechnego użytku – i tak dalej, znasz to z pewnością lepiej ode mnie.

Bożek znał. Na tyle, by odruchowo poprawić Sebastiana, bo ten pomylił się o cały rząd dziesiątek w numerze rozporządzenia. Dwa tysiące trzecie dotyczyło używania technologii dopuszczonej do użytku przez wyspecjalizowane jednostki, było właściwie tajne i rozmówca, który poprawiony radośnie potaknął, właściwie nie powinien nawet o nim wiedzieć.

— Przecież dlatego ze mną w ogóle rozmawiasz — perorował tymczasem demon, wyglądając przy tym jak wcielenie pobłażliwości. — Chcecie, żebym przekazał waszemu departamentowi jakieś informacje, które pozwolą ją złapać. Albo przynajmniej pojąć, jak działa. Sęk w tym, że ja też nie wiem. Serio. Nasi też nie wiedzą, co ani jak ona wyprawia. Znam ją, pewnie, ale ty przecież też ją znasz, kto jej nie zna? Gwiazda zaświatów. Wszyscy mamy to samo – plotki, domysły, spekulacje działów analitycznych. Wszystkie te dane i tak są warte tyle, ile doniesienia „Cerberka". Zresztą, to pewnie ich główne źródło.

Przez długą chwilę panowała cisza. Wreszcie William, spłoniony jak niewinna dzieweczka, spytał ledwo słyszalnym szeptem:

— A wasz słynny romans?

— „Cerberek" sobie wymyślił. Ale pochlebia mi, że rząd tak uważnie śledzi moje życie osobiste.

— „Cerberek" sobie wymyślił wasz kolejny powrót do siebie po wiekach i eonach, w każdą dekadę ogórkową o tym pisze — przyznał bardzo ugodowym tonem shinigami, w dużej mierze sam zażenowany tym, jakie brudy wywleka (służba nie drużba, kocia jej melodia, myślał z przekąsem). — Ale wszyscy wiemy, że początek jest prawdziwy — dokończył niezgrabnie.

Sebastian westchnął, po czym urządził cały spektakl z rozkładania złożonych na blacie dłoni – długie, blade, szczupłe palce, którym jakimś trafem te zakrzywione leciutko na końcach, czarne paznokcie wcale nie przeszkadzały w byciu wielce urodziwymi – wpatrywania się w nie przez moment intensywnie, po czym składania ponownie.

— Will, skarbie — oznajmił słodko; bożek się zakrztusił yerba mate — nie chcę ci nic wypominać ani łamać serca, zwłaszcza tego drugiego nie chcę, lecz: jestem demonem. Dość wiekowym. Istoty, z którymi spałem, należy liczyć w milionach, z którymi romansowałem – w dziesiątkach lub setkach tysięcy. Miałem romans z tobą nawet i co z tego? Co mógłbym o tobie opowiedzieć, gdyby mnie pytali na torturach? — spytał, zabarwiwszy głos kapinką melodramatyzmu. — Że jesteś tak oddany pracy, iż nigdy nic mi o nie wspominałeś, bo bałeś się zdradzić swój departament. Niespecjalnie to przydatne. Z Lilką jest tak samo.

— Też jest tak oddana pracy? — zapytał z przekąsem spąsowiały Spears, złapawszy wreszcie oddech. — I nie mieliśmy romansu — sprostował najistotniejsze.

— Nazwijmy to flirtem, niekiedy bardzo intensywnym — zaproponował koncyliacyjnie demon. — Nie pracy. Estetyce. Ma milion pomysłów na minutę, opowiada ci jeden, w myślach formułuje drugi, w życie zaczyna wprowadzać trzeci, kończy zaś na czwartym. Wartości pomnóż przez dziesięć albo sto. Opowiadała mi godzinami o swoich planach, nawet już je wcielając, a potem wychodziło jej coś całkiem innego. Mówiła o sobie, ale nim skończyła zdania, zmieniała się nie do poznania. Moja wiedza ma swoje lata, więc sądzę, że jest całkiem nieprzydatna.

— Odgrywanie roli Virginii Potts musi być więc dla niej koszmarem — zauważył czujnie shinigami.

— Estetyka — wysyczał rozmówca, naraz zirytowany. — Czemu wy tego nie rozumiecie? Idealne odegranie roli przeciwnej z jej temperamentem jest sprawą estetyki. Oczywiście, że Lilit robi to bezbłędnie i z przyjemnością. To prawdziwa artystka, genialna, dodajmy.

William zachichotał, grzecznie zakrywając przy tym usta kremową serwetką. Na zdumione spojrzenie Sebastiana odpowiedział:

— Po raz pierwszy słyszę, byś mówił o kimś z podziwem.

Demon zamrugał powoli. Bardzo powoli. Kilkakrotnie. Cienie rzęs na jego policzkach zafalowały. Drugi mężczyzna zamarł, na moment wręcz zahipnotyzowany tym widokiem; zaraz potem jął samego siebie w duchu łajać, z całą surowością, za uleganie tak tanim sztuczkom.

— Oczywiście — wymruczał tymczasem Sebastian, stabilizując wreszcie powieki; w akurat takiej pozycji, by rzucić rozmówcy powłóczyste, kuszące – działające, odkrył z bólem Spears – spojrzenie. — Jest najlepszym z moich uczniów.

Shinigami się naraz rozkaszlał, próbując ukryć wybuch zdecydowanie nieodpowiedniego śmiechu oraz równie nieodpowiednie – ekhm, chęci. Wizje. Przyjemności. Absolutnie nieodpowiednie.

— I nic o niej nie wiesz? — zakończył, próbując odciągnąć od siebie uwagę.

— Nic, co byłoby przydatne dzisiaj. Dlaczego właściwie akurat teraz jesteście tak zdesperowani?

William nie zdołał wstrzymać skrzywienia warg.

— Sprawa z tym Rosjaninem przelała czarę goryczy. Anthony Stark powinien zginąć. Wszystko było przeciwko niemu. Choroba, wróg…

— Cud, znaczy.

— Nielegalny. Nie było go w planach ani w rejestrach. Stark miał zginąć. Mieliśmy już przydzielonych ludzi.

Sebastian spojrzał na niego ze współczuciem, które można nawet było wziąć za szczere. Niewątpliwie w końcu współczuł shinigamiemu jego zamiłowania do porządku. Bez powodu, jak Spears się nieustannie zapewniał. Powinien raczej Grellowi powspółczuć. Braku gustu, talentu, beznadziejnego zakochania i kilku innych rzeczy vel wszystkiego zgoła.

— A może to Polacy? — podrzucił demon. — Oni zawsze sieją chaos, mogli akurat wywołać małą osobliwość w okolicy, nawet niechcący.

Bożek się wzdrygnął.

— Nie mów mi o nich. To, żeś wybrał Pragę, traktuję jako złośliwość, stąd tak blisko do granicy i tylu turystów… Wielbiciele nieporządku. Potwory. Ale to nie oni. Nie mają wstępu do naszych zaświatów, daliśmy im osobne, a poza tym Wanko miał ewidentnie rację moralną, nie ruszyliby go, zmiany zaś w biegu dziejów były zbyt subtelne i precyzyjne jak na przypadek albo osobliwość.

— W takim razie to Lilka. Cóż, mieszanie wam w dokumentach to jakby nasza praca, więc nadal nie wiem, czym aż tak się przejmujecie. A raczej wiem – po prostu mi czegoś nie mówisz. Doszło do przekrętu na dużą skalę — Sebastian zniżył głos do ochrypłego szeptu, przeciągał sylaby — a ty próbujesz go przede mną ukryć, Will. Nieładnie.

Trzeba oddać sprawiedliwości shinigamiemu: spróbował się obruszyć, oburzyć i dać odpór tezie demona. To, że bezskutecznie, nie za bardzo było jego winą. Raczej należałoby ją zwalić na fakty.

— Posłuchaj – tu nie chodzi o jakiś tam przewał. Lilit naruszyła same podstawy kontraktów. Bo, widzisz, ona jest przywiązana do Starka. Ma z nim kontrakt, ma go chronić przed wszystkim, łącznie z nim samym. Niewątpliwie. Ale sam Stark nie ma kontraktu. Jest czysty. Zachowa swoją duszę. Sprawdziliśmy. Starannie.

Z pewną satysfakcją zanotował, że przez twarz Sebastiana przemknęło coś na kształt zdumienia. Może nawet lęku. Po sekundzie jednak zniknęło, zastąpione lodowatą, nieco wyzywającą uprzejmością.

— Naprawdę jest niezła — oznajmił powoli, z wyraźną dumą i radością. — Podziwiam. Ale wiesz, demonom jej... wolontariat wiele nie szkodzi. Złamała fundamenty naszego świata. W porządku. Trochę rozruchu przyda się tym zgrzybiałym zasadom. Nasz rodzaj nadal będzie się miał na czym pożywić, jeśli zechce.

— A jeśli to sprawka ludzkiej technologii? Ludzkiej magii? Jeśli niedługo nikt z was nie będzie w stanie zawierać opłacalnych kontraktów?

— Wątpię. To nie w stylu Lily, a nie sądzę, by jakiś ludzki przebieraniec dał radę ją pokonać — stwierdził z niezachwianą wiarą brunet.

Spears ostrożnie, za wszelką cenę próbując kolejną falę zażenowanie – kolejne nieeleganckie pytanie – bąknął:

— A co jest... w stylu Lilit? W końcu znasz ją... blisko... — dukał, niemal dławiąc się wstydem, cały czerwony.

— Uroczo ci w rumieńcach — zauważył nonszalancko Sebastian, pochylając się szybko i dotykając jego policzków, lekko — co wszakże nie zmienia faktu, że jak przed chwilą wyłuszczyłem, nie mam powodów, by pomagać twojemu wydziałowi. Kosmos się nie wali. I twoi przełożeni to wiedzą. Dzieje się coś więcej, musi. Dlaczego. tutaj. jesteś. Will? — wyszeptał, chwytając go za podbródek, zmuszając do patrzenia sobie w oczy.

Nie mocno. Nie chciał pewnie robić sceny w miejscu publicznym, to w końcu byłoby nieestetyczne. Shinigami spróbował się wyrwać, również dyskretnie – stopa, która nagle, całkiem znikąd, wskoczyła na jego kolano, naciskając ostrzegawczo, zatrzymała go w pół ruchu.

— Nie radziłbym — mruczał demon niskim, aksamitnym, pełnym rozbawienia głosem; oczy mu błyszczały. — Nie w tej sytuacji. Nim zdążysz sięgnąć po swoją kosę, zmiażdżę ci kolano. I stopę, dla pewności. Wiesz, że komu jak komu, ale bytom mojego kalibru zajmie to sekundę. Mam dość siły. Nawet w tej formie. Szkoda tylko byłoby mi butów, ale mus to mus.

Bożek zamarł na sekundę, zdołał jednak ukryć zaskoczenie pod maską zdegustowanego uśmieszku.

— Naprawdę, po tobie spodziewałbym się więcej... — zaczął, przesuwając dłoń o milimetry, próbując nakreślić znak mocy.

— Czemu tu jesteś, Will? — powtórzył Sebastian, tym razem nieco zblazowanym tonem, kładąc wolną rękę na jego palcach, delikatnie; przypadkowy obserwator mógłby to wziąć za czuły gest.

— Bo Lilit burzy spokój całej społeczności...

Rozmówca westchnął męczeńsko.

— Cierpliwość nie mieści się w mojej estetyce. A szkoda byłoby, gdybyś przeleżał parę najbliższych tygodni w łóżku, bocząc się na mnie — wytłumaczył, wbrew słowom, zupełnie cierpliwie. — Nie, żebym nie chciał widzieć cię w łó...

— Daj spokój, tu są ludzie. I inne byty. Świadkowie — jęknął Spears, którym jakimś cudem poczerwieniał jeszcze bardziej. — Chodzi o to, że szykuje się awantura. Międzyświatowa. Asgard jest w to wplątany. I odlegle kosmiczne cywilizacje. Za kilka tygodni. Po naszej stronie na pewno zaangażuje się ta wesoła trupa Tony'ego Starka, czyli Lilit. Rozumiesz, to duża akcja. Współpraca między departamentami kilku światów. Nie chcę, żeby coś się nie udało i byśmy wyszli na głupców w oczach innych ministerstw. To istotna sprawa, kwestia honoru... regulaminu... dobrego imienia całej zaświatowej biurokracji! I ja zostałem jej koordynatorem! Jestem osobiście odpowiedzialny — dodał słabo; na samą myśl o ewentualnej wpadce pociemniało mu w oczach — więc proszę, Sebastianie, jeśli masz jakiekolwiek informacje, które mogą nam pomóc uniknąć fiaska...

Demon gwizdnął, puszczając wreszcie shinigamiego.

— Nieźle. Ależ się dałeś wkopać, Will. Przecież takie akcje zawsze kończą się dekapitacją koordynatora.

— To zaszczyt — zaprzeczył żarliwie bożek. — Dostałem order, nowe biuro, awans, podwyżkę i... i minister osobiście pogratulował mi i wspomniał na wszystkie moje zasługi wobec departamentu... to rozsądny krok, awansowałem dotąd w dobrym tempie, takie wyzwanie musiało prędzej czy później przede mną stanąć... Mógłbyś nie podpijać mojej yerba mate?

Brunet posłusznie odstawił naczynko, oblizując wargi w taki sposób, że Spears nerwowo rozejrzał się na boki w poszukiwaniu nieletnich, za demoralizowanie których mogłyby ich zgarnąć służby porządkowe.

— Will — cmoknął z politowaniem Sebastian — Will, Will, Will, mój ty ulubiony pozbawiony krzty wyobraźni biurokrato – oczywiście, że masz zasługi dla departamentu, całe mnóstwo zasług, a wśród nich najważniejszą z punktu widzenia tych, którzy dali ci tę fuchę, jest to, że intensywnie flirtowałeś z nauczycielem Lilit, to jest, panny Virginii Potts, wobec czego możesz wyjąkać „proszę" tym swoim załamanym głosem kancelisty i mieć nadzieję, że skruszy to serce rzeczonego nauczyciela. I twoi przełożeni to wiedzą. Pogrywają sobie ze mną tobą. Ciekawe — zakończył z wyraźnym zadowoleniem.

Bożek sięgnął po yerba mate, wypił resztę jednym haustem, nieuważnie, katem umysłu rejestrując, że w gniewie nawet napary smakują inaczej, proszę, oto jak emocje wypaczają postrzeganie, właśnie dlatego oddani słudzy porządku powinni ich unikać. Skończywszy, oznajmił tak sucho, jak tylko potrafił:

— Twój narcyzm jest...

— ...w pełni uzasadniony — dokończył demon, nonszalancko bawiąc się swoim, pustym już, kieliszkiem. — Ale nie przejmuj się, takie ordery trafiały się najlepszym, wiesz, Czartoryski był człek mądry i pracowity, a główną zasługą jego wobec Rosji, czyli tego małego, jak mu tam dali... wiesz, trochę się kontraktów kręciło po dworach europejskich, a już na carskim, nie pamięta się po latach... Aloszka! więc, wobec Aloszki też było, że zajmował się jego ukochaną żoną, kiedy ten nie mógł już zdzierżyć jej pre-romantycznych histerii. No i pięknie, biedny Aloszka, dziecka nie mógł legalnie spłodzić, żadne mu cerkiewne dzwony na to nie pomogły... ale od czego się ma przyjaciół? szkoda tylko, że mu potem te córeczki umierały – ha, trudno, trzeba było zawrzeć kontrakt z naprawdę potężnymi graczami... i przestrzegać zasad, jak się już go zawarło — zachichotał, szczerze ubawiony; Williamowi oraz okolicznej ludności w promieniu około dwóch kilometrów dreszcz przebiegł po krzyżu. — A on, durak, myślał, że go cerkiewne dzwony z piekła wydobędą, że ojca widzieć przestanie...

Teraz już nie jakiś marny powiew, wywołujący dreszcze, a ziąb całych zaświatów wionął ze spojrzenia Sebastiana. Co oznaczało, rzecz jasna, iż byt zatopił się w przyjemnej mgiełce nostalgii, uroczych wspomnieniach. Za moment dojdzie do tego dzieciaka, stwierdził z lekką paniką Spears (dochodzenie do tego dzieciaka było sebastianowym ekwiwalentem upicia się smutno) wobec czego wtrącił:

— Ani słowa o Polakach. Nie porównuj mnie do jakichś pomiotów chaosu. Co zrobił car, nic dzisiaj nie znaczy. Ni ślad nie pozostał.

Za oknami, jak na zawołanie, jakiś pijany polski inteligent o inklinacjach lewicowych jął głośno a bełkotliwie śpiewać Gdy naród do boju wyruszał z orężem. Demon zachował kamienną twarz. Shinigami zmilczał przez moment, w końcu jednak nie wytrzymał.

— Pomioty chaosu — powtórzył. — Zawrzyj sobie jakiś kontrakt z nimi, jak tak ich lubisz.

— Nie wolno — stwierdził z żalem brunet. — To nic nie daje, ich nie wiąże prawo ani umowa... Można zawrzeć, ale i tak uciekną. Nie słyszałeś o Twardowskim? Za dużo chaosu. Polaków się nie sądzi, nawet wy się boicie, przecież wiesz. Dlatego zawsze umierają — dorzucił. — Gdybyśmy ich mogli wspomóc podczas powstań, inaczej by było... Rozwalilibyśmy tę linię kolejową, przede wszystkim. I utopilibyśmy Europę w jej własnej krwi – udusiłbym bankierów Francji ich złotem, a rosyjskich magnatów ich jelitami, a Prusaków nabiłbym na ich własne muszkiety, och, równiny zachodniej Europy spłynęłyby krwią jak tej wschodniej – gdyby mógł zawrzeć kontrakt. Piękne by to było. Może bym odpokutował za to, że wtedy, w Ameryce, wspierałem Corteza — umilkł, pojąwszy, że powiedział za dużo.

Bożkowi zakręciło się w głowie, nie wiedział, od wizji, którą nagle zobaczył, wizji niewątpliwie krwistej, czy ze zmęczenia.

— Pomożesz mi? — spytał zrezygnowany. — Czy zamierzasz zmitrężyć wieczór na wspominki?

W głowie wirowało mu coraz mocniej, coraz szybciej i naraz dotarł do niego strach, ale powoli, nie do końca realny, jakby zza szyby.

— Coś ty mi... Sebastian? — w jego głosie powinna być panika, ale język stawiał opór, wszystko brzmiało jakby mówił przez watę.

— Yerba mate może być szkodliwa w dużych ilościach — zauważył troskliwie demon, przytrzymując osuwającego się Spearsa za ramię. — Pójdę chyba po rachunek i zaprowadzę cię... w bezpieczne miejsce. Gdzie będziesz mógł wypocząć.

Ostatnie słowa były wypowiedziane na tyle sugestywnie, że William przysiągłby, iż słowo „łóżko" pojawiło się mu przed oczyma. W postaci wielkiego, różowego, świecącego neonu. Przymknął oczy, bo osłonić je przed blaskiem napisu – i prawie stracił przytomność. Drugi mężczyzna chwycił go mocniej.

— Moi... przełożeni... — wybełkotał shinigami, doskonale zdając sobie sprawę, że jest to groźba wręcz żałośnie słaba.

— Twoi przełożeni wliczyli moją rozrywkę w koszta, przysyłając cię tutaj, baranku ofiarny na stosie ładu złożony. Ale nie martw się, Will — rzucił pogodnie Sebastian, machając równocześnie na kelnerkę, bo tak, muszą już iść, kolega źle się poczuł, pewnie te grzybki — pogadam z Lilką. Obiecuję.