- Boże święty i Matko Boska, chcesz żebym dostała zawału? - zapytała Sophie, widząc detektywa podrzucającego puszkę z żółtą farbą. - Co tu robisz?
- Jak to co? To moje mieszkanie - odparł znudzony.
- Ale nie miałeś być czasem na Białorusi, czy coś?
- Nieporozumienie. Facet zadźgał kobietę w afekcie. Nie ma żadnej sprawy.
Sophie wyciągnęła z szafki swoja kawę, którą pożyczył wczoraj John, a którą zapomniał oddać. Pewnie przez obecność Sary. Patrząc teraz na Norton i Holmesa ktoś mógłby pomyśleć, że ich animozje poszły w niepamięć, ale Sophie była zwyczajnie zaspana i chora więc nie miała siły drzeć kotów nawet z kimś tak irytującym jak Sherlock.
- Skąd to mamy? - zapytał mężczyzna podnosząc puszkę z farbą. - Znowu Generał Shan?
- Rozprawa Johna, pamiętasz? - jej zaspanie połączone z gorączką i zakatarzeniem zaczynało pomału ustępować miejsca przyzwyczajeniu.
- A tak... I jak poszło?
- Ni jak - odparła, stawiając czajnik na kuchence dużo głośniej niż to było konieczne. - Gdybyś zechciał zauważyć co dzieje się wokół ciebie nawet jeśli w pobliżu nie ma żadnych zwłok, to pamiętałbyś, że poprosiłam Dereka, aby postarał się zatuszować sprawę.
- Nie rozumiem czemu mam zwracać uwagę na tak nużące rzeczy. Od samego początku jasne było, ze uniewinnią Johna. Niczego nie zrobił.
- W przeciwieństwie do ciebie wymiar sprawiedliwości bywa omylny, a więzienia są pełne niewinnych ludzi.
Sherlock uśmiechnął się uśmiechem, który ani trochę jej się nie podobał.
- Przyznajesz, że jestem nieomylny?
- Nieomylna osoba raczej wiedziałaby, że Ziemia krąży wokół słońca - przekomarzała się wydmuchując nos.
- Co? To nie prawda!
- Wątpię, aby John kłamał.
- John ci to powiedział? - nie dowierzał Shelock.
- Napisał na swoim blogu - wyjaśniła - Poszukaj pod wpisem „Studium w różu".
Detektyw ściągnął brwi.
- Myślisz, że zdołasz mnie wyprowadzić z równowagi tak nędzną dygresją? Amerykańska głupota naprawdę nie zna granic.
- A idź i się utop. APSIK! Albo lepiej choć raz użyj tych swoich zapędów pirotechnicznych w dobrym celu i wysadź się w powietrze.
- A ty znowu o tym! - aż wstał. - Kiedy przestaniesz mi to w końcu wypominać?
- Zaraz po świętym nigdy! Ludzie tak łatwo nie zapominają, ze ktoś chciał ich wysadzić!
- Ile razy mam ci powtarzać, że to był tylko eksperyment? Odpuść wreszcie, bo stajesz sie bardziej nudna i absurdalna niż zazwyczaj, a to niemałe osiągniecie! Jak chcesz, to możesz wysadzić jakąś naszą ścianę!
- To nie twoje ściany tylko pani Hudson. I w przeciwieństwie do ciebie nie jestem wandalem!
- Amerykańska popkultura wyprała ci resztki rozumu! Ile razy mam ci powtarzać, że to był niezamierzony skutek eksperymentu?! To nie wandalizm!
Sophie gdyby mogła, wyszłaby z siebie i stanęła obok. Zamiast tego wyrwała Sherlockowi farbę i nim się zorientowała stworzyła mu na ścianie przejaw wandalizmu popkultury, wielką uśmiechniętą buźkę. Kiedy skończyła była z siebie zadowolona przez pierwsze 5 sekund. Potem doszło do niej, że dała się sprowokować i pomazała ścianę pani Hudson. Holmes stanął kolo niej i przechylił nieco głowę, lustrując dokładnie dzieło jej temperamentu.
- Nawet pasuje - przyznał i ze swą zwykłą gracją rzucił się na sofę.
Kobieta nie wiedziała co ma powiedzieć. Zacisnęła pięści, zagryzła zęby i zabierając ze sobą słoik z kawą wyszła, ostentacyjnie zatrzaskując drzwi. Sherlock tylko sie uśmiechnął. Wstał, poszedł do kuchni i zalał wrzątkiem kubek z kawą, który zostawiła Sophie. Dobrze było wrócić do domu. Przynajmniej do chwili, w której jego arcywróg znów nie dał o sobie znać. Innymi słowy Sherlock zaczął się nudzić.
Przeziębienie to okropna rzecz, ale nie tak okropna jak przeziębienia doprawione grypą. Norton od dnia, w którym wyciągnęła Johna z aresztu czuła się średnio, ale kiedy jeden z jej współpracowników przyniósł na plan bakcyle grypy, którymi obdarowali jego synka w przedszkolu, pół ekipy padło na zasmarkany pysk i to dosłownie. Sophie była w tej szczęśliwej połówce. Co prawda z nadopiekuńczymi Jo i Davidem, matkującą panią Hudson i prywatnym lekarzem w osobie Watsona za ścianą miała lepszą opiekę niż rodzina królewska, to nie wiedziała jednak czemu tak diabelnie dzwoniło jej w uszach i czemu nic nie widziała. Zaraz… miała zamknięte oczy. To wyjaśniało brak wizji, ale co z tą niedostrojoną fonią? Pamiętała jak rano pokłóciła się z Holmesem, ale to była norma. Później położyła się spać oglądając w przerwach „Piratów z Karaibów". Koło piątej wstała, aby wziąć syrop i wtedy… film jej się urwał. Może coś wyjaśniłoby się, gdyby otworzyła oczy? Tak to był dobry plan.
Uniosła powieki, ale zaraz je zamknęła. Najwidoczniej umarła i jakimś cudem dostała się do nieba, gdzie przywitał ją święty Piotr. Co prawda nigdy nie przypuszczała, że święty Piotr będzie tak podobny do pani Hudson, ale nie jej było wtrącać się w odgórne zamysły estetyczno-personalne. Uznała, że nieładnie tak ściskać powieki, odmawiając spojrzenia w oblicze Strażnika bram niebieskich. Kiedy ponownie je otworzyła stwierdziła, że wcześniej doszła do złych wniosków. Trafiła do ostatniego kręgu piekielnego, gdzie przywitał ją nie kto inny jak siwiejący Sherlock. Może to był jego przodek? Taki praprapradziadek Holmes, który nie potrafił powstrzymać swych genialnych lędźwi i przez to jej łazienkę spotkała zagłada? W geście zemsty mogła zrobić tylko jedno. Zdzieliła go w nos. Przynajmniej chciała, ale dziadek Holmes musiał posiadać jakieś piekielne moce i złapał jej pięść, po czym spojrzał się na nią jak zwykł patrzeć się jego x razy prawnuk. Chciała mu powiedzieć, żeby poszedł i się udusił w jakimś kotle, ale kichnęła. Czy nieboszczyki potrafią kichać?
- Sophie, kochanie, nic ci nie jest?
Usłyszała głos z góry, dochodzący z ust pani Hudson, która nie miała już wokół siebie ezoterycznej poświaty, a smugę kurzu na policzku.
- Nie wiem - odparła szczerze.
- Oczywiście, że nic jej nie jest skoro przed chwilą chciała mnie zabić - wtrącił Sherlock.
- Przestań dramatyzować. Musimy pomóc jej wstać.
- Właściwie, to co się stał… - zamilkła widząc stan mieszkania.
Po szybach zostało jedynie wspomnienie i masa szklanych okruchów na podłodze, która gościła teraz większość rzeczy, jakie wcześniej stały na pułkach. Figura Obcego ćwiczyła komendę padnij za kanapą, a topór był wbity niebezpiecznie blisko kabla od laptopa.
Dziewczyna wyrwała się spod pachy gosposi i walnęła Shelocka w to, co miała najbliżej. Czyli w zadek.
- Mówiłam, abyś wysadził ten swój czerep, a nie resztę mego mieszkania - wysyczała.
- Sophie?!
Dźwięk głosu kogoś niemieszkającego na Baker Street przerwał jej tyradę i uratował Holmesa przed losem siekanej wątróbki. Nie mogła przecież go zamordować na oczach inspektora Scotland Yardu. Przypuszczała, że każdy sąd by ją uniewinnił, ale wolała nie ryzykować. Chrzanić sądy, to Crofti byłby wtedy jej największym zmartwieniem. Z resztą nie tyle on, co jego tajne służby.
- Nic ci nie jest?
Zogniskowała wzrok na inspektorze, którego zmartwiona twarz unosiła się tuż przed nią. Nie unosiła się oczywiście w sensie dosłownym, bo to byłoby raczej niepokojące. Głowa Dimmocka była osadzona na jego szyi tak jak być powinno.
- Mam wyjątkowo głupie myśli - przyznała.
- A to nic nowego - wtrącił Sherlock, który używał katany, jaka wcześniej wisiała na honorowym miejscu na ścianie, aby trzymać od siebie z dala gromadkę lekarzy.
Dziewczyna prawie poderwała się na równe nogi. Jeśli Holmesa napastowały obce konowały, to co stało się z Watsonem?
- Gdzie jest John?
- Z tego co wcześniej udało mi się ustalić pan Watson udał się do swojej partnerki przed wybuchem - wyjaśnił Derek usadzając ją z powrotem na fotelu i przykładając do czoła worek z lodem. - Nic mu nie jest. Pan Holmes kazał go nie zawiadamiać.
- Niech chociaż on się wyśpi - zgodziła się. - A co z budynkiem 214? Są duże szkody.
- Nie - odpowiedział inspektor sprawdziwszy swoje notatki.
Sophie odetchnęła z ulgą. Jo wyjechał do Nowego Yorku komentować mecz hokejowy, a David wykorzystał urlop i zabrał się razem z nim. Pod ich nieobecność to ona miała się zajmować ich domem. Podlewać kwiatki, odbierać pocztę itd. Gdyby na jej warcie tajemniczy wybuch zniszczył ich mieszkanie nie wypłaciłaby im się do końca życia. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie sportowe perełki, które kolekcjonował Jo.
- Właściwie, to co się stało?
- Najprawdopodobniej wyciek gazu - objaśnił policjant. - Niedługo technicy skończą oględziny i będziemy mieli pewność.
- Może pomogę? - zaproponowała. - Zrobiłam więcej bomb niż oni widzieli razem wzięci.
- Nie mogę wpuszczać cywila na miejsce wybuchu. Musisz odpoczywać. Spróbuję zorganizować jakąś folię na okna, aby w nocy nie było ci zbyt zimno. A może masz kogoś, u kogo mogłabyś się przespać? Podwiozę cię tam - Dimmock ucichł widząc jej niezadowoloną minę. - Powiedziałem coś nie tak?
Sherlock uniósł oczy do nieba. Nawet ich wkurzająca Amerykanka nie powinna cierpieć takiej głupoty.
- Sophie miała nadzieję, że przenocujesz ją u siebie, skoro uderzasz do niej w konkury, z resztą wyjątkowo nieudolnie - Holmes dla lepszego efektu postawił swój kołnierz od szlafroka i choć nie wyglądał nawet w ćwierci tak przytłaczająco jak w swoim płaszczu, kontynuował. - Nie wiedziała, że mieszkasz znowu z bardzo staroświecką matką, która nie zniosłaby innej kobiety pod swoim dachem, chyba że zaobrączkowanej. Musiałeś się do niej wprowadzić, kiedy rzuciła cię narzeczona, po której nie mogłeś się pozbierać przez kilka miesięcy.
Dimmock wstał gotowy się bronić, choć nie wiedział jak miał to robić, bo wszystko co powiedział Holmes było prawdą. Na szczęście czuwała nad nim opatrzność, bo został poproszony przez technika na dół. Sophie nie oponowała kiedy odchodził. W chwili, w której zniknął za drzwiami zwróciła się do detektywa.
- On naprawdę mieszka z mamą?
- Ma uprasowane skarpetki.
Sophie nie odpowiedziała na tak trafną obserwację. Wolała z resztą nie wiedzieć skąd Sherlock znał stan skarpetek Dereka. Zadrżała czując wieczorne powietrze wpadające przez wybite okna.
- Ile okien ucierpiało w naszych kamienicach?
- 12 - odpowiedział machinalnie i wyprostował się dumnie, wkładając miecz do pochwy. Odgonił ostatniego, najbardziej upierdliwego lekarza.
Dziewczyna wyciągnęła telefon i wybrała numer.
- Al, tu Norton. Mógłbyś mi podrzucić na Baker Street 12 płyt pilśniowych. Takich 2 na 2 i pół metra?... Tak mam wolne, ale wysadziło mi szyby w oknach… Wytłumaczę jak przyjedziesz. Trafisz bez problemu. Kieruj się na największe zbiegowisko gapiów… Dzięki, to do zobaczenia.
- Dla nas też zamówiłaś? - zapytał detektyw, nie mogąc pojąć czemu to zrobiła. - Dlaczego? Chcesz abym miał u ciebie dług?
Dziewczyna spojrzała na niego nie pojmując jak ktoś tak genialny może być jednocześnie takim idiotą.
- Zrobiłam to, bo tak należało. To się nazywa pomoc bliźniemu.
- Sentymenty - powiedział i bez ostrzeżenia wyszedł.
Sophie siedziała w bezruchu przez moment, po czym zdała sobie z czegoś sprawę.
- Holmes, oddawaj moją katanę!
Wieczorem nasiliła jej się gorączka, a nie chcąc znów chować się pod stół przed stadem zielonych słoni, wybrała mniejsze zło i zatoczyła się do mieszkania Sherlocka. Zdziwiła się widząc detektywa stojącego przy uchylonym oknie, przyglądającemu się gwieździstemu niebu.
- Rzadko kiedy widać tu gwiazdy. Przez wybuch wyłączyli prąd w całej dzielnicy.
Spohie mogłaby przysiąc, że Holmes urwał się ze Star Treka i że on i Crofti, to zaginieni bracia Spoka. Jakim cudem on wiedział, że stała w progu? Była przecież cicha jak myszka.
- Masz zatkany nos i sapiesz - wyjaśnił, pomimo że nie zadała nawet pytania.
- Ktoś ci kiedyś mówił, że jesteś straszny? - zapytała i usiadła na fotelu przykrywając się kocem.
- Wielokrotnie.
Dziewczyna oparła brodę na kolanie. To zabawne, ale kilka tygodni temu siedziała na tym samym krześle bojąc się o własne życie, a teraz wyobrażała sobie Sherlocka jako księcia goblinów z gwiazdą Syriusza wplecioną we włosy. Stojąc na tle nocnego nieba w swym granatowym szlafroku właśnie tak wyglądał. Nie raczyła tego przemilczeć, na co Holmes powiedział tylko jedno.
- Masz gorączkę i majaczysz.
- A w dodatku naćpałam się gripeksem - przyznała bez bicia.
- Po co właściwie tu przyszłaś? Na pewno nie dla towarzystwa.
- Książę goblinów w gwieździstej koronie musi mnie uratować przed zielonymi słoniami.
- Zielonymi słoniami?
- Chowają się u mnie pod łóżkiem i chcą mnie dopaść. Są jeszcze gorsze niż hefalumpy.
Sherlock nie wiedział i szczerze nie chciał wiedzieć o czym mówi zakała jego żywota, ale wiedział, że jeśli ją odprawi to Watson i pani Hudson nie dadzą mu żyć.
- Możesz tu zostać ale masz być cicho - polecił podnosząc skrzypce.
- A ty będziesz grać i przyglądać się gwiazdom - wymruczała w koc.
- Gwiazdy mnie nie interesują - odpowiedział trącając struny.
- To, że cię nie interesują nie znaczy, że nie możesz ich podziwiać - zripostowała odruchowo i zasnęła.
Nie wiedziała nawet czy ją usłyszał, bo mówiła coraz ciszej, a Sherlock zaczął grać. I tak przy dźwiękach skrzypiec Sophie i cała Baker Street pogrążyła się we śnie.
