Dzień zaczął się dobrze, a to samo w sobie było dziwem nad dziwami. Oczywiście Sophie nie obudziłaby się tak miło w fotelu na Baker Street 221b. Sherlock będąc swym gburowatym sobą wyrwał ją ze snu w środku nocy, gdy przestał grać i wygnał do siebie, nie mogąc znieść jej „amerykańskiego chrapania", które było najwidoczniej wyjątkowo obraźliwe dla jego brytyjskich uszu. Najpierw kobieta chciała go wykastrować, ale budząc się teraz we własnym łóżku miała tak dobry humor, że postanowiła być dzisiaj miła dla ćwoka, a przynajmniej postarać się bardziej niż zwykle. Nawet przeziębienie zdawało się zelżeć przy tak miłym poranku i dać jej fory.

Postanowiła skorzystać z okazji i zrobić to, co każda szanująca się dziewczyna po grypie. Umyć głowę.


Mycroft siedząc naprzeciwko Sherlocka zawsze miał wrażenie, że młodnieje przynajmniej o trzydzieści lat. To byłoby miłe, gdyby tylko powodem nagłego odmłodzenia nie była dziecinność, którą jego brat uskuteczniał z zaciętością godną telemarketera wciskającego panele słoneczne. Ci byli ostatnio plagą gorszą niż czarna śmierć. Stracił pół godziny odmawiając jednemu takiemu delikwentowi, który jakimś cudem zdobył jego numer. A numer Mycrofta Holmesa był jednym z najbardziej tajnych numerów pod jakie można zadzwonić na wyspach. Żeby pozbyć się natręta musiał grzecznie dać mu do zrozumienia, że jeśli się nie rozłączy, to w najbliższym czasie nie tylko MI5 i MI6 będą u niego na herbatce, ale także wszelkie inne możliwe służby, włączając w to nawet Marynarkę Wojenną. Na Boga, gdyby jego brat wybrał taką drogę kariery zamiast tej durnej zabawy w detektywa, to osobiście by go zabił. W końcu komu, po cholerę, potrzebne są panele słoneczne w Anglii?

Od piętnastu minut bracia Holmes siedzieli tak w bezruchu trwając w jednej z najstarszej z bitew pod tytułem „kto pierwszy mrugnie, ten jest ciapa". Z każdym tyknięciem zegara zbliżał się finał. Obaj czuli to w swoich kanalikach łzowych. Już tylko chwila, kilka sekund i…

- Sherlock, do diabła, po kiego grzyba potrzebny ci mój szampon czekoladowy?!

Wszystkie rzeczy na tym padole od zarania dziejów zaczynają się lub kończą przez babę. Dzięki Norton nigdy nie dowiemy się, jak skończyłaby się bitwa tych dwóch zatwardziałych gigantów intelektu. Ale nic straconego. Mina Mycrofta widzącego jego prywatnego szpiega wparowującego do mieszkania jego małego braciszka prosto spod prysznica, jedynie w ręczniku, w pełni to zrekompensowała.

- Panno Norton - przywitał się automatycznie, jedynie dzięki wdrylowanemu mu przez matkę dobremu wychowaniu.

- O, hej Crofti - Sophie na chwilę opuściła z twarzy minę Nazgula, którego spuszczono w klozecie i uśmiechnęła się do jej dobroczyńcy, po czym ponownie zwróciła się do młodszego z Holmesów, już nie tak miło. - Gdzie jest mój szampon?

- W lodówce - odpowiedział Sherlock, nie spuszczając wzroku z brata, choć na pewno zauważył niemal nagą kobietę w salonie. - Był mi potrzebny…

- Do eksperymentu mającego ocalić ludzkość - dokończyła za niego, idąc do kuchni. - Tak wiem, domyśliłam się. Wątpiłam, byś chciał pachnieć czekoladą.

Mycroft spojrzał pytająco na brata, gdy zostali na moment sami. Sherlock zachowywał się jakby półnagie kobiety wpadające do jego mieszkania bez pukania i robiące awantury były na porządku dziennym. Wszelkie przejawy sexu zawsze niezmiernie go peszyły, a teraz siedział jak skała. Może winne było podejście? Może nie patrzył na pannę Norton jak na kobietę, a na upierdliwą Amerykankę? Starszy z Holmesów nie wiedział, jak można nie widzieć w Sophie kobiety, gdy paraduje w samym ręczniku, ale Sherlock od zawsze w niektórych sprawach był niezwykle tępy. Dziewczyna nie była głupia i pewnie już to zauważyła, dlatego nie przyszło jej do głowy, aby się wstydzić. A może był to przejaw amerykańskiego liberalizmu? Trudno było powiedzieć.

- Tam jest głowa - powiedziała Sophie, wychylając się z kuchni. - Masz w lodówce prawdziwą ludzką głowę?

Detektyw po raz pierwszy obdarzył ją spojrzeniem.

- Oczywiście, że jest prawdziwa, to eksperyment. I niby gdzie indziej miałem ją trzymać? W zamrażalce się nie zmieściła.

Mycroft przygotował się do złapania mdlejącej kobiety. Nie spodziewał się wielkiego wyszczerzu na jej twarzy.

- Pożycz mi ją.

- Absolutnie nie! - młodszy Holmes prawie poderwał się z fotela.

- Proszę - nie poddawała się. - Wiesz ile odciętych czerepów muszę czasami robić? Wiele, choć nigdy nie widziałam prawdziwego. Daj mi go zbadać, a przysłużysz się realizmowi srebrnego ekranu. Proszę, proszę, proszę.

- Nie mam zamiaru nikomu się przysłużyć. Pożyczyłem głowę z Bartsa i jestem za nią odpowiedzialny. Na pewno nie dam jej tobie.

Sophie zmarszczyła czoło i skrzyżowała ręce.

- Proszę po raz ostatni albo cię zmuszę.

- Obawiam się, że to nie takie proste - wtrącił Mycroft. - Niemal od pół godziny próbuję go przekonać, by wyświadczył mi drobną przysługę, na razie bez rezultatu. Zawsze był taki uparty. Dorastanie z nim pod jednym dachem to była katorga. Mama nigdy nie mogła znieść jego humorów.

- Moich humorów? - oburzył się Sherlock. - To nie przeze mnie zaczęła palić!

- No już, chłopcy, uspokójcie się - poleciła Sophie głosem, który potrafią wygenerować jedynie przedstawicielki płci żeńskiej. - I uwierz mi, Crofti, wszystko da się z nim załatwić, kiedy się wie, jak twój drogi brat tyka.

Mycroft nawet nie starał się powstrzymać uśmiechu na widok świętego oburzenia Sherlocka.

- Że niby ty wiesz, jak ja „tykam"?

- Ujmę to w ten sposób - powiedziała podchodząc do niego, zarzucając biodrami na boki dużo bardziej niż zazwyczaj dla lepszego efektu. Choć zwarzywszy, że normalnie w ogóle nimi nie zarzucała, to nie było to trudne. - Jeśli nie pożyczysz mi tej głowy, to dam ci pięknego, mokrego, przeraźliwie długiego całusa pełnego moich bakcyli. I to prosto w usta.

Dobrze, że wyrżnięcie z fotela na podłogę w jego obecnej pozycji było niemożliwe, bo Mycroft miał na to wielką ochotę.

- Nie odważysz się - zaoponował Sherlock, ale wstał, gdy podeszła do niego niebezpiecznie blisko.

- To choć tu i się przekonaj.

- To napastowanie sexualne.

- I mówi to domowy pirotechnik. Dostaniesz tego całusa czy ci się to podoba, czy też nie. Chyba, że pożyczysz mi głowę.

Sherlock ledwo jej się wywinął i schował za fotel.

- Nie dam się pocałować i na pewno nie dam ci głowy.

- W takim razie przestań uciekać i staw temu czoła jak mężczyzna!

Teraz już przestali żartować i zaczęli się ganiać po całym salonie, dając Mycroftowi uciechę jakiej nie doświadczył od lat.

- Możesz uciekać, Holmes, ale się nie ukryjesz. Mieszkamy koło siebie i sam zrobiłeś mi idealne wejście na swoje terytorium. Kiedyś cię dopadnę.

Sherlock odwrócił się na moment, aby powiedzieć jej coś uszczypliwego prosto w oczy i to był błąd. Sophie wykorzystała okazję, przeskoczyła stolik i zwaliła detektywa z nóg. Dosłownie, bo wpadła na niego i przygwoździła własnym ciałem do kanapy.

- Głowa albo całus, wybieraj - zagroziła, robiąc ustami dzióbek.

- Dobrze, już dobrze - poddał się brunet, nie widząc innego wyjścia, bo na pewno nie chciał być całowany przez zakałę jego żywota i to na oczach brata. - Weź sobie tę głowę i tak już z nią skończyłem. Ale pod jednym warunkiem.

Sophie uniosła brew. Nie sądziła, że Sherlock był w pozycji, aby stawiać jakiekolwiek warunki, ale była ciekawa co tym razem uroiło się w tej jego główce.

- Tak?

- Masz ją odnieść dzisiaj do Bartsa.

Dziewczyna wyszczerzyła się jeszcze bardziej niż wcześniej. Zawsze chciała odwiedzić kostnicę.

- Spoko. Odtransportuję ją za kilka godzin - powiedziała i zanim zeskoczyła z detektywa cmoknęła go w czoło.

- Norton! - wrzasnął Sherlock, obcierając twarz rękawem, jak gdyby była ona pomazana wyjątkowo żrącym kwasem.

- Ciao, Crofti - zawołała i wybiegła z mieszkania w jednej ręce trzymając głowę, a drugą podtrzymując ręcznik, który przez te całe bieganie prawie się rozwiązał. Dopiero kiedy wpadła do siebie zorientowała się, że zapomniała szamponu.


To zabawne, ale wystarczyło powiedzieć, że przysłał cię Sherlock Holmes, a wszystkie drzwi w Szpitalu Św. Bartolomea stawały dla ciebie otworem. Wszyscy ludzie zaś dziwnie mieli nagle coś pilnego do zrobienia i jak najprędzej uciekali. Sophie przypuszczała, że sądzili iż każdy, kto z własnej woli powołuje się na tego lunatyka jest równie szalony. Może to i lepiej? Jeden stan przedzawałowy na dzień stanowczo jej wystarczy. Idąc do szpitala, raptem dwieście metrów od parkingu, musiała przechodzić koło patrolu policji z psem, który zaczął niemiłosiernie ujadać. Ciekawe co powiedziałaby policji, gdyby zechcieli ją zrewidować? Że ścięta głowa w torebce, to taki ostatni zamorski „must have"? Na szczęście gliny były zbyt zajęte wcinaniem pączków, aby fatygować się do zakatarzonej kobiety idącej do szpitala.

Zjeżdżając windą do podziemi, gdzie mieściło się prosektorium, czule poklepała głowę denata. Biedak pewnie nie widział jak bardzo jej się przydał. Zadowolona weszła do pomieszczenia, do którego kazano jej się zgłosić do niejakiej Molly Hooper. W pokoju przy biurku stała niska, szarawa kobietka w najlepsze flirtująca z jakimś gostkiem.

- Przepraszam bardzo -powiedziała, nie chcąc podsłuchiwać. - Molly Hooper, zgadza się?

Kobieta podskoczyła. Najwyraźniej bardziej bała się żywych niż martwych.

- Tak, słucham?

Sophie uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. Zapunktowanie u kogoś, kto ma dostęp do zwłok nie mogło boleć.

- Sophie Norton, Sherlock Holmes prosił mnie, abym ci to oddała - powiedziała, wyciągając z torebki owiniętą w folię głowę.

Molly niemal łapczywie wyrwała ją z rąk Amerykanki i z niedowierzaniem przyglądała się to głowie, to Sophie.

- Sherlock prosił cię byś to oddała? On nigdy nikomu nie pozwala dotykać swoich eksperymentów. Jesteś… jesteś jego dziewczyną? - zapytała niepewnie, lustrując ją od stóp po głowę. Żywą, nie tę ściętą.

Sophie wyciągnęła ręce w geście obrony. Pracując w Hollywood widziała wystarczająco dużo chorobliwej fascynacji wśród fanów gwiazdek filmowych, aby takiej nie poznać. Co prawda nie wiedziała, jak można zadurzyć się w takim aroganckim palancie, ale widocznie jednym z warunków była praca z trupami.

- O nie, zapewniam, że nie. Mieszkamy koło siebie, to wszystko. Właściwie to nawet się nie lubimy. Tak zwana przymusowa asocjacja.

Jej słowa zdawały się uspokoić panią koroner. Nawet szczerze się uśmiechnęła, najwidoczniej nie widząc w niej dłużej rywalki, a potencjalnego sprzymierzeńca. Jeśli wykradnięcie paru par majtek Holmesa było ceną za dostęp do prawdziwych trupów, to Sophie była w stanie ją zapłacić i to z miłą chęcią.

- Molly Hooper, ale to już wiesz - przedstawiła się, czując się co najmniej niezręcznie. Prawie podskoczyła, kiedy sobie o czymś przypomniała. - A to jest Jim.

- Cześć, miło mi cię poznać.

Sophie bez zastanowienia przyjęła wyciągniętą rękę mężczyzny.

- Jim pracuje w IT - Hooper trajkotała dalej, patrząc się na niego z dumą. - Mamy taki mały biurowy romansik.

Sophie prawie zachłysnęła się i udusiła własną śliną. Czy Brytyjczycy nie powinni być raczej powściągliwi, a nie mówić obcym osobom o swoim życiu prywatnym? Zwłaszcza takim, które pewnie było potępiane przez pracodawcę? Zastanowiła się przez chwilę, póki nie spłynęło na nią oświecenie. Mała pani patolog nie była tak durna jak mogłoby się wydawać. Miała nadzieję, że Sophie powie o jej romansie Sherlockowi, a ten uświadomi sobie swe uczucia i przyleci porwać ją na białym koniu.

- To… miłe - powiedziała w końcu.

Molly zdawała się wręcz podskakiwać i ujęła rękę Jima, który się uśmiechnął. Może była jednak zwyczajnie dziwna i zwyczajnie naprawdę szczęśliwa z… Sophie po raz pierwszy dobrzy przyjrzała się mężczyźnie, z którego zdawało się krzyczeć jedno słowo, gej. Teraz to już nic nie rozumiała.

- Jim dopiero co przyszedł tu do pracy i od razu zaiskrzyło między nami. Dasz wiarę, że wcześniej pracował w schronisku dla zwierząt? Jest taki wrażliwy…

- Na pewno - przytaknęła, chcąc jak najszybciej uciec od tej dziwnej kobiety. Była miła, jak na jej gust wręcz za miła i naiwna. Sophie nie miała nic przeciwko miłym ludziom. Sama starała się taka być, ale wszystko miało swoje granice. - Wiesz, Molly, muszę lecieć. Może kiedyś wybierzemy się na kawę?

- Pewnie - Hooper teraz już naprawdę podskakiwała jak wskazywało na to jej pasikonikowate nazwisko. - Wiesz gdzie mnie znaleźć. W razie czego Sherlock mam mój numer.

- Spoko, niedługo się odezwę, papatki.

- Pa - zamachał do niej Jim.

Kiedy wyszła na korytarz odetchnęła z ulgą. To było bardzo, bardzo dziwne. Może Molly bez swego faceta w pobliżu będzie bardziej normalna? Chociaż nie… wtedy będzie pewnie nawijać o Sherlocku. Nie było sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Co ma być, to będzie. Musiała wrócić do domu i wziąć proszki, bo czuła, że znowu zaczyna brać ją gorączka.

- Hej, zaczekaj!

Zatrzymała rękę nad guzikiem zamykającym windę. W jej stronę biegł Jim, który zasapany wpadł do windy przez chwilę nie mogąc złapać tchu.

- Dzięki. Nawet nie masz pojęcia jak ciężko jest złapać tu windę. Czeka się czasami nawet 15 minut.

- Nie ma sprawy - odparła, po czym zaległa między nimi kłopotliwa cisza, która jest normą podczas poruszania się windami na całym świecie.

- Słuchaj - zaczął po chwili Jim. - Mogę cię o coś zapytać?

- Pewnie - odparła, gdy winda właśnie zatrzymała się na parterze. Musiało to być coś ważnego bo mężczyzna wysiadł razem z nią.

- Nie chcę być wścibski, ale na pewno nic nie łączy cię z tym całym Sherlockiem? Nie mam nic przeciwko - dodał szybko widząc jej minę, którą można było określić jako WTF. - Nawet by mi ulżyło. Molly dużo o nim mówi i muszę przyznać, że jestem nieco zazdrosny.

Sophie zlustrowała go dokładnie.

- Ja i Holmes jesteśmy jedynie znajomymi, ale zapewniam, że amory mu nie w głowie. Nie interesuje go nic poza pracą, czyli głównie mordami. To… specyficzny człowiek.

- Musicie więc do siebie pasować - dodał z uśmiechem. - Niewiele kobiet nosi w torebce obcięte głowy.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- To tylko kawałek ciała. Nic nie można z nim już zrobić. Ludzie umierają, tak już mają.

- To raczej chłodny pogląd - zauważył informatyk.

- W moim zawodzie potworności są na porządku dziennym. Przyzwyczaiłam się - przyznała, sama właściwie nie wiedząc, czemu mówi to obcej osobie. W nim było coś dziwnego… - Sorki, ale teraz ja chciałabym cię o coś zapytać. Nie obraź się, ale nie jesteś gejem? Oczywiście nie ma w tym nic złego. Nie jestem homofobem. Moi najlepsi kumple są po ślubie i byłam nawet ich druhną. Zwyczajnie wychowałam się w Los Angeles i potrafię poznać geja na odległość, a widząc cię z Molly…

Jim zaśmiał się i podrapał po karku.

- Prawdziwa Amerykanka, walisz prosto z mostu, nie ma co. Powiedzmy, że skłaniam się w obie strony i jeszcze nie wiem jak to powiedzieć Molly. Bardzo ją lubię i…

- Nie chcę się wtrącać - zapewniła, czując się niezmiernie głupio. - Po prostu myślałam, że coś ze mną nie tak i że straciłam wyczucie. To ja już lepiej pójdę zanim zrobię z siebie większą kretynkę. Na razie, Jim.

- Do zobaczenia, Sophie. Na pewno niedługo znowu się spotkamy.