Bóg jej świadkiem, że starała się zachowywać jak cywilizowany człowiek. Inaczej czemu miałaby grzecznie pukać do drzwi, tak jak nauczyła ją matka, a nie włazić przez wyrwę w ścianie? To nie jej wina, że ten popapraniec nie chciał jej wpuścić. Za to, to jego wina, że złamała sobie paznokieć u prawej nogi kopiąc w drzwi. Mógł je otworzyć, do ciężkiej cholery, a nie zgrywać większego oszołoma niż jest! Nie, wróć… było znacznie gorzej. On nikogo nie zgrywał, zwyczajnie taki był.

Za to wszyscy diabli jej świadkami, że kiedy kuśtykając weszła do salonu na Baker Street o numerze, który pomału stawał się dla niej synonimem piekła, widząc Holmesa siedzącego na fotelu i patrzącego się w ścianę, chciała złapać leżącą na kominku czaszkę i walnąć go nią w łeb.

- Dobry wieczór, Sophie - przywitał ją John, który dopiero co ją zauważył wychylając się zza gazety. Widząc w jego uszach słuchawki wiedziała chociaż, że Sherlock nie zdołał go przeciągnąć na ciemną stronę mocy. - Co ci się stało? Czemu kulejesz?

- Objaw amerykańskiego braku ogłady - odpowiedział za nią Sherlock, który najwidoczniej dla odmiany zwracał uwagę na otaczający go świat.

- Jak widać impertynencja, to w twoim wypadku cecha genetyczna - odwarknęła i ostentacyjnie położyła tuż przed nim na stoliku kartkę, którą dostała wcześniej.

- Co to jest? - zapytał zaintrygowany John.

- Wpływ do mojego budżetu w zamian za szpiegowanie twego pajaca.

Sherlock słysząc to aż się poderwał.

- Rozmawiałaś z Mycroftem?

- Co?! - John słysząc to również wstał, ale nie z oburzenia, a ze szczerej troski. - Nic ci się nie stało?

- Na litość boską, John, mój brat, to nie jakiś kryminalista. Jej kulenie, to efekt samookaleczenia.

- Z tego co wiem, pierwsze spotkanie z Mycroftem, może być raczej traumatycznym przeżyciem - odszczekał lekarz, który od samego rana, kiedy to pokłócił się w spożywczym z kasą samoobsługową, był w nienajlepszym humorze.

- Dzięki za troskę, John, ale nic mi nie jest - uspokoiła go dziewczyna. - Crofti ma skłonności do dramatyzowania, ale jak już mówiłam impertynencja, to najwidoczniej nieodzowna cecha Holmesów.

- Crofti? - Watson nie dowierzał, że mówią o tej samej osobie.

- Idealny przykład amerykańskiego lenistwa. Musicie skracać każdy wyraz, choćby niewiadomo jak bezsensowny stawał się w wyniku.

- Zdrabnianie, to raczej efekt zażyłości emocjonalnej. A wasze imiona same w sobie są absurdalne.

Teraz John wiedział, że na bank nie mówią o tej samej osobie.

- Zażyłości emocjonalnej z Mycroftem?

- Mogłabym zżyć się emocjonalnie nawet z tosterem, gdyby mi tyle płacił - pogłaskała kartkę i z czułością wsadziła ją do kieszeni.

Sherlock posłał jej uśmiech, przez który Watson chciał schować się za kanapę, aby zejść z linii ognia w nadchodzącej wymianie zdań.

- Wiesz, że połowa należy się mnie?

- Słucham? - wysyczała, mrużąc oczy.

- Masz dostać te pieniądze za szpiegowanie mnie. Połowa należy się mnie - tłumaczył powoli, aby zrozumiała każde słowo.

Sophie nie odpowiedziała. Jedynie prychnęła, odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku łazienki.

- Wyegzekwuję to.

- Śnij dalej - pomachała mu nawet nie odwróciwszy się.

Tego Sherlock nie mógł ścierpieć. Jego wewnętrzna potrzeba bycia w centrum uwagi, która jednak przeważnie pozostawała na zewnątrz, nie trawiła ignorancji. Dlatego też brunet zatrzasnął jej drzwi przed nosem nim zdołała wyjść na korytarz.

- Zrozum tym swoim ptasim móżdżkiem, że połowa tych pieniędzy bezsprzecznie należy się mnie.

- Nie.

- A niby dlaczego nie?

- Bo wysadziłeś mi łazienkę!

Mężczyzna musiał się odsunąć. Inaczej wielce prawdopodobne było, że skończyłby ze złamanym nosem.

- A ty znowu o tym? To się robi nudne.

- Ty, ty, ty… ARRRRGH! - wrzasnęła i złapała się za głowę, po czy zwróciła się do Johna. - To daremne, bo on i tak nic nie zrozumie, prawda? To kompletny idiota!

- Najprawdziwsza prawda - przyznał John, który zaczął już przyzwyczajać się do ich sprzeczek. Właściwie, to przypuszczał, że Sherlock nawet je lubi, choć oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał.

- Dobranoc, John - westchnęła masując powieki. Dopiero teraz przypomniała sobie jak bardzo była zmęczona i nie było mowy, aby odwlekała gorącą randkę z Morfeuszem dla Holmesa, obojętnie którego.

- Dobranoc, Sophie.

- To i tak moje pieniądze!

- Dobranoc, Ćwoku.


Była noc. Nieważne, która to była godzina, bo i tak było zdecydowanie za wcześnie, żeby wstawać. Bolały ją plecy i w dodatku zdrętwiał jej kark. Przeciągnęła się i walnęła ręką w naturalnych rozmiarów atrapę Obcego, która była jedną z głównych ozdób jej salonu. To zaś nasuwało tylko jedną możliwość. Zasnęła na kanapie sprawdzając pocztę i czytając wiadomości, a teraz czuła się jakby połknęła żelbetonowy pręt. Co prawda istniała jeszcze możliwość, że figura Obcego ożyła i w przypływie uczuć przeniosła ją na kanapę, by mogła udawać pewnego skrzącego się wampirzaka podglądacza, ale Sophie wątpiła w to. Jeśli świat naprawdę, by jej nienawidził nasłałby Edzia Pedzia we własnej osobie. Każdy, kto ją znał wiedział, że na całą „sagę" miała uczulenie totalne.

Ziewnęła, odgarnęła włosy z oczu i dostała zawału. Wrzasnęłaby, gdyby nie zatkano jej buzi. Ktoś naprawdę jej się przyglądał. I to ktoś z najdziwniejszymi, mesmeryzującymi gałami jakie dane jej było widzieć. Do tego kędziory jak u pudla i kości policzkowe, których nie powstydziłaby się sama Kostucha. Dziewczyna chciała już ugryźć napastnika w rękę, ale zrozumiała kogo widzi i… ugryzła dwa razy mocniej.

Sherlock odskoczył i z niedowierzaniem przyjrzał się swojej dłoni.

- Ugryzłaś mnie.

- Na każdym kroku dowodzisz swego geniuszu - wycedziła, merdając w buzi językiem, chcąc pozbyć się smaku, który można określić jako Holmes'owaty. - Właściwie, to co, do cholery, robisz w moim mieszkaniu? Wiesz która jest godzina?

Z rozpędu złapała leżący pod kanapą młotek, który leżał tam z powodów czysto obronnych. W oczach detektywa w nikłym świetle szaleństwo było widoczne dużo wyraźniej niż za dnia, a ona wolała nie ryzykować szansy zostania częścią jego kolejnego iście genialnego eksperymentu.

- Skąd wiedziałaś, że Mycroft to mój brat?

Sophie zagryzła zęby, aby nie rozedrzeć się w środku nocy niczym trąba jerychońska.

- Włamałeś się, żeby się mnie o to zapytać?! - wrzasnęła jednocześnie szepcąc, co wcale nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać.

- Technicznie to włamanie nie miało miejsca. Nie naruszyłem zamkniętych drzwi ani okien.

- Bo wcześniej wysadziłeś mi pioruńską ścianę! - teraz pozostał już tylko krzyk.

- A ty znowu o tym? Nawet jak na amerykańską dzikuskę jesteś strasznie monotematyczna.

Dziewczyna miała ochotę zamachnąć się na tę pustą łepetynę, ale podejrzewała, że drugi Holmes nie byłby zadowolony dowiadując się, że jego szpieg wpadł w tryb berserkera i rozkwasił głowę domniemanego celu niczym arbuza. Nawet obudzona w środku nocy była na tyle przytomna, by wiedzieć, że wkurzanie kogoś, kto ma do dyspozycji tajne służby nie jest dobrym pomysłem. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że zaspokoiwszy ciekawość detektywa pomyleńca będzie mogła znowu się położyć.

- Odpowiem ci, ale na przyszłość bądź tak miły i nawiedzaj mnie w bardziej przystępnych godzinach.

- Chciałem przyjść od razu, ale John zabronił mi, musiałem więc poczekać, aż zaśnie. Mniej pretensje do niego.

- Jezu Chryste, za jakie grzechy - jęknęła i usiadła wygodniej, oplatając się w koc. - Pomijając skłonność do dramatyzowania, która jest u Holmes'ów najwidoczniej wpisana w genotyp, Crofti powiedział, że nazwałbyś go swoim arcywrogiem, to głównie przez to skojarzyłam. Zadowolony?

- Co to? - zapytał i nim zdążyła zorientować się o co mu chodzi, twarz detektywa zasłonił ekran laptopa. Jej laptopa.

- Oddawaj! - warknęła i chciała złapać komputer, ale mężczyzna zrobił obrót, jaki wcześniej widywała jedynie na transmisjach z łyżwiarstwa figurowego, usiadł koło niej na sofie i dalej czytał.

Kobieta chciała mu przyłożyć, ale ciekawość wygrała i zamiast tego, zajrzała mu przez ramię. Zdziwiło ją, że strona, która zainteresowała Sherlocka była tą samą, którą czytała przed zaśnięciem.

- Zdajesz sobie sprawę, że dalej nie dajesz mi spać, bo czytasz serwis informacyjny? Zapewniam, że w swoim komputerze masz taki sam internet, a co za tym idzie te same wiadomości.

- Nie rozumiesz? - zapytał, uważając, że nawet ona nie może być aż tak głupia.

- Rozumiem tylko, że rano muszę wstać do roboty.

Machnął ręką, dając do zrozumienia, że jej praca obchodzi go tak samo jak zeszłoroczny śnieg.

- To jest trop - wyjaśnił wspaniałomyślnie, podskoczył i wybiegł z pokoju.

Sophie ponownie przyjrzała się wiadomości o wieczornym morderstwie jakiegoś dziennikarza. Jedyne co było w tym ciekawego to, to że zabójca najwidoczniej umie przechodzić przez ściany. Normalnie by to ją zaintrygowało, ale na tle ostatnich wydarzeń w jej życiu, to wydawało się banalnie normalne. Zatrzasnęła klapę laptopa i poszła dalej spać.

Dobrze, że rano nie pamiętała, iż przez resztę nocy śniło jej się, ze wraz z Sherlockiem ścigała tajemniczy cień przenikający przez ściany. Ważniejsze jednak, że nie pamiętała, że Mycroft przebrany za królową Wiktorię ganiał ich ze wściekłym uporem, śpiewając przy tym hymn Zjednoczonego Królestwa.