Życie, to nie film. Pierwsza i najważniejsza prawda przemysłu kinematograficznego, którą muszą wyryć sobie w mózgownicę wszyscy zainteresowani. Sophie miała wrażenie, że jej życie zmieniło się w film i to wyjątkowo absurdalny. Taki, którego scenarzysta najpierw naćpał się, zapił to trzema litrami whisky, przypalił kubańskim cygarem, a dopiero na końcu usiadł do pisania. Gdyby pominął jakiś z trzech pierwszych kroków w umywalce w jej łazience nie byłoby teraz zielonej breji. Właściwie to nie była dosłownie jej łazienka, ale póki co zastępowała ją, więc po części była również jej.

Chciała trącić podejrzaną substancję szczoteczką do zębów, ale zrezygnowała. Nie wiadomo było, co ten szajbus tu wsadził. Równie dobrze mogła być to zielona galaretka jak i pozostałości z Czarnobyla. Zaklęła w duchu i wygładziła swoją piżamę z godłem Dogers'ów, szykując ją niczym rycerz swą zbroję przed spotkaniem ze smokiem. Najpierw jednak spróbuje udać się do mądrego maga pustelnika - czyli Johna.

Tak jak jej kontakty z panem wszechwiedzącym można było nazwać, delikatnie mówiąc, napiętymi. Tak znajomość z Johnem zaowocowała nieoczekiwaną sympatią, która powoli zaczęła przeradzać się w przyjaźń. Kobieta za nic nie mogła pojąć jak Watson wytrzymuje z tym aspołecznym degeneratem. Byli jak dzień i noc, biel i czerń, hamburgery jej matki i te z Mcdonald'a - całkowite przeciwieństwa. John jednak nie tylko tolerował Sherlocka. On go lubił! Mimo tego jednego mankamentu jakim była narośl zwana Holmesem, doktor był w porządku.

Jeszcze raz poprawiła piżamę i przelazła przez dziurę w ścianie. Pani Turner pożyczyła jej starą firankę i karnisz, aby zakryć przejście, dając przynajmniej wrażenie prywatności. Obie gosposie o mało nie dostały zawału widząc tą małą nowelizację architektoniczną, po czym rzuciły się na Sherlocka, po którym spłynęło to jednak jak po kaczce. Stwierdził tylko, że jest mu żal umysłów, które nie rozumieją powagi jego eksperymentów. Sophie widocznie należała do tych umysłów, bo za nic nie mogła pojąć co robią potencjalnie niebezpieczne, zielone gluty w zlewie.

Schodząc po chodach miała już zamiar zawołać Johna, ale widok, który ją powitał wygnał wszelkie plany z jej głowy. Jak niby należy zareagować widząc jedynego na świecie detektywa konsultanta imponującym hakiem nokautującego gościa, który urwał się z „Lorenca z Arabii"? Widocznie powinna to olać, tak jak zrobił to Holmes, który jedynie otrzepał marynarkę z nieistniejącego kurzu i przejrzał się w lustrze wiszącym nad kominkiem. Musiał ją w nim zobaczyć bo odwrócił się nonszalancko i spojrzał na nią tak jak zwykle, czyli tak jak patrzy się na karalucha.

- Co? - warknął zapinając mankiet.

- Jest John? - zapytała, po czym sama chciała się walnąć. Ze wszystkich rzeczy o jakie mogła się zapytać musiała o to!

- Najwyraźniej nie. Chociaż czekaj, sprawdzę - podniósł poduszkę z pobliskiego fotela. - Halo, John, jesteś tutaj?! Niestety go nie ma.

- Nie musisz od razu…

- Skończ z tymi absurdami i przydaj się na coś - warknął po raz drugi i złapał za nogi londyńskiego Beduina. - No na co czekasz? Łap go.

Kobieta skrzyżowała ręce na piersi i niedowierzająco uniosła brew.

- Kpisz sobie ze mnie, a teraz oczekujesz, że ci pomogę? A podobno jesteś inteligentny.

- Oczywiście, że mi pomożesz. Wtedy ja pomogę tobie w czymkolwiek miał ci pomóc John. I tak zrobię to lepiej niż on.

Dopiero to przypomniało jej oryginalny powód jej obecności na Baker Street dwieście dwadzieścia jeden b.

- Obiecujesz? - upewniła się.

- Nie mam teraz czasu na wizytę u notariusza, więc moje słowo musi ci wystarczyć - żachnął się.

- Zwykłe „tak" by wystarczyło - mruknęła i z lekką obawą ujęła nieprzytomnego napastnika za ręce. - Właściwie, to co robi u ciebie arabski ninja?

- Jak już to sudański - sprostował Sherlock i spróbował podnieść Sudańczyka, który był dużo cięższy niż na to wyglądał. - Powiedzmy, że szejk nie rozumie słowa „nie".

- I dlatego nasłał na ciebie zabójcę? - niedowierzała. - Właściwie po kiego, go gdzieś tachamy? Trzeba wezwać policję.

- To strata cza… czasu - dokończył wyrabiając się na zakręcie za drzwiami.

- Co niby chcesz z nim zrobić? - wysyczała szeptem, bojąc się, że pani Hudson usłyszy.

- Jak to co? Wyrzucić na śmieci, tam gdzie jego miejsce - wyjaśnił coraz bardziej poirytowany.

- Mam ci pomóc pozbyć się tych zwłok?! - tym razem nie udało jej się zachować ciszy.

- Nie bądź bardziej żałosna niż jesteś. On wciąż żyje. A teraz chwyć go lepiej, bo jeszcze ci się wyślizgnie.

- A jak nie to co? Wiesz, że mogą cię posadzić, za pobicie?

- Powiem, że mi pomogłaś.

Jego lakoniczny ton podczas tak oczywistego szantażu zbił ją z pantałyku do tego stopnia, że zwolniła uścisk, a niedoszły zamachowiec z głuchym „thud" wyrżnął w schody niczym wór kartofli.

- Jak tak dalej pójdzie, to on nie pożyje długo - zauważył Holmes i mocniej złapał jego nogi.

Sophie zaklęła pod nosem i ponownie ujęła muzułmana za ręce.

- Nienawidzę cię.

- Uczucie w pełni odwzajemnione.

Resztę drogi w dół i przejście na tył budynku pokonali w ciszy. Kiedy wrzucili niecodzienne śmieci do kosza, dziewczyna zasapana otarła pot z czoła.

- Nie sądzisz, że kiedy go znajdą powstaną pytania? Policja zaraz zacznie węszyć.

Sherlock otrzepał ręce i skrzywił się, jakby przypomniał sobie o czymś wyjątkowo nieprzyjemnym.

- Nie - powiedział z odrazą. - W razie czego Mycroft się tym zajmie.

- Mycroft? - uniosła brwi starając pojąć czym, lub kim jest coś o tak wdzięcznym imieniu.

- Mój arcywróg, a jednocześnie brat. Nie rozumie, żeby nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.

- Rodzice musieli was nienawidzić - skwitowała. - Nie możliwe żeby inaczej dali wam takie imiona.

Brunet wydął usta i ruszył z powrotem do domu tym swoim długaśnym krokiem z nienaturalnie długimi nogami. Sophie musiała się nieźle namęczyć, aby udało jej się go dogonić.

- Czekaj no. Miałeś mi pomóc pozbyć się smarków Godzilli.

Sherlock przystał w pół kroku i obrócił się na pięcie.

- Czego?

- Tego, co jest w umywalce w łazience. W przeciwieństwie do ciebie normalnie ludzi muszą chodzić do pracy.

- Robisz w przemyśle filmowym. To nie jest normalna praca - powiedział mimochodem i nie zwracając na nią więcej uwagi zaczął wchodzić po schodach.

- Ciekawe co byś powiedział, gdybyś codziennie musiał przez dwanaście godzin albo i dłużej babrać się w dziwnych glutach? - nie odpuściła i pobiegła za nim.

- Widzisz? Sama mówisz, że bezustannie grzebiesz się w glutach. Możesz pogrzebać i w tych.

- Nie mam zamiaru grzebać w twoich glutach. Niewiadomo co z nimi robiłeś i czy nie są groźne.

- Te nie są, niestety - dodał pod nosem. - To pozostałości po moim eksperymencie. Nie miałem co z nimi zrobić i póki co tam je umieściłem. Kiedy będę szedł do Barts'a zabiorę je do utylizacji.

- Masz je zabrać w tej chwili! - wrzasnęła, tracąc w końcu nad sobą samokontrolę. - Będę musiała cały dzień użerać się z tym trollem Moffatem i chcę chociaż zęby i twarz umyć w spokoju!

- Umyj je w kuchni - wspaniałomyślnie podpowiedział i z gracją pantery rzucił się na fotel, założył nogę na nogę i jakby nigdy nic pogrążył w lekturze.

- Ty…

Nie dane jej było dokończyć bo w jej kieszeni zawibrował telefon.

- Czego?! - burknęła, wyżywając się na nieszczęśniku, który miał niefart i znalazł się na drugim końcu rozmowy.

- Chciałem tylko powiedzieć, żebyś za piętnaście minut była gotowa - wyjaśnił ostrożnie David. - Inaczej spóźnimy się do roboty.

Sophie bez słowa rozłączyła się i wyszczerzyła zęby w kierunku siedzącego detektywa, który nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Zacisnęła pięści i z dzikim warkotem wydobywającym się z gardła poszła się umyć do kuchni. Tym razem Holmes postawił na swoim, ale lepiej niech się nie przyzwyczaja.


Ten kto myśli, że praca w telewizji jest łatwa myli się i to na całej linii. Zwłaszcza pracując przy serii o słynnym Doktorze z jego słynnym twórcą, będącym jedyną osobą mogącą konkurować z Holmesem w kategorii największej łajzy pod słońcem. Że też tutejszy etatowy spec od FX musiał złamać nogę akurat, kiedy skończyła współpracę przy kryminale… Robienie kości, rozpadających się członków i tego typu rzeczy nie było jej ulubionym zajęciem. Wolała tworzyć potwory, tak jak w Stanach, ale Dalekowie godzili w jej zmysł artystyczny.

Zatem po kłótni z jedną z najważniejszych osób w branży wracała do domu na piechtę. David dawno już skończył - szczęściarz robił w kostiumach - a ona nie chciała, aby na nią czekał. W dodatku musiała się wyżyć, a kopanie pustej puszki po coli przez pięć kilometrów z hakiem może w tym pomóc.

Zamachnęła się i miała ją kopnąć po raz dwa tysiące czternasty, kiedy to drogę na wydawałoby się pustym przejściu, zajechał jej czarny mercedes.

- Hej, uważaj! - wrzasnęła. Jeśli pacan rozbijający się taką bryką chciał pomóc jej wyładować frustracje, to jego sprawa.

Okno przy tylnim siedzeniu otworzyło się i wyjrzała z niego ładna, młoda kobieta.

- Pani Norton, proszę do środka.

Sophie machinalnie sięgnęła po telefon, gotowa wzywać policję, ale zobaczyła, że jakimś cudem w środku Londynu nie ma zasięgu.

- Proszę wsiąść - powtórzyła kobieta z najsztuczniejszym uśmiechem jaki Sophie w życiu widziała. - Jeśli myśli pani o wezwaniu pomocy wystarczy popatrzyć na tamtą kamerę.

Dziewczyna spojrzała na kamerę, którą wskazała tajemnicza brunetka i o mało nie dostała zawału, bo urządzenie jakby na komendę odwróciło się w drugą stronę. Kto do diabła miał dostęp do takiej technologii?

Amerykanka przygryzała wnętrze policzka i wpakowała się do samochodu. I tak nie uciekłaby, co zatem innego mogła zrobić? Przyjrzała się dziwnej kobiecie, która bezustannie pisała coś na telefonie.

- Ładne buty - zagadnęła, nie mogąc wytrzymać ciszy.

Dziewczyna uśmiechnęła się tylko ciut mniej sztucznie.

- Dziękuję, to Guess.

- Aż dziw bierze, jakie świetne podróbki teraz robią.


Sophie wysadzono w ciemnym, pustym magazynie. Kiedy ciemność rozjaśniły światła skierowane na jeden punkt. okazało się, że nie był on aż taki pusty. Stał w nim bowiem, jakby nigdy nic, mężczyzna w średnim wieku, ubrany w ekstra garnitur, opierający się lekko na czarnym parasolu. Uśmiechnął się do niej i natychmiast zwalił poznaną przed chwilą kobietę z postumentu największego łgarza. Było w nim jednak coś znajomego…

- Panna Norton, miło mi - podał jej rękę na co dostał jedynie spojrzenie i uniesioną brew z serii „chyba se jaja robisz".

- Jak na dżentelmena, którego chcesz zgrywać w tym wdzianku, masz tragiczne maniery.

- Słucham? - zapytał. Widocznie nie zareagowała tak, jak przypuszczał.

- Imię? Wiesz, miło by było gdybyś się przedstawił, bo zapewniam, że nie jestem szpiegiem - warknęła i ostentacyjnie skrzyżowała ręce.

- Czemu uważasz, że mam cię za „szpiega"? - w jego głosie słychać było rozbawienie, z którym za specjalnie się nie krył.

- Kierowca podczas jazdy podrapał się w bok i odsłonił część odznaki - wyjaśniła po chwili zastanowienia. Zdecydowała nie bawić się z nim w kotka i myszkę. Facet musiał być niebezpieczny i choć niewymownie ją wkurzał, to pod zwałami irytacji tliła się w niej jeszcze iskierka zdrowego rozsądku. - Przypuszczam, że jesteście z MI5. Normalna policja nie jest tak dramatyczna.

- Tajne służby? - roześmiał się kręcąc głową. - Jestem po prostu zainteresowaną stroną. I to nie dramatyzm, a ostrożność. Nigdy nie ma jej za wiele jeśli idzie o Sherlocka Holmesa.

Sophie o mało nie zemdlała.

- Że co?! - wrzasnęła, ledwie powstrzymując się by na niego nie naskoczyć z wyjątkowo nieelegancką wiązanką. - A co ja mam z nim wspólnego?!

- Cóż… - niby od niechcenia wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki notes, przekręcił w nim parę kartek, po czym zaczął czytać. - Wprowadził się do budynku obok, a już dwa dni później rozwinął zainteresowanie twą osobą, przez które ponad dwadzieścia razy wnoszono skargę na policję o zakłócanie ciszy nocnej.

- To on zaczął grać na skrzypcach o trzeciej w nocy!

- Dzielicie łazienkę…

- Bo moją wysadził w powietrze!

- A dzisiaj rano wspólnie wyrzucaliście do kosza na śmieci pracownika ochrony ambasady Sudanu.

- Ten drań mnie szantażował! No i wsadził do umywalki gluty Godzilli!

Gluty Godzilli nie zrobiły na nim wrażenia. Spojrzał na nią sponad notesu i zamknął go z głuchym trzaskiem.

- Mam spodziewać się zaproszenia na ślub? - zapytał, ale w jego głosie nie było już ani krzty rozbawienia.

- Po moim trupie! - aż się wzdrygnęła na samą myśl. - Nie rozumiem tylko czego ode mnie chcesz? W gwoli jasności, nienawidzę go i zapewniam, że jest to w stu procentach odwzajemnione.

- Ale jesteś częścią jego życia.

- Ku mej rozpaczy… Zaraz, po cholerę, tajne służby interesują się tym wariatem? Wywęszył jakieś wasze śmieci, czy co?

Przeniósł ciężar ciała na drugą nogę i obrócił rękojeść parasola.

- Martwię się o niego. To wszystko - stwierdził z taką szczerością, że niebo zaczęłoby płakać, gdyby nie dzieliło ich od niego kilka warstw betonu.

Coś ją tknęło.

- Kim ty właściwie jesteś i czego ode mnie chcesz, ale tak dokładnie?

- Pan Holmes nazwałby mnie swoim arcywrogiem, co jest oczywiście całkowicie nieakuratnym stwierdzeniem. Jak już mówiłem, martwię się o niego i chcę byś pomogła mi mieć go na oku.

- Mam dla ciebie szpiegować? - zapytała, ledwo broniąc szczękę przed opadnięciem do poziomu parteru.

- Oczywiście za odpowiednią cenę - podał jej karteczkę z liczbą, na której widok pomimo starań, opadła jej szczęka. - Jeśli potrzebujesz…

- Zgoda - odpowiedziała bez wahania, po raz pierwszy naprawdę zbijając go z tropu. - Skoro to wszystko, to mogę już wracać?

- Taka szybka do zdrady? Może jednak nadawałabyś się na szpiega.

Sophie o mało co nie parsknęła śmiechem widząc jak mężczyzna próbuje ukryć złość. Zlitowała się nad nim i nad sobą. Wzbudzanie takiego gniewu u podobnego kolesia nie mogło być zdrowe.

- Przypuszczam, że osobiście dostałabym dawno szmergla, gdybym miała takiego brata. W dodatku młodszego. On mnie odwiozą, prawda?

- Tak - odparł i uśmiechnął się. Dziewczyna podejrzewała, że mógł być to jego pierwszy szczery uśmiech w tym tysiącleciu. - Wystarczy, że podasz adres. Do widzenia, panno Norton.

- Ciao, Crofti - machnęła mu na pożegnanie i skocznym krokiem udała się do samochodu. - Zadzwoń, kiedy będziesz wiedział, że mam coś ciekawego.

Mycroft westchnął. Doktor Watson sprawił, że jego brat był teraz gorszy niż zazwyczaj. Ta Amerykanka stanowiła jednak niewiadomą.

- Ciekawe, bardzo ciekawe - mruknął i obrócił w powietrzu parasolem w sposób, który Sophie nazwałaby preludium do „Deszczowej Piosenki" i zaczęła nucić „I'm singing in the rain".