Od razu mówię, że nie wiem jak to wyjdzie, bo sporo następnych chapterów będzie głównie wesołą twórczością własną, bo tego, co stworzyło BBC na niby oficjalnym blogu Watsona jest tyle co nic. Zatem za jakość nadchodzących spraw (a raczej jej brak) należy winić tylko mnie.

A i jeszcze jedno. Przez moje osobiste wizyty w Londynie utrwaliło mi się w mózgu przekonanie, że zawsze panuje tam jesień. Zmieniłam chyba wszędzie we wcześniejszych rozdziałach wzmianki o jesieni, bo cała historia zaczęła się w lutym. Sorki za mały mentlik.


Bycie gwarantem ciekawej konwersacji z psychopatą wcale nie przypadło jej do gustu. Jej gustem jednak nikt nigdy się nie przejmował, zarówno w pracy jak i w planowaniu kolei jej żywota.

- Ciekawe? - ledwie wydukała.

- Oczywiście - zapewnił Jim uśmiechając się niemal przyjaźnie. - Nie wiem czy wiesz, ale lubię cię.

To na pewno nie było coś, co chciała usłyszeć.

- Mnie? - zapiszczała, modląc się, aby wszystko to okazało się jedynie złym snem.

- I to nawet bardzo. Wiesz dlaczego? Bo jesteś jedyną osobą w otoczeniu Sherlocka, którą mogę przeciągnąć na swoją stronę.

Sophie zapowietrzyła się. Nie wiedziała kim dokładnie był ten cały Jim, ale jeśli sądził, że zdradzi Holmesa tylko dlatego bo go nie lubi, to się poważnie pomylił. Wiedziała za to, że w życiu nie zdobędzie się na odwagę, by mu to powiedzieć. Równałoby się to zapewne ze wskoczeniem pod pociąg, lub jakąś inną makabryczną śmiercią, a to były opcje absolutnie niewskazane.

Popatrzyła kątem oka na kluczyki dyndające w stacyjce, ale mężczyzna zauważył to.

- Jeśli chcesz możesz odjechać. Nie będę cię zatrzymywać - zapewnił, odsuwając się od samochodu. - Ale weź pod uwagę co pomyślą sobie John i Sherlock.

- Jak to John? - zapytała głupiejąc do końca. Przecież John miał być u Sary, a nie w towarzystwie tego świra.

- Powiedzmy, że złożyłem mu bombową ofertę, której nie mógł odrzucić.

Dziewczyna pobladła. Nie wiedziała jakim cudem nie złamała kierownicy, bo z pewnością ściskała ją wystarczająco mocno.

- Te bomby… to ty… Co im zrobiłeś?!

Jim zrobił urażoną minę i teatralnie złapał się za serce.

- Masz mnie za jakiegoś potwora? Oczywiście, że nic im nie zrobiłem, przynajmniej jeszcze nie - dodał, ponownie pochylając się przy oknie. - Wezwały mnie inne ważne sprawy. Właściwie, to teraz też nie mam czasu. Gdybyś chciała pogadać wystarczy, że zadzwonisz. Masz mój numer.

- Wątpię.

- Sprawdź pod „M". Do zobaczenia, Sophie.

Norton odetchnęła dopiero gdy łotr znikł z pola widzenia. Nie wiedziała czy ma odjechać, czy też pobiec po telefon leżący nieopodal na parkingu. Zdecydowała się na to drugie, ale dopiero po kilku minutach. Wcześniej nogi odmówiły jej posłuszeństwa, wnosząc oficjalny protest przeciw znajomościom z mordercami. Telefon wyłączył się, ale działał. Pierwszym co zrobiła było sprawdzenie listy kontaktów, modląc się przy tym, żeby to, co powiedział Jim nie było prawdą, bo znaczyłoby, że on albo któryś z jego podwładnych miał dostęp do jej komórki. Komórki, którą cały czas miała przy sobie.

Usiadła widząc kontakt górujący tuż nad numerem jej matki. Samo nazwisko wystarczyło, żeby przeszły ją dreszcze, buziak na końcu był do tego zbędny.

„Moriarty James :*"

- Sophie?

Dziewczyna widząc Johna podpierającego się na Holmesie chciała rzucić się mu na szyję, ale nie mogła się ruszyć. Kaskada łez mimowolnie pociekła jej po policzkach. Watson widząc to przyspieszył kroku, ale to Sherlock dotarł do niej pierwszy. Sophie bez słowa podała mu telefon, na którego widok detektyw zaklął.

- Co się stało? - zapytał zdezorientowany John.

- Moriarty - burknął jedynie detektyw i podał przyjacielowi komórkę, poczym zwrócił się do kobiety. - Wiesz, kiedy mógł to zrobić?

- Od kilku dni nie wychodziłam z mieszkania. Myślisz, że zakradł się, kiedy spałam?

- To najbardziej prawdopodobne - przyznał.

- Ale dlaczego miałby zakradać się do Sophie? To bez sensu - protestował John. - Mógł wybrać kogokolwiek.

- Uważa, że jestem jedyną, którą może przekabacić na swoją stronę

- Cóż, to logiczne - widząc minę Johna Sherlock miał tyle przyzwoitości, aby się zmieszać i spróbować wyjaśnić. - Nie pałamy do siebie sympatią, a Norton nie ma najmniejszego powodu by nadstawiać za mnie karku. Gdyby doszło co do czego pomogłaby mu.

Watson wstrzymał oddech, kiedy twarz Sophie z bladości przechodziła stopniowo we wściekłą czerwień. Chciał powstrzymać ją przed rzuceniem się na detektywa, ale w ostatniej chwili zreflektował się. Dziewczyna miała prawo odreagować, a Sherlock jak najbardziej na to sobie zasłużył, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego całokształt. Nie mówiąc o tym, iż widok dwójki dorosłych ludzi ganiających się wokół starego samochodu znacznie poprawił mu humor.

- Zachowujesz się dziecinnie!

- Dostosowuję się do otoczenia!

John prawie usiadł na krawężniku nie mogąc znieść widoku Sophie, próbującej przeturlać się po masce, aby złapać detektywa i namacalnie pokazać mu co o nim myśli. W środku tego właśnie dzikiego zamieszania, zachowując wszelkie prawidła narracji, z mroku nocy wyłoniły się cztery czarne samochody, z których wypadli mężczyźni w garniturach mierząc z broni do wszystkiego co się rusza. Nic więc dziwnego, że dziewczyna przestała się ruszać nawet jeśli oznaczało to rozkraczenie się na środku samochodowej maski.

Z ostatniego samochodu wysiadł Mycroft, który prawie dał po sobie poznać, że mu ulżyło. Tak jak Sherlock poruszał się z gracją dachowca, tak jego brat kroczył przed siebie niczym lew. Gdyby nie kilka luf zwróconych w jej stronę Sophie parsknęłaby śmiechem wyobrażając go sobie z włosami przeszczepionymi od młodego Bon Joviego. Gdyby jeszcze zaśpiewał „Chciałbym już tym królem być" padłaby trupem na miejscu.

Sherlock zdawał się jednak nie podzielać jej entuzjazmu na widok jego rodziny.

- Co tu robisz, Mycroft?

Starszy Holmes uśmiechnął się swoim słynnym, sztucznym uśmiechem.

- Przyjechałem na prośbę jedynej rozsądnej osoby jaką znasz. Cieszę się, że nic ci nie jest, Sophie.

- Eeee… dzięki? - wydukała i po chwili konsternacji i pokonaniu wstydu zsunęła się z samochodu.

- To ONA cię wezwała?!

- Moriarty to nie twoja liga, braciszku - odparł chłodno Mycroft, krzyżując się z Sherlockiem w potyczce na mordercze spojrzenia.

- Nie tobie o tym decydować. Nie potrzebuję twojej pomocy. Sam dam sobie radę.

- O, co to, to nie! - wrzasnęła dziewczyna, przypominając sobie o wściekłości przytłumionej na moment strachem i zażenowaniem.

- Jak to „nie"?! - detektyw miał widocznie dość jej wtrętów. Tym bardziej, że brała stronę Mycrofta.

- A, tak to, że Jim, James Moriarty, czy jak go tam zwał, to niebezpieczny psychopata z masą gotówki, wpływów i wszelkich dostępnych środków. W byciu niebezpiecznym psychopatą spokojnie mu dorównujesz, ale brakuje ci całej reszty. Przez ciebie John i ja jesteśmy w to wplątani, przez co pewnie nie raz będziemy mogli wykitować. I właśnie dlatego mam gdzieś twój porypany honor! - złapała go za ramię i obróciła w kierunku Mycrofta. - Nie obchodzą mnie wasze waśnie. To jest twój brat, który ma środki. Użyj ich!

Mężczyźni z nieukrywanym popłochem patrzyli się na dyszącą złością Amerykankę, która powiedziawszy, co miała powiedzieć, obróciła się na pięcie i wsiadła do samochodu.

- John, wsiadaj - poleciła.

Watson rzucił jedno spojrzenie Sherlockowi i pędem wsiadł za nią do auta. Sam diabeł nie odważyłby się dyskutować z nią w takim stanie. Wyjechali za róg w milczeniu. John bał się, że Sophie wybuchnie, a to groziłoby zapewne wyrwaniem kierownicy w tym nieszczęsnym gruchocie. Dobrze, że wcześniej zapiął pasy, bo niespodziewanie zahamowała.

- Zamieńmy się - zaproponowała napiętym, ale i zmęczonym głosem.

- Co?

Kobieta uśmiechnęła się i wyciągnęła przed siebie ręce. Drżały niczym ratlerek na mrozie.

- Zaraz wyjedziemy na główną ulicę, a nie jestem w stanie prowadzić. Proszę, John.

Watson bez słowa spełnił jej prośbę. Właściwie, to bardzo mu ulżyło, gdy sam usiadł za kółkiem. Teraz przynajmniej wzrosły ich szanse na powrót na Baker Street w jednym kawałku. Miał tylko nadzieję, że autko wytrzyma i nie rozkraczy się gdzieś po drodze, zwłaszcza że właśnie zaczęło padać.


Następnego dnia po powrocie z zakupów i lunchu Sophie znalazła u siebie na kanapie Johna, oglądającego telewizję.

- Szukasz azylu? - zapytała.

- Można tak powiedzieć - odparł. Widząc, że jest cała objuczona torbami natychmiast wziął od niej zakupy i zaniósł je do kuchni.

Dziewczyna mogłaby go wycałować, ale nie miała siły i rzuciła się na sofę. Z ciekawości przejrzała makulaturę leżącą na stoliku, która okazała się być korespondencją z mieszkania 221 b. Oprócz rachunków i ulotek zapodział się tam nawet jeden list, a to wyjątkowo rzadka sprawa. Sophie zamrugała widząc adres nadawcy.

- Dostałeś list z Nowej Zelandii? Nie mów mi, że masz tam rodzinę, bo pęknę z zazdrości.

- To nie od rodziny, tylko starego przyjaciela - krzyknął z kuchni i po chwili wyszedł z niej niosąc kubek z kakao i herbatę. - Proszę bardzo.

- John, jesteś wielki.

- Powiedz to Sherlockowi - mruknął i wziął potężny łyk herbaty nie przejmując się tym, że się poparzy.

- Kłopoty w raju?

Watson nie zareagował nawet na docinek o związku z detektywem , a jedynie fuknął.

- On nigdy nie odbiera poczty, nigdy. A akurat dzisiaj zrobił to i otworzył list do mnie. Harry wrzuciła go rano do skrzynki w drodze do pracy, bo Max nie znał mojego nowego adresu i przysłał go do niej. Jak wół był zaadresowany do Johna Watsona, a nie do Sherlocka Holmesa!

- Czego się po nim spodziewałeś? Dobrze wiesz, że on nie uznaje norm społecznych.

- Tak, wiem, ale to nie koniec - doktor aż się zapowietrzył, ale ciągnął dalej. - Wiesz co mi powiedział, kiedy wróciłem do domu? Że dostałem zaproszenie do Nowej Zelandii, ale przecież i tak nie pojadę, bo nie mam pieniędzy. Co więcej, napisał Maxowi maila i odmówił w moim imieniu!

Sophie nie wiedziała co ma zrobić. Poklepała go po plecach.

- I pokłóciliście się, bo pan genialny nawet nie próbował zrozumieć, czemu masz do niego pretensje.

- Dokładnie. A wiesz co jest najgorsze? Że Sherlock ma rację. Choćbym chciał pojechać, nawet nie zabierając ze sobą Sary, to i tak mnie na to nie stać. Bilet w jedną stronę za jedną osobę to ponad 900 funtów. Musiałbym sprzedać nerkę. Niestety akurat tego nie mamy w lodówce!

Norton przygryzła policzek i po chwili wahania wyciągnęła z kieszeni portfel. John uniósł brwi, kiedy podała mu zwinięty kawałek papieru, który okazał się czekiem.

- Co… jak… skąd? - dukał, póki nie zorientował się, że nie powiedział nic sensownego. - Nieważne i tak nie mogę tego przyjąć.

- Możesz i przyjmiesz - oświadczyła z całym uporem na jaki byłą ją stać. - Crofti zaprosił mnie dzisiaj na lunch i dał mi go za pilnowanie Sherlocka. Ja się najadłam, ty dostaniesz kasę. Należy ci się jak psu buda. Ja bym go już dawno zabiła na twoim miejscu.

- Ale…

- Żadnych „ale". I tak nie wiedziałabym co zrobić z 5 tysiakami, a tak przynajmniej się na coś przydadzą.

- Myślałem, że załatasz łazien…

- O nie! - oburzyła się. - To on ją wysadził i on ma ją naprawić. Nie będę po nim sprzątać, choćbym miała mieć tę dziurę do usranej śmierci.

John uśmiechnął się widząc, że nie wywinie się z tego. To dobrze, przydadzą mu się dłuuugie wakacje. Zwłaszcza takie bez pewnego konsultanta. Uświadomiwszy sobie coś przestał się uśmiechać.

- Ale co z Sherlockiem?

- Jak to „co"? To dorosły facet. Przeżyje.

Watson miał co do tego wątpliwości.

- Nie będzie mnie pewnie z 3 tygodnie, a mówimy o Sherlocku Holmesie. Facecie, który gania morderców, trzyma części trupów w lodówce i wysadza ściany. On może i przeżyje, ale co do jego otocznia, to nie jestem pewien. Sama widzisz, że nie mogę jechać, bo nie będę miał do czego wrócić.

Sophie wiedziała, że tego pożałuje, ale nie potrafiła nic nie robić i patrzeć na smęcącego się Johna.

- No dobra, oficjalnie zwariowałam…


- Że co, proszę? - Sherlock podniósł się z nad stołu z aparaturą do Bóg raczy wiedzieć czego.

- Wyjeżdżam z Sarą na 3 tygodnie do Nowej Zelandii. Sophie się wszystkim zajmie - powtórzył John.

- Wszystkim, czyli czym? - wysyczał detektyw, niebezpiecznie kręcąc fiolką z czymś, co wydawało się być kwasem.

- No „wszystkim" - powtórzył ponownie, tym razem dużo ciszej, uświadamiając sobie, że informowanie o tym Holmesa nie było dobrym pomysłem. Powinien wymknąć się cichaczem w dzień wylotu i postawić go przed faktem dokonanym, ale nie, jak zawsze chciał zachować się porządnie, a teraz za to płacił.

- Chcesz powiedzieć, że ma mnie niańczyć?

- Co? Nieee, gdzie tam… - zaczął zaprzeczać i to wyjątkowo nieudolnie, przez co brunet odłożył fiolkę dużo głośniej niż było to konieczne.

- Nie wiem skąd pomysł, że potrzebuję niani, choć jestem pewien, że ten zawód idealnie odpowiada kwalifikacjom umysłowym naszej sąsiadki.

- Sherlock, jadę…

- To jedź - przerwał mu. - Dla twojej wiadomości świetnie sobie radziłem, zanim cię poznałem. Pewnie nawet nie zauważę, że cię nie ma, zatem szerokiej drogi.

Po tych słowach detektyw wrócił do swoich eksperymentów kompletnie ignorując współlokatora.

- Sherlock, proszę cię tylko o jedno. Bądź dla niej miły - błagał Watson.

- Oczywiście, John, przecież mnie znasz. Zawsze jestem miły.