Wszechświat śmiał jej się za plecami dlatego postanowiła pokazać mu środkowy palec. Najłatwiej było to zrobić wkurzając wszystkich wokół, a nic nie robi tego tak szybko jak bycie miłym, że się można porzygać. Pozytywne nastawienie samo w sobie nie rozwiązuje żadnych problemów, ale denerwuje innych na tyle, że jest warte wysiłku. Niestety nie tym razem.

- Chce pan ograniczyć efekty komputerowe do minimum i pozostać przy zwykłych. Rozumiem to, ale z takim budżetem nie jestem w stanie zrobić nic, co wyglądałoby bardziej naturalnie. To fizycznie niewykonalne - starała się tłumaczyć producentowi, ale jak łatwo się domyślić na marne.

Gościu siedział sobie na francuskiej riwierze i się jej, cholera jasna, mądrzył przez telefon, gdy ona stała po kolana w błocku na jakimś zadupiu pod Londynem i pilnowała, aby materiały wybuchowe nie pierdyknęły nikomu w zęby. Ujęcie jej stanu mentalnego jako totalne wkurwienie było niedopowiedzeniem stulecia. Nie wiedziała czemu, ale większość ludzi, których spotkała, a którzy wydawali rozkazy innym ludziom, w tym jej, dowodzili jednemu ważnemu prawu fizyki. Byli żywym dowodem na to, że światło rozchodzi się szybciej niż dźwięk. Dlatego wydawali się oświeceni, póki nie otworzyli ust.

Rozłączyła się i kopnęła w pasącą się koło niej owcę, która niczym Chuck Norris zrobiła unik i podstępnie zasłoniła się kamieniem, przez co Sophie o mało nie złamała palca. Nie chciała jednak psuć planu wkurzenia wszechświata i jedynie uśmiechnęła się do podstępnej owcy i obrazoburczej skały. Wszelkie profanacje jakie znała wywrzeszczała jedynie w swojej głowie. Kuśtykając do przyczepy ze sprzętem poślizgnęła się będąc zbyt zajętą wymyślaniem wyzwisk, aby zauważyć owczy place czający się na nią w trawie. Po boskiej glebie starała się podnieść, akurat kiedy zadzwonił telefon. To przebrało miarkę. Jeśli Moffat chciał ją wkurzyć, to mu się udało.

- A żebyś się udławił tą cholerną oliwką, ty pojebany ćwierćmózgu! - wrzasnęła do słuchawki, w której było słychać szczęk zamykanej szczęki rozmówcy, który raczej nie spodziewał się takiego „dzień dobry".

Sophie chciała kontynuować, ale uświadomiła sobie, że w tle rozmowy nie słychać było jak wcześniej szumu fal i odgłosów mew, a krzątaninę i wiele różnych głosów niczym na poczcie. To zaś prowadziło do kolejnego objawienia… nawet nie sprawdziła kto dzwonił. Zamknęła oczy i odsunęła telefon od ucha, ale wiedząc, że tak wiele nie zobaczy rozchyliła lekko jedną powiekę.

- O mój Boże, John, przepraszam cię - w następnej sekundzie kajała się. - Myślałam, że to ktoś inny, przyrzekam.

- Nic się nie stało - zapewnił ją i zamilkł na chwilę jakby zbierając na coś odwagę. - Mam do ciebie prośbę. Mogłabyś mi pomóc?

- Pewnie, tylko w czym? Ten idiota znów cię w coś wpakował? - zgadła.

- Można tak powiedzieć… Wiesz, siedzę w areszcie i ktoś musi wpłacić kaucje - jednym tchem wydusił w końcu z siebie.

- Jak to w areszcie?! Zabiliście kogoś i ten Ćwok zostawił cię samego? Nie, wróć. Wtedy nie mógłbyś wyjść za kaucją.

- Kończy mi się czas. Mogłabyś przyjechać? Jestem w komisariacie na Savile Row.

- Zaraz będę - zapewniła i rozłączyła się.

Wiedziała, że Holmes nie zdawał sobie sprawy z norm otaczającego go świata, albo raczej uważał je za nudne i pozbawione sensu zatem zwyczajnie je ignorował. Sądziła jednak, że na tyle zależy mu na Johnie, iż będzie miał je na uwadze chociaż kiedy idzie o jego dobro. Najwyraźniej się przeliczyła.

Kichnęła. Powinna szybciej podnieść się z ziemi bo siedzenie na mokrej trawie nie jest zbyt mądre. Wstała, otrzepała się i spojrzała w zachmurzone niebo. Czemu nic nigdy nie mogło być proste? Jakby w odpowiedzi na jej pytanie lunął deszcz.


Anglicy są przyzwyczajeni do deszczu. To wręcz ich pogoda narodowa, ale dziś chmury ominęły stolicę kraju zaspokajając się zlaniem okolicznych wsi. Gdyby było inaczej widok Sophie z jednym wielkim chlupotem wpadającej niczym tornado na komisariat, nie wzbudziłby tylu pytających spojrzeń. Co prawda cała mokra i ubłocona przypominała zombie, które osobiście się pofatygowało i chciało zgłosić swoją śmierć, niż cokolwiek innego, ale sama nie zwracała na to uwagi. Czekając na Johna zdobyła jeszcze kilka punktów w kategorii dziwadła dzięki spojrzeniom prostytutek, które uważały, że nawet one nigdy nie stoczyłyby się tak nisko, aby udawać potwora z bagien.

Musiała naprawdę wyglądać kiepsko, bo nawet John w pierwszej chwili jej nie poznał.

- Sophie, to ty? - zapytał z niedowierzaniem. - Nic ci nie jest?

- Co? Oczywiście, że nic mi nie jest i co to za głupie pytanie? To nie ja siedziałam pół dnia w areszcie - oburzyła się i poprawiła mu kołnierz kurtki.

- Ale to ty wyglądasz jakbyś właśnie przeprawiła się przez dżunglę amazońską. - Na pewno nic ci nie jest? - dopytywał. Nikt, komu nic by nie było, nie chodziłby w takim stanie po ulicy z własnej woli.

Kobieta słysząc jego niedowierzanie prychnęła z irytacji.

- Wychowałam się w Kalifornii. Źle znoszę brak słońca, to wszystko. Teraz lepiej mów czemu cię przymknęli?

Watson wsiadł do samochodu i zaczął wyjaśniać cały czas trzymając się siedzenia. Nigdy nie widział samochodu, który trzymałby się wyłącznie na słowo honoru tak, jak maszyna Sophie.

- Badamy sprawę dwóch morderstw. Zabójca przechodzi przez ściany.

- Ahaaa - zamruczała.

- Ahaaa? - zapytał John, bo brzmiał to jak bardzo znaczące „ahaaa".

- To nic takiego. Mów dalej.

- Na miejscach zbrodni były tajemnicze znaki. Szyfr, którym komunikują się przestępcy. Aby go rozpoznać Sherlock poszedł po pomoc….

- Że co?! - wrzasnęła i z wrażenia o mało co nie spowodowała kolizji z autobusem. - Uważaj jak jeździsz, pacanie! Sherlock poprosił o pomoc? Jaja sobie robisz?

- Niestety nie - zapewnił lekarz, który ze strachu przyspawał się do siedzenia na amen. - Znajomy Sherlocka, który miał nam pomóc to dzieciak malujący graffiti. Nie pomógł nam, za to kiedy zjawiła się policja uciekł zostawiając mnie ze swą torbą pełną farb w aerozolu.

- A Sherlock?

- Uciekł razem z nim.

- Czemu mnie to nie dziwi?

- Bo to dupek - stwierdził z całą stanowczością John.

- Przez grzeczność nie zaprzeczę.

Sophie wysadziła go na Baker Street i wróciła do pracy. Za pół godziny miały rozpocząć się zdjęcia scen z kilkoma bum i wolała nadzorować je osobiście. Osobisty nadzór potrwał do godziny dwudziestej drugiej i kiedy w końcu udało jej dowlec się do domu stanęła jak wryta w drzwiach, widząc Holmesa grzebiącego w jej laptopie. Tego było już dość.

- Można wiedzieć, co ty, do cholery jasnej, robisz w moim domu?

- Drukuję - odparł, nie podnosząc głowy znad monitora.

- Możesz dziękować swojej szczęśliwej gwieździe, że wszystko czego sobie życzę nie ziści się - syknęła i zajrzała mu przez ramię. - Drukujesz zdjęcia? Zużyjesz mi cały kolorowy tusz!

- Dwie osoby nie żyją, a trzecia może do nich dołączyć, a ty martwisz się o tusz w drukarce? Wstydź się.

Nie wytrzymała i z hukiem zamknęła laptop o mały włos nie przycinając mu palców.

- Po pierwsze, kto jak kto, ale ty nie masz prawa mnie osądzać. Po drugie, to jest mój tusz. Po trzecie, ludzie giną cały czas. A po czwarte i najważniejsze, to ty mi go zużywasz!

- Ciekawe - powiedział i złożył przed nosem dłonie. - Śmierć nie jest ci obca. Myślałem, że twój ojciec was zostawił i odszedł do kochanki, ale myliłem się. On zginął. Z twojej niechęci wnioskuję, że obwiniasz go za to. Napił się i spowodował wypadek.

Jego konkluzja, z której był widocznie bardzo zadowolony, miała jednak zupełnie inny wpływ na kobietę niż na niego.

- Wypierdalaj.

- Słucham?

- Wypierdalaj - powtórzyła równie spokojnie co za pierwszym razem. - I to już.

Detektyw zmarszczył brwi. Nigdy chyba nie będzie potrafił zrozumieć normalnych ludzi. Ich móżdżki pracowały tak wolno, że nie mógł na tyle zwolnić swego mózgu, by nadawał na tych samych falach. Jej ojciec od dawna nie żył, a ona wciąż się tym przejmowała. To było całkowicie irracjonalne. Wolał jednak nie przeginać. Zwłaszcza, że spoglądała w stronę topora, z którym Sherlock zdążył już się zaznajomić.

Kiedy Sherlock znikł w łazience kobieta rzuciła się na kanapę nie przejmując się brudnymi butami. Nie wiedziała ile patrzyła się w sufit, ale stwierdziła, że to niezbyt produktywne zajęcie. Spojrzała na stojącą z boku makietę Obcego.

- To miejsce jest tak dziwne, że nawet karaluch spakowały swoje manele i wyniosły się na przedmieścia. Może my też powinniśmy? - Obcy wymownie milczał. - Pewnie masz rację.

Westchnęła ostatni raz i wzięła się do roboty.


John mył zęby, kiedy zobaczył w odbiciu w lustrze stojącą za nim Sophie w różowej piżamie w wisienki. Był ciekaw, czy wszystkie jej piżamy były równie absurdalne, bo z tego co widział właśnie tak było.

- Hej, John.

- Sophie - wybulgotał i zauważywszy, że przez pianę nie może go zrozumieć wypluł ją do zlewu. - Hej. Jeszcze raz dzięki za tą kaucję.

- Daj spokój - machnęła ręką i podała mu trzymaną teczkę. - Sherlock to u mnie zostawił.

Lekarz zajrzał do środka i zobaczył zdjęcia szyfru.

- Ale Sherlock mówił, że… Dzięki - powiedział w końcu. - Za wszystko.

- Od czego są przyjaciele? - mrugnęła do niego. - Ale następnym razem postaraj się, bym nie musiała wyciągać cię z paki. Przysługi przysługami, ale wszystko w granicach normy.

- W granicach normy - obiecał John.