Pragnę uspokoić wszystkich, że nie mam zamiaru porzucać tego, czy jakiegokolwiek innego fica, zwłaszcza, że wiem jak wszystko się skończy. Brakuje mi jedynie czasu. A że dni zrobiły się dłuższe, cieplejsze i bardziej przyjazne życiu, to trzeba z nich korzystać. Człowiek powinien mieć priorytety, póki jeszcze do końca nie zdziadzieje. No, to tyle w temacie wstępu/ uspokojenia/ tłumaczenia (niepotrzebne skreślić), życzę udanej lektury ^^
Musiała mieć gorączkę i to wysoką. Inaczej czemu taszczyłaby swoje zwłoki pod numer 221 b tylko po to, aby zameldować Holmesowi o bezpiecznym odstawieniu głowy? No, ostatecznie mógł mieć na to wpływ fakt, że tak zaaferowała się odciętym czerepem, iż zapomniała zabrać kluczy do mieszkania, a w takich wypadkach dziura w ścianie przydaje się jak nic. Kiedy tylko przestąpiła próg kamienicy jej oczom ukazała się zdenerwowana pani Hudson, drepcząca w to i we w te po korytarzu.
- Pani Hudson?
- Oh, Sophie, dzięki Bogu. Chłopcy są w piwnicy.
Kobieta zmarszczyła brwi. Nie rozumiał czemu ma dziękować opatrzności za swą obecność ani tym bardziej, czemu obecność Johna i Sherlocka w piwnicy jest taka ważna. Jednakże skoro i tak miała sprawę do detektywa, to równie dobrze mogła pofatygować się i zwiedzić najniższy krąg piekielny, czy też lochy wariatkowa. Jak zwał, tak zwał. Zeszła po schodach i zajrzała do zapuszczonego mieszkania, w którym oprócz spodziewanej dwójki stał jeszcze jeden starszy jegomość. Cała trójka zaś z wielkim zainteresowaniem przyglądała się parze starych butów.
- Tylko mi nie mów, że to znowu jakiś twój eksperyment - poprosiła, nie mając siły na szaleństwa bruneta.
Mężczyźnie podskoczyli słysząc niespodziewany głos.
- A pani to? -zapytał nieznajomy.
- Zakała mego żywota - odpowiedział za nią Sherlock i wrócił do oględzin adidasów.
- To nasza sąsiadka Sophie Norton - wyjaśnił John, nie chcąc dopuścić, aby Amerykanka zdążyła zripostować. - Sophie, to detektyw inspektor Lastrade za Scotland Yardu.
W oczach policjanta zamigotała iskierka zrozumienia.
- To pani jest dziewczyną Dimmocka. Wszyscy myśleliśmy, że ją, znaczy panią, sobie wymyślił.
- Byłą dziewczyną - sprostowała Sophie, co zdołało odwrócić uwagę Sherlocka od najwidoczniej bardzo interesującej pary obuwia.
- Powiedziałbym „a nie mówiłem", ale będziesz na mnie zła, przez co John znowu zacznie mnie strofować. Chociaż z drugiej strony nigdy się tym nie przejmowałem więc „a nie mówiłem?".
Watson machnął jedynie ręką w kierunku współlokatora, dając do zrozumienia, że jego poglądy na cokolwiek związanego z uczuciami są niewarte strzępu kłaków i najlepiej w ogóle udawać, że się ich nie słyszy.
- To wina skarpetek - napomknęła i podeszła bliżej klęczącego detektywa. - A teraz może ktoś raczy mi wyjaśnić, o co chodzi z tymi butami?
- Zamachowiec podłożył je tu dla Sherlocka, a przynajmniej na to wygląda. To zagadka, którą ma rozwiązać inaczej wysadzi jakąś biedaczkę.
Sophie spojrzała na Johna, chcąc się upewnić, że naprawdę powiedział to, co powiedział. Tego jej jeszcze tylko brakowało! Nie dość, że jej sąsiad był niebezpiecznym świrem, to teraz przygruchał sobie dosłownie bombowego wielbiciela, przez co w każdej chwili wszystko mogło pójść w diabły. Tym bardziej, że Sherlocka widocznie świerzbiło, aby zająć się potencjalnie śmiertelnym prezentem, kompletnie nie zważając na jego śmiercionośny potencjał. Była stanowczo za młoda, żeby umierać!
Bez słowa wybiegła z pokoju, czego Watson mógł jej tylko pozazdrościć. Czemu on musiał być tak chorobliwie lojalny? Lestrade zaproponował, że wezwie saperów, ale Sophie przerwała mu, wpadając z powrotem z dziwnym urządzeniem pod pachą, przypominającym jakiś kosmiczny blaster.
- Odsuń się, Holmes - poleciła, a Sherlock o dziwo posłuchał się jej.
- Dobrze się czujesz? - zapytał go John.
- Jeśli Norton potwierdzi, że to nie bomba, będę mógł bezpiecznie zabrać je do Bartsa i zbadać.
- To nie bomba - zapewniła ich dziewczyna.
- Jest pani pewna?
Sophie odwróciła się do inspektora z zaciśniętymi ustami. Czemu wszyscy angielscy policjanci musieli działać na nią jak czerwona płachta na byka? Czy wyglądała aż na tak niekompetentną ciapę, że musieli pytać ją o wszystko co robi?
- To bardzo nowoczesny wykrywacz metalu. Sama go skalibrowałam i zapewniam, że te buty nie wybuchną. W przeciwieństwie do mnie. Nie wiem, czy nie ma na nich jakiegoś wąglika, czy innego chemicznego świństwa, ale to już nie moja bajka. A teraz proszę wybaczyć. Muszę się spakować.
- Spakować? - na samą myśl o zostaniu osamotnionym na polu walki, jakim było życie z Sherlockiem, John dostawał dreszczy. Czy to możliwe, by w końcu było tego wszystkiego dla niej za wiele? Właściwie to nawet by się nie zdziwił…
- Tak, spakować. Wyczerpałam limit na wszelakie „bumy" na ten kwartał. W razie czego będę u Jo i Davida.
Watson jedynie westchnął za znikająca za drzwiami kobietą. Dlaczego on nie mógł się wynieść na trochę do Sary? Odpowiedź była prosta. Sherlock i jego nowy kolega roznieśliby pół miasta. I to przed kolacją.
Nie ma to jak gorące kakao i dobra książka do poduszki. Podobno miano ją ekranizować, więc Sophie pomyślała, że ponowne przeczytanie „Medicusa" nie zaszkodzi. A nuż widelec będzie miała okazję, by wyrwać się w cieplejszy klimat? Z dwojga złego wolała towarzystwo skorpionów i węży niż Sherlocka Holmesa i jego wesołej menażerii. Dobrze, że postanowiła wynieść się na trochę naprzeciwko. Może brak wiszącej nad głową groźby eksplozji uspokoi nieco jej skołatane nerwy. Tak przynajmniej myślała, póki nie dobiegł ją z dołu dziwny hałas. Nie wzięła co prawda z domu swoich narzędzi, ale zdjęła ze ściany kij hokejowy Davida i poczęła się skradać. Prawie nie zdzieliła nim intruza grzebiącego w szafce na przedpokoju, ale w porę poznała ciemny płaszcz. Trudno żeby tego nie zrobiła, skoro od kilku tygodni prześladował ją w snach.
- Na Boga, co ty wyprawiasz? Nie możesz chociaż na chwilę dać mi spokoju?!
Sherlock nie przerwał swoich poszukiwań i właśnie wysuwał drugą szufladę
- Potrzebny mi samochód - oświadczył niczym król wydający dekret.
- I postanowiłeś go ukraść? - niedowierzała, nawet jak na niego było to wyjątkowo ekstremalne. - Myślisz, że pozwolę ci zabrać nie swój samochód, żeby uganiać się za jakimś szalonym zamachowcem? Do reszty ci odbiło?
- To nie ma nic wspólnego z wybuchami - wyjaśnił w końcu obdarzając ją spojrzeniem, gdy po tonie jej głosu zrozumiał, że kluczy nie ma w szafce. Musiała je schować gdzie indziej. - Rozwiązałem tamtą sprawę, teraz po prostu kupuje czas, na coś… innego.
- A John o tym wie? - zapytała, czując, że coś w tej sprawie śmierdzi niczym męska szatnia.
- John jest u Mycrofta. Dezorientuje go i z resztą siebie też.
Kobieta oparła się na kiju. To było ponad jej siły.
- Czyli robisz coś co się im nie spodoba i chcesz mnie w to wmieszać?
- Wprost przeciwnie - sprostował. - Robię coś, co bardzo im się spodoba i dlatego nie mogą o tym wiedzieć. Liczą się pozory. I nie mam zamiaru w nic cię mieszać. Mówiłem, że przyszedłem tylko po samochód.
Sophie pomasowała skronie. Wiedziała, że ten cholerny impertynent nie odpuści.
- I myślisz, że ci go dam? Na serio?
- Nie miałem zamiaru pytać, tylko go zabrać, ale teraz widzę, że muszę zabrać ciebie - dodał z odrazą. - Chociaż skoro zostawiłaś Dimmocka, to może masz nieco oleju w głowie i jest jeszcze dla ciebie nadzieja. Co prawda nie duża, ale zawsze.
- Nie odpuścisz, prawda? - jedno spojrzenie mroźnych oczu wystarczyło za odpowiedź. - Poczekaj, zaraz się ubiorę.
- Co my tu robimy? - zapytała, rozglądając się niepewnie na boki.
Tory kolejowe w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic miasta, z dala od zamieszkałych zabudowań nie były przyjemnym miejscem. Zwłaszcza w zimny, jesienny wieczór.
- Ja badam sprawę. Ty najwyraźniej za wszelką cenę próbujesz mi przeszkadzać.
- A, no tak, idiotka ze mnie - burknęła pod nosem, zawiązując szczelniej szalik.
- Dobrze, że przynajmniej w jednym się zgadzamy - zerknął na nią i zaczął wypluwać z ust słowa niczym z karabinu. - Andrew West, urzędnik państwowy, został niedawno znaleziony martwy przy torach z roztrzaskaną głową. Miał przy sobie ważne informacje, które zaginęły. Mycroft chce, abym je znalazł.
- I dlatego się kryjesz? To zbyt interesujące, żeby odpuścić, a jednocześnie nie ma takiej siły, która zmusiłaby cię żebyś go posłuchał. Zdajesz sobie sprawę, że zachowujesz się absurdalnie dziecinnie?
- To nie ja śpię w kretyńskich piżamach.
- Ty, od moich piżam war…
- To tu - przerwał jej i przykucnął przy torach przyświecając sobie latarką. Na ziemi widać było ślady krwi, ale coś jej nie pasowało.
- I to niby tu go zabili?
- Tu go znaleźli.
- Czyli ktoś przeniósł ciało - Sherlock popatrzył się na nią jakby wyrosła jej druga głowa i to taka z rogami i trzecim okiem. - Nie patrz się tak na mnie. Zdajesz sobie sprawę ile zbrodni musiałam sfabrykować? Właściwie to jestem już seryjnym zabójcą. Nie rozumiem tylko dlaczego zostawili zwłoki na widoku. Mogli ukryć je choćby w krzakach. Mieliby więcej czasu, żeby sprzedać informacje.
- Czemu uważasz, że chcieli sprzedać informacje?
- Mylę się? - zapytała. Sądziła, że ma rację, ale to Sherlock był tu jedynym na świecie detektywem doradczym.
- Tego nie powiedziałem. Jestem ciekawy skąd ta myśl.
Sophie przełknęła ślinę. Pomimo tego co sądził Holmes miała wysoki iloraz inteligencji. Nie była głupia i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, tak samo jak z tego, że w tej chwili detektyw oceniał ją. W jego oczach kryła się ciekawość, a już raz zdołała wzbudzić jego zainteresowanie, przez co skończyła na golasa poobijana w wannie z dziurą w ścianie. Nie była pewna, czy chciała to powtórzyć, ale nie chciała również wyjść na idiotkę.
- Gdyby była to robota zawodowca nie zostawiłby go tutaj. Nie mówiąc, że rozbicie głowy nie jest zbyt profesjonalne. Gdyby był to wypadek, nie zabrano by mu tych informacji, a jedynie najwyżej pozbyto się ciała. Nie rozumiem tylko czemu wyrzucono go tutaj. To bez sensu.
Sherlock poświecił wzdłuż torów.
- Zwrotnica - wyjaśnił. - Ciało zostało wrzucone na dach pociągu, a przy zmianie torów spadło.
- Genialne - przyznała.
- Faktycznie. Nie sądziłem jednak, że mi to kiedyś przyznasz.
- Nie ty, tylko morderstwo! - oburzyła się. - Ale zaraz… to chyba znaczy, że został zabity gdzieś w pobliżu torów, gdzie było łatwo wrzucić go na dach, nie?
Sherlock zostawił ją w tyle i ruszył szybkim krokiem przed siebie. Sophie próbowała go dogonić , ale co chwila potykała się o kamienie. O Holmesie można było powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że był gentelmanem. Jeśli nie skręci sobie po drodze nogi będzie to istny cud. Tak zajęła się złorzeczeniami na detektywa, że nie zauważyła, iż ten znikł jej z oczu.
- Co… do cholery, Holmes, gdzie jesteś? - wyszeptała, starając się nie wrzeszczeć. Nie wiadomo, jakie lumpy mogły być w pobliżu. Niespodziewanie światło poraziło ją w oczy.
- Zabito go koło wiaduktu - dobiegł ją z góry jego głos.
Kiedy przestał świecić jej po oczach zauważyła, że stał na skraju wiaduktu i wpatrywał się w pokryte ciemnością tory. Stał na śliskiej, obmarzniętej barierce pięć metrów nad ziemią.
- Tak, wszystko super, ale teraz złaź stamtąd, kretynie! Po coś tam w ogóle wlazł?
- Chciałem udowodnić swoją tezę - wyjaśnił i z gracją dzikiego kota zszedł na dół.
- Mogłeś się zabić! Co bym wtedy powiedziała Croftiemu?
- A już myślałem, że się o mnie martwisz - przedrzeźniał ją.
- Śnij dalej, Holmes, śnij dalej. A teraz wracajmy na Baker Street. Zaraz nos mi odpadnie.
