Pani Hudson była miłą osobą, choć trzymanie Holmesa pod swoim dachem wymagało braku kilku klepek. Dlatego też, gdy pani Turner wrobiła ją w pomoc ich sąsiadce w nauce obsługi komputera, Sophie stwierdziła, że jest wstanie przełknąć różnicę wiedzy technicznej w starszym pokoleniu, zwłaszcza kiedy zagryzie to szarlotką i popije filiżanką kakao.
- Cieszę się, że dogadujesz się z chłopcami. Sherlock to trudny młodzieniec - paplała staruszka, nakładając jej na talerz kolejny kawałek ciasta.
- „Trudny" to nie jest najlepsze słowo do opisu Holmesa - nie zgodziła się dziewczyna. Uprzejmość uprzejmością, ale pewnych spraw niemożna było przemilczeć. - Powiedziałabym raczej, że to kompletny świr.
Pani Hudson nie obraziła się, a jedynie zachichotała.
- Można to i tak nazwać, ale bez niego pewnie by mnie już tutaj nie było. Bycie żoną mafiosa ma swoje plusy, ale…- musiała urwać, aby poklepać po plecach sąsiadkę, która słysząc o profesji jej męża zakrztusiła się i pomału, ale w stałym tempie robiła się coraz bardziej zielonkawa.
Kiedy Sophie mogła już oddychać nie mogła powstrzymać się i bezczelnie wgapiła oczy w niepozorną gosposię. Nic dziwnego, że wytrzymywała ona humory Holmesa, skoro była swego czasu żoną jakiegoś Dona. Chciała się dokładniej oto wypytać, ale przeszkodził jej dzwonek do drzwi. Kogo mogło przywiać o tak późnej porze?
Pani Hudson poszła otworzyć, a dziewczyna korzystając z okazji i nie musząc się już kryć dokładnie przyjrzała się salonikowi pełnemu bibelotów. Absolutnie nie wyglądał jak salonik kogoś z podejrzaną przeszłością, a raczej taką pełną dzieciństwa na wsi, roześmianych, rumianych pociech i psa wabiącego się Fifi.
Zza drzwi wyjrzała głowa gospodyni, która wyglądała na zaniepokojoną.
- Sophie, kochanie, mogłabyś porozmawiać z panami? Ja pójdę po chłopców.
Sophie nie zdążyła odpowiedzieć, bo staruszka od razu znikła. Dziewczyna wzięła głęboki wdech starając pozbyć się sprzed oczu wyobraźni obrazu faceta w prążkowanym garniturku trzymającego na tacy koński łeb.
W wejściu nie zastała jednak gangstera, a policjantów, którym przewodził młody mężczyzna. Uśmiechnął się zażenowany na jej widok, jakby nie mogąc przestać zastanawiać się, co on tu właściwie robił. Po chwili przypomniał sobie o dobrych manierach i wyciągnął rękę.
- Detektyw inspektor Dimmock, Scotland Yard.
- Sophie Norton, sąsiadka - zamilkła widząc, że stróżowie prawa nie przyszli z pustymi rękoma. - Macie jakąś służbę promocyjną, czy pan genialny znów się w coś wpakował?
- Pan genialny?
- Zauważ sarkazm, normalnie nazywam go ćwokiem - wyjaśniła dziewczyna. - To co z tymi książkami?
- Podobno są bardzo istotne dla sprawy, którą prowadzimy, a przynajmniej tak twierdzi pan Holmes.
Sophie z politowaniem popatrzyła się na kartony pełne makulatury i niewyspanego detektywa. Zrobiło jej się go żal. Z zasady robiło jej się żal każdego, kto musiał współpracować z Sherlockiem.
- Wejdźcie i poczekajcie w korytarzu - zaproponowała czując dolatujący z podwórza chłód. - A może pan inspektor napije się w tym czasie herbaty? Jestem pewna, że pani Hudson nie poskąpi panu też kawałka szarlotki.
Śledczy chciał odmówić, ale słysząc o szarlotce natychmiast zmienił zdanie.
- A więc mieszka pani obok pana Holmesa? - zapytał, siadając w fotelu w salonie właścicielki.
- Niestety i proszę przestać z tą panią. Czuję się stara. Wystarczy Sophie.
- Derek - odwzajemnił się podając własne imię. - Ta szarlotka jest przepyszna.
- Pani Hudson genialnie gotuje. Przynajmniej z tego co zauważyłam - przyznała, sama nakładając sobie kolejny kawałek. - Współpraca z Holmesem, to pewnie podróż przez piekło.
- Pan Holmes ma temperament - przyznał Dimmock. - Ale jego przypuszczenia jak do tej pory się sprawdzały. Choć nie ukrywam, że najpierw byłem sceptyczny. To moja pierwsza sprawa po awansie. Chcę dobrze wypaść, a Lestrade ciągle korzysta z jego pomocy.
- Takie czasy - mruknęła Sophie, która nie potrafiła pojąć jak policja mogła upaść tak nisko, aby przychodzić w łaski do tego lunatyka. Chociaż z drugiej strony, gdyby nie to Holmes nudziłby się, a to równałoby się z katastrofą na skalę światową. Postanowiła się nie dobijać i zmienić temat rozmowy na taki, który nie wywoła u niej nieokiełznanego napadu agresji. Zauważyła długopis, który wystawał mu z kieszeni. - Lubisz X-menów?
- To jeden z moich ulubionych komiksów - przyznał nie bez wstydu, kiedy mu to wytknęła. Większość kobiet uważała, że takie zainteresowania to jedynie dziecinada. - Ale filmy też są niezłe.
- Nie pracowałam przy nich, ale poznałam Hugh Jackmana. Świetny koleś. Pomagałam na planie Van Helsinga. To był mój pierwszy film.
Po tym rozmowa poszła jak po maśle. Gawędzili przez dobre pół godziny, zanim inspektor zauważył, że z kuchni co jakiś czas przygląda im się pani Hudson. Raz pokazała mu nawet zaciśnięte kciuki na znak poparcia. Nie wiedział dokładnie w czym go chciała wesprzeć, ale było to wysoce niepokojące. Zwłaszcza biorąc pod uwagę błysk w jej oku. Zwrócił się do Sophie, chcąc powiedzieć, że musi już iść, bo przecież przyszedł tu zupełnie w innym celu, ale urocze dołeczki w policzkach złapały go z zaskoczenia. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że przez pół godziny rozmawiał w najlepsze z nieznajomą, ale dość ładną kobietą.
- Zobaczymy się jutro wieczorem? Widziałem plakaty chińskiego cyrku, mogłoby być ciekawie- wycedził, nim zdołał się opamiętać, zyskując tym sobie stłumiony chichot dochodzący z kuchni.
- Ja… - dziewczyna westchnęła i pomasowała skronie. - Schlebiasz mi, Derek, naprawdę. Bardzo miło mi się z tobą rozmawiało, ale z zasady z nikim się nie umawiam. Przepraszam.
- Nie, wszystko w porządku. Przepraszam, do zobaczenia.
Sophie tyle widziała inspektora, który uciekł z pokoju z podkulonym ogonem, zanim zdążyła cokolwiek dodać. Nim na dobre dopadły ją wyrzuty sumienia oberwała ścierką po głowie.
- No wiesz. To był bardzo miły chłopiec i w dodatku ci się podobał. Potrafię poznać takie rzeczy. Czemu dałaś mu kosza?
Dziewczyna przyjrzała się niezadowolonej kobiecie, która liczyła widocznie na odrobinę romantyzmu w życiu pełnym mordów, złodziejstw i tym podobnych zbrodni. Nie tłumaczyła się jednak. Wiedziała, że postąpiła tak jak należało. Podziękowała pani Hudson za gościnę i powlekła się na górę. Było zbyt zimno, żeby wychodzić na dwór dla zwykłego dekorum. To był pierwszy moment, kiedy doceniła słynną dziurę w kiblu.
Świat musiał jednak kolejny raz udowodnić, że jej nienawidzi, bo po drodze do łazienki natknęła się na Holmesa.
- Czyżby brytyjskie organy ścigania nie spełniały twoich kryteriów?
- Słucham? - zatrzymała się w połowie schodka, choć wiedziała, że powinna go zignorować i iść dalej. Jednak ciemnowłosy detektyw był tak łatwy do zignorowania jak komar latający koło nosa.
- Dimmock był zawiedziony tym, że dałaś mu kosza. Przypuszczałem, że dwa tak proste umysły jak wasze będą do siebie pasować, ale widocznie jego przeszłość nie daje ci spokoju.
- Przestań w tej chwi… - nie dał jej nawet zaprotestować, bo znów zaczął swą zwykłą tyradę.
- Był bity w dzieciństwie, ojciec pewnie nadużywał alkoholu, przez to zaczął palić papierosy w młodym wieku. Widać po zżółkniętych paznokciach. Niedawno rzuciła go dziewczyna, o której myślał bardzo poważnie. W przeciwieństwie do paznokci ma białe zęby więc musiał je dla niej wybielić. Niechęć do bycia nagrodą pocieszenia i wrodzona antypatia do związków zaowocowały porażką inspektora. Ale może to i lepiej? Wasza randka musiałaby być strasznie nudna!
Sophie zapowietrzyła się i zacisnęła pięści nie mogąc znieść tej jego impertynencji.
- Derek to w przeciwieństwie do ciebie bardzo miły facet i dla twojej wiadomości podoba mi się i pójdę z nim jutro na randkę, która wcale nie będzie nudna! Ty zaciągnąłbyś kogoś na randkę tylko trzymając go na muszce, a i tak zanudziłbyś tą nieszczęsną duszę na śmierć bez przerwy udowadniając wątpliwą wyższość swojego intelektu. Derek zabiera mnie do chińskiego cyrku i to na pewno nie będzie nud…
- Powtórz to! - polecił jej ni z gruszki ni z pietruszki łapiąc ją za policzki, przez co o mało nie został zepchnięty ze schodów. Znaczy został z nich zepchnięty, ale złapał się poręczy.
- Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, to ci pokarzę jak wybucha profesjonalna bomba!
Sherlock machnął na nią tylko ręką, wyciągnął z kieszeni kawałek jakiejś ulotki i wyszczerzony jak totalny maniak, którym był, poleciał do swego salonu. Dziewczyna fuknęła, była pewna, że z nozdrzy poleciały jej iskry i kupa dymu. Nie mogła zrozumieć jak ktokolwiek mógł dać życie i wychować takie indywiduum? Wściekła wyciągnęła telefon z kieszeni i chciała zadzwonić do Dimmocka, ale przypomniała sobie, że nie ma jego numeru.
- Głupia - mruknęła i napisała wiadomość do Johna z zapytaniem, czy nie ma czasem numeru inspektora.
Watson okazał się świętym człowiekiem i darem losu i nieba, bo bez zbędnych pytań podał jej numer z dopiskiem życzącym powodzenia. Amerykanka wzięła głęboki wdech i postarała się uspokoić, aby nie brzmieć jak furia w czasie PMS. Nie miała przecież czym się denerwować. Na co dzień dzieliła łazienkę z samozwańczym królem rozumu więc krótka rozmowa telefoniczna nie była niczym strasznym. Wmówiwszy to sobie wykręciła numer.
- Derek, tu Sophie. Słuchaj, ta oferta jest jeszcze aktualna?... To świetnie, tylko mam jedną prośbę. Darujmy sobie ten cyrk, mam wrażenie, że będzie tam jutro za dużo klaunów.
- Wtedy wyskoczył przez okno.
- Żartujesz? - nie mogła uwierzyć w jego historię.
Sophie musiała przyznać, że od dawna tak dobrze się nie bawiła. Derek był naprawdę miłym facetem, zwłaszcza kiedy nie wisiała nad nim wizja rozmowy z pewnym nawiedzonym detektywem. Inspektor pozytywnie ją zaskoczył zabierając ją do Brixton Ritz na pokaz starych horrorów, a potem zaszli jeszcze na koktajl do Seven at Brixton. Teraz szli wzdłuż Tamizy w stronę Baker Street.
- Mówię poważnie - zapewniał ją. - Uciekający po dachach ubrany w różowy szlafrok swej konkubiny wyglądał komicznie. Uciekłby nam gdyby troczek nie zaplątał mu się w drabinę przy schodach pożarowych… Przepraszam.
Sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon.
- Mówi Dimmock… Tak? … Co? Jesteś pewien?... Zaraz będę.
- Kłopoty? - zapytała, widząc jego niezadowoloną minę.
Policjant jedynie westchnął.
- Dzwonił Holmes. Podobno nakrył szajkę przemytników w…
- Chińskim cyrku - dokończyła za niego.
- Wiedziałaś?
- Podejrzewałam - przyznała. - Kiedy zobaczyłam jego reakcję, gdy o nim wspomniałam. Dlatego nie chciałam byśmy tam szli. Randka z triadą w tle nie należy do moich ideałów.
- I nic mi nie powiedziałaś? Wiesz przecież jaka ta sprawa jest dla mnie ważna.
Sophie zmrużyła oczy. Myślała, że spotkała normalnego faceta, a nie kolejnego świra na punkcie zbrodni. Znając Sherlocka był to tylko kolejny trop, który wymagał zbadania, a nie akcja „złap mnie jeśli potrafisz".
- Może lepiej odwieź mnie do domu - zaproponowała, widząc jego złość.
- Tak zrobię.
Wzięli taksówkę i udali się na Baker Street. Dimmock był wściekły, ale nie przejęła się tym za specjalnie. W gruncie rzeczy to i tak poszła na to spotkanie tylko po to, aby dopiec Holmesowi. Zerknęła na siedzącego z boku mężczyznę, który przez całą drogę organizował przez telefon policyjny nalot. Kogo ona chciała oszukać? Naprawdę go polubiła, choć wiedziała, że nie powinna. Była zła na siebie, że najprawdopodobniej zaprzepaściła mu szansę na spory sukces, ale z drugiej strony inaczej chciałby się z nią dalej spotykać, a to nie prowadziłoby do niczego dobrego. Zdziwiła się, kiedy odprowadził ją do drzwi i pocałował w policzek na pożegnanie.
- Dzięki, świetnie się bawiłem - mruknął i prędko wrócił do samochodu. Zdążyła usłyszeć jedynie jak polecił taksówkarzowi udać się do Scotland Yardu, zanim zatrzasnął za sobą drzwi.
Sophie weszła do budynku i po cichu udała się na górę, aby przypadkiem nie obudzić pani Turner. Nie miała ochoty zdawać relacji ze swej pierwszej randki odkąd się tu wprowadziła, a jej gospodyni była bardziej wścibska niż potterowska Reeta Skeeter.
Godzinę później siedziała w piżamie w gumisie na fotelu z nogami zawieszonymi na oparciu i głową spuszczoną w dół, słuchając ballad U2, kiedy jej uszu dobiegło pukanie. Z łazienki wychylił się John.
- Hej, masz może ulotkę z tej tajskiej knajpy niedaleko?
- Chyba tak - odpowiedziała i poszła do kuchni, gdzie na lodówce wśród masy innych szpargałów poprzypinane były menu ze wszelkiej maści restauracji. - Przypuszczam, że randka z Sarą nie wyszła? Złapaliście chociaż tych przemytników?
- Uciekli - odpowiedział i usiadł przynajmniej na chwilę na taborecie. Robił się za stary na takie atrakcje. - Za to Sara znokautowała jednego z nich. Mam wrażenie, że jej się to podobało. Powinienem wiedzieć, że kiedy Sherlock doradza mi w sprawie randkowania, to musi mieć to jakieś drugie dno!
- Fakt, to było głupie - przyznała. - Cholera, nie wiem, gdzie ja to podziałam. Może być turek na Crawford?
- Pewnie, dzięki - próbował się do niej uśmiechnąć, ale słabo mu to wyszło. - A jak u ciebie? Udany wieczór.
- Przypuszczam, że bardziej niż twój.
Watson podziękował jej jeszcze raz i wrócił do siebie.
Sophie nikomu nigdy tak nie współczuła jak w tej chwili dobrodusznemu doktorowi. Był taki podekscytowany, kiedy wcześniej powiedział jej o randce z Sarą. A teraz wyglądał jak poobijany weteran wojenny. Oczywiście był poobijanym weteranem wojennym, ale nie powinien wyglądać tak po pierwszej randce. Dziewczyna westchnęła i zajrzała do lodówki. Nabrała dziwnej ochoty na grzanki z nutellą. Wsadziła w uszy słuchawki i zaczęła pląsać po kuchni w rytm hitów Bon Joviego.
Myślała, że parsknie śmiechem, kiedy zauważyła za słoikiem z masłem czekoladowym ulotkę, którą chciał John. Tanecznym krokiem weszła na Baker Street 221 b i stanęła jak wryta widząc nie tyle Sherlocka, co wymalowane na oknach znaki.
- Powiedz mi, że to twój nowy eksperyment, a nie to co myślę - poprosiła. Dość napatrzyła się na dziwne symbole drukując je, aby nie poznać takich samych, jak te ze zdjęć.
Jej słowa zdawały się wyrwać detektywa z transu, który spojrzał na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Sophie mogłaby się założyć, że w jego oczach pojawił się strach.
- Porwali Johna.
- Co? - miała nadzieję, że źle usłyszała.
- Porwali Johna i jego dziewczynę - powtórzył.
- Porwali Johna i Sarę?!
- No przecież mówię!
Przestali krzyczeć i popatrzyli się na siebie, to nie był moment na sprzeczki.
- Musimy zawiadomić policję - powiedziała.
- Nie ma na to czasu - odparł i wybiegł z pokoju.
Sophie pobiegła za nim do jak się okazało jej mieszkania, gdzie detektyw grzebał w kieszeniach jej płaszcza.
- Co ty robisz?
- Gdzie masz kluczyki? - zapytał. Chciała mu odpowiedzieć, że skoro jest taki genialny to powinien chyba to wiedzieć, ale ugryzła się w język. John był przecież w niebezpieczeństwie.
Wyrwała mu swój płaszcz i zarzuciła go na plecy, wciągając w tym samej chwili adidasy.
- Można wiedzieć, co ty robisz? - zapytał brunet. Nie miał czasu użerać się z jej amerykańskim syndromem bohatera.
- John to też mój przyjaciel - odpowiedziała i nie czekając na niego wybiegła za drzwi.
Sherlock dogonił ją na ulicy i zdziwił się, kiedy nie zatrzymała się przy swoim samochodzie, a pobiegła do domu po drugiej stronie ulicy, gdzie mieszkali jej przyjaciele. Zaraz z niego wybiegła.
- Nie mamy czasu na…
Nie dokończył, bo nacisnęła nowy klucz na co odpowiedział jej odgłos wyłączanego alarmu w nowiutkiej sportowej audicy stojącej z boku.
- Mój samochód nie nadaje się do szybkiej jazdy, a ja wiem gdzie Jo trzyma klucze - wyjaśniła i chciała wsiadać, ale brunet zatarasował jej drogę.
- Ja prowadzę.
- Po moim trupie - żachnęła się dziewczyna.
- Wiem gdzie oni są i jak najszybciej tam dojechać.
Sophie zmagała się z nim przez moment na zabójcze spojrzenia, ale po chwili spuściła wzrok i podała mu klucze. Choć jej duma wiła się z bólu, to wiedziała, że ten pacan miał rację i że stawka jest zbyt wysoka, aby unosić się honorem. W czasie jazdy myślała, że wyzionie ducha. Nigdy nie przypuszczałaby, że Holmes umiej jeździć jakby urwał się ze „Szybkich i wściekłych". Kiedy przeszedł jej szok zadzwoniła do Dimmocka. W przeciwieństwie do pana genialnego wiedziała, że będą potrzebować wsparcia.
Sherlock z piskiem opon zatrzymał się w mniej zaludnionej części miasta przy torach i wypadła z samochodu, nim silnik przestał pracować.
- Co ty robisz? - szepnęła na pół wrzeszcząc.
- Idę ich uratować, zostań w wozie. Gdy przyjadą ci idioci powiedz im, że przemytnicy są w tunelu metra.
Kobieta usiadła w samochodzie i wyciągnęła ze schowka paczkę papierosów Jo, która leżała tam na czarną godzinę. Jeśli porwanie przyjaciela nie było czarną godziną , to nie wiedziała co nią było. To były najdłuższe trzy papierosy w jej życiu. Kiedy usłyszała zbliżające się syreny upuściła niedopałek na siedzenie. Nie przejęła się tym, że może wypalić dziurę w skórzanej tapicerce. Skórzana tapicerka była dla niej teraz najmniej ważną rzeczą we wszechświecie. Na widok wysiadającego z radiowozu Dimmocka pognała do niego i zatrzymała się tuż przed nim.
- Są w tunelu metra - oznajmiła i czekała aż wyda rozkazy.
Gdy skończył mówić policjantom co mają robić nie wytrzymała dłużej z płaczem rzuciła się mu na szyję. Powiedzieć, że był zaskoczony byłoby dużym niedopowiedzeniem. W końcu niecodziennie dziewczyna w piżamie obściskuje cię na miejscu zbrodni. Po chwili udało mu się ją uspokoić i wcisnąć pomarańczowy koc. Wątpił, aby było jej ciepło w letnich butach, kalifornijskim płaszczu i piżamie.
Łzy na widok inspektora były niczym w porównaniu do kaskady, która pociekła jej z oczu widząc Watsona. Nawet Sherlock nie mógł powstrzymać śmiechu z zazdrości Sary, gdy niespodziewanie ładna kobieta zaczęła ściskać jej dzisiejszą randkę. Zazdrość na jej twarzy była jednak krótkotrwała, bo Sophie puściła Johna i przytuliła panią doktor chyba wyłącznie z rozpędu, bo nigdy wcześniej nie widziała jej na oczy. Puściła ją i zwróciła się do Sherlocka. John wstrzymał aż oddech.
Sophie spojrzała się w te zimne, kalkulujące wszystko i wszystkich oczy i uśmiechnęła się delikatnie. To samo ku zdziwieniu wszystkich zrobił Sherlock. Doktor miał nadzieję, że od tej chwili życie z tą dwójką będzie łatwiejsze, bo w końcu zdawali się nawiązać miedzy sobą nić porozumienia. Jego nadzieje spłonęły niczym Gollum w Górze Przeznaczenia, kiedy w następnej chwili dziewczyna spoliczkowała detektywa.
- Idiota - warknęła i odeszła do samochodu.
Zdezorientowany Sherlock popatrzył się na Johna żądając wyjaśnienia.
- Co takiego zrobiłem? - zapytał.
Nie miał jednak zamiaru przejmować się humorami jakiejś durnej Amerykanki. Poprawił kołnierz i ruszył za Johnem i Sarą do wyjścia.
Kiedy wrócili na Baker Street John poszedł zaparzyć herbatę. Miał niecny plan wytknięcia Sherlockowi, iż na końcu był nawet miły dla młodego inspektora, który wcześniej niewymownie go irytował. Miał wrażenie, że zrobił to ze względu na ich sąsiadkę o czekoladowych włosach.
Wróciwszy z kuchni do salonu z kubkami w rękach otworzył już usta, ale zamknął je niemal od razu. Pierwszy i jedyny doradczy detektyw spał jak dziecko na kanapie mrucząc przez sen coś o niemożliwych zamorskich dzikusach. Watson odstawił kubki i nakrył przyjaciela kocem, a potem wyłączył światło.
