Tadam! Dzielne ja wypełnia kramik (pal sześć, że po pół roku od dostania zlecenia... albo i później). Dla Enzifer. Przekomarzanek Willa i Sebastiana co prawda nie ma, ale za to wreszcie mamy wytłumaczone, co takiego wymyśliła Panna Potts.
Genesis
Howard Stark wiedział, że powinien już być martwy. Martwi. On i Maria. Samochód spadł z urwiska, uderzył w ziemię z niesamowitą siłą, szczątki kierownicy wbiły się mężczyźnie w klatkę piersiową. Nie wiedział, jak wygląda Maria, nie chciał wiedzieć, ale nie wątpił, że musiała w podobnym stanie. Martwa.
A jednak czuł tę kierownicę między swoimi żebrami, czuł, jak serce obija się o te rozwalone elementy, kości, metal, plastik. I to nawet nie bolało. Szok, uznał. Albo jednak hipotezy religijne, wbrew wszelkiej logice, miały trochę racji: został duchem, dlatego nadal myśli, dlatego nadal zachował poczucie „ja"...
— Hipotezy religijne miały wiele racji, mój drogi sceptyku — zagrzmiało nad nim; dziwny głos, z jednej strony potężny, nęcący, niby to słodki, z drugiej metaliczny, zgrzytliwy, jakby rój osobnych dźwięków składanych w jeden. — Nie jesteś wszakże duchem. Jesteś trupem, bo nawet moje moce nie zdołają ciebie... was uratować. Co nie znaczy, że chcę, by zmarnowały się takie apetyczne, tak genialne, tak przeżarte cierpieniem dusze.
— Kim lub czym jesteś?
Howard chciał, by to godne naukowca pytanie padło z jego ust. Jednak wyszeptała je Maria. Jemu od implikacji poprzednich zdań zabrakło słów.
— Mówiąc waszym językiem: kontrahentem. Wspólnikiem. Drugą stroną umowy — odparło... coś.
Stark nadal nie widział tego czegoś kształtu czy choćby cienia. Tylko świat jakby pociemniał.
— Jesteś... diabłem? Demonem? — Znowu Maria.
— Poprawne wnioskowanie, choć nazwa ciut zbyt tradycyjna, jak na współczesne gusta. Ale tak. Jestem Tym, Co Oferuje Kontrakty. Tym, Co Nie Może Złamać Słowa ani Wejść Nie Proszone. Jestem, jak sądzę, waszą ostatnią nadzieją.
Maria chyba zaprotestowała. Coś o zbawieniu duszy. Najwyraźniej odezwało się w niej jej twarde religijne wychowanie.
— Nie oferuję zbawienia, to prawda. Ale oferuję pomoc — teraz głos brzmiał prawie, jak urażony. — Nie wierzycie chyba, że wasza obecna... sytuacja... jest dziełem przypadku?
Nie, Howard nie wierzył. W tych krótkich sekundach przed upadkiem – już wówczas nie wierzył. Hamulce raczej nie przestają działać ot tak.
— Polują na was potężni ludzie. Czy raczej polowali. Z sukcesem. A teraz wyobraźcie sobie — głos opadł do parodii szeptu — co ci sami ludzie zrobią Tony'emu?
Musiał rzucić na nich jakiś czar, bo Stark, który nigdy nie miał specjalnie krwawej wyobraźni, dosłownie zobaczył nagle swojego syna: torturowanego, porywanego, okrwawionego, przeżartego chorobami, podłączonego do rurek i kabli. Nie tylko zobaczył, ale i poczuł. „Znieczulenie" przestało działać, ta kierownica w klatce piersiowej bolała teraz, aż do zamroczenia, ale nie mógł utracić przytomności. Z każdym uderzeniem serca o potrzaskane żebra ból się zwiększał.
Dopiero, gdy Howard przestał krzyczeć, uświadomił sobie, skąd miał w głowie te obrazy. Obozy koncentracyjne. Obiekty badawcze Hydry. I Tony. Jego Tony. Poczuł mdłości. Z tylnego siedzenia dobiegało chlipanie Marii.
— No właśnie, właśnie — demon chyba westchnął. — Tak wygląda przyszłość. Ja jednak mogę ją zmienić. Mam moce, o których nie śniło się śmiertelnikom... Nawet twojemu znajomemu Steve'owi. — W głosie diabła słychać było uśmiech, jakimś cudem lub sztuczką sił nieczystych. — Mogę to powstrzymać. Zaopiekować się waszym synem. Zapewnić mu długie życie. Chronić przed śmiercią i najgorszym. Mogę stać się jego cieniem, powiernikiem i przyjacielem. Najwierniejszym sługą.
— To chyba niedobrze... — zdołał wreszcie wykrztusić Stark; gardło miał pełne krwi — ...gdy twoim powiernikiem jest diabeł?
Coś się roześmiało. Brzmiało trochę, jak zgrzyt otwieranej metalowej pokrywy, trochę jak chrzęst lodu, a trochę, jak brzęczenie setek owadów.
— Tak, tak. Zwykle to jest bardzo niedobrze. Ale dla was, dla wielkiego Howarda Starka i jego żony mam propozycję inną niż wszystkie. Dla Stark Industries — bardzo udanie sparodiował teraz ton telewizyjnych reklam — nawet piekło ma ofertę specjalną. Wasze dusze w zamian za opiekę nad waszym synem. Normalnie to niemożliwe, kontrakt obejmuje życzenie jednego człowieka, tego samego, którego duszę się potem pożera... Ale dla was, jako się rzekło, zrobimy wyjątek. Dusza Tony'ego pozostanie czysta, jak łza i nic, poza jego ewentualnymi grzechami, nie stanie na przeszkodzie jej zbawieniu. Za to wasze dusze, cóż... Staną się najsmaczniejszym posiłkiem, jaki jadłem od zakończenia drugiej wojny. Ale wy i tak umieracie — dodał z czymś na kształt czułego rozrzewnienia. — Umieracie, nie zdoławszy zapewnić bezpieczeństwa ani światu, ani własnemu dziecku. Sami już nic w tej kwestii nie zrobicie. Za to wasze altruistyczne poświęcenie może jeszcze sporo zmienić. Kto wie, jak wielkich rzeczy dokona Tony, jeśli będzie mu dane dorosnąć?
'
'
Kilkuletnia dziewczynka o czarnych, kręconych włosach stała nad brzegiem klifu. Patrzyła na dymiące poniżej szczątki samochodu.
To był pyszny, sycący posiłek. I dobry kontrakt. Nie do końca legalny, prawda... Albo raczej: wykorzystujący pewną lukę w przepisach. Nie dość jasno sformułowane po łacinie i hebrajsku zdania, a jeszcze konkretniej – pewną różnicę w tych dwóch tekstach. Z tej różnicy oraz niejasności można było wywnioskować, że uświęcony przez tysiąclecia tradycji sposób zawierania kontraktów jest właśnie tym: obyczajem. Nie prawem.
Zaświatowa Biurokracja najprawdopodobniej zeszłaby na duchowy zawał, cała, gdyby się dowiedziała. Ale demonica, zwana Lilką, nie sądziła, by się dowiedzieć mieli. Teoretycznie zawarła kontrakt i zaraz pożarła przypisane mu dusze, żaden większy ślad po tym w papierach nie powinien pozostać. Teczka natychmiast trafi na półkę, tam zaś zaginie na eony w tłumie innych zaświatowych dokumentów. A że kontrakt dotyczył ochrony osoby trzeciej, cóż, o tym wiedziała tylko ona, te niefortunne, unicestwione już duszyczki oraz Siła Sił, Pierwotna Moc, Pan – to coś, co dawało światu życie i ustalało reguły gry. Tak na poziomie fizyki kwantowej, jak magii.
I to coś kontrakt przyjęło. Lilka czuła już moc, pełzającą jej wzdłuż kości, szarpiącą mięśnie nakazem działania. Chłopcu w końcu rzeczywiście groziło sporo niebezpieczeństw.
Dziewczynka westchnęła i przemieniła się w dorosłą kobietę. Długie do ramion włosy, blond. Kuszące spojrzenie. Uszminkowane usta. Teraz trzeba było tylko uwieść jednego z bliskich Tony'emu dorosłych, opiekuna prawnego, prawnika czy choćby pracownika kuchni... Na jakiś czas taka bliskość powinna starczyć. Potem zawsze będzie można zostać miłą i zafascynowaną koleżanką z college'u, zawsze gotową odrobić za geniusza zadania z humanistycznych popłuczyn. Zwłaszcza z historii.
Potem zaś, cóż, posada sekretarki była chyba dzisiejszym odpowiednikiem dawnego lokaja, ordynansa, kamerdynera.
— Tradycja ze szczyptą nowoczesności. — Przemieniła się w brunetkę o obfitych kształtach, obłędnym biuście, udach, pupie i kuszącym pieprzyku nad ustami. — Nowoczesność z odrobiną tradycyjnego sznytu. — Teraz wybrała postać chudziutkiego rudzielca, z mnóstwem uroczych piegów i stalą w spojrzeniu; o, to będzie akurat idealne wcielenie na sekretarkę. — Trzeba z żywymi naprzód iść, jak mawiali zesłańcy na Syberii.
'
'
William Spears pojawił się w biurze Stark Industries tak po prostu. Z genialnym – podobno – patentem pod pachą. Oraz teczką, od której na milę biło nadprzyrodzonym.
— Lilit...
— Virginio, proszę.
Wzruszył ramionami.
— Sprawdziłem wszystkie twoje dwudziestowieczne kontrakty. Trochę mi to zajęło, ale sprawa wydawała się warta. Jeśli nawet Sebastian nic nie wiedział, jeśli całe zaświaty musiały stawać na baczność z powodu Starka...
— Tak, Tony bywa nieznośny. Kto, jak kto, ale o tym wiem doskonale. — Lilit... Panna Potts uśmiechała się promiennie. — Ale tym razem szło raczej o wygłupy Lokiego.
— Zawarłaś kontrakt z rodzicami tego śmiertelnika. Tuż przed ich śmiercią. Skonsumowałaś ich dusze.
— Will, to cudowne, że tak się troszczysz o moją dietę i figurę, ale zapewniam cię, że pamiętałam, by po tak sytym posiłku natychmiast spalić trochę kalorii...
— Nie znam przedmiotu kontraktu, ale sądzę, że była nim ochrona Anthony'ego Starka. To tłumaczyłoby, czemu ani ja, ani Sebastian nie mogliśmy go dostać... wtedy.
— Rozumiem, że was to boli i weszłam wam na ambicję, ale niestety, panowie, musicie się nauczyć z tym żyć. Nie zawsze się wygrywa. Pozdrów Sebastiana.
Głos Spearsa przeszedł w syk.
— Czy tylko w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś? Podważyłaś cały system! Jeśli inne byty się o tym dowiedzą, jeśli ludzie zaczną zawierać kontrakty dotyczące innych... Wszystko się zawali.
— I powstanie nowe. Jak to bywa. Will, wiem, że dla ciebie porządek znaczy wszystko, ale my, demony, cenimy trochę bardziej skomplikowaną estetykę. Chaos jeszcze nikomu nie zaszkodził. A i tak wiem, że przysyła cię Sebastian. Na przeszpiegi. Nawet jeśli ty, mój drogi rycerzu biurokracji, jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy.
William nerwowo bawił się zamkiem swojej aktówki.
— Będzie gorzej — oznajmił. — Nadprułaś tkaninę losu...
— Co jest naszym, znaczy, demonów, głównym zadaniem od eonów.
— ...w nieuregulowany sposób. To pociągnie za sobą nie byle jaki chaos, a upadek światów. Wojny międzywymiarowe. Najazdy potężnych bytów. Miliony śmierci. Zachwianie równowagi. Z tego, co mówią mi plany budżetowe na przyszły rok, wynika, że cokolwiek teraz knuje Tony, będzie to wyniszczającego. I wstępne plany na rok kolejny nie są wcale lepsze...
— Dla was to chyba dobrze? Departament się wam powiększy, dostaniesz więcej podwładnych, więcej obowiązków, więcej okazji do orderów.
— O ile nasz wszechświat to przetrzyma i będą jeszcze w ogóle jakieś ordery. — W głosie Williama zabrzmiała nuta rezygnacji.
Pepper przechyliła się przez biurko i położyła rękę na ramieniu Spearsa. Krzepiąco.
— O to się nie martw. Muszę przecież chronić Tony'ego Starka. Zapobiegać jego śmierci, dbać o porządek w jego papierach i jego zadowolenie z życia erotycznego – no, nie rumień się tak, Willy! – w skrócie: potrzebuję wszechświata, by zachować Tony'ego przy życiu. A ja jestem... — Błysnęła w uśmiechu zębami, puściła mu oczko. — ...diabelnie dobrą sekretarką.
